Nie powiem

Tekst
Autor:Clare Empson
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Cztery miesiące wcześniej: Catherine

Lulworth Cove, dzień końca i początku, choć jeszcze nie zdaję sobie z tego sprawy, kiedy docieramy na słynną plażę w kształcie muszli, z czystą, błękitną jak w katalogu wodą oblizującą brzeg. Sam idzie przodem, ostrożnie wymija wiaderka i blade angielskie kończyny, dźwiga plecak, kosz piknikowy, koc, ręczniki. Nasza trójka sunie za nim. Joe ma słuchawki w uszach, jeszcze nie skończył trzynastu lat, ale już zachowuje się jak stuprocentowy nastolatek; Daisy dźwiga książki, wiaderka i wyświechtanego, rozlazłego Kłapouchego, na którego jako dziewięciolatka jest już od dawna za duża. Kiedy tylko siadamy na kocu w najdalszym, najsamotniejszym zakątku plaży, dzieci zrywają się i pędzą prosto do wody, nurkują pod powierzchnię, wzbijając białe pióropusze piany.

– Idź – zachęcam Sama, który siedzi przy mnie niespokojnie i patrzy, jak wcieram krem do opalania w twarz. – Idź, popływaj.

Nienawidzi opalania, bezczynne siedzenie w miejscu to dla niego powolna tortura. Wiem, że wolałby wypłynąć najdalej, jak tylko się da, coraz mozolniejszym kraulem, aż poczuje krew łomoczącą w płucach. Chciałby popłynąć z Joem na platformę do nurkowania i skakać raz po raz w zimną, mętną głębię Kanału. Albo wspinać się z Daisy na skały, aż znajdą idealny basen pływowy i wyciągną się nad krawędzią, czekając na kraby.

Zamykam oczy, dryfuję z prądem wspomnień, tych najlepszych, doskonałych, kiedy nagle lodowata dłoń ląduje mi na brzuchu. Wydaję z siebie przenikliwy wrzask jak z horroru. Sam ze śmiechem przykuca obok mnie i strząsa krople morskiej wody z gęstych czarnych włosów. Czasami mam wrażenie, że jesteśmy prawie jak rodzeństwo, starsza wersja Joego i Daisy. Uznaję, że tak i że nie, kiedy Sam na chwilę przygniata mnie zimnym, twardym ciałem. Jego dłoń wślizguje mi się niebezpiecznie między nogi.

– To rodzinna plaża – protestuję, spychając go z siebie. – Daisy idzie.

Jemy lunch w słońcu: tosty z serem i małe buteleczki oranginy. Następnie Sam ciągnie nas na spacer na sam szczyt klifu, skąd rozciąga się idealny widok na Durdle Door. To łatwa trasa, skalne występy przez lata wytarły się i zmieniły w schody. Słońce zdążyło już wypalić zieleń z trawy porastającej szczyt. Siadamy przy zbitce kamieni i patrzymy w morze. Sam wyciąga z kieszeni dwie butelki piwa – niespodzianka – po czym odbija kapsle od krawędzi skały jak kowboj.

Piwo jest zimne. Już mam wziąć pierwszy łyk, kiedy Sam mówi:

– Poczekaj. Najpierw toast. Za twoją mamę. – Unosi butelkę ku niebu i czeka, aż zrobię to samo.

– Za mamę – przytakuję, czując ukłucie bólu, który nigdy mnie nie opuszcza.

Minęło czternaście lat od jej śmierci, albo od czasu, kiedy jeszcze żyła – zależy, jak spojrzeć na tę wielką, zionącą chłodem pustkę tęsknoty i żałoby, na jej nieobecność i ciszę, która dzwoni mi w głowie głośniej niż cokolwiek innego. Martwię się, że moje dzieci dorastają, nie wiedząc nic o babci, której nigdy nie poznały. Nic nie wiedzą, bo nie potrafię się zmusić, żeby cokolwiek im o niej opowiedzieć. Że jej ulubione kwiaty to peonie – w sezonie kupowała sobie co tydzień świeży bukiet. Uwielbiała peonie i perfumy Eau de Rochas. Mozarta, spaghetti alle vongole, dopasowane białe koszule od Paula Smitha (po jej śmierci znaleźliśmy w szafie czternaście niemal identycznych). Łatwo wypunktować jej miłości, ale nie da się zmierzyć straty: chwil, które z nią dzieliłam, tysięcy momentów, złożonych razem i sprasowanych w płaską cegiełkę żalu.

Dzieci są przyzwyczajone do ojca wznoszącego nagle toasty za rodziców, więc nic nie mówią; wpatrują się tylko w kłęby białej piany przy brzegu.

Później idziemy obejrzeć łódkę, staromodną piękność, pomalowaną na biało od zewnątrz i na niebiesko od środka. Nazywa się „Pandora”, czym natychmiast podbija serce Daisy.

– Najlepiej byłoby przycumować ją na jeziorze niedaleko domu – radzi sprzedawca. – Wtedy będziecie z niej korzystać bez przerwy.

Cena „Pandory” przewyższa nasze możliwości, ale Sam zaczyna się przyjaźnie targować, aż starszy pan zgadza się opuścić ją o pięćdziesiąt funtów. Droga do domu w wakacyjnych korkach zajmuje nieco ponad godzinę i przez cały ten czas nie rozmawiamy o niczym innym. Wreszcie Daisy zasypia, Joe wkłada słuchawki, a Sam przeskakuje po kanałach, zatrzymując się dopiero na audycji o pszczelarstwie. Przechyla głowę na bok, jak zawsze, kiedy się koncentruje, i ucisza mnie, gdy zaczynam mówić.

– Boże drogi, naprawdę cię to zainteresowało! – wzdycham z rozbawieniem, a on się śmieje, chwyta mnie za rękę i nie puszcza przez resztę podróży; nawet biegi zmieniamy wspólnie, w górę, w bok, w dół. Więc wpatruję się w barwy i krzywizny krajobrazu hrabstwa Dorset za oknem, wciąż dość nowego, by przyciągnąć moją uwagę, wślizguję się w naszą nową codzienność życia za miastem i myślę, że to rzeczywiście wcale nie jest takie złe.

Kiedy wracamy do domu, jest już prawie siódma. Dzieci są zmęczone i naburmuszone, gdy każę im iść na górę i wziąć prysznic przed kolacją.

– Zrobię makaron – proponuje Sam i znika w kuchni.

Nagle rozlega się dzwonek do drzwi. Idę otworzyć, ani przez chwilę nie zastanawiając się, kto może stać po drugiej stronie.

Na progu naszej pociesznej, zarośniętej chatki stoi Julia Wright, nauczycielka zaprzyjaźniona z Samem. Przez chwilę jestem tak zaskoczona, że nawet nie przychodzi mi do głowy, by zaprosić ją do środka. Odwiedziła nas raz, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Londynie; przyniosła dzieciom smarties.

– Smarties – skomentował Joe z obrzydzeniem. – Jakbyśmy byli w przedszkolu.

– Julia – mówię. – Jaka miła niespodzianka.

W rzeczywistości jednak czuję ciężar w żołądku, kiedy idzie za mną przez korytarz pełen zdjęć z uwiecznionym na nich rodzinnym szczęściem: Sam, wysoki i niewiarygodnie młody, w garniturze, roześmiany i zapatrzony w pannę młodą; Joe i Daisy w takich samych fotelikach, zakotwiczeni w samym centrum festiwalu; potem inne, w kobaltowych szkolnych bluzach, Joe z wymuszonym uśmiechem jak u seryjnego mordercy, Daisy z włosami zaczesanymi w niecodzienne kitki. Jakie to przykre, że nasz spokojny środowy wieczór zostanie zniszczony koniecznością spędzenia czasu z kimś obcym. Już widzę te butelki wina, które trzeba będzie wypić, dorosłą kolację, którą będziemy musieli przygotować, brak telewizora, gazet i wczesnego snu.

– Właśnie gotujemy makaron dla dzieci – wyjaśniam, prowadząc ją do jasnej, białej kuchni.

Ale wtedy Sam odwraca się od kuchenki i dostrzega Julię. Na widok jego twarzy serce wyrywa mi się z piersi i z trzaskiem uderza o podłogę. Co mogłabym powiedzieć o tych pierwszych, palących sekundach, w których on próbuje pośpiesznie opuścić semafor przed nadciągającym wstydem, a nasz świat zaczyna powoli, boleśnie zapadać się w sobie?

– Sam? – odzywam się, przez sekundę albo dwie jeszcze nie jestem pewna, ale to mi wystarcza. Wyczytuję przerażenie z jego czarnych oczu, z żałośnie otwartych ust. Nie potrzeba słów; wina promieniuje z każdego centymetra jego ciała. Po ułamku chwili już wszystko rozumiem.

– Hej, Sam – mówi Julia, ale żadne z nas nie reaguje.

Sam wpatruje się we mnie ciemnymi oczami, oczami naszych dzieci, przepełnionymi smutkiem. Czuję, że cała się trzęsę. To jest to, koniec albo początek, nie jestem pewna, ale oddałabym wszystko, żeby cofnąć czas o pięć minut i na zawsze go tam zatrzymać.

– Jak mogłeś? – szepczę. Sam zaczyna skowyczeć: „Przepraszam, tak bardzo cię przepraszam”, a Julia, która zaczyna wreszcie rozumieć mroczną wymianę informacji między mężem a żoną, robi krok w stronę Sama.

– Tyle razy dzwoniłam – zwraca się do niego tak poufałym tonem, że mam ochotę zaryczeć jak dzikie zwierzę w klatce. – Tyle razy, ale ty nigdy nie odbierasz. Jak mogłeś mnie tak potraktować?

– Czego chcesz? – krzyczę, nie przejmując się, że dzieci prawdopodobnie usłyszą mnie przez cienkie deski. Zdziczałam z żalu.

Julia mnie ignoruje. Zamiast odpowiedzieć, zwraca się do mojego męża:

– Sam, nie rozumiesz, dlaczego tu jestem? – Jej głos jest nieznośnie łagodny, znaczący. – Nie rozumiesz, dlaczego nie mogłam tego zostawić, dlaczego nie mogłam znieść myśli, że to koniec?

Sam jednak nadal patrzy tylko na mnie, na jego twarzy maluje się nieskończony smutek, taki sam jak w mojej duszy. To ostatnie chwile, zanim nasze życie ostatecznie rozerwie się na dwie części: przed i po.

Cztery miesiące wcześniej: Lucian

Rachel siedzi w kuchni nad talerzem kedgeree i wpatruje się w ekran telefonu.

– Dzień dobry, skarbie. Pospało ci się. Już po południu. Właśnie dostałam wiadomość od Maksa. Chce się ze mną spotkać! Tak się cieszę.

Ach, tak. Max. Dziecko. Przez jakiś czas pomagaliśmy go wychowywać, muszę przyznać, że dość chaotycznie i niekonwencjonalnie, ale kiedy mały skończył siedem lat, Rachel straciła prawa do opieki. Oczywiście kompletnie się załamała, choć nigdy się do tego nie przyzna, ale ja widzę maleńkie zmarszczki, wyryte wokół jej oczu przez ciągły smutek, i obawiam się, że pewnego dnia cała twarz Rachel zastygnie w maskę rozpaczy. Kiedy dziecko miało dwa lata, Rach zostawiła swojego męża Hugona – inwestora i ostrego imprezowicza, który później odstawił wszystkie używki i zaczął biegać maratony. Narkotyki ich połączyły, a kilka lat później też rozdzieliły. Hugo jest odrodzonym abstynentem: koktajle z jarmużu, bikram joga, cała ta szopka; Rachel nadaje się tylko na odwyk. Raz nawet załatwiłem jej miejsce w ośrodku, trzy tysiące jedynie za to, by się tam pokazała, nie żeby pieniądze miały jakieś znaczenie. Trzy dni później się wypisała i poszła do Soho House, gdzie świętowaliśmy akurat czyjeś urodziny, i oznajmiła z właściwą sobie ekstrawagancją: „Mam na imię Rachel i nie jestem uzależniona od narkotyków”.

 

– Rach, wiedziałem, że w końcu się do ciebie odezwie – mówię.

Obejmuję ją, a ona opiera mi głowę na ramieniu. Tak przytulonych zastaje nas Alexa, kiedy wchodzi do kuchni z dziko potarganymi włosami i oczami podkrążonymi jak u pandy.

– A wy co się tak tulicie?

– Max do mnie napisał. Chce się spotkać.

– Cudownie! Oczywiście, że chce. Jesteś jego matką.

Alexa zajmuje stołek barowy obok Rachel, całuje ją w policzek i ładuje sobie porcję kedgeree na talerz.

Dzwoni telefon.

– Pewnie Jack – stwierdza Alexa.

Głos ma jak zawsze podszyty nadzieją. Byli parą od początku studiów, jeśli nie liczyć gorzkich sprzeczek, jego ciągłych flirtów, jej nieprzemyślanych aktów zemsty, rozstań i powrotów, do których wszyscy w końcu się przyzwyczailiśmy. Trzy lata temu zrobili sobie przerwę. W tym czasie Jack poznał Celię i wreszcie położył kres długiej historii teatralnych awantur. Ale ja widzę, jak Alexa patrzy czasami na Jacka – i obawiam się, że nadal go kocha.

Jednak to nie jego głos rozlega się po drugiej stronie słuchawki. Harry zaprasza nas na Krwawą Mary.

– Uznałem, że wszystkim się przyda – wyjaśnił. – Filip robi właśnie zapas.

Filip to polski kamerdyner Harry’ego, który zajmuje się posiadłością wspólnie z żoną i dwoma dorosłymi synami. Robi obłędną Krwawą Mary.

Harry chwilę się waha. Ostrożnie dobiera słowa.

– Jak się czujesz?

Lepiej niż ktokolwiek inny wie, jak tragicznie potrafię się rozsypać. Związały nas dwie dekady przyjaźni na dobre i na złe – co w moim przypadku oznacza również spektakularnie złe.

– W porządku – zapewniam automatycznie, chociaż kiedy odkładam telefon, zastanawiam się, czy rzeczywiście. Moja matka zmarła niemal ćwierć wieku po ojcu, czyniąc mnie oficjalnie sierotą – chociaż przecież od dekad się tak czułem. „W porządku” raczej tego nie oddaje.

Posiadłość Harry’ego, Eastcott Grange, znajduje się zaledwie osiem kilometrów ode mnie. To wielka, przysadzista rezydencja we wczesnym stylu wiktoriańskim, odbudowana po tragicznym pożarze, a następnie przekazywana z pokolenia na pokolenie w opakowaniu z tweedu. Kompletnie nie pasuje do krajobrazu Somerset, płynącej cydrem krainy druidów, jabłek i sera, o łagodnych zielonych wzgórzach i domach koloru świeżej śmietanki. Czasami myślę sobie, że ponura surowość domu Harry’ego, który w najlepszym razie można uznać za dość atrakcyjne więzienie, odpowiada częściowo za jego niezdolność nawiązywania relacji z kobietami. Wyparcie – architektoniczne i emocjonalne – stanowiło fundament jego dojrzewania.

Filip otwiera drzwi i przez korytarz – marmurowe podłogi, posągi w stylu romańskim, cała ta ostentacyjna otoczka – przelewa się muzyka. Uwielbiam, kiedy Harry gra na fortepianie; specjalizuje się w radosnym ragtimie, który zawsze napełnia mnie niespodziewanym optymizmem. Dźwięk fortepianu, dodająca otuchy obecność przyjaciół – w takich chwilach czuję coś bliskiego zadowoleniu z życia.

Znajdujemy Harry’ego i Ling w bawialni. Siedzą obok siebie na jednym taborecie. Ling zaśmiewa się do łez, a Harry wybija na klawiszach Pinetop’s Boogie Woogie, ukłon w stronę jego klasycznej edukacji, choć spomiędzy warg zwisa mu papieros, oczy ma zmrużone, żeby uniknąć gryzącego dymu, a niesforny kosmyk włosów opada mu na twarz. Niewiele w nim zostało z chłopca, którego kiedyś znałem.

– Graj dalej, graj dalej! – woła Alexa. Wiem, że tak samo jak mnie, wzrusza ją widok Harry’ego i jego nowej żony zatraconych w chwili prywatnej radości. W Harrym – moim barczystym przyjacielu o wielkim sercu – jest coś takiego, że zawsze pragnąłem jego szczęścia bardziej niż własnego.

– Drinki – oznajmia, wstając od fortepianu. Podchodzi do kredensu, na którym już czekają dwa dzbanki pełne czerwonawo-brązowego płynu.

Nalewa nam Krwawej Mary do wysokich szklanek, podaje Ling colę. Jego młoda żona ma dziś na sobie pomarańczowe dżinsy i jaskrawozielony T-shirt. Kiedy staje obok Alexy, która jest od niej o dobre piętnaście centymetrów wyższa, ubrana w nieprzyzwoicie krótkie szorty, z włosami związanymi w skołtuniony kok i wczorajszą maskarą pod oczami, kontrast między nimi jeszcze się pogłębia. A mimo to Ling nie traci cichej pewności siebie. Obejmuje nas na powitanie, zamiast pocałować w policzek.

– Dobrze was znowu widzieć – mówi formalną angielszczyzną.

Nie mogę przestać jej obserwować. Przyglądam się, jak siada przy Harrym na kanapie i wkłada sobie bose stopy pod uda. Patrzę, jak na sekundę chwyta się za maleńką stopę – paznokcie ma pomalowane na neonowy róż – i śmieje się lekko razem z mężem.

– Wiadomo już coś o pogrzebie? – pyta Harry. – Czy jeszcze za wcześnie?

– Wszystko już załatwione. Znasz moją siostrę, jest praktyczna do bólu. W przyszły piątek w świętym Łukaszu, a potem jedziemy na Flood Street.

– Jedziemy z tobą – oznajmia Rachel. – Wszyscy, oczywiście. W stadzie siła. Chyba nie będzie aż tak źle?

– Żebyś się nie zdziwiła. Chociaż z drugiej strony moja matka uwielbiała przyjęcia, więc kto wie?

Harry zerka na mnie i uśmiecha się pod nosem, wiedząc, że tylko ja zorientuję się, o czym myśli. Nigdy nie zapomnę, jak zszokował go poranny drink mojej matki. Życie w jego domu przypominało wojskowy reżim; podobnie jak ja, nie doświadczył zbyt wiele miłości, ale jemu brakowało też swobody. Wszyscy trzymali się pozorów. Kiedy pierwszy raz został u mnie na noc – miał jakieś trzynaście albo czternaście lat – przypadkiem sięgnął rano po jej sok pomarańczowy i zaskoczony zapluł całą kuchenną podłogę słabo rozcieńczoną wódką.

– Jak ci się podoba życie w Eastcott? – zwracam się do Ling.

– Wszystko tu bardzo różni się od tego, co dotąd znałam, ale… – Przerywa, śmiejąc się perliście. – Tu jest wspaniale.

Rachel i Alexa są dziś zafascynowane Ling, podobnie jak ja. Wczoraj nie zwracaliśmy większej uwagi na nową żonę Harry’ego – naszą uwagę pochłonęły alkohol i tragiczne wieści o niespodziewanej śmierci mojej matki. Pobrali się w Bangkoku, biorąc sobie na świadków parę nieznajomych; chyba wszyscy czuliśmy się przez to nieco wykluczeni.

– Gdzie dorastałaś, Ling? – chce wiedzieć Rachel.

– W wiosce na północy Tajlandii, jakąś godzinę od Chiang Mai. Podróż do Bangkoku trwa cały dzień.

– Mieszkałaś tam, kiedy poznaliście się z Harrym?

– Tak, pracowałam w barze.

To słowo grzęźnie niezręcznie w powietrzu, zaklinowane niczym ość.

– Byłaś kelnerką? – podsuwa Alexa. Czy tylko ja zauważam, jak między Harrym i Ling przeskakuje iskierka uśmiechu?

– Coś w tym rodzaju – wtrąca Harry.

W tej samej chwili brzęczy jego telefon, w idealnie skalibrowanym momencie informując o nowej wiadomości.

– To Ania – wyjaśnia. – Chce wiedzieć, czy mamy ochotę na lunch.

– Zdecydowanie – przytakuje Alexa. – Poproszę coś z dużą zawartością węglowodanów. Muszę czymś zapchać tego kaca.

Ling rozplata nogi i schodzi z kanapy.

– Pójdę z nią porozmawiać, zobaczę, co da się zrobić. Może makaron?

Wszyscy patrzymy na Ling wychodzącą z pokoju. Wiem, że myślimy o tym samym: spokojnej, niespiesznej pewności siebie, z jaką idzie poinstruować gosposię, choć mieszka tu dopiero od tygodnia.

– Tak, była hostessą – odzywa się Harry. – Nie, nie była prostytutką. Gdybyście się zastanawiali.

– Skarbie, nikt tak nie myślał – zapewnia zszokowana Alexa.

– Może nikt z was, ale cała reszta tak. Szkoda, że nie widzieliście ich min, kiedy przyjechaliśmy do Colton House. Nie żeby to miało jakieś znaczenie. Chciałem, by przeprowadziła się ze mną do Anglii, a ona się zgodziła. Proste.

– A my bardzo się cieszymy, że jesteś szczęśliwy – podsumowuje Alexa, nachylając się, aby pocałować go w policzek.

Następnie odchodzi, żeby włączyć muzykę, a Rachel wdaje się w sztywną rozmowę telefoniczną ze swoim byłym.

– Pójdziesz ze mną na chwilę obejrzeć basen? – pyta Harry. – Myślę, czy go nie przerobić. Może mi coś doradzisz.

Wychodzimy na dwór. Kiedy teraz mu się przyglądam, basen rzeczywiście wygląda dość zwyczajnie i staromodnie. Jest wyłożony jaskrawymi turkusowymi kafelkami, do środka prowadzą białe plastikowe schodki. Harry natychmiast odwraca się do niego plecami.

– Mógłbyś tu postawić coś naprawdę ładnego – stwierdzam.

Harry wyciąga papierosy, podsuwa mi paczkę.

– Chrzanić basen. Chciałem pogadać o tobie. Sprawdzić, jak się trzymasz.

Wiem, że odnosi się do przedwczesnej śmierci mojego ojca; nie ma potrzeby mówić tego głośno. Zmarł, kiedy miałem dziesięć lat, trzy lata przed tym, jak poznałem Harry’ego. On jednak wie, że wtedy stłumiłem w sobie całą żałobę, tylko czasami pozwalając sobie na odrobinę bezlitosnego kiereszowania nadgarstków, kiedy bólu już nie dawało się wytrzymać – teraz mówi się na to autoagresja. Harry wie też, co może się stać, jeśli uwolnię swój żal. Raz, tylko raz, o którym nigdy nie rozmawiamy, życie wymknęło mi się spod kontroli. Powiedzmy, że zgubiłem drogę, i na tym poprzestańmy.

Kładę mu dłoń na ramieniu.

– To nie podziała na mnie tak samo. Naprawdę.

– Okej – mówi Harry. Stoimy jeszcze chwilę nad basenem, w ciszy dopalając papierosy.

Między nami najgłośniej rozbrzmiewają rzeczy, których nie mówimy. Obawiam się, że Harry zrobiłby wszystko, żeby dać mi zakończenie, jakiego zawsze pragnąłem. Catherine może i została w dalekiej przeszłości, zakopanej pod ciężarem dobrych piętnastu lat – ale w takich chwilach mam wrażenie, że nie opuściła mnie ani na chwilę.

Piętnaście lat wcześniej

Nie spodziewałeś się, że przyjdę. Pośpiesznie ukryłeś cień zaskoczenia na twarzy i oparłeś się o niebieski samochód.

Otworzyłeś mi drzwi, a ja aż się roześmiałam, tak mnie rozbawił ten staromodnie dżentelmeński gest.

Droga do tej twojej tajemniczej restauracji zajęła ponad godzinę. Pamiętam, jak wyglądałam przez okno, wsłuchana w Stonesów grających w tle – twój ulubiony zespół wszech czasów, gdybyś musiał wybierać – przed nami rozciągały się zielone równiny Quantock Hills, przechodzące w wysokie żywopłoty i wąskie uliczki południowego Devon.

– Porywasz mnie?

Uśmiechnąłeś się znów kpiąco, tym swoim dziwnym uśmiechem, ciągnącym kąciki ust w dół – na kształt odwróconego półksiężyca.

– Jeszcze nie zdecydowałem. Zobaczmy najpierw, jak nam minie lunch.

Zamilkliśmy. Myślałam o Samie – nie zniósłby widoku mnie siedzącej przy tobie w twoim nisko zawieszonym samochodzie. Sam nie znosił wszystkiego, co sobą reprezentowałeś – proste równanie, złożone z fundamentalnych przeciwieństw. Lewicowe przekonania Sam odziedziczył chyba po ojcu; jedną z niewielu rzeczy, które ich łączyły, była absolutna pogarda dla uprzywilejowanych klas społecznych.

Wreszcie zatrzymałeś auto na małym, wysypanym żwirem parkingu z widokiem na morze. Do dziś pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłam Beach House, sponiewieraną chatkę o ścianach pomalowanych łuszczącą się niebieską farbą. Znajdowała się tuż przy parku krajobrazowym South Milton Sands. Kiedy otworzyłeś drzwi do środka, miałam wrażenie, że weszliśmy do twojego szkicu; nic, czego doświadczyłam wcześniej ani później, nie miało w sobie takiego romantyzmu. Wnętrze było identyczne: drewniane ściany górskiego schroniska, obwieszone plakatami filmowymi. Obrusy w czerwono-białą kratę, słoiki z kwiatami. Na dworze było zimno i szaro, ale tutaj ogień trzaskał w palenisku, a na każdym stoliku drżał płomień świecy. Żadne miejsce na świecie nie mogłoby być doskonalsze na nasz wyczekany sekretny lunch.

W restauracji nie było nikogo innego poza matką i córką, które właśnie zbierały się do wyjścia. Teraz myślę, że może chcieli już zamykać, ale ty znałeś właściciela, który nawet nie mrugnął okiem, kiedy oznajmiłeś:

– Spróbujemy wszystkiego.

Na stole po kolei pojawiały się ostrygi, kraby, szprotki, grillowana sola, leniwa sekwencja następujących po sobie potraw, trwająca dobre kilka godzin. Do dziś nie jadłam lepszych owoców morza. Właściciel przyniósł nam butelkę schłodzonego vin jaune. Napełniłeś kieliszki aż po krawędź, zupełnie jak na rysunku. „Nasze?”

Obserwowałam cię ukradkiem podczas jazdy, rzucałam ostrożne spojrzenia z ukosa, przyglądając się twoim długim, smukłym palcom na kierownicy, wyświechtany mankiet granatowego swetra. Teraz jednak siedziałeś do mnie przodem, twarz miałeś złotą od światła świecy i nie pozostawało mi nic innego, jak tylko wpatrywać się w ciebie. Co takiego kryło się w twojej twarzy, że w moich oczach byłeś piękniejszy niż ktokolwiek, kogo w życiu widziałam?

 

Zauważyłeś, że patrzę, i uśmiechnąłeś się do mnie.

– Nie sądziłem, że przyjdziesz. Co sprawiło, że zmieniłaś zdanie?

– Rysunek.

– Podobał ci się?

– Jest cudowny. Przypomina mi ilustracje z moich ulubionych książek z dzieciństwa. Pamiętasz te staroświeckie szkice, które sprawiały, że chciałeś się w nich zanurzyć? To samo poczułam na jego widok.

Z zadowoleniem pokiwałeś głową. Wyznałeś, że dla ciebie nie liczy się nic poza malarstwem i rysunkiem.

– To dlaczego studiujesz literaturę angielską?

– Sam nie wiem – roześmiałeś się. – Może to ostatnia próba zadowolenia mojej matki. Nie żeby działało.

Powiedziałeś, że twój ojciec zmarł, kiedy byłeś dzieckiem. Rzuciłeś to lekkim, wyćwiczonym tonem. Ale ja już wtedy wiedziałam, że jego śmierć na zawsze cię zmieniła.

– A teraz ty opowiedz mi swoją historię – poprosiłeś.

Przez chwilę przetrząsałam pamięć, ale nie mogłam znaleźć nic poza zadowoleniem. Kiedy myślałam o domu, w moich wspomnieniach zawsze była niedziela, Desert Island Discs w radiu, gazeta rozłożona na stole, zapach pieczonego kurczaka unoszący się w powietrzu. Rozmowa zazwyczaj koncentrowała się na mnie – zawsze stałam w pełnym blasku uwagi rodziców, otulona ciepłem naszego własnego, trzyosobowego świata. Byłam ich cudownym dzieckiem, narodzonym po dziewięciu latach starań, kiedy niezliczeni lekarze zdążyli się już poddać. Kochali mnie z zaangażowaniem ludzi, którzy dłużej niż inni musieli czekać na spełnienie swoich marzeń.

– Moje życie chyba się jeszcze na dobre nie zaczęło – odparłam, a twoje wargi po raz pierwszy rozciągnęły się w prawdziwym uśmiechu.

– Może zaczyna się właśnie teraz.