Odnalezieni

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Poszukuję pewnej osoby
Historia Katarzyny Bielańskiej, siostry Ali

Znajomi w moim wieku, którzy pochowali już rodziców, opowiadają mi czasem: Wiesz, ukazała mi się dziś w nocy moja mama. Zapukała do mnie, przyszła, stanęła obok… Ja mówię: Tak? Moja staruszka mi się ostatnio wcale nie ukazała, tylko — przyśniła. Powiedziała mi przez telefon, że jest na mnie zła i nie chce jej się ze mną gadać…

Taką właśnie ją pamiętam i taka mi się śni. Dzwoni do mnie we śnie i mówi, jeśli jest w dobrym humorze: Idziemy na zakupy. Gdy ja do niej dzwonię i jest na mnie zła, to nawet nie odbiera telefonu.

Ludzie się z tych moich snów śmieją. Gdy opowiadam je mojej najstarszej córce, mówi: To przecież cała babcia! A jaka ona była niesprawiedliwa! Ja ledwo dotknęłam brata, on zapiszczał, a ona już na mnie najeżdżała!

Taka właśnie była moja mama. Ja też, tak jak ona, nie potrafię zachować porządku w szafie. Tę słabość po niej przejęłam. Układam rzeczy i po dwóch dniach mam bałagan. Ale i tak jestem od niej lepsza. U niej porządek był najwyżej jeden dzień.

*

Mama adoptowała mnie zaraz po moich narodzinach. W 1967 roku. Miała wtedy czterdzieści trzy lata. Wkrótce po tym, jak mnie wzięła, popadła w długi. Chciała popełnić samobójstwo. Już nawet odkręciła gaz, ale gdy zapłakałam w łóżeczku, usłyszała mnie i się powstrzymała.


Mój chrzest — z mamą, ciocią i babcią. Mama wygląda na przerażoną, jednak dała sobie radę.

Gdy byłam dzieckiem, przywoziła mi z Niemiec mnóstwo zabawek i ubrań. Miałam dużo ekstra rzeczy z Zachodu. Rodzicom dobrze się powodziło, prowadzili w Szczecinie restaurację. W swoim pokoju w naszym dużym mieszkaniu ustawiałam zamki z taboretów i bawiłam się przywiezionymi przez mamę lalkami. Zimą wyjeżdżałam z tatą na narty do Zakopanego, latem z babcią nad morze. W dzieciństwie miałam wszystko, czego chciałam. Brakowało mi tylko rodzeństwa.


W Dziwnowie. Mam około trzech lat.

Wychowywała mnie babcia, rodzice dużo pracowali. Gdy poszłam do szkoły, poczułam się trochę inna od rówieśników. Moi rodzice byli o wiele starsi od rodziców innych dzieci z klasy i inaczej żyli.

Mama miała swojego kierowcę i gosposię. Jak nie chciało jej się wstawać o ósmej, to spała do południa. Gdy coś jej się nie podobało, urządzała przedstawienie. Zapadała nagle na różne choroby, była trochę hipochondryczką. Wszystko musiało być tak, jak chciała. To mama rządziła w domu.


Każdego roku jeździliśmy na ferie zimowe do Zakopanego.

Tata był mężczyzną starej daty. Z zasadami. Dzieci nie mogły siedzieć z dorosłymi przy stole. Kiedy w domu odbywały się przyjęcia, prosił mnie, żebym wyszła. Tata często opowiadał o wojnie, był oficerem Wojska Polskiego.

Kiedy miałam kilka lat, dzieci na podwórku powiedziały o mnie parę razy „znajda”. Zasłyszały to pewnie od swoich rodziców, którym opowiedział o mnie kierowca mamy. Gdy miałam dziesięć lat, zapytałam przyjaciółkę mamy, czy wie, dlaczego dzieci tak mówiły. Odpowiedziała, żebym się nie martwiła, bo na pewno jestem córką swojej mamy. Nie jestem adoptowana, ponieważ ona pamięta, jak mama chodziła ze mną w ciąży. Uwierzyłam jej.

*

Kiedy miałam czternaście lat, zmarł tata. Nagle. Na zator. Nie był już młody, ale to był dla mnie szok, bo tata był zawsze zdrowy i wysportowany. Wstawał wcześnie rano i biegał. Przed wojną był znanym polskim lekkoatletą, startował w zawodach.

Dowiedziałam się o wszystkim nazajutrz po pogrzebie. Pamiętam ten dzień, jakby to było dzisiaj. Babcia weszła do mnie do pokoju, siedziałyśmy i rozmawiałyśmy. W pewnym momencie mówię do niej, że kiedyś ktoś mi powiedział, że jestem znajdą, ale zawsze bałam się o to zapytać mamę. Babcia potwierdziła wtedy, że mama mnie adoptowała.

Opowiadała, że mama wzięła mnie do domu zaraz po narodzinach. Koleżanka zadzwoniła do niej, że w szpitalu jest kobieta, która chce oddać dziecko. Gdy miałam tydzień, już byłam w domu. Mama adoptowała mnie, bo bała się, że zostanie sama. Była już po rozwodzie z pierwszym mężem. Nie mogła mieć dzieci.


Babcia zajmowała się mną prawie całe moje dzieciństwo.

Po rozmowie z babcią poszłam do mamy. Powiedziała tylko, że nie mogła mieć dziecka, a bardzo chciała. Na tym skończyła. Nie chciała o tym mówić. Kiedy zapytałam: Dlaczego mi nie powiedziałaś? — Tak mi wszyscy radzili w szpitalu — odpowiedziała.

*

Mieszkałam w Szczecinie jeszcze trzy lata po śmierci taty. Gdy miałam siedemnaście lat, poznałam swojego pierwszego męża, Szweda, zaszłam w ciążę i wyjechaliśmy do Szwecji. Do dziś mieszkam w Helsingborgu, koło Ystad.


Z babcią. Stroje na bale przebierańców szyła mi ciocia.

Gdy mama była na emeryturze, przyjechała do mnie i zamieszkała obok. Kiedy zaczęła chorować, powtarzała mi, żebym szukała swojej rodziny biologicznej, bo ona czuje się nie najlepiej. Nie chciała, żebym została sama. Nie mogłam z nią jednak o tym poważnie porozmawiać. Gdy próbowałam o coś pytać, zaczynała się nagle gorzej czuć i dostawała histerii, że ją zostawię. Nigdy nie odważyła się ze mną o tym porozmawiać. Zawsze ucinała temat. Poza tą jedną sprawą, mogłam pytać ją o wszystko. Jako młoda dziewczyna na przykład śmiało pytałam o mężczyzn.

Rozstawałam się z kolejnymi partnerami. Pierwszy mąż był, tak jak ja, dzieckiem zostawionym. Wychowywał się w domu dziecka, potem w różnych rodzinach. Poznał swoją matkę biologiczną, gdy miał dziewiętnaście lat. Drugi mąż miał problem z narkotykami. Musiałam go czasami wyrzucać na ulicę — jego, ojca moich własnych dzieci.


Moi rodzice lubili podróżować. Nasze ferie zimowe w Niemczech.

Rozstając się z mężczyznami, zawsze miałam wyrzuty sumienia. To jest zresztą coś, z czym się chyba urodziłam. Zarzucałam sobie, że to ja popełniam błędy w relacjach z ludźmi. Miałam wrażenie, że bez przerwy kogoś zawodzę. Nie tylko partnerów, ale też mamę. Kiedy nie zrobiłam czegoś tak, jak ona by sobie tego życzyła, czułam się źle. To jednak było tylko we mnie. Kiedyś, przed świętami, szłam z mamą ulicą i mówię: Mam nadzieję, że nie rozczaruje cię prezent pod choinkę, który ci kupiłam. Wybrałam jej obraz do powieszenia nad kanapą. — Ty mnie nigdy nie zawiodłaś — odpowiedziała.

*

Po rozstaniu z drugim mężem pojechałam na dwa tygodnie do rodziny do Polski. Po powrocie do domu pomyślałam o tym, by spróbować odszukać swoją matkę biologiczną. Nie wiem dlaczego akurat wtedy. Miałam depresję. Mama adopcyjna już nie żyła. Może dlatego?

Nie wiedziałam, jak się do tych poszukiwań zabrać. Znałam jedynie nazwisko matki. W domu były stare dokumenty. Wyczytałam z nich, jak się nazywała. Weszłam więc do Internetu i wpisałam w Google: „poszukiwanie osób”. Wyskoczyła mi strona portalu Gumtree.pl, gdzie w rubryce „Poszukuję pewnej osoby” można zamieścić swoje ogłoszenie. Pomyślałam: co mi szkodzi? Napisałam, że szukam kobiety o nazwisku Wieczorek, która w 1967 roku urodziła córkę Beatę. Tak nazywałam się przed adopcją.

Zamieściłam to ogłoszenie i po dziesięciu dniach była odpowiedź. Kobieta z Polski pisała, że to chyba pomyłka, bo pani Julia Wieczorek owszem, urodziła córkę, w 1965 roku, i to właśnie ona jest tą córką. Pomyślałam: dziwne, chyba się baba pomyliła.

Odpisałam jej, że w dokumentach mam napisane, że się urodziłam w 1967 roku. Na pewno jestem córką Julii Wieczorek, która urodziła mnie w Szczecinie. Po tym drugim mailu wysłałam jej też swoje zdjęcie, a potem to już wszystko było wiadomo. Ona odpisała, że jak zobaczyła moje zdjęcie, to mało nie spadła ze stołka.

Gdy przysłała swoje, w mailu bardzo wolno się otwierało. Obok mnie przy komputerze stał mój starszy syn. Spojrzał na to otwierające się zdjęcie i mówi: Mamo, to oczy Emilia. Emilio to mój młodszy syn. Wiedziałam już, że jesteśmy siostrami. Ją też urodziła Julia Wieczorek i tak jak mnie oddała do adopcji. Z tą tylko różnicą, że dwa lata wcześniej.

*

Ala podpowiedziała mi, żebym zgłosiła się do Urzędu Stanu Cywilnego w Szczecinie po swój odpis zupełny aktu urodzenia. Urząd w Szczecinie przysłał mi ten dokument pocztą. Potwierdziło się to, co przeczytałam w papierach adopcyjnych, które miałam w domu. Po fotografiach, które sobie wysłałyśmy, ten dokument to była czysta formalność.


Z ciocią Anią. Moje pierwsze kroki.

Zaczęłyśmy z Alą do siebie pisać i dzwonić. Zaprosiłam ją do siebie. Przygotowywałam się do tego spotkania przez miesiąc. Miała przyjechać z całą swoją rodziną. Sprzątałam mieszkanie, przygotowywałam miejsca do spania, by nas pomieścić. Cieszyłam się na to spotkanie, bo Ala od razu mi się spodobała. Nie wiedziałam tylko, co będzie, jak się w końcu na żywo zobaczymy. Bałam się do momentu, gdy Ala wyszła z samochodu. Kiedy się objęłyśmy, był płacz. Nie da się tego opisać. Następnego dnia zamknęłyśmy się w pokoju i oglądałyśmy zdjęcia matki. Ala opowiadała o mojej drugiej siostrze Paulinie. Okazało się, że obie z Alą uwielbiamy gotować. Zbliżyłyśmy się. Moja córka bardzo ją polubiła. Jest zachwycona nową ciotką.

 

Z początku Paulina nie chciała nawiązywać ze mną kontaktu. Wiedziałam, że przyjdzie na to czas. W końcu zaczęłyśmy korespondować, a niedawno po raz pierwszy spotkałyśmy się. Nie miałam jednak odwagi zapytać ją, jaka była jej mama. Rozmawiałyśmy o nas. Zobaczymy, co będzie dalej. Jesteśmy w kontakcie.

*

Uważam, że to jest fantastyczne, że się we trzy spotkałyśmy. Wychowywałyśmy się całe życie same. Trzy jedynaczki.

Ja nie mam potrzeby szukania swoich korzeni tak uporczywie jak Ala. Wszystkiego dowiaduję się od niej. Nie muszę tego drążyć. Moja rodzina to była moja mama, tata, babcia, która mnie wychowywała, i ciocia z Katowic. Proszę sobie wyobrazić, że moja ciocia ze Śląska poznała Alę face to face wcześniej niż ja! Ala jeździła na studia do Katowic, poszła do niej, poznały się i nawet nieraz u niej nocowała.


W Katowicach z wujkiem — mam roczek. Wujek chwalił się, że to przy nim zrobiłam moje pierwsze kroki.

Niewiele wiem na temat swojego ojca. W moim akcie urodzenia zapisane jest tylko jego imię. Ala go oczywiście odnalazła. Nie wiadomo jednak, czy to na pewno on. Podejrzewamy, że jest nim pewien były wykładowca z uczelni w Szczecinie, już po osiemdziesiątce. Ala chce do niego dzwonić, ja nie wiem… Najważniejsze dla mnie jest to, że my się odnalazłyśmy. Ala odszukała rodzinę kilka miesięcy przed zamieszczeniem mojego ogłoszenia na Gumtree.pl. Gdybym to ogłoszenie napisała na przykład rok wcześniej, to nikogo bym nie znalazła.

To, że poznałam swoje korzenie i spotkałam siostrę, zmieniło moje życie. Nigdy nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Ciągle zmieniałam pracę i partnerów. Podporządkowywałam się mamie, potem mężczyznom. Nie wiedziałam nigdy, czego chcę. Gdy poznałam Alę, wszystko zaczęło się układać. Mam stałą pracę, zbudowałam nowy związek i mam do kogo zwrócić się z prośbą o pomoc. Rozmawiamy z Alą otwarcie, radzę się jej, jak mam z czymś problem. Wspiera mnie. Przestałam się miotać, odkąd ją mam.

Siostra jest dyrektorem w dużej firmie, ja zajmuję się kuchnią w przedszkolu. Żyjemy w innych krajach. Mamy swoje, zupełnie różne światy. Jednak gdy się spotykamy, w ogóle nam to nie przeszkadza. Kiedy byłam ostatnio u Ali, usiadłyśmy wieczorem w piżamach przed telewizorem. Zwyczajnie, jak siostra z siostrą. To było tak, jakbyśmy siadały tak w tych piżamach od zawsze. Nie ma znaczenia, gdzie się wychowywałyśmy, w jakich światach żyjemy i co robimy w życiu. To nie jest dla nas istotne. Jesteśmy siostrami. To jest ważne.

Z rodziną będę się żenić?
Historia Jakuba Cwieczkowskiego

Jak się dowiedziałeś?

Powiedziała mi moja żona.

W jaki sposób?

Delikatnie. Leżeliśmy wieczorem w łóżku, rozmawialiśmy. I ona mówi: Wiesz, Kubełku, ty jesteś sierotka. Ja na to: Jak to sierotka? Na co ona: No, sierotka, wzięli cię z domu dziecka. Ja mówię: Nie wierzę, niemożliwe.

Skąd wiedziała?

Wywnioskowała na podstawie mojego zachowania. Mieliśmy kryzys. Stwierdziła, że skoro tak się zachowuję, to prawdopodobnie nie jestem dzieckiem swoich rodziców.

Co zauważyła?

Wyjątkowo silną potrzebę, by opiekowały się mną kobiety… Żona była czuła i mnie rozumiała, ale ja szukałem zrozumienia i akceptacji także u innych kobiet. Żonę zaczęło to wkurzać. Nie mogła znieść, że wolę pójść z jakąś kobietą na kawę niż na piwo z kumplem. Nie, nie romans, nic z tych rzeczy. Ale denerwowało ją, że lubię przebywać w towarzystwie opiekuńczych, wpatrzonych we mnie kobiet. Czuła zagrożenie, ale przede wszystkim interesowało ją, skąd u mnie taka potrzeba. Szukała odpowiedzi na to pytanie i zaczęła zastanawiać się, czy nie ma to jakiegoś związku z tym, jak opiekowała się mną matka, i w ogóle z moją matką. Zaczęła coś przeczuwać. Poszła do mojej rodziny i spytała wprost, czy jestem adoptowany. I powiedzieli jej, że tak.


Z tatą Józefem. Byłem wtedy w szkole podstawowej.


Moi rodzice adopcyjni w ogrodzie obok domu.

Kobieca intuicja?

Tak, niesamowita. Jak mi to powiedziała, szczęka mi opadła. Moi rodzice już nie żyli, ja byłem po czterdziestce, miałem trójkę dzieci, żonę, i dowiaduję się nagle, że moi rodzice to nie moi rodzice, a moje zachowanie to efekt traumy po stracie matki.

Wcześniej nic nie podejrzewałeś?

Były jakieś „przebłyski”, ale nie podejrzenia. Ojciec w nerwach raz powiedział: A skąd tyś się ulągł… Poszedłem potem do mamy i spytałem, czemu tata tak mówi. A ona: Bo się zdenerwował. Spytałem wprost, czy jestem ich dzieckiem. Powiedzieli: Tak. Ukrywali prawdę najlepiej jak mogli. Myśleli, że tajemnicę zabiorą ze sobą do grobu.

Masz do nich o to żal?

Nie. Szanuję ich decyzję. To byli wspaniali ludzie.

A co z fizycznym podobieństwem? Nie miałeś żadnych wątpliwości?

Miałem, ale nigdy się tym nie przejmowałem. Wciskali mi taki kit, że jak tata był młody, to też był blondynem i tak dalej. Choć ja ojca pamiętam zawsze jako szpakowatego i łysiejącego… Mama pokazywała mi zdjęcia i mówiła: Jacy podobni jesteście. Wierzyłem. Zastanawiające było dla mnie tylko to, że mama mnie urodziła w wieku pięćdziesięciu lat. Ona jednak powtarzała często, że długo miała jakieś kobiece problemy, leczyła się i w końcu zaszła w ciążę.

Jacy to byli ludzie?

Rodzice pochodzili z Kresów. Mówili po litewsku, tata przeklinał po rosyjsku. Był nerwowy. Choleryk, ale w porządku. A mama? Często wspominała dom na Litwie, jak jeździła na koniu i jak ją zimą wilki goniły. W jej rodzinnym domu bywał Piłsudski. Życzę każdemu takiej matki.


Wakacje z rodzicami — na molo w Sopocie. Mam pięć lat.

Byłem jedynakiem, nudziłem się, więc malowałem. Mama zaproponowała, żebym poszedł do liceum plastycznego. To był strzał w dziesiątkę. Wiesz, w czasie okupacji mieszkała na Krakowskim Przedmieściu 7, a Krakowskie 5 to Akademia Sztuk Pięknych, którą potem skończyłem. Mama zawsze była przy mnie, była moim przyjacielem, miała wielką klasę. Reszta rodziny tej klasy nie miała.


Rodzinne spotkanie z krewnymi taty.

Co to znaczy?

Czułem dystans. Nie wiedziałem, o co chodzi. Zabiegałem o względy ciotek, ale zawsze coś nie do końca grało. Pomagałem na przykład ciotce Stasi. Mieszkała z nami po sąsiedzku. Robiłem jej zakupy, pracowałem w ogródku. I ona była wprawdzie wobec mnie super, ale jej dzieci już nie. Wyczuwałem dystans. Nie wiedziałem dlaczego. Mama mi mówiła: Nie przejmuj się. Dziś wiem, że znały prawdę i traktowały mnie troszeczkę… inaczej.

Dlaczego rodzina ujawniła w końcu tajemnicę?

Stwierdzili, że skoro rodzice już nie żyją, a moja żona pyta, i do tego jest to nam potrzebne do rozwiązania problemów małżeńskich — to może warto.

Jak się człowiek zachowuje w takiej sytuacji?

Chce natychmiast wiedzieć, kim jest, i zaczyna dochodzić prawdy. To był maksymalny napęd. Żona zwolniła się z pracy, ja też, i jeździliśmy po różnych biurach. Główny rejestr meldunkowy, biuro adopcyjne… Wszystkiego dowiedzieliśmy się w ciągu trzech dni.

Gdzie dowiedziałeś się najwięcej?

Dużo informacji uzyskaliśmy w biurze adopcyjnym. Odnaleźliśmy tam wniosek, który złożyła moja mama, prosząc o dziecko. Napisała takie wzruszające podanie, w którym uzasadniała, że będzie kochać dziecko jak swoje własne i tak dalej. To było dla mnie głębokie przeżycie — czytać to pismo. Z dokumentów w biurze adopcyjnym poznałem nazwisko mojej matki biologicznej. Dowiedziałem się też, że rodzice nie byli małżeństwem. Najbardziej zaskakujący w tych dokumentach był jednak zapis, że jest… siostra…


Z rodzicami i krewnymi mamy. Mam piętnaście lat.

Starsza czy młodsza?

Starsza, o pięć lat. Potem udaliśmy się z żoną do kościoła, w którym była przechowywana metryka mojej siostry i mój akt chrztu. Był tam też adres rodziców. Pojechaliśmy tam. Trafiłem do swojej ciotki. Jak wszedłem, od razu mnie poznała. To była siostra mojego ojca.

Jak wam się rozmawiało?

Na początku było ciężko, potem już lepiej. Rozglądałem się trochę po domu. To niesamowite, ale pamiętałem pewne elementy z tego mieszkania. Na przykład wiklinowe łóżeczko i skrzypienie tego łóżeczka. A mieszkałem tam przecież, gdy miałem półtora roku.


Mama głaszcze mnie po twarzy. Wigilijne spotkanie z rodziną taty.

Rozmawialiśmy o moich rodzicach. O matce, która zmarła, gdy byłem bardzo mały, i trochę o ojcu, o tym, że tak po prostu zgodził się oddać dzieci, że go nie interesowały. Ciotka powiedziała, że ojciec żyje. Pojechaliśmy do niego.

Co czułeś, jak do niego jechałeś?

Chciałem zobaczyć tego faceta — jak wygląda i co ma mi do powiedzenia. Czy w ogóle ma mi coś do powiedzenia.

Byłem zdenerwowany, zażenowany i zawstydzony, że muszę stanąć przed kimś, kto kiedyś tak a nie inaczej się wobec mnie zachował. Otworzyła nam jego kobieta. On siedział przy stole. Od razu zobaczyłem podobieństwo. Te same rysy. Pierwsza myśl: facet ma osiemdziesiąt lat, przeżył dużo alkoholowych libacji, ale nieźle się trzyma i nieźle wygląda. Może i ja dożyję tych lat.

Kiedy stanąłem przed nim i byłem już pewny, że to jest mój ojciec, zdenerwowanie przeszło. Przedstawiłem się: Jestem Kuba Cwieczkowski, syn Marysi. Jestem pańskim synem. Przez pierwsze pięć minut w ogóle się nie odezwał. Potem zaczął coś mamrotać, jakieś monosylaby. Najpierw na mnie nie patrzył, potem nasze spojrzenia się spotkały. Zaczęliśmy rozmawiać. Rozmawialiśmy może z pół godziny. Przyznał, że mieszkał z moją matką, ale starał się wcisnąć mi kit, że mama miała skok w bok… Był zdenerwowany. Widać było, że go to wszystko mocno trzepnęło.

Powiedział w końcu: Tak, jestem twoim ojcem, masz rację…?

Nie, ale nie zależało mi na tym, żeby to od niego usłyszeć. Jak widzi się takie fizyczne podobieństwo, to naprawdę nie trzeba zapewnień ani testów DNA. Było oczywiste, że rozmawia ojciec z synem. Zresztą skoro mnie olał, jak byłem dzieckiem, to nie oczekiwałem, że po tylu latach od razu się przyzna do ojcostwa. Ale jak już wychodziłem, on jednak wstał zza stołu i powiedział, wzruszony: Kubuś, to może przyjedź jeszcze do mnie kiedyś. To było miłe, ja się do niego uśmiechnąłem, on podał mi rękę. Taka ciepła, mocna ręka…

Przyjeżdżałeś potem?

Nie. Nie przyjeżdżałem. Chciałem go tylko zobaczyć. Zobaczyłem. Wiem, jak wyglądał. Poczułem potem satysfakcję i spokój. Reszta mnie nie interesowała.

Pytałeś ojca o matkę?

O matce opowiadała mi głównie ciotka.

Czego się dowiedziałeś?

Że moi rodzice biologiczni też pochodzili ze Wschodu. Powiedziała mi, że moja matka biologiczna znała moją mamę. Mama pracowała w szpitalu, a matka chorowała na nerki i leżała w tym szpitalu. Podobno przed porodem matka miała duże problemy z nerkami. Myśleli, że z tego nie wyjdzie. Zdawała sobie sprawę, czym jej grozi ciąża, mimo to zdecydowała się na dziecko i mnie donosiła. W domu dziecka byłem bardzo krótko — miesiąc lub dwa, tyle czasu, ile potrzeba było na załatwienie adopcyjnych formalności.

Czyli wszystko było pomiędzy twoją matką biologiczną a adopcyjną uzgodnione?

Prawdopodobnie tak. Tak przypuszcza ciotka.

O co jeszcze ją pytałeś?

 

O siostrę. Od ciotki dowiedziałem się, gdzie mieszka. Jak już miałem w ręku jej adres, powiedziałem do żony: Jedziemy.


Licealista.

Pamiętam, że w drodze zastanawiałem się, jak moja siostra wygląda, jak żyje i tak dalej. No i przyjechaliśmy. Pytamy ludzi, który to dom, jak dojechać. Okazało się, że to najbiedniejszy dom w całej wsi. Ruina maksymalna. Zastałem tylko córkę siostry. Wszedłem, przedstawiłem się i powiedziałem: Kuba jestem. A ona robi takie duże oczy i mówi: Co? Brat mamy?! Powiedziała mi, że matka jest w marchewce, w polu. Pojechałem więc na to pole. Wjechałem w nie z rozpędu samochodem, wysiadłem i pytam ludzi, gdzie ona jest. Pokazują mi. Podszedłem, stanąłem naprzeciw, a ona krzyknęła: Kuba! Odpowiedziałem tylko: Tak. Nie było żadnego przedstawiania się. Nic. Zrozumieliśmy się bez słów. Łzy, radość i tak… fajnie… Jak siostrę poznałem w polu, to zapakowałem ją do samochodu, przebrała się i pojechaliśmy do mnie. Na tydzień.

Jaki to był tydzień?

Opowieści i płacze. Siostra wzruszała się, ja też. Hanka trafiła gorzej niż ja. W pierwszej rodzinie, która ją adoptowała, matka zmarła, a druga rodzina była niesympatyczna. Traktowali ją jak sierotkę Marysię, piąte koło u wozu. Okazało się, że miejscowość, w której mieszkała moja siostra, jest oddalona od Nałęczowa, gdzie chodziłem do liceum, o parę kilometrów i kiedyś minęliśmy się…

?…

Siostra widziała mnie w Nałęczowie na ulicy. Szła ulicą, zobaczyła mnie i powiedziała do męża: Spójrz na tego chłopaka, pewnie Kuba w tej chwili taki jest. Pamiętam, że rzeczywiście kiedyś usłyszałem w Nałęczowie na ulicy: Kuba! — i odwróciłem się… Hanka powiedziała, że nie miała odwagi podejść do mnie wtedy i zapytać, czy ja jestem ten Kuba, czy nie ten.

To niesamowite. Więc nie ma przypadków? Wierzysz w to?

Jestem facetem wierzącym i myślę, że ten szef na górze ma jakieś zamierzenia i wszystko jest robione po to, żeby było dobrze. Gdybym spotkał się wówczas z siostrą — może byłaby radość, ale… może nie byłem jeszcze na to przygotowany? Może mogłoby mi to w jakiś sposób zaszkodzić? Może mogłoby mi popsuć to, co zyskałem, będąc bez niej? Okazało się, że nie tylko ten jeden raz, kiedy minęliśmy się w mieście, byliśmy blisko siebie… Do tej wsi, gdzie ona mieszkała, jeździłem często na wagary z kumplem. To bardzo malownicza wieś pod Nałęczowem, więc urywaliśmy się tam często, żeby malować.

Gdy przywiozłeś wtedy do domu siostrę, jak twoje dzieci na to zareagowały?

Były zaskoczone, ale ucieszyły się, że mają nową ciocię. Moja siostra jest opiekuńcza, niezwykle macierzyńska, dzieciaki od razu wytuliła, na kolana wzięła. Jak siostra pokazywała mi wtedy zdjęcia naszej matki, to zorientowałem się, że moja córka ma jej rysy. Matka była ładną kobietą. Wysoka blondynka. Notabene zawsze podobały mi się blondynki…


Wiosenny spacer. Po lewej żona z naszym synem, na koniu siedzi nasza córka, 1989 rok.

Siostra cię nie szukała?

Ona mnie szukała bardzo długo! Dawała na przykład ogłoszenie do programu telewizyjnego Świadkowie. I nic. Blokada informacji. Był po prostu taki przepis prawny, że siostra nie ma prawa do informacji. Nie mogła mnie znaleźć przez długie lata, a ja znalazłem ją w ciągu trzech dni. Równie szybko odnalazłem rodzinę ze strony matki. Od Hanki dowiedziałem się, że żyje siostra matki i pojechałem do niej na Śląsk. Poznałem ciotkę i dwie siostry cioteczne. Jedna z nich, bardzo podobna do mnie fizycznie, tak jak ja skończyła wyższą szkołę plastyczną i jest z tego samego roku co ja. Fajni ludzie. Przyjęli mnie z dużą serdecznością. Utrzymujemy kontakt. Mniejszy niż z siostrą, ale kontakt jest.


Z synem Jurkiem obok naszego domu.

A z siostrą często się spotykacie?

Spotykamy się kilka razy w roku, czasem jadę do niej na wakacje. Za każdym razem jest bardzo miło. Tak, jakbyśmy się znali od zawsze.

Jaka jest twoja siostra?

To uczciwa, prawa, fajna kobieta. Gdyby trafiła lepiej, byłaby dziś kimś. Ma duże możliwości i jest bardzo pracowita. Okazało się, że mamy wiele wspólnych cech: tak samo siadamy, tak samo się poruszamy. Ona też ma trójkę dzieci.

Co dało jej spotkanie z tobą?

Świadomość posiadania brata dodała jej dużo energii życiowej, zaczęła pozytywnie patrzeć na świat. Cieszy się, że mnie ma. Jest nawet ze mnie dumna. Przestała być samotną kobietą, która w nikim nie ma wsparcia.

Myślę, że spotkaliśmy się w doskonałym momencie. W takim, kiedy obydwoje tego potrzebowaliśmy. Ja na przykład mogłem pomóc jej wtedy materialnie. Mieszkała u nas przez kilka lat, znalazła pracę. Potem pomogłem też jej córce. Przygotowałem ją do egzaminów do szkoły w Łodzi. Skończyła projektowanie odzieży na wyższej uczelni. Teraz ma własną firmę i bardzo dobrze jej się wiedzie.

A co tobie dało to spotkanie?

Radość, że nie jestem sam, że nareszcie jest rodzina. Po śmierci moich rodziców ich rodzina odsunęła się ode mnie. Nie miałem nikogo poza swoją żoną. Zostałem sam. Po odnalezieniu siostry ucieszyłem się, że jest ktoś bliski. Ucieszyłem się tym bardziej, że kontakt z Hanką od początku był taki prawdziwy, szczery, a nie udawany. To się od razu czuło. Było zupełnie inaczej niż z rodziną mojej mamy. Z tą rodziną jakoś nie wychodziło… Poza tym były różne komplikacje…

Jakie komplikacje?

Miałem na przykład kuzynkę Małgosię. Młodszą od siebie o trzy lata. W młodości cały czas rodzina starała się mnie z tą Małgosią „spiknąć”. I chociaż ja podkochiwałem się w niej przez wiele lat, miałem hamulec, że to przecież kuzynka… Nie ma szans. Z rodziną będę się żenić? No, ni cholery. Ta dziewczyna też nie wiedziała, że tak naprawdę nie ma pomiędzy nami pokrewieństwa. Jak dowiedziała się po latach, to była wściekła. Prawdopodobnie bylibyśmy razem. Związałem się jednak z kimś innym. I dzięki mojej żonie poznałem całą prawdę o sobie.

I swoją rodzoną siostrę.

Tak. Wiesz, zawsze mówiłem mamie, że chciałbym mieć siostrzyczkę. Wyobrażałem sobie tę siostrzyczkę jako kilkuletnią dziewczynkę. Okazało się później, że to nie był wytwór wyobraźni, tylko moja prawdziwa siostra, którą widziałem we wczesnym dzieciństwie.

Ciągle prosiłem mamę, by urodziła mi siostrę. To była podświadoma tęsknota za siostrą prawdziwą.


Z kuzynką Małgosią, w której się podkochiwałem.

Czy jest coś, poza fizycznością, co oboje odziedziczyliście po rodzicach biologicznych?

Ja mam po ojcu biologicznym zdolności manualne. Ojciec był cieślą. W liceum plastycznym w Nałęczowie skończyłem specjalizację: mebel artystyczny. Ciągnęło mnie w kierunku obróbki drewna… Ale nie mówmy o moim biologicznym ojcu, dobrze? Wniosek z tej historii jest taki, że gdybym został z ojcem biologicznym, stałbym teraz pod budką z piwem, nie miałbym połowy zębów, nigdy nie skończyłbym akademii i pewnie bluzgałbym bez przerwy na cały świat.


Z rodzicami. Mam osiemnaście lat.

Czy twój ojciec żyje?

Nie, zmarł parę lat temu. Nie byłem nawet na jego pogrzebie. W ogóle mnie to nie interesowało.


Z żoną Beatą w Bieszczadach.

A twoją siostrę interesowało?

Też nie. Siostra była kilka razy u ojca, ale nie miała chęci tam przebywać, bo widziała, że pił równo. Wiesz, jak ja się tam pojawiłem po latach, to ludzie z mojej rodziny biologicznej bali się, że zażądam zwrotu ziemi! Hektarów! Myśleli, że przyjechałem upominać się o ziemię, a ja pojechałem po prostu zobaczyć, gdzie mieszkałem… Moimi rodzicami są ci, którzy mnie wychowali. Bóg sprawił, że trafiłem do rodziny, która była bardziej spragniona dziecka i mogła mu o wiele więcej dać.


Jako dwulatek, tuż po adopcji. Za rękę trzyma mnie mama adopcyjna.

Rodzice nie mogli mieć dziecka?

Nie. Mama w czasie wojny poroniła. Obok niej spadła bomba, mama straciła wtedy dziecko i nie mogła więcej zajść w ciążę. Tata miał z kolei dzieci z pierwszą żoną, ale cała trójka zginęła podczas wojny. Po tych tragediach rodzice mieli tylko mnie. Zajmowali się mną najlepiej, jak potrafili. Dali mi bardzo dużo. Miałem fantastyczne dzieciństwo. Gdybym miał namalować obraz mojego dzieciństwa, wyglądałoby to tak: słońce, rodzice robią coś w ogródku, ja przeglądam jakąś książkę i pytam mamę o to, co w tej książce jest, mama mi tłumaczy. Same ciepłe wspomnienia.


Na wakacjach w Zakopanem. Byłem wtedy w pierwszej klasie szkoły podstawowej.

Jakim byłeś dzieckiem — grzecznym czy raczej niesfornym?

Przez jakiś czas byłem jak aniołek, a potem — diabełek nie do opanowania. Myślę, że pozostawały we mnie jakieś wspomnienia i wychodził na wierzch cały niepokój. Tak samo było potem z żoną. Dlatego mieliśmy kłopoty. Kiedy dowiedziałem się, kim jestem, te kłopoty minęły.

Kryzys małżeński udało się więc przezwyciężyć?

Oczywiście. Świadomość tego, kim się jest, daje możliwość zrozumienia własnego postępowania. To było genialne, że żona problem wyczuła. To była bardzo inteligentna kobieta. Zmarła dwa lata temu. Od momentu, kiedy dowiedziałem się, że byłem adoptowany, z żoną miałem bajkę. Nie było już tarć wynikających z mojego niezrozumienia siebie i stałem się bardzo szczęśliwym człowiekiem. Moje życie poprawiło się: przestałem się jąkać, znalazłem dobrą pracę. Zacząłem też inaczej malować…

Inaczej? To znaczy jak?

Gama barw mi się zdecydowanie rozjaśniła. Teraz moje obrazy są jasne, pełne światła.

Wcześniej były szare?

Tak. Szare, ciemne, smutne. Poza tym, teraz maluję swobodniej, tak zamaszyście.

Zastanawiałeś się kiedyś, co by było, gdyby tajemnica nie została odkryta?

Szukałbym i byłbym niespokojnym facetem. Pewnie szukałbym odpowiedzi, być może w innych kobietach… Teraz mam dziewczynę i wiem, że na inną nie spojrzę. Dało mi to maksymalny spokój. Wiem, kim jestem, wiem, czego chcę, wiem, do czego dążę i nie ma jakiejś niepewności. Nie ma poszukiwania i podświadomej traumy. Jest spokój i pewność siebie. W tej chwili jestem sobą i jestem szczęśliwy. Diabełek odszedł.