Odnalezieni

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Z żoną Beatą w pracowni malarskiej.


Plener malarski w Górach Świętokrzyskich.

Córka wujka i cioci
Historia Hanny Dudek, siostry Jakuba Cwieczkowskiego

Kiedy pani poczuła, że ma prawdziwą rodzinę?

Gdy rodziłam pierwsze dziecko, Małgosię, pielęgniarka, wyciągając córkę, otarła ją delikatnie o moją nogę. Poczułam ciepło niemowlaka i to było miłe, ale wtedy coś we mnie pękło. Do końca ciąży nie miałam żadnych uczuć macierzyńskich. Uważałam, że dziecko to jest coś, co trzeba z siebie… wyrzucić. Podczas porodu, gdy dziecko opuszczało moje łono, nagle poczułam, że jestem mamą, że jest też ojciec dziecka, i zrozumiałam, co to znaczy rodzina. Cieszyłam się także wtedy, gdy nagle rodzina powiększyła się o mojego brata. I to nie tylko o niego samego, ale też o jego troje dzieci, o jego żonę… Już nas było więcej!

Jest pani „stadna”?

Oj, tak. Jeszcze jakbym była waderą i mogła dowodzić stadem, to już w ogóle czułabym się super! Lubię dowodzić. Lubię, jak jesteśmy wszyscy razem, jak mam blisko siebie swoje dzieci. W dzieciństwie czułam się niczyja.

A kiedy poczuła się pani czyjaś?


Z mężem Edkiem. Chrzest naszej córki Małgosi, 1973 rok.

W rodzinie, która mnie adoptowała. Jak czułam, że ktoś na mnie czeka, ktoś się o mnie troszczy… Najgorzej wspominam dom dziecka. To był najgorszy okres mojego życia.

Ile czasu była pani w domu dziecka?

Nawet nie chcę liczyć. Dobrze, że niedługo.


Pierwsza fotografia z mamą adopcyjną Stefą.

Jaki to był dom dziecka?

Żeński. „Anusia”, był w Konstancinie. Nazywano go „domem po Bierucie”. To był bardzo duży budynek. Taki trochę blok w parku. Olbrzymi gmach, basen i fontanna. Może Bierut tam wcześniej mieszkał.

Jak wyglądało tam życie?

Był rygor i źle ugotowana mamałyga. Siedziałyśmy po cztery przy stolikach, a wychowawczyni chodziła z lizakami. Nigdy takiego lizaka nie dostałam, bo mamałygi jeść nie chciałam. Siedziałam nad talerzem i płakałam. Do szkoły chodziłyśmy parami, jednakowo ubrane, jak w skafanderki, to wszystkie czerwone, jednakowe tornistry. Wyróżniałyśmy się. — O, bidul idzie! — mówili ludzie.

A atmosfera?

Szpitalna. Sale były za duże… do tego hole i izolatka z dwoma łóżkami. Łóżka były żelazne. Nieprzytulnie.

Głośno czy cicho?

Kiedy zaczynałyśmy hałasować, to od razu był krzyk, że ma być ciszej… Była taka pani Renia, co zawsze krzyczała. Tych wrzasków i tej atmosfery nie zapomnę. Wszystko robiło się na komendę: teraz się umyj, teraz rób lekcje, teraz się baw. Do tego rywalizacja.

Rywalizacja?

Tak. Wiedziałyśmy, że jak ktoś przyjedzie, to nas ubędzie.

Przyjeżdżali?

Przyjeżdżali. Wychowawczynie wprowadzały nas wtedy w grupie do takiej osobnej sali. Z zabawkami. Brałam raz udział w takiej sesji. Dyrekcja domu dziecka rozmawiała z kobietą, która była zainteresowana adopcją, a ja się bawiłam. Patrzyli na mnie, a ja też przyglądałam się tej kobiecie. Miała taki pogodny wyraz twarzy, bardzo mi się podobała.


Mama Stefa i Sławka.

O czym pani wtedy myślała?

No, chciałam się pokazać od najlepszej strony! My wiedziałyśmy z dziewczynkami, takimi siedmio-, ośmiolatkami, że osoba, która przyjechała, będzie mamą którejś z nas.

Co takie dziewczynki robiły, żeby się od najlepszej strony pokazać?

Trzeba było ładnie chodzić, grzecznie się bawić, nie pokazywać języka… Nie wolno było mówić brzydkich słów, skarżyć na kogoś, nie wolno było mówić, że pani Renia jest niedobra… Elegancko trzeba było się zachowywać, żeby się wkupić. Wtedy tamta pani tak się mile uśmiechała, że sądziłam, że ona mnie weźmie. Pomyślałam sobie: No, jak ja jej teraz powiem: mamo, to już będzie super, to ona mnie weźmie. Już się sprężyłam i miałam się do niej odezwać, i… w tym momencie ona powiedziała do dyrektorki: Wszystko w porządku, żadnych wad nie widzę, bardzo fajna dziewczynka, ale będzie się bała podróży… Wtedy obiecałam sobie, że już nigdy do nikogo nie powiem: mamo. Czułam ogromny żal. Wiedziałam, że mojej mamy już nie ma, a w zasięgu ręki miałam drugą mamę. Myślałam, że wystarczy wskoczyć tej kobiecie na kolana czy rzucić się jej na szyję i powiedzieć: mamo, a ona już będzie moja… Ale się nie udało. Po tej sesji wzięłam sprawy w swoje ręce.


Z rodziną adopcyjną i jej krewnymi. Tuż po przybyciu z domu dziecka (ja w środku, z kokardą, leży Sławka).

W jaki sposób?

Uczepiłam się jednej młodej kobiety, która pracowała w domu dziecka, cioci Sławki, i doprowadziłam do tego, że ona mnie wzięła. Najpierw na wakacje. W pięć minut się spakowałam. Walizeczka, niebieska bluzeczka, spódniczka w granatowe groszki, i już byłam gotowa. Co miała zrobić? W czasie tych wakacji znalazła, poprzez swoją rodzinę, ludzi, którzy mnie adoptowali.

Jacy to byli ludzie?

Wspaniali. Domek mieli malutki… To byli bardzo skromni ludzie. On był bardzo dobrym zbrojarzem.

Nie mieli dzieci?

Nie mogli. Wujek Lucio, czyli Lucjan, mój ojciec adopcyjny, opowiadał mi później, że Stefania kiedyś poroniła i od tamtej pory nie mogła mieć dzieci.

Ciociu, wujku — tak się pani do nich zwracała?

Na początku, gdy mnie wzięli, mówiłam do nich per pan, pani. Potem kazali, żebym ich nazywała ciocią i wujkiem. I tak zostało. Niektórym obcym ludziom mówiłam, że to moja mama i mój tata, ale bezpośrednio do nich nigdy nie powiedziałam: mamo, tato. Oni byli dla mnie bardzo dobrzy — szczególnie Stefania, ale po dwóch latach od adopcji zmarła. On ożenił się po raz kolejny, z taką starą panną po pięćdziesiątce. Ona była wobec mnie zgryźliwa.

Jak wyglądało wasze życie pod jednym dachem?

Krótko żyłyśmy pod jednym dachem, bo ona robiła wszystko, żeby się mnie pozbyć. Mieszkałam z nią właściwie tylko do ukończenia podstawówki. Jak dojeżdżałam do liceum, starała się znaleźć mi inną szkołę, taką, żebym mieszkała w internacie. I znalazła. W naszym domu zamieszkała wtedy jej bratanica, zresztą też Hanka. Musiałam odstąpić jej posłanie, a jak przyjeżdżałam do domu, to spałam na trzech zestawionych krzesłach.


Rodzice adopcyjni, Stefa i Lutek, tuż przed wybuchem II wojny światowej.

Nie buntowała się pani?

Buntowałam! Kiedy się źle zachowywałam, ona mi odpowiadała z przekąsem: Żebyś ty była moja, to ja bym ci to czy tamto… Gdy ona to mówiła w taki obrzydliwy sposób — to czułam się strasznie… Ja się wtedy zastanawiałam: kim w ogóle jestem? Czyja w ogóle jestem?

A ojciec?

Nigdy na mnie nie krzyczał. Był kochany. Nawet gdy zasługiwałam na lanie — nigdy nie podniósł na mnie ręki. Taki dobry duszek. Cała wieś mówiła do niego tak jak ja: wujku. To był dobry wujek. Dla wszystkich. Nawet później moi teściowie nie zwracali się do niego: swacie czy: Lucjan albo Lutek, tylko mówili: wujku. Śmieszne. To był taki fajny, uśmiechnięty, grubszy pan. Pamiętam, jak zawiózł mnie do swojej mamy — już wtedy stareńkiej kobiety. Była niezwykle pogodna, uśmiechnięta, miała twarz prawie jak noworodek.

Staruszka?!

Taka babuleńka do przytulania. Nie wiedziałam najpierw, kto to jest, a potem zorientowałam się, że to była mama wujka Lutka, czyli moja babcia, i że pojechaliśmy tam, żeby on mógł mnie jej pokazać. Widziałam ją tylko raz, niedługo potem zmarła. Kochana, stareńka babcia. Coś miała dobrego w oczach, z twarzy płynęła taka słodycz, że nic tylko lgnąć do niej. Coś podobnego miał w sobie Lutek. Lubiłam wkrochmalić mu się na kolana i poprzytulać, i poprzymilać się. Nie mogę powiedzieć o nim złego słowa. Jak żyła Stefania, było mi u Gryciów wspaniale… Jak mnie brali, to był taki przekręt w sądzie…

Jaki przekręt?

Ojciec adopcyjny tłumaczył mi to potem, że przed adopcją ktoś musiał się zrzec ojcostwa. Powinien mnie przekazać jakiś opiekun, który zrzeknie się praw. Matka nie żyła, ojca nie było, ale opiekun musiał się znaleźć. Powinna to zrobić ciotka Hela z Dąbrówki, ale nie wiem, może nie chciała. Trzeba było więc kogoś skombinować. Najlepiej kogoś z okolicy Puław, gdzie potem zamieszkaliśmy, a już idealnie byłoby, gdyby to był sołtys… że sołtys niby mnie wziął z domu dziecka trochę na wakacje do Góry Puławskiej i niby wyszukiwał dla mnie odpowiednich ludzi we wsi, i znalazł tych Gryciów… Taki słodki przekręt, żeby nie mieszać w to obcych ludzi — nie szukać mojego biologicznego ojca, żeby sprawa sądowa toczyła się w Puławach, a nie gdzieś pod Warszawą, żeby nie jeździć po sądach i tak dalej. I tak rzeczywiście się odbyło. Pamiętam, jak sołtys w sądzie mówił, że on jest moim opiekunem i zrzeka się opieki nad małoletnią Michalewską na rzecz małżonków Stefanii i Lucjana Gryciów… Takie mydlenie oczu… Pamiętam jeszcze wysoki stół w sądzie. Wypytywali mnie, kto mi kupił to, a kto mi kupił tamto, czy mi dobrze i czy ja chcę u nich być i tak dalej. Ja byłam taka ważna, że mnie sąd o wszystko wypytuje… Udało się. Przebiegło bardzo sprawnie. Tylko że sąd o wszystkim pomyślał, ale nie o moim imieniu…

 

Z mamą adopcyjną w Nałęczowie, 1961 rok. Mam dziesięć lat.


Z wujkiem Lutkiem w Górze Puławskiej, po śmierci Stefy, 1963 rok. Mam dwanaście lat.

?…

Jak przyszły do domu papiery z sądu, okazało się, że ja wcale nie mam na imię Hania… nie jestem Hanka, tylko Franka. W tych papierach było napisane wyraźnie: Franciszka Michalewska. Gryciowie zrobili wielkie oczy i zaczęli mnie wypytywać, czy ja o tym wiem… Oczywiście nie miałam pojęcia, nigdy nie byłam Franią. Oni mnie wzięli, jak miałam dziewięć lat. Do tego czasu wszyscy zwracali się do mnie: Hania, Hanka. Tak mówiła do mnie mama, wszyscy w Dąbrówce, w domu dziecka, w szkole… A tu nagle okazuje się, że jestem Franką. Nie wiedzieliśmy, dlaczego sąd w Puławach nie zwrócił na to uwagi. To było bardzo dziwne. W każdym razie od tamtej pory urzędowo byłam Franką, ale wszyscy do mnie i tak mówili: Haniu. W domu, w szkole. Chociaż… w szkole figurowałam na liście jako Franciszka i niektórzy nauczyciele mówili do mnie: Franka. Nauczycielka polskiego bardzo ładnie się do mnie zwracała: Franciszko I Wspaniała…


Wakacje w Zalesiu.

To było złośliwe?

Nie. Ja się bardzo dobrze uczyłam, to było z szacunkiem. Złośliwi byli tylko czasem koledzy w szkole średniej. Im się to imię kojarzyło bardzo źle i mi dokuczali. Ja nie kochałam płci przeciwnej, więc chłopcy byli zgryźliwi…

Z czym im się kojarzyło imię Franka?

Z taką dziewczyną…

Rozwiązłą?

Tak. Poza tym w tamtym czasie zespół No To Co śpiewał piosenkę o Franiu lodziarzu i Frani cholernicy. Słyszałam za sobą bez przerwy:

A w niedzielę po południu Franio wolne ma. Bierze wtedy swoje skrzypce i tak sobie gra: Lody, lody śmietankowe! Komu lody dać? Proszę brać!

Albo:

Jak długo mam tu stać na ulicy pod oknem Franki, tej cholernicy?

Albo:

Ach, Franka, Franka, powiedzże, Frania, co z nami będzie względem kochania?


Wakacje w Zalesiu.

Jeden kolega „skojarzył” też to imię z francą. Dziś nadal jestem Hanką. Franciszką tylko urzędowo. Nikt w rodzinie do mnie nie mówi: Franka.

Powiedziała pani, że nie kochała płci przeciwnej…

Tak. Jako młoda dziewczyna nie ufałam mężczyznom. Bałam się, że facet mnie wykorzysta. Byłam przekonana, że facet jest po to, żeby wykorzystać młodą, naiwną dziewczynę, zrobić jej dziecko i ją zostawić… Wie pani, najpierw mój biologiczny ojciec skrzywdził moją mamę, potem krzywdził ją ojciec Kuby, mnie też kiedyś ktoś zawiódł… Sama nie wiem, jak ja wyszłam za mąż… No, ale jakoś wyszłam… urodziłam troje dzieci… Dziś wiem, że są mężczyźni dranie, ale i baby są dranie. W młodości myślałam, że tylko faceci są okropni…


Przed maturą, 1971 rok. Mam dwadzieścia lat.

Dlatego chciała pani zostać zakonnicą?

Tak.

Dlaczego stało się inaczej?

Bo w moim życiu doszło do kilku zdarzeń, które mnie do tego bardzo zniechęciły.

Na przykład?

To było w czasie, kiedy ja już się nad tym życiem zakonnym poważnie zastanawiałam. Do Góry Puławskiej przyjeżdżał taki fajny ksiądz. Któregoś razu pojechałyśmy do niego z koleżanką rowerami. To było w Janowcu. Byłam wtedy smarkulą, miałam ze szesnaście lat. Siedzimy u niego w pokoju na plebanii, rozmawiamy, a po jakimś czasie on wyciąga i pokazuje nam kożuch, jaki sprawił sobie na zimę. I nagle zaczyna w tym kożuchu po pokoju wirować… Taki rozbawiony, roztańczony… W pewnym momencie przykrywa mnie tym kożuchem i całuje!

Uderzyłam go na odlew i wyszłam. To było jak rażenie piorunem. Po tym zdarzeniu nastąpił zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i już wiedziałam, że takiej drogi w życiu nie wybiorę. To był dla mnie trudny moment. Wiedziałam już, że w normalnym świecie są źli mężczyźni, a i w tym świecie, do którego chciałam uciec, nie ma lepszych…

Co pani wie o swoim biologicznym ojcu?

Niewiele. Rodzina, która mnie adoptowała, coś tam jednak wiedziała. Zresztą po adopcji przyszły do domu jakieś pieniądze. W latach 60. Gryciowie kupili za nie kilka rzeczy. Na przykład emaliowaną pralkę Światowit. Służyła wiele lat najpierw w domu w Górze Puławskiej, a teraz weteranka, staruszka jest u mnie.

Pierze cały czas?

Jak trzeba, to pierze, chociaż ja jej bardzo rzadko używam. Bo to jest pralka kupiona „za mnie”. Gryciowie kupili pralkę i tapczan. Ta suma to była wtedy porządna kasa. Rodzice najpierw mi mówili, że to są pieniądze z domu dziecka, ale później w luźnej rozmowie Gryć wygadał się, że to była jakaś część alimentów. Spytałam: Od kogo te alimenty? A on na to: A, bo wiesz, odnalazł się twój ojciec… Kojarzy mi się nazwisko Mazurek, nie wiem, czy to podczas tej rozmowy, czy kiedyś później to nazwisko padło, ale takie utkwiło mi w pamięci. Gryć powiedział wtedy, że mój ojciec odnalazł się gdzieś na północy kraju.

Nie szukała go pani?

Nie. W domu nigdy na temat mojego ojca nie rozmawialiśmy. Ja zresztą nie miałam takiej potrzeby. Lucjan Gryć w stu pięćdziesięciu procentach zastępował mi ojca. Uważałam go za swojego ojca. Nie brakowało mi niczego, więc po co miałam szukać kogoś, kto się mną w ogóle nie interesował? Do dzisiaj nie wiem, kto jest moim ojcem.

I nie chce pani wiedzieć?

Nie. Nie mam ojca.

Matka nic pani nie powiedziała?

Nic. Pamiętam tylko, że jak już była chora, prosiła mojego ojczyma, żeby się mną i Kubą zajął.


Wakacje w Zalesiu.

Kiedy to było?

To było wtedy, gdy byliśmy razem z Kubą i z jego ojcem, Olkiem, u mamy w szpitalu. Tuż przed jej śmiercią. Mama poprosiła, żeby położyć koło niej Kubę, ja stałam z ojcem Kuby przy jej łóżku i mama powiedziała do niego: Olek, zaopiekuj się dziećmi, nie rozbijaj rodziny, przyrzeknij, że się nimi zajmiesz… To były ostatnie słowa mamy, jakie usłyszałam. Pamiętam to bardzo dobrze.

Wtedy ostatni raz w dzieciństwie widziała pani brata?

Tak, zaraz potem zostaliśmy rozdzieleni.

Jak zapamiętała pani tamtą wizytę w szpitalu?

Nawet pamiętam, jak Kuba był ubrany… Miał taki różowy, błyszczący skafanderek z białym misiem. Do tego różowe spodeneczki i jakieś tam buciczki. Szliśmy do mamy z Kubą, z Olkiem i z jego siostrą, ciotką Helą, a w tym szpitalu było tak ponuro, tak strasznie ciemno i taki zaduch… Pamiętam, że weszliśmy do sali, gdzie stało jedno łóżko. Tam też panował półmrok. Mama była wtedy taka szczuplutka, ledwo mówiła. Z łóżka wystawała jakaś rurka, a obok stała miska w kształcie nerki i coś tam do niej spływało bardzo brzydkiego…

Ile miała pani wtedy lat?

Siedem. Nie zdawałam sobie sprawy, że mama umrze. Zresztą nawet jakby mi ktoś tak wtedy powiedział, tobym nie uwierzyła, bo wcześniej mama mi często opowiadała, że ona już raz umarła.

?…

Mama opowiadała, że umarła, a potem się przebudziła. Mówiła, że obudziła się goła na zimnym lastrykowym stole, przykryta białym prześcieradłem. Jak zobaczyła, że jest w jakiejś piwnicy i jest tam więcej takich poprzykrywanych stołów, zorientowała się, że jest w trupiarni. Wstała, owinęła się prześcieradłem i zaczęła wołać pomocy… Tak było naprawdę. Siostra mamy mówiła mi później, że mama chorowała na nerki, któregoś razu dostała zapaści i w szpitalu lekarz stwierdził zgon. Potem mama się ocknęła.

Jak jeszcze zapamiętała pani mamę?

Mama była bardzo ekstrawagancka, bo chodziła w spodniach. Wtedy, w latach pięćdziesiątych, na wsi, uchodziło to za ekstrawagancję. Te spodnie odziedziczyłam po mamie. W sukience albo w spódnicy czuję się goła. Muszę chodzić w spodniach.

Jaka była na co dzień?

Bardzo wesoła. Zawsze ciężko pracowała. Zanim przyjechaliśmy do Dąbrówki, pracowała w uzdrowisku w Świeradowie Zdroju. Była praczką. Mama była wspaniała, tylko miała niedobrego towarzysza w osobie ojca Kuby. Ładny był, owszem. Wysoki, przystojny facet. Miał piękne oczy, oprawę oczu cudowną. Ale jak sobie wypił… był bardzo niedobry. Bił mamę, bił mnie… Nigdy nie lubiłam tego człowieka. Nigdy mnie nie przytulił, nie wziął na kolana… Zabrał nas z mamą ze Świeradowa do Dąbrówki, do swojej rodziny. Kiedy mama umierała, oddał nas do domu dziecka. Na pożegnanie wcisnął mi w rękę dwudziestozłotówkę. Taką siną „zośkę”. Ta „zośka” miała mi chyba starczyć na całe życie… Ja to ja, nie byłam jego dzieckiem… ale nie mogę mu darować, że zostawił Kubę. Nigdy mu tego nie wybaczyłam…


Z rodzoną mamą w Świeradowie Zdroju, 1955 rok. Mam cztery lata.

Jak wyglądała wasza mama?

Wysoka, ciemna blondynka. Jako młoda dziewczyna byłam do niej podobna. Kiedy skończyłam osiemnaście lat, pojechałam na jej grób. Na cmentarzu starsi ludzie, którzy ją pamiętali, tak mi się dziwnie przyglądali… Chodziłam po cmentarzu, rozglądałam się, szukałam grobu jak szalona i nie mogłam go odnaleźć, a ci ludzie tak na mnie spoglądali… Ciotka Hela, z którą potem ponownie poszłam na cmentarz i która pokazała mi, gdzie mama jest pochowana, dowiedziała się, dlaczego oni na mnie tak dziwnie patrzyli. Myśleli, że to Marysia… moja mama… że to duch Marysi biega po cmentarzu… Tak bardzo byłam do niej podobna.

Pamiętam, że jak jechałam wtedy na grób mamy, pociągiem, wiozłam chryzantemy. Wtedy nie było, tak jak teraz, przy każdym cmentarzu kiosków z kwiatami. Już w pociągu te chryzantemy zaczęły mi opadać… Kiedy dotarłam na cmentarz i chodziłam w kółko, szukając grobu, w pewnym momencie zauważyłam, że ciągle wracam w to samo miejsce. Koło takiego opuszczonego grobu, gdzie nie ma nawet tabliczki, tylko jest jakiś cementowy krzyżyk. Oczy już miałam mokre… Pomyślałam sobie wtedy: przyjechałam z daleka, chryzantemy mi już prawie całkowicie opadły i nie mogę znaleźć grobu mojej mamy… Trudno, postawię świeczkę i zostawię kwiaty na tym opuszczonym grobie. Pomodliłam się i zaraz miałam wsiąść w pociąg do Puław. Postanowiłam jednak pójść do domu, w którym mieszkaliśmy. Spotkałam się z ciotką Helą. Powiedziałam jej, że nie mogłam odnaleźć miejsca, gdzie jest pochowana mama. Ciotka zaprowadziła mnie na cmentarz. Wskazała właśnie ten grób, na którym zostawiłam kwiaty… To było wtedy, gdy pierwszy raz sama pojechałam na grób mamy do Celestynowa. Wcześniej, rok po śmierci mamy, jak przyjechałam do Celestynowa na wakacje, na cmentarz też zaprowadziła mnie ciotka. Na pogrzebie mamy nie byłam.

Dlaczego?

Bo byłam strasznie chora i kierowniczka domu dziecka mnie nie puściła. Wybiegając na dwór i wypatrując Kuby i ciotki Heli, która oddała nas do różnych domów dziecka, dostałam strasznej anginy. Pogrzeb mamy był na początku stycznia, a do domu dziecka trafiłam w grudniu. Przed świętami. Dziś uświadamiam sobie, że to był straszny dzień — 23 grudnia, przed Wigilią. W domu ciotki i ojca nie było dla nas miejsca.

Jak zapamiętała pani ten dzień?

Ciotka zawiozła mnie do domu dziecka do Konstancina, a potem jakaś wychowawczyni zaczęła mnie po nim oprowadzać. Pokazywała mi dom, ale mnie to w ogóle nie interesowało, szukałam malutkiego Kuby. Myślałam, że ciotka przywiozła mnie tam dlatego, że wcześniej zawiozła tam Kubę. Potem okazało się, że Kubę też oddała do domu dziecka, ale w Śródborowie. Jak już miałam dość oglądania, wróciłam do sali, w której wcześniej siedziała ciotka Hela, ale jej już nie było. Zostało puste krzesło.

 

Potem, kiedy ciotka wzięła mnie z domu dziecka na wakacje, pytałam ciągle o Kubę i wtedy powiedziała mi, żebym się nie dopytywała, bo jemu jest dobrze, bo jest u jakichś dobrych ludzi. Kuba bardzo krótko przebywał w Śródborowie, już po pół roku ktoś go wziął. Po adopcji, swoim nowym rodzicom w Górze Puławskiej najpierw nic o nim nie mówiłam. Po jakimś czasie przyznałam się, że mam brata. Rodzice na to: Dziecko kochane, dlaczego nic nie powiedziałaś? Wzięlibyśmy i jego… Potem nawet się o to starali, ale ja byłam mała i ze mną o tym nie rozmawiali. Nie udało im się, chyba było już za późno.

A pani próbowała go odnaleźć?

Szukałam go przez program telewizyjny Świadkowie, szukałam przez Czerwony Krzyż… Z telewizji przyszedł list, że dziękują mi za zgłoszenie, ale mają tak napięty program, że nie mogą puścić tego na antenie. Kiedy umarł mój ojciec, ten, który mnie adoptował, poczułam, że… naprawdę zostałam sama… Wtedy znów intensywnie myślałam o Kubie. Śnił mi się. Miałam takie marzenie, żeby go przynajmniej raz zobaczyć z daleka. Chciałam wiedzieć, czym się zajmuje, co robi, po prostu — jak mu się żyje… Potem mąż mi kazał szukać brata, teściowa mi kazała szukać brata, nawet moje córki, którym o wszystkim opowiedziałam, mówiły: Mamo, no chciałybyśmy zobaczyć wujka. Nie dawało mi to spokoju… a najbardziej jak urodziło się ostatnie moje dziecko, syn Paweł. Jak Paweł miał koło roku, patrzyłam na niego i widziałam małego Kubę, maleńkiego Kubę…

Cały czas miała pani nadzieję, że kiedyś go spotka?

Tak, tylko nie wiedziałam, kiedy to się stanie. I bałam się tego spotkania, ale Kuba cały czas ze mną rósł.

?…

Wyobrażałam sobie, jak on wygląda, jaki jest duży. Nie wiem czemu, ale wiedziałam, że on w tej chwili chodzi do szkoły, później ugania się za dziewczynami, i nadszedł moment, kiedy powinien się żenić… Miałam go obok siebie — w myślach. Potem, jak rozmawialiśmy, okazało się, że wiele się nie myliłam… Wyobrażałam go sobie jako szczupłego blondyna i on taki był. Całe życie oglądałam się na ulicy za blondynami z kręconymi włosami.

Czy właśnie tacy mężczyźni się pani podobali?

Nie! Ja nie cierpię blondynów! Oglądałam się tylko, bo wydawało mi się, że to on. Jak miał piętnaście lat, to za nastoletnimi blondynami, jak trzydzieści — za dorosłymi.

Jak wyglądało wasze spotkanie po latach?

Kiedy Kuba po czterdziestu latach dowiedział się, że ma siostrę, znalazł mój adres i odszukał mój dom, akurat byłam w polu. W marchewce. W domu została moja córka, Agnieszka. Kuba podobno wszedł do nas razem ze swoją żoną Beatą i zaczął o mnie pytać. Mówił w taki sposób, że moja córka zorientowała się od razu, że coś nas musi łączyć. Zapytała go, czy jest moim bratem, a on powiedział, że tak. Wsiadła z nimi do samochodu i przyjechali do mnie, na pole. Kilometr od naszego domu. Pracowałyśmy z sąsiadką. W pewnym momencie podjechał samochód. Wysiadł jakiś facet i facetka. Ja mówię: Basiu, chyba ktoś chce kupić marchewkę. Czekaj, Basiu, ja ci zaraz sprzedam. No ale facet podchodzi i wcale nie chce kupować marchewki. Patrzę na niego i coś mnie tak tknęło… On podchodzi bliżej, wyciąga rękę i pyta się, czy ja go pamiętam. Wtedy ja się mu przyjrzałam, a w głowie wyświetliły mi się takie obrazy: Kuba mały, mniejszy, maleńki… Spytałam: A powinnam? Powiedział: Tak. Ja wtedy wykrzyknęłam: Kuba, Kubuś, to ty! Zrozumieliśmy się momentalnie, bez słów… Nie musiał się przedstawiać. Zaraz potem ja jednak zaczęłam zachowywać się dziwnie… Złapałam nóż i zaczęłam obrzynać marchewkę. Po prostu po tym serdecznym powitaniu nie zapanowałam nad sobą. Mówiłam do siebie: ja tylko muszę pracować, muszę pracować… Potem on zabrał mnie z tego pola. Pojechaliśmy do mnie do domu, poznał moją rodzinę, a później zabrał mnie do siebie do domu.


Pierwsza Komunia Święta mojego brata — Kuby.

Od początku mieliśmy bardzo dobry kontakt. Dużo rozmawialiśmy: o tym, jak wyglądało nasze życie, o naszej mamie, o tym, że w młodości spotkaliśmy się na ulicy…

Jak pani zapamiętała tamto spotkanie?

Nawet dokładnie wiem, kiedy to było… To był koniec października 1972 roku. W Nałęczowie. Szłam wtedy ze swoim mężem. Idziemy, rozmawiamy, a naprzeciw nas idzie chłopak. Ja wiem… tak na pierwszy rzut oka miał jakieś siedemnaście lat. Blondyn, kręcone włosy, oczy niebieskie. Wysoki, lekko pochylony. Szedł w stronę dworca autobusowego. Miał plecak, jak to chłopak wracający ze szkoły. Spojrzałam na niego i mówię do męża: Słuchaj, Edek, to jest mój Kuba. Minęliśmy się z tym chłopakiem, a mąż mówi: No to jak tak, to go zaczep… Ja mówię: No coś ty… Podejdę do chłopaka i powiem: „Słuchaj, chłopak, ty jesteś Kuba, mój brat”? Przeszliśmy kilka kroków, po czym obejrzałam się za nim i widziałam, że on też się odwrócił… I tyle. Nic więcej. Widocznie musieliśmy się odnaleźć wiele lat później.


Kuba nastolatek.

W jaki sposób jesteście do siebie podobni?

Prawie jednakowo się poruszamy. Podobnie gestykulujemy. Obydwoje siadamy, podkulając nogę… Od razu to zauważyłam, jak pierwszy raz do niego pojechałam. Okazało się też, że mój syn jest do niego podobny, a córka Kuby ma rysy naszej mamy. Obydwoje mamy zdolności manualne. Po mamie. Jak sięgam pamięcią w przeszłość, widzę takie skromne mieszkanko, w którym było strasznie dużo dzierganych serwetek. Robiła je nasza mama. Kuba jest malarzem. Ja też lubię malować, ale igłą. Wyszywam.

Czy jego obrazy się pani podobają?

Teraz mi się podobają, wcześniej mi się nie podobały… Zaszła szalona zmiana w obrazach Kuby. Kiedyś jego obrazy były strasznie ciemne. Mówiłam mu: Kuba, kiedyś ty to malował? W nocy czy jak? Nie podobało mi się to. On o tym wie. Mówiłam mu to wprost, bo taka jestem. Teraz mi się jego obrazy podobają. Są jasne, kolorowe i pełne życia.

Jakie to uczucie spotkać rodzonego brata po czterdziestu latach rozłąki?

To jest bardzo fajne, dobre… świetne uczucie. Nikt, kto ma na co dzień brata czy siostrę, tego nie zrozumie… Zazdrościłam zawsze swoim rówieśnikom, że mają rodzeństwo… Dziś bardzo się cieszę, że ja też mam brata, ale przez wiele lat byliśmy rozłączeni i tego nie da się nadrobić… My się z bratem nigdy nie pokłóciliśmy, nie poprztykaliśmy, nie daliśmy sobie po nosie, a przecież tak powinno być między rodzeństwem! Teraz to się lubimy przytulać. Bardzo. Lubię go objąć, lubię, jak on mnie przytuli. Czuję wtedy, że to jest brat…

…że jest rodzina?…

Tak, że jest rodzina.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?