Odnalezieni

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2010


Zdjęcia zamieszczone w książce pochodzą ze zbiorów prywatnych.

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Olgierd Chmielewski; zdjęcie na okładce Wojciech Karliński

REDAKTOR PROWADZĄCY: Katarzyna Krzyżan-Perek

REDAKCJA: Małgorzata Pasicka

KOREKTA: Sylwia Frołow, Ewa Kochanowicz, Weronika Kosińska, Anna Rudnicka



Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05868-8 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Spis treści

Dedykacja

Wstęp

Mamo, wystarczy tych sióstr

Poszukuję pewnej osoby

Z rodziną będę się żenić?

Córka wujka i cioci

Aniołek mnie przyniósł do lepszej mamusi

Halo, tu twoja siostra

Jestem pani córką

Kim ja w ogóle jestem?

Tata! Tata!

Źle ci było w domu?

Warto szukać kogoś prawdziwego

Nie wyrzekłby się pan swojej córki

To ja, twój brat

Wiesz, ja też jestem w tej rodzinie nowa

O Odnalezionych

Rodzicom

Księgowa, artysta malarz, pedagog i inni — adoptowani w dzieciństwie — decydują się odnaleźć po wielu latach swoją rodzinę biologiczną. Pedagog odnajduje przez Naszą Klasę czworo rodzeństwa, księgowa — dwie siostry, odebrane, tak jak ona sama, matce chorej na schizofrenię, malarz — siostrę, za którą podświadomie tęsknił i którą minął kiedyś przypadkowo na ulicy… Kuba po odkryciu tajemnicy z dzieciństwa zaczyna inaczej malować. Karolina już wie, dlaczego śniła jej się kobieta z blond włosami, Ania — skąd pochodzi jej blizna na pośladku, a Emilia — czemu jest wyczulona na światło…

Historie, które opowiada każda z kilkunastu osób (w wieku od dwudziestu do sześćdziesięciu lat), pokazują, że efekty podróży w głąb siebie — planowanej lub nie — mogą być różne. Nie zależą od tego, czy ktoś o tym, że był adoptowany, dowiedział się od rodziców, czy przez przypadek, gdy podczas świątecznych porządków znalazł w domu w szufladzie kopertę z napisem: „Dokumenty adopcyjne”; gdy życzliwa kuzynka zauważyła: Twoja mama nie ma zdjęć z okresu, gdy była w ciąży; lub gdy usłyszał od kolegi na podwórku: Znajda!

Ania, kiedy dowiedziała się, że była adoptowana, zaczęła walczyć z bulimią. Patrycja boi się dziś odnalezionej kiedyś siostry kryminalistki. Z kolei Tomek, który ma „nową” siostrę, jest szczęśliwy, bo wreszcie nie czuje się na świecie sam. Kasia ma poczucie, że po raz pierwszy w życiu wszystko jej się układa, ale… jej siostra Ala nie może zaznać spokoju…

Większość bohaterów zebranych przeze mnie historii nie żałuje jednak konfrontacji z przeszłością, bo, jak tłumaczy jeden z moich rozmówców: Wiem kim jestem, wiem, jak żyć. Odnalezieni to zbiór opowieści o trudnych, ale ważnych spotkaniach i o poszukiwaniu siebie.

Imiona niektórych bohaterów książki i osób, o których opowiadają bohaterowie, zostały zmienione.

Mamo, wystarczy tych sióstr
Historia Ali

Tata śnił mi się tylko dwa razy w życiu. Pierwszy raz, gdy stał przed wejściem do szpitala. Świeciło słońce. Szłam przez las aleją. Tata wyszedł mi naprzeciw i stanął przed jednym z pawilonów szpitala, tak jakby na mnie czekał. Powiedział: Ja tu teraz zostaję, a ty musisz wracać i opiekować się mamą. To mi się śniło tuż po jego śmierci. Zmarł w tym szpitalu na nowotwór płuc. Drugi raz przyśnił mi się, gdy się o wszystkim dowiedziałam. Stał przede mną i się uśmiechał.

*

Dowiedziałam się w niedzielę 17 stycznia 2006 roku. Mąż z córkami jeżdżą na nartach. Gdy wyjechali w góry i miałam tydzień dla siebie, umówiłam się z koleżanką na kawę. Rozmawiałyśmy o naszych rodzicach. Powiedziałam jej wtedy: Wiesz, ja to chyba jestem adoptowana. Wyglądam zupełnie inaczej niż moi rodzice, z matką nie miałam nigdy dobrych relacji. Koleżanka odpowiedziała, że jeśli rzeczywiście mam takie wątpliwości, to przecież zawsze mogę to sprawdzić.

Po tym spotkaniu pojechałam do matki do domu i zajrzałam w stare dokumenty. Znalazłam w nich m.in. jej książeczkę zdrowia. Była tam informacja o porodzie z lipca 1964 roku i z grudnia 1965. Zdziwiłam się, bo ja urodziłam się w październiku 1965 roku. Zadzwoniłam do koleżanki i mówię, co znalazłam. Ona na to: Słuchaj, to w takim razie może ty naprawdę jesteś adoptowana? Ja: Niemożliwe. Nie chciałam w to uwierzyć. Czułam jednak, że coś jest nie tak. Pojechałam do cioci, siostry bliźniaczki mojego ojca, i zapytałam wprost: Ciociu, czy ja byłam adoptowana? Miała w oczach łzy jak grochy. Powiedziała: Tak, ale… my cię kochaliśmy, bo ty zawsze byłaś nasza. Byłam przerażona. Pomyślałam: Ktoś cię nie chciał, odrzucił, nie byłaś potrzebna. Jesteś człowiekiem znikąd.

*

Z dzieciństwa pamiętam tylko tatę. Odprowadzał mnie do szkoły i chodził na zebrania. Koleżanka z podstawówki powiedziała mi ostatnio: Wiesz, ja się zastanawiałam, czy ty w ogóle masz mamę, bo wszędzie tylko ten twój tata. Chodziliśmy z tatą do kina, do teatru, na spacery. Po drodze opowiadaliśmy sobie dowcipy. Graliśmy razem w klasy i w badmintona.

W wakacje mieszkałam u babci, mamy taty, w domu pod lasem. Na co dzień wychowywałam się u ciotek. Tata zabierał mnie od nich po pracy tylko na dwie, trzy godziny do domu. Pracował w biurze jako dyspozytor transportu, mama była księgową. Obydwoje mieli średnie wykształcenie.


Zdjęcie szczególnie dla mnie cenne — z tatą. Mam trzy lata.

Spośród krewnych matki utrzymywaliśmy kontakty tylko z rodziną ze strony babci. Może dlatego, że ojciec matki był Romem. Dowiedziałam się o tym po latach. Matka miała osiemdziesiąt dwa lata, gdy o tym powiedziała. Kiedy moja córka zapytała: Babcia, a dlaczego ty masz takie dziwne nazwisko panieńskie? — odpowiedziała: Bo mój ojciec był Romem.

Matka zawsze pięknie mnie ubierała. Sukienek, butów i dodatków sprowadzanych zza granicy nigdy nie wolno było mi ubrudzić. Powtarzała mi często, że jestem tępa i niczego w życiu nie osiągnę. Gdy tata umierał, jego największym zmartwieniem było to, jak ja sobie ułożę relacje z matką. Miałam dziewiętnaście lat, gdy zmarł. Pamiętam ten dzień. To była niedziela 11 listopada. Wracałam wtedy pociągiem z Częstochowy. Spałam. O godzinie dziewiętnastej dwadzieścia nagle się przebudziłam. Dowiedziałam się później, że tato zmarł dokładnie o tej godzinie. Po jego śmierci matka zawodziła: Teraz to naprawdę zostałam sama.

*

Całe życie miałam wrażenie, że jestem z innej bajki. Matka miała śniadą cerę, piwne oczy i ciemne włosy. Ja mam jasną karnację i zielone oczy. Nie mogę się opalać. Mama była niska, miała metr pięćdziesiąt osiem wzrostu, tata był niewiele wyższy od niej. Ja jestem dobrze zbudowana i wysoka. Byłam przekonana, że wygląd odziedziczyłam po babci. Tak to sobie tłumaczyłam.

Nigdy nie pasowało do mnie moje imię — Ala. Nie lubiłam go. Dziś też nie czuję się z nim związana. Było mi zawsze obce, takie obok mnie.

Zastanawiało mnie też to, że rodzice byli o wiele starsi od rodziców moich rówieśników. Wstydziłam się tego przed kolegami, oni mieli rodziców w wieku trzydziestu lub czterdziestu lat, moi byli między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką. Gdy ktoś mnie pytał o wiek rodziców, odejmowałam im lat.


Z matką w ogrodzie dziadków, przed moimi pierwszymi urodzinami.

 

Kiedyś znalazłam w domu dokument — akt urodzenia z grudnia 1965 roku. Ja urodziłam się w październiku 1965. Poszłam z tymi papierami do mamy i zapytałam o to. Miałam wtedy dziesięć lat. Mama na to, że to jest pomyłka. Zabrała dokumenty i chyba gdzieś schowała, potem już ich nie widziałam. Nie wracałam do tego tematu.

Kilka lat temu, już jako dorosła kobieta, pomogłam znaleźć pracę córce mojej kuzynki. Kuzynka powiedziała do mnie wtedy: Dziękuję. Wiesz, rodzina jej pracy nie załatwiła, a ty załatwiłaś…

*

Po tym, jak ciocia potwierdziła, że byłam adoptowana, opowiedziała, że kiedy tata umierał, prosił całą rodzinę, bym się o adopcji nigdy nie dowiedziała. Ona jednak uznała, że skoro już wiem, to powinna mi powiedzieć, jak to wszystko wyglądało.


Z rodzicami u dziadków, 1966 rok.

Okazało się, że rodzice mieli dwie córki biologiczne. W 1964 roku urodziła się pierwsza, Ewa, a w grudniu 1965 — druga, Dorota (to jej dotyczył akt urodzenia, który znalazłam w domu). Urodziły się z wadą genetyczną i umarły zaraz po porodzie.

Tata bardzo chciał mieć dziecko. Mama, po dwóch porodach, już nie. Gdy leżała w szpitalu po urodzeniu drugiej córki w grudniu 1965 roku, w „Przyjaciółce” ukazał się artykuł o adopcji. Tata zabrał go do szpitala, pokazał matce i zaproponował, by adoptowali dziecko. Odpowiedziała mu: Rób, co chcesz. Nie uczestniczyła w adopcji. Nie podpisywała żadnych dokumentów. Wszystko załatwiał ojciec. Zobaczyła mnie po raz pierwszy, gdy tata z ciocią przywieźli mnie do domu. To było trzy tygodnie po śmierci drugiej córki rodziców, Doroty.


Z dziadkiem, 1969 rok.

Ciocia opowiadała mi też, że tata zapytał przed adopcją swoją mamę, czy będzie kochała mnie jak wnuczkę. Babcia odpowiedziała: Tak.

Ciocia Zosia — siostra bliźniacza taty — pracowała w służbie zdrowia. Podlegały jej szpitale dziecięce. Obiecała tacie, że wybierze dla niego dziecko. Chciał wszystko jedno jakie, byle było zdrowe. Miało być dobre genetycznie. Okazało się, że takie jest dziecko jakiejś studentki medycyny z Wybrzeża.


Ja w 1969 roku. Mam cztery lata.

Dziś opowiadam o tym spokojnie, ale wtedy, słysząc o materiale genetycznym, czułam się jak wystawiony na licytację przedmiot.

*

Postanowiłam od razu odszukać rodzinę biologiczną. Ciocia pamiętała tylko, że urodziła mnie studentka, która przyjechała rodzić do szpitala w moim mieście.

Wkrótce po tym, jak dowiedziałam się, że byłam adoptowana, poszłam do urzędu stanu cywilnego po odpis zupełny aktu urodzenia. Przeczytałam w nim, że matka biologiczna miała na imię Julia. W akcie był podany jej adres.

Pojechałam tam. Przedstawiłam się jako córka koleżanki Julii ze studiów. Mężczyzna, który tam mieszka, zgodził się chwilę ze mną porozmawiać. Okazało się, że jest kuzynem Julii. Dowiedziałam się od niego, że moja matka biologiczna miała brata, który już nie żyje. Dotarłam do jego żony, czyli bratowej Julii. Pokazałam jej swój akt urodzenia. Powiedziała mi, że Julia ma córkę Paulinę, ale nie chciała mnie z nią skontaktować. Mówiła, że nie wie, gdzie Paulina mieszka. Powiedziała o mojej siostrze tylko tyle, że Julia ją rozpieszczała. Opowiedziała, że kiedyś matka dała Paulinie spore kieszonkowe. Kiedy bratowa zapytała: Dlaczego dajesz jej tyle pieniędzy? Odpowiedziała: Bo tylko ją mam.

*

Dowiedziałam się, gdzie siostra mieszka. Odnalazłam ją. Jak? Gdy się ma wokół siebie życzliwych ludzi, można znaleźć wszystko. Dostałam od kogoś jej numer telefonu. Zadzwoniłam i poprosiłam o spotkanie. Nie przedstawiłam się. Powiedziałam tylko, że to sprawa związana z nią, jej matką i mną. Umówiłyśmy się.

Bałam się tego spotkania. Kiedy się zobaczyłyśmy, powiedziałam: Jestem córką pani matki. Ona na to: Tak? I zamarła. Pokazałam jej swój akt urodzenia, ale w ogóle jej nie zainteresował. Potem powiedziała, że nawet nie musiałam tego dokumentu pokazywać, bo ona, gdy tylko na mnie spojrzała, zobaczyła we mnie matkę, jakby ta po dziewięciu latach wstała z grobu.

Paulina miała dziewiętnaście lat, gdy Julia w wieku pięćdziesięciu jeden lat zmarła na nowotwór wątroby. Siostra opowiadała o matce. Mówiła, że często leczyła pacjentów za darmo, gdy nie mieli pieniędzy. Po pracy w szpitalu pracowała do późnych godzin w swoim prywatnym gabinecie. Tak samo Julię wspominała jej bratowa. Okazało się, że Paulina kontaktuje się z kuzynem Julii i z jej bratową. Oni po prostu nie chcieli, żebyśmy się poznały.

Paulina powtarzała podczas naszego spotkania: Mam siostrę, mam siostrę! Mówiła to z entuzjazmem. To mnie zaskoczyło — nie przypuszczałam, że zareaguje na nasze spotkanie aż tak pozytywnie. Gdy się rozstawałyśmy, wymieniłyśmy się adresami. Obiecała, że przyśle mi list i zdjęcia Julii.

*

Kiedy przysłała — zrozumiałam zachowanie siostry podczas naszego spotkania. Gdy zobaczyłam matkę na zdjęciu, zdałam sobie sprawę, że ja nie tylko jestem do niej podobna, ale jestem po prostu jej genetyczną kopią.

Zaczęłyśmy się z Pauliną widywać. Długo miała dziwne reakcje, jak się spotykałyśmy — trzęsła się, wzdrygała. Reagowała tak, gdy robiłam jakiś gest, który przypominał jej gesty matki. Mówiła, że ja tak samo jak matka składam dłonie, tak samo się uśmiecham i zakładam nogę na nogę.

Paulina jest ode mnie o trzynaście lat młodsza. Julia rodziła mnie, gdy miała dziewiętnaście lat, a Paulinę — trzydzieści dwa. Gdy matka rodziła siostrę, ja szłam do bierzmowania. Wybrałam imię… Paulina.

*

Zaprzyjaźniłyśmy się z siostrą. Dziś utrzymujemy stały kontakt. Nie jesteśmy podobne. Jedyne podobieństwo to sposób, w jaki poruszamy czubkiem nosa. Paulina wrodziła się w ojca. Powiedziała mu o mnie w Wielką Sobotę. Bała się długo, ale w końcu się przełamała: Tata, ja jestem już na tyle dorosła, że przecież nie musisz ukrywać przede mną takich rzeczy. Możesz przecież powiedzieć, że mama miała jeszcze jedno dziecko. On na to: Ale co ty opowiadasz?! Wyjęła moje zdjęcia i spytała go, kto na nich jest. A on: No, mama… A Paulina na to: To nie jest mama. To jej córka Ala.

Całe święta milczał. Zamilkł w Wielką Sobotę i przez dwa dni się nie odezwał. Na koniec świąt powiedział tylko jedno zdanie: Mama była dobrą kobietą.

Od Pauliny dostałam różne fotografie matki i kasetę, na której jest nagrany jej głos. Mam prawie identyczny. Kiedy oglądałam fotografie matki, zauważyłam, że Julia tak samo jak dziś moja córka i ja odchylała mały palec ręki. Moja starsza córka jest zresztą bardzo podobna do swojej biologicznej babki.

Po spotkaniu z siostrą jeszcze bardziej zaczęłam interesować się życiem Julii. Chciałam wiedzieć jak najwięcej. Szukałam o niej różnych informacji. Cały czas szukam.

*

Pojechałam do Szczecina dowiedzieć się czegoś na Akademii Medycznej, gdzie matka się uczyła. Widziałam mieszkanie, w którym mieszkała, gdy była ze mną w ciąży. Znalazłam też zdjęcie faceta, z którym się spotykała. Paulina pamięta z dzieciństwa, że zdjęcia tego mężczyzny i matki były w domu. Opowiadała, że jak była dzieckiem, powiedziała do mamy: O, to chyba jakiś twój narzeczony. Matka się tylko uśmiechnęła, a zdjęcia… zniknęły.

Odnalazłam tego mężczyznę. Ma na imię Andrzej. Jest dziś kierownikiem jednej z przychodni w Wielkopolsce. Pojechałam do niego i przedstawiłam się: Jestem córką Julii Wieczorek. Odpowiedział: Nie znam. Podałam imię przyjaciółki Julii i zapytałam, czy zna ją. Powiedział: Tak. Dzidkę tak. Ja na to: Dziwne, bo one się przyjaźniły od podstawówki, przez liceum, a potem razem wyjechały na studia… Powtarzał przez godzinę, że Julii nie znał. Robił się przy tym na przemian blady i czerwony.

Pokazałam mu zdjęcia moich córek. Ten facet i moje młodsze dziecko mają podobne uszy i podobnie okrągłą twarz. Takiej twarzy i uszu nie mam ani ja, ani mój mąż. Uszy dziedziczy się po rodzicach lub dziadkach. Długo trzymał fotografie w ręku. Patrzył i patrzył. Nagle zapytał: A na co zmarła Julia? (której nie znał). Gdy mówiłam o jej chorobie, przerwał mi i powiedział: Wie pani, że musi się pani badać? I dzieci też musi pani badać. Wie pani, że trzeba to kontrolować? Rozmawialiśmy jeszcze chwilę i okazało się, że dokładnie pamięta, jak wyglądał pokój, w którym Julia mieszkała. Wiedział też, że podczas studiów zmieniła mieszkanie. Ten facet ma dziś rodzinę. Zostawiłam tę sprawę.

Julia miała dwie przyjaciółki. We trzy wyjechały do tego samego miasta na studia. Jedna z nich już nie żyje. Druga, którą odnalazłyśmy razem z Pauliną przez Naszą Klasę, opowiadała, że mieszkały w jednym pokoju, ale twierdziła, że nie wiedziała o ciąży Julii. Nie chciała powiedzieć nic więcej. Na moje pytanie, dlaczego Julia oddała mnie do adopcji, odpowiedziała tylko: To było małe miasteczko.

Szukałam informacji o matce w wielu miejscach. Na przykład w Internecie. Można tam wiele znaleźć.

*

To było w ostatni weekend sierpnia 2006 roku. Surfowałam po sieci. Wrzuciłam w wyszukiwarkę nazwisko „Wieczorek” i ukazał mi się taki anons:

Poszukuję pani Julii Wieczorek, która w drugiej połowie lat sześćdziesiątych studiowała w (…) medycynę. Urodziła córeczkę, której dała na imię Beata. Rodzice adopcyjni dali jej na imię Kasia. To było w 1967 roku.

Ogłoszenie było na Gumtree.pl i zostało nadane w Szwecji. Odpisałam na nie:

Witam. Mam na imię Ala. Teraz, bo kiedyś nazywałam się Ewa Wieczorek. Julia była moją matką biologiczną. Piszę „była”, bo Julia nie żyje od dziewięciu lat (…).

Napisałam też, że to chyba pomyłka, bo urodziłam się w 1965 roku. Kobieta ze Szwecji odpisała, że to nie pomyłka i że chyba ją źle zrozumiałam, bo to ona jest tym dzieckiem oddanym do adopcji… Ja na to, że to niemożliwe… Gdy przesłała mi swoje zdjęcie, zrobiło mi się słabo. Zobaczyłam jakby samą siebie. W ten sposób odnalazłam kolejną córkę biologicznej matki. Okazało się, że mam drugą siostrę.

Kiedy dowiedziałam się o Kaśce, znów pojechałam na Akademię Medyczną. Przedstawiłam się jako córka Julii Wieczorek i poprosiłam o dokumenty mamy. Otrzymałam wszystko: indeks, legitymację itd. Dowiedziałam się, że Julia w 1967 roku, po urodzeniu Kasi, przeniosła się na uczelnię do mojego miasta.

Wszystko się zgadzało. Wystarczyło tylko poczekać na odpis zupełny aktu urodzenia. Kasia otrzymała dokumenty 25 września 2006. Jej matką była Julia Wieczorek.

Zaczęłyśmy z Kasią korespondować. Napisała w jednym z maili:

Nigdy nie marzyłam, że będę miała siostrę, a co tu dopiero mówić o dwóch. Pozdrów koniecznie Paulinę, mam nadzieję, że będziemy mogły nawiązać kontakt. Chyba to co najgorsze już minęło, może patrzmy naprzód.

Kiedy powiedziałam Paulinie o Kasi, była rozgoryczona. Przez długi czas nie mogła tego zaakceptować. Dziś jest z tym pogodzona. Mówi ze spokojem: Moja mama urodziła dwie córki, które oddała do adopcji.

*

Kiedyś był u mnie kolega. Włączyliśmy komputer i w tym momencie zadzwoniła Kaśka, widać było na Skypie jej twarz. Kolega patrzy na ekran i na mnie. Zobaczył podobieństwo. Mówi: Przepraszam bardzo, a kto to jest? Ja na to: Moja siostra. A on: Jak to twoja siostra, przecież to nie jest Paulina. Na co ja: Nie, mój drogi, to nie jest Paulina. To jest moja druga siostra, Kasia.

Poznawałyśmy się z Kaśką ostrożnie. Najpierw były maile i rozmowy przez Skype’a. Po czterech miesiącach pojechałam z całą rodziną do Kasi, do Szwecji. Dopiero jak się spotkałyśmy, narodziła się między nami bliska więź. Przepłakałyśmy razem długie godziny.

Julia Kasię urodziła w wieku dwudziestu jeden lat. Zrzekła się jej od razu w szpitalu. Siódmego dnia Kasia trafiła do swojego domu adopcyjnego. Wychowywała się w Szczecinie. O tym, że była adoptowana, dowiedziała się, gdy miała czternaście lat.

Tak jak ja i Paulina Kasia była jedynym dzieckiem „swoich” rodziców. Moja przyjaciółka żartuje, że wszystkie trzy wychowywałyśmy się jako jedynaczki, a tak naprawdę pochodzimy z rodziny wielodzietnej.

Zżyłam się z Kasią szybko. Dała mi telefon do mieszkającej na Śląsku siostry swojej matki adopcyjnej. Chciałam poznać Kasi „ciocię”. Kiedy zadzwoniłam do niej po raz pierwszy, przedstawiam się, a ona: Witaj. Dobrze, kochana, że dzwonisz. Ciotka jestem. Czekałam na ciebie… Poznałyśmy się i później nocowałam u niej w Katowicach, gdy kończyłam tam studia podyplomowe.

 

Paulina potrzebowała czterech miesięcy, żeby zaakceptować istnienie Kasi. Ja poznałam Kaśkę w sierpniu, Paulina odezwała się do niej dopiero zimą. Wysłała jej życzenia na Nowy Rok.

*

Jak przyjęłam informację o drugiej siostrze? Na pewno lepiej niż tę, na którą natrafiłam przypadkiem, szukając w sądzie informacji o swojej adopcji.

Pojechałam do sądu zajrzeć do swoich dokumentów. Dostałam je, czytam, a tam widnieje zapis: „Dom Małego Dziecka”. Mówię więc do pani w kancelarii: Proszę pani, ale to niemożliwe, nie mogłam tam przebywać. Ona: Przecież jest wyraźnie napisane. Musiała pani tam być.

Z dokumentów uzyskanych w Domu Małego Dziecka dowiedziałam się, że spędziłam tam pierwsze dwa miesiące życia. Trafiłam stamtąd do Szpitala Korczaka z zapaleniem płuc i dopiero wtedy, ze szpitala, wzięli mnie rodzice adopcyjni. Dom dziecka to instytucja, na myśl o której nogi mi się uginają. Tracę siły. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego tak jest. Teraz wiem także, dlaczego nie pasuje do mnie żadne imię. Od października do grudnia, przebywając w domu dziecka, nie miałam imienia. Występowałam pod nazwą: „Wieczorek córka”.

*

Chciałabym zrozumieć Julię. Dowiedzieć się, jaka ona właściwie była? Dlaczego to zrobiła? Co czuła, gdy nas oddawała? Dlaczego nas z Kaśką w ogóle urodziła? Czy mój ojciec wiedział o ciąży? Dlaczego nie związał się z Julią? Kim tak naprawdę jest mój ojciec? Ze świadomością, że „ojciec nieznany”, żyje się trudno. Nie wie się o sobie wszystkiego i myśli się o tym bardzo często.

*

Kiedy moja matka adopcyjna dowiedziała się o moich poszukiwaniach rodziny biologicznej, powiedziała: Teraz, jak już wiesz, to na pewno nie będziesz się mną opiekować.

Całe życie szukałam odpowiedzi na pytanie, dlaczego matka tak mnie nienawidzi. Gdy urodziłam dziecko i dowiedziałam się, że mogę już wyjść ze szpitala, zadzwoniłam do domu, by mąż po mnie przyjechał. Mieszkaliśmy wtedy z moją matką. Powiedziała mi przez telefon: On nie wrócił na noc. Nie ma go. Nie martw się, jakoś to dziecko wychowamy… Poprosiłam o pomoc przyjaciółkę. Ona i jej mąż szukali mojego męża po całym mieście. Znaleźli go w końcu u… mojej teściowej. Okazało się, że gdy poprzedniego dnia późno wieczorem wrócił do domu, matka zamknęła przed nim drzwi mieszkania i nie mógł wejść.

Straciłam wtedy pokarm.

W chwili gdy się dowiedziałam o adopcji, poczułam ulgę, że nie jestem jej córką. Rozumiem już, dlaczego tak a nie inaczej się wobec mnie zachowywała. Gdy ciocia, siostra taty, wyrzucała sobie kiedyś, że mi powiedziała o adopcji, odpowiedziałam jej: Ciociu, to najpiękniejsza rzecz, jakiej mogłam się dowiedzieć.

*

Tak, o matce biologicznej mówię: Julia. Nie: matka. Czasami mówię: moja matka biologiczna, ale nigdy: mama. Ja nigdy nie miałam mamy. Matka adopcyjna nie była mamą, ale była babcią. Kochała moje córki, a swoje „wnuczki”, i chętnie się nimi zajmowała.

Kiedy córki wróciły z nart po tym tygodniu, w którym się o wszystkim dowiedziałam, były przerażone. Proszę sobie wyobrazić: jedenasto- i piętnastolatka przyjeżdżają z ferii i widzą matkę, która cały czas płacze.

Mąż? Pomagał mi zrozumieć, że to, w czym przez czterdzieści lat wzrastałam, jest moje. Żaliłam mu się, że jestem z innej bajki. Mówił: Ty jesteś z tej samej bajki. Tylko rozdziały wstępne ci dopisali, jak w Gwiezdnych wojnach.

Dziś, choć powtarzam słowa cioci: „My cię kochaliśmy, bo ty zawsze byłaś nasza… my cię kochaliśmy, bo ty zawsze byłaś nasza…” i tak nie do końca czuję, że to jest moje. To, co naprawdę jest moje, to własna rodzina: mój mąż i moje dzieci.

Lubiłam zawsze te tygodnie, kiedy rodzina wyjeżdżała w góry. Moja starsza córka zażartowała po tamtym tygodniu, kiedy się dowiedziałam o swojej rodzinie biologicznej: O, nie! Teraz będziesz jeździła z nami, bo znowu kogoś znajdziesz. Wystarczy już tych sióstr.


Na schodkach werandy u dziadków. Mam cztery lata.

Dziękuję, że pozwoliłeś mi być Twoją córką

„Zwracamy się z uprzejmą prośbą o przyznanie nam na własność dziecka Ewy […], przebywającego w Państwowym Domu Dziecka w […]” — tak zaczyna się moja historia z Tatą.

„Los postawił mnie na Twojej drodze. Wybrałeś mnie spośród wielu i pokochałeś miłością bezwarunkową. Tego samego oczekiwałeś od najbliższych. Zapytałeś swoją Matkę: «Czy będziesz ją kochała jak swoją?». Babcia dotrzymała danego Ci słowa. Byłam jej ukochaną wnuczką.


Z kuzynką na werandzie w domu dziadków. Mam trzy lata.

Od najmłodszych lat pokazywałeś mi świat. Zachwycałeś się ze mną najmniejszym źdźbłem trawy. Przemierzałeś bezkresne łąki w poszukiwaniu kolorowych motyli. Każdego wieczoru czytałeś bajki i znużony całym dniem usypiałeś przy moim łóżku. Chodziłeś ze mną na spacery i ciągnąłeś drewniany wózek, w którym siedziała Twoja królewna.


Z ciocią Zosią, 1966 rok.

Gdy miałam dziesięć lat, kupiłeś mi enerdowskie rakietki do badmintona. Prosto ze sklepu poszliśmy do parku pograć. Mam te rakietki do dziś, choć minęło już trzydzieści lat.

Zawsze trzymałeś kciuki i wierzyłeś w swoją, choć nie swoją, Córkę. Każdy dzień naznaczałeś dobrocią. Uczyłeś wrażliwości i szacunku do drugiego człowieka. Swym życiem pokazałeś, czym jest odpowiedzialność. Zawsze zastanawiałam się, dlaczego jesteś z Mamą. Dziś wiem, że byłeś z nią dla mnie.

Tak ciężko było Ci umierać. Lękałeś się o moją przyszłość. Przecież miałam dopiero dziewiętnaście lat. Wiedziałeś, że mam tylko Ciebie. Dzisiaj jako dorosła kobieta o określonej pozycji społecznej i zawodowej mówię Ci: «Dziękuję Ci, Tatusiu, że pozwoliłeś mi być Twoją Córką».

Ewa”

Powyższy list Ali do taty pochodzi z książki List do ojca, red. Jerzy Wójcik, Grzegorz Piechota, Warszawa 20081.


Na wakacjach z rodzicami w Kudowie-Zdroju, 1975 rok. Mam dwanaście lat.

1 W tej książce Ala podpisała się pod swoim listem imieniem, które nadała jej matka biologiczna, czyli imieniem Ewa (przyp. autorki). [wróć]