Chata wuja Toma

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Chata wuja Toma
Chata wuja Toma
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 32,89  26,31 
Chata wuja Toma
Audio
Chata wuja Toma
Audiobook
Czyta Robert Michalak
7,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Harriet Beecher Stowe

Chata wuja Toma

Warszawa 2016

Spis treści

Rozdział I. Ludzie na sprzedaż

Rozdział II. Ucieczka Elizy

Rozdział III. Pogoń – Pożegnanie wuja Toma

Rozdział IV. Na drodze do wyzwolenia

Rozdział V. Bez litości

Rozdział VI. U kwakrów

Rozdział VII. Ewangelina

Rozdział VIII. Trawa schnie, kwiat więdnie

Rozdział IX. W ręce tyrana

Rozdział X. Dom, w którym straszyło

Rozdział XI. Męczennik

Rozdział XII. Dzień żniwa

Rozdział I

Ludzie na sprzedaż

W pierwszej połowie XIX wieku, kiedy w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej panowało jeszcze niewolnictwo, posiadał w Stanie Kentucky obszerne posiadłości człowiek dobry i szanowany powszechnie, pan Shelby. Był on panem i właścicielem kilkuset niewolników, którzy pracowali dla niego w plantacjach bawełny, przy gospodarstwie rolnym i pełnili służbę domową, ale ponieważ pan ludzki i łagodny dobrze obchodził się z nimi, byli do niego szczerze przywiązani i na los swój nie uskarżali się zupełnie.

Niestety zacny ten człowiek nie umiał dość energicznie kierować interesami, nie utrzymywał rachunków w porządku, kiedy brakło pieniędzy, zaciągał pożyczki nie myśląc o tym, w jaki sposób je spłaci, a tym sposobem stan jego majątku pogarszał się z każdym rokiem i zupełną groził ruiną. Dobra i rozumna żona byłaby może jeszcze temu zapobiegła, gdyby znała grożące im niebezpieczeństwo, lecz pan Shelby, pragnąc oszczędzić jej troski, starannie ukrywał przed nią wszelkie majątkowe kłopoty. Tym sposobem do czasu, nie wiedząc o niczym, żyła spokojnie, zajęta wychowaniem jedynego syna, Alwina, który równie dobrocią jak rysami twarzy przypominał jej męża.

W tym właśnie czasie, kiedy rozpoczynamy nasze opowiadanie, do majątku pana Shelby’ego przybył handlarz niewolników, niejaki Haley po odbiór należności za weksel, który podstępnie nabył. Nie chodziło mu jednak tyle o gotówkę, ile o kupno niewolnika Toma, który od wielu lat należał do pana Shelby’ego, cieszył się jego zaufaniem, a dla swej uczciwości i zacnego charakteru nazywany był przez wszystkich wujem Tomem. Pod tą nazwą znano go i ceniono w całej okolicy.

W wykwintnie urządzonej sali jadalnej siedzieli panowie Shelby i Haley i potajemnie układali się o sprzedaż biednego Toma. Pan Shelby był człowiekiem ujmującej powierzchowności i dobrze wychowanym, handlarz niewolników stanowił z nim kontrast zupełny. Wyobraź sobie, Czytelniku, małego, krępego mężczyznę o pospolitej twarzy, z wyrazem zarozumiałości i pychy. Zachowanie się jego, równie jak i mowa, były pyszałkowate i nieokrzesane, co przy dziwacznym stroju sprawiało wrażenie raczej śmieszne niż wstrętne. Lubił się stroić. Miał kamizelkę jaskrawą, na szyi chustkę niebieską w duże żółte grochy zawiązaną pretensjonalnie na kokardę. Niezgrabne jego palce pokryte były pierścionkami, a przy ciężkim złotym łańcuszku od zegarka wisiały jako breloczki: kluczyki, pieczątki i tym podobne przedmioty, którymi się bawił ze szczególnym upodobaniem. Właśnie dowodził w sposób gburowaty, iż Tom nie może pokryć całej sumy należnej mu od pana Shelby, i żądał uporczywie, żeby mu dodano jeszcze chłopca lub dziewczynę. Na nieszczęście w tej chwili wbiegł do pokoju czteroletni chłopczyk Harry (Henryk), śliczne dziecko, synek jednej z niewolnic pani Shelby i zbliżył się z ufnością do swojego pana.

Rad ze sposobności przerwania niemiłej rozmowy pan Shelby zajął się żywym jak iskra chłopczykiem, żartował z nim wesoło, kazał mu tańczyć i śpiewać, wyprawiać różne figle, z których obaj panowie śmiali się do rozpuku.

Wtem otworzyły się drzwi; do pokoju weszła cicho matka chłopca, piękna Eliza, ulubiona służebnica pani Shelby. Zabrała syna i oddaliła się niezwłocznie, przeprosiwszy panów, że im przeszkodziła. Haley zachwycił się pięknością Elizy, jej prawie białą cerą i pełną wyrazu twarzą.

– Na Jowisza! – zawołał – ile pan żądasz za tę cudną dziewczynę? Dam panu za nią znaczną sumę.

– Ani słowa o tym. Elizy nie sprzedam. Moja żona bez niej obejść się nie może.

– Pan nie rozumie swego interesu – powiedział Haley szyderczo. – Ale jeśli pan dziewczyny sprzedać nie chce, to odstąp mi pan przynajmniej chłopca.

– Niech pan da mi czas do namysłu; pomówię o tym z żoną. Przyjdź pan jutro wieczorem między szóstą a siódmą, ale do tego czasu zachowaj o tym milczenie, inaczej trudną miałbym przeprawę z moimi ludźmi.

Haley oddalił się z rubaszną i zuchwałą miną, biedny zaś pan Shelby ze strachem myślał o tym, że będzie zmuszony przyznać się przed żoną, w jak rozpaczliwym stanie znajduje się ich majątek, i przekonać ją o konieczności zamierzonej sprzedaży Toma.

Eliza była mocno zaniepokojona. Badawcze spojrzenie, jakie rzucił Haley na nią i jej synka, zatrwożyło biedną kobietą. Stojąc za drzwiami słyszała wyraźnie jakieś targi, ze strachem więc tuliła ukochane dziecko, usiłując jednocześnie choć parę słów pochwycić z fatalnej rozmowy, ale pani właśnie wezwała ją do siebie.

Pani Shelby była kobietą rzadkiej dobroci i wielkiego rozumu, toteż kochał i czcił ją dobrotliwy, choć lekkomyślny małżonek. Sam chwiejnego charakteru czuł w niej silną podporę, a jej niezachwiana energia i wiara i jemu nieraz służyła za tarczę. Pod jej opieką służba bezpieczna była od nieszczęść, jakie sprowadza niewolnictwo na rodziny biednych Murzynów; kochała też i uwielbiała dobrą panią.

Eliza była od dziecka ulubienicą pani Shelby; miała ona wdzięk i piękno właściwe Mulatkom, a przy tym łagodna, rozsądna i miła ujmowała wszystkich tak powierzchownością jak zaletami charakteru.

Toteż nieuwaga i roztargnienie tak zręcznej zawsze pokojowej mocno zadziwiły panią Shelby. Eliza bowiem, ubierając panią, w pośpiechu przewróciła dzbanek, a woda rozlała się na ładny stoliczek do robótek.

– Co ci się dziś stało, Elizo? – zapytała pani Shelby.

– Ach, pani! czy to być może, żeby pan sprzedał Harrego? – zawołała strwożona kobieta i wybuchnęła głośnym płaczem. – Pan siedzi na dole z handlarzem niewolników i naradzają się nad czymś okropnym.

– Nierozsądna! – odpowiedziała pand Shelby – czy mąż mój nie jest dla was dobrym i ludzkim panem? Nie sprzedałby wiernego sługi, a twojego Henrysia któż by nawet chciał kupić?

– O pani! ty byś się przecie nie zgodziła, aby mi odebrano moje dziecko!

– Z pewnością nie! – powtórzyła pani Shelby – nigdy bym na to nie pozwoliła tak, jak nigdy nie sprzedałabym własnych dzieci. Ale dość o tym. Uspokój się i pomóż mi się ubrać.

Przekonywający i spokojny ton pani Shelby rozproszył obawy Elizy. Pani i sługa miały do siebie wzajemnie zupełne zaufanie i dotąd nie zawiodły się nigdy na sobie; pani Shelby wypowiedziała swoje zapewnienie w dobrej wierze, gdyż nie wiedziała nic o smutnym stanie interesów męża.

Stojąc na werandzie Eliza w zamyśleniu ścigała okiem oddalający się powóz, którym jej pani pojechała w sąsiedztwo. Nagle czyjaś ręka spoczęła na jej ramieniu. Eliza odwróciła się szybko i ujrzała swego męża, Jerzego Harrisa. Przywitała go radosnym uśmiechem. Jerzy, człowiek zdolny i przystojny, należał do właściciela sąsiedniego majątku, który go oddał jako najemnika do fabryki chustek do nosa. Tam Jerzy wkrótce zjednał sobie sympatię właściciela, gdyż okazał wielkie techniczne zdolności, a nawet wynalazł maszynę do czyszczenia konopi. Fabrykant cenił go bardzo, okazywał mu szacunek i wszelkiego rodzaju względy, a co najważniejsza, pozostawiał mu zupełną swobodę. Posyłał go często za interesami do majątku pana Shelby’ego, gdzie Jerzy poznał Elizę i został szczęśliwym jej mężem. Pani Shelby szczerze sprzyjała młodym ludziom, wyprawiła im wesele i serdecznie interesowała się ich losem. Ale w ciągu dwóch pierwszych lat małżeństwa biedna Eliza straciła dwoje ślicznych dzieci i tylko dzięki serdecznej opiece i słowom pociechy parni Shelby udało się ukoić jej żal ciężki. Kiedy odzyskała spokój, a synek jej Harry zdrowo się chował i z każdym rokiem był piękniejszy i roztropniejszy, Eliza zaczęła wreszcie zapominać o dawnych troskach i cierpieniach i zdawała się zupełnie zadowoloną i szczęśliwą.

Młodzi małżonkowie nie mogli być razem, gdyż każde z nich należało do innego właściciela, ale widywali się często, dopóki Jerzy pracował w fabryce. Przed niedawnym jednak czasem pan zażądał jego powrotu i skończyły się piękne dni wolności i szczęścia. Tym bardziej ucieszyła się teraz Eliza przybyciem męża.

– Ach, Jerzy! Jak to dobrze żeś przybył. Pani mnie teraz nie potrzebuje, bo wyjechała w sąsiedztwo, możemy sobie pogawędzić.

Pociągnęła go do pokoju.

– Spojrzyj na naszego chłopca, jak wyrósł, jaki piękny! – Pieszczotliwie pogłaskała główkę dziecka. – Aleś ty jakiś smutny, nie uśmiechasz się nawet? – dodała z widocznym przygnębieniem.

 

– O Elizo! – westchnął Jerzy z głębi serca – jestem bardzo nieszczęśliwy. Wolałbym, żebyśmy wszyscy nie żyli! Od czasu kiedy mnie srogi pan odebrał z fabryki, obchodzi się ze mną gorzej niż z psem. Dzień w dzień przysparza mi pracy, a najżmudniejsze roboty uważa dla mnie za zbyt łatwe. Czyż mogę dłużej żyć w takich warunkach?

– Miej cierpliwość, jak przystoi chrześcijaninowi – odpowiedziała Eliza, wychowana przez panią Shelby w pobożności. – Wiem, że wiele cierpieć musisz od srogiego pana, ale przez wzgląd na Henrysia bądź uległy i znoś swój los z poddaniem.

– Moja cierpliwość i uległość już się wyczerpały. Czyż nie jestem człowiekiem, który myśli i czuje? Czy nie mam więcej doświadczenia, zręczności i znajomości rzeczy we wszystkich interesach niż mój pan niegodziwy? Czyż nie nauczyłem się wszystkiego bez jego pomocy? Czyż nie pracowałem na jego korzyść i nie oddawałem mu całego zarobku, a czegóż w zamian od niego doznaję? Tylko nikczemnego obejścia. Posłuchaj, co mnie wczoraj spotkało. Młody pan Edward postraszył mi batem konia przy robocie i pomimo uprzejmej prośby mojej nie przestał go bić i płoszyć. Kiedy wreszcie i mnie zaczął smagać batem, chwyciłem go za ręce. Wyrwał się i pobiegł do ojca ze skargą. Okrutnik kazał mnie przywiązać do drzewa, uciął swojemu synkowi kilka rózeg i pozwolił mnie bić, jak długo mu się podobało. Nie, nie, dłużej takiego życia nie zniosę!

– Mój biedny Jerzy! – zawołała drżącym głosem Eliza – to straszne, ale on jest twoim panem.

– Moim panem! Któż tego nędznika zrobił moim panem? Przyjdzie dzień zapłaty, wtedy on i jego synalek przypomną sobie o mnie!

– Módl się, żeby cię Bóg od grzechu uchował! Jerzy, drogi mężu! Nigdy nie widziałam cię jeszcze tak wzburzonego i zawziętego.

– I cóż mi pomoże wiara chrześcijańska, jeżeli tylko niesprawiedliwości i prześladowań doświadczam? Dlaczego Bóg chrześcijan pozwala złym ludziom krzywdzić bezbronnych?

– Pani mówi, że co Bóg daje, to dla nas dobre, choćby nam się inaczej zdawało. Miej ufność w Bogu, a na pewno wkrótce lepsze czasy dla nas nastaną.

– Posłuchaj jeszcze, co ci powiem. Pamiętasz małego Filusia, pieska, któregoś mi niegdyś darowała? Karmiłem go onegdaj odpadkami, leżącymi przed pańską kuchnią; w tej chwili przechodził nasz pan i rozkazał mi natychmiast utopić biedną psinę. Nie pozwala Murzynom trzymać psów i karmić ich na koszt pański. Kiedym nie posłuchał nakazu, sam pan ze swoim Edwardem utopili biedne stworzenie na moich oczach, a ja otrzymałem chłostę za nieposłuszeństwo. A teraz dowiedz się, czego jeszcze żąda mój pan ode mnie. Oto żałuje, że pozwolił mi ożenić się z kobietą, która nie jest jego niewolnicą, i zapowiedział mi przed kilku dniami, że muszę się ożenić z Anną, inaczej sprzedany będę na południe w dół rzeki.

– Ależ nam dawał ślub kapłan chrześcijański jak innym białym ludziom! – zawołała Eliza przestraszona.

– Czy nie wiesz, że niewolnicy wobec pana pozbawieni są wszelkich praw? Przestaniesz być moją żoną, jeżeli panu spodoba się nas rozłączyć.

– Ach, to straszne! – jęknęła Eliza – cóż nas czeka i dziecko nasze?

– Im piękniejszy będzie, tym prędzej i prawdopodobniej odbiorą go nam obcy.

Przerażona Eliza przypomniała sobie w tej chwili handlarza i trwoga o ukochane dziecko zaczęła znów szarpać jej serce. Milczała jednak nie chcąc dręczyć męża płonnymi obawami.

– Ja dłużej tak żyć nie mogę – powiedział Jerzy – i uciekam do Kanady. Ty wiesz, moja droga, że tam każdy niewolnik staje się wolnym i ścigać go nie wolno. Stamtąd postaram się odkupić ciebie i dziecko. Twój pan jest ludzki, może zgodzi się na to.

– Ach, Jerzy! – zawołała Eliza z rozpaczą – jeżeli cię schwytają... O ja nieszczęśliwa!

– Żywego mnie nie schwycą! Ty jesteś dobra i rozumna, módl się za mnie, może cię Bóg wysłucha i dopomoże nam w tej ciężkiej chwili. Poczyniłem już przygotowania, znam także dobrych ludzi, którzy mi dopomogą. W tym tygodniu jeszcze umknę. Niech Bóg strzeże ciebie i dziecko i od złego zachowa!

Łkając rzuciła się biedna Eliza na szyję nieszczęśliwemu mężowi. Rozstali się z rozpaczą, słabą mając nadzieję spotkania się jeszcze w tym życiu.

Jerzy nie przesadzał opisując okrucieństwa swego pana, kiedy bowiem zazdrosny ten człowiek dowiedział się, jak wysoko właściciel fabryki ceni zdolnego młodzieńca, którego mu wynajął, postanowił położyć kres pańskiemu życiu niewolnika. Przyjechał niespodzianie do fabryki, zażądał zarobków Jerzego i oświadczył, że zabiera go z sobą.

– Ależ, panie Harris – zawołał fabrykant – pozbawia mnie tak nagle zdolnego pracownika! Czyż na serio tego żądasz?

– Dlaczegóż nie? To mój niewolnik.

– Podwyższę mu płacę, jeżeli go pan u nas zostawi.

– Nie potrzebuję waszych pieniędzy, nic mnie nie zmusza do wynajmowania moich ludzi.

– Ale Jerzy jest niezwykle uzdolniony, może zarabiać więcej i być niezmiernie pożytecznym.

– Nie wiem, moich zleceń nie umiał nigdy spełniać.

– Przecież Jerzy wynalazł tę maszynę, panie Harris – zawołał nie w porę jeden z robotników.

– A tak maszyny do oszczędzania pracy ludzkiej! To właśnie na niego patrzy! To by się uśmiechało każdemu Murzynowi... Niech się natychmiast zabiera, dość tego!

Odtąd używano Jerzego do najgrubszych robót i obchodzono się z nim najbrutalniej, aby, wedle słów pana, zapomniał panoszyć się i głowę zadzierać do góry. Pa kilku tygodniach przybył do Harrisa fabrykant i proponował daleko korzystniejsze warunki, a nawet usilnie prosił, żeby mu sprzedał Jerzego, ale Harris odmówił stanowczo.

* *

*

Dom, zbudowany z okrąglaków, w którym mieszkał wuj Tom z żoną Chloe i z dziećmi o wełnistych głowach, stał w pobliżu dworu państwa Shelbych. Ściany chaty pokryte były wijącymi się roślinami, przed domkiem znajdował się mały ogródek, w którym ciocia Chloe hodowała warzywa i jagody, a pstre kwiaty rozwijały się tutaj w całej okazałości. W chacie ciocia Chloe, najlepsza kucharka z całej okolicy, zajęta była gospodarstwem. Po wydaniu kolacji we dworze powracała zwykle do chaty, aby swemu „staremu” zgotować wieczerzę. Jej czarna, połyskująca twarz pod jaskrawą, kwiecistą chustką promieniała dobrotliwym zadowoleniem z samej siebie. Była dumna ze swego kunsztu i z litością spoglądała na usiłowania innych śmiertelniczek, aby dorównać jej w tej pięknej sztuce. Na dwadzieścia mil wokoło nikt nie umiał lepiej od niej piec niezliczonych rodzajów ciastek, nikt lepiej nie przyrządzał pasztetów. Można się było śmiać do rozpuku, patrząc, jak inne kucharki daremnie usiłowały jej dorównać. Niska, otyła kobieta trzęsła się też od śmiechu, kiedy wspomniała o tym. Cieszył ją widok kufrów i waliz przed domem: to świadczyło przecież o przybyciu gości, będzie miała sposobność popisania się swoim talentem.

Jedna część izby w chacie była staranniej utrzymana i stanowiła coś w rodzaju gościnnego pokoju. Łóżko, pokryte śnieżnej białości kołdrą, przed nim duży dywan, nadawały temu kątowi pozór zamożności, z czego Chloe była wielce dumna. Drugie, skromniejsze łóżko stało w drugim kącie; na ścianie nad kominem wisiało kilka kolorowanych litografii, przed kominkiem stał stolik o nieco słabszych nóżkach. Dwóch tęgich chłopców bawiło się na ziemi i ze śmiechem pomagało maleńkiej siostrzyczce stawiać pierwsze kroki. Przy stole siedział wuj Tom i młody Alwin Shelby, trzynastoletni chłopiec, który w tej chwili uczył Toma pisać. Wuj Tom, najlepszy robotnik pana Shelby’ego, był wysokim, silnym mężczyzną i sprawiał bardzo, ujmujące wrażenie. Na lśniącej, czarnej twarzy malowała się dobroć w połączeniu z godnością. Teraz siedział pochylony nad tabliczką, na której pracowicie kreślił jakieś litery.

– Ależ wuju Tomie! – zawołał panicz, rozbawiony niepojętnością Toma – nie tak, nie tak, to będzie q, a nie p! – i szybko napisał cały rząd tych liter na tabliczce, ażeby uwydatnić różnicę między nimi.

Tom patrzał z podziwem na młodego nauczyciela i zabrał się na nowo do pracy, a ciocia Chloe, która warzyła i smażyła w rondlach i tyglach, obejrzawszy się na nich powiedziała:

– Doprawdy, ci biali ludzie są mądrzy do wszystkiego! Wszystko im łatwo! Jak to pięknie nasz panicz czyta i pisze.

– Ciociu Chloe, mnie się strasznie jeść chce. Czy placek gotowy? – pytał Alwin.

– Zaraz, panie Alwinie już się pięknie rumieni. No! niech mi kto upiecze takie ciasto! A jak to wyglądał placek, który upiekła Sally? Z jednej strony ciasto zupełnie oklapło, wyglądało jak stary trzewik.

Mówiąc te słowa zdjęła pokrywę w brytfanny i cieszyła się widokiem swego arcydzieła.

– A teraz, panie Alwinie, podaję razem kiełbasy i omlet. Niech no panicz siądzie przy starym, a książki odłóżcie już na bok.

– Nie chciałem jeść w domu, tutaj mi lepiej smakuje – chwalił Alwin zajadając z apetytem. Nagle przemówił z pełnymi ustami.

– Wiesz, ciociu Chloe, Tom Lincoln utrzymuje, że jego Jenny lepiej gotuje od ciebie.

– Alboż ci Lincolnowie znają się na kuchni? Poczciwi ludziska, ale o takiej pańskości, jak nasi państwo, pojęcia nie mają. Daj spokój; słuchać o Lincolnach nie chcę!

– Ale, ciociu Chloe, sama powiedziałaś, że Jenny jest niezłą kucharką – zauważył Alwin.

– A no, tak! Coś tam umie. Gospodarski obiad potrafi przyrządzić, ale na wykwintnej kuchni nie zna się ani trochę. Umie chleb upiec, gotować ziemniaki, ale strzeż Boże od jej pasztetów i placków! Na weselu miss Marii pokazała mi Jenny pasztety, bo jesteśmy przyjaciółkami, ale co to za pasztety! Nie mówmy o nich, nie warto! Tak, tak, panie Alwinie, panicz nawet nie wie, jak mu dobrze na świecie, i jakie to szczęście pochodzić z dobrej rodziny, otrzymać dobre wychowanie.

– O, pod względem puddingów i pasztetów uważam się za bardzo szczęśliwego – powiedział Alwin, wskazując na swój pełny talerz. – Chwalę się zawsze tym przed Tomem Lincolnem.

Ciocia Chloe nie ukrywała radości, że jej panicz taki wesoły i dowcipny; głośny śmiech rozlegał się po całej chacie, a duże łzy spływały po jej okrągłych policzkach.

– Jakem uczciwa – zawołała wreszcie – panicz mógłby nawet chrabąszcza rozśmieszyć!

– W przyszłym tygodniu sprowadzę tu z sobą Toma Lincolna na obiad, ale wtedy musisz, ciociu, wystąpić, co się zowie, aby wiedział, co umiesz.

– Niech no go panicz sprowadzi, już ja pokażę! – zapewniła Murzynka z dumą. – Pamięta pan, panie Alwinie, ten duży pasztet z kur, który przyrządziłam na cześć generała Knoxa? Brał aż trzy razy! – A to jest wielki pan, pochodzi z najlepszej rodziny i wie dobrze, co smaczne.

Alwin położył wreszcie nóż i widelec na znak, że więcej jeść nie może. Przywołał małych Murzynków, synów Toma, aby ich obdzielić tym, co mu zostało, po czym zasiadł z wujem Tomem przy kominku. Tymczasem Chloe karmiła najmłodszą córeczkę, a Mojżesz i Piotr tarzali się po ziemi lub swawolili pod stołem.

– Cicho, cicho, chłopaki! – wołała matka chwytając to jednego, to drugiego za włosy, kiedy zbyt głośno krzyczeli.

– A czy kto widział kiedy takich lampartów! Sprawujcie się przyzwoicie, kiedy panicz przyszedł w odwiedziny. Precz stąd! idźcie sobie przed dom, bawcie się koło studni. Pochlapaliście się syropem.

Chłopcy, przewracając kozły i tarzając się po ziemi, z głośnym śmiechem wypadli z domu, Chloe zaś obtarła buzię i rączki małej dziewczynce i posadziła ją Tomowi na kolanach. Z prawdziwie rodzicielską radością poczciwy Tom pozwolił dziecku targać drobną rączką włosy, posadził sobie dziewczynkę na ramieniu, tańczył i skakał z nią po całej izbie, Alwin zaś machał chustką przed dzieckiem, a chłopcy, Piotr i Mojżesz, którzy już znowu, wywracając kozły, powrócili do izby, wyli na cały głos jak zwierzęta dzikie w menażerii, aż w końcu ciocia Chloe zawołała:

– Boże! głowa, moja głowa! Czyż nie przestaniecie hałasować? Natychmiast mi do łóżka, spać! Będziemy dziś mieli gości. Obejdzie się bez was.

Mówiąc to, wyciągnęła spod łóżka rodzaj skrzyni, która oczywiście miała służyć chłopcom za łóżko.

– Ale my nie chcemy spać, my chcemy być na zebraniu! – wołali obaj chłopcy.

– Pozwólcie im zostać – rozstrzygnął sprawę Alwin i wsunął skrzynkę pod łóżko.

Całe towarzystwo naradzało się teraz nad urządzeniem izby i pomieszczeniem przybywających gości.

– Skądże weźmiemy tyle krzeseł? – powiedziała ciocia Chloe. – Tyle się zawsze zbiera, że ledwo się pomieszczą.

– Jakoś tam będzie! – odrzekł Tom – musimy sobie radzić.

Przy pomocy ciotki Chloe wtoczył dwie beczki do chaty, podparł je kamieniami, żeby się dalej potoczyć nie mogły, oparł na nich deski, następnie ustawił parę kubełków i przygotowanie na przyjęcie gości było skończone.

 

– Wszak zostaniesz u nas, panie Alwinie, i przeczytasz nam parę rozdziałów z Pisma Świętego. Pan tak pięknie czyta.

Alwin zrozumiał całą wyższość swoją i chętnie pozostał w chacie. Wkrótce izba napełniła się Murzynami wszelkiego wieku i płci. Zeszli się starcy i sędziwe już kobiety, młodzi, dziewczęta i chłopcy, i wesoło z sobą gawędzili. Przedmiotem rozmów były drobne, często nic nie znaczące wypadki codziennego życia, na przykład kto podarował starej Sally czerwoną chustkę na głowę, albo że pan Shelby chce kupić pięknego źrebaka, albo jaką piękną suknię ma Licy i tym podobne ważne sprawy państwa. Przybyło także kilku Negrów z sąsiednich ferm z różnymi nowinami.

Wkrótce zabrzmiały pieśni religijne, wszyscy obecni brali w nich gorliwy udział, a chrapliwe i nosowe dźwięki niektórych śpiewaków nie mogły przytłumić świeżych, naturalnych głosów młodzieży. Twarze jaśniały radością i zachwytem, kiedy odezwała się jedna z ulubionych melodii:

O Kanaan, Kanaan,

Ziemio nasza obiecana!

Po odśpiewaniu pieśni rozpoczęły się nauki moralne, wygłaszane przez niektórych członków zgromadzenia, a Alwin, obeznany z Biblią, przeczytał ku ogólnemu zadowoleniu ostatnie rozdziały Objawienia Świętego Jana i dodał parę rozumnych objaśnień, które często słuchacze przerywali okrzykami podziwu. Na zakończenie wuj Tom z pobożnością i prawdziwym namaszczeniem odmówił modlitwę rzewną i pełną dziecięcej pokory, po czym wszyscy z radością w sercach rozeszli się do domów.