Duchowa prostotaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Chcieć więcej

CZĘŚĆ I. TWORZENIE PRAWDZIWEJ SIEBIE: MUSIAŁAM ZACZĄĆ OD WNĘTRZA

Rozdział 1. Ironiczna diagnoza

Rozdział 2. Chodźmy na lody

Rozdział 3. Miłość i inne lekarstwa

Rozdział 4. Tworzenie ciebie

Rozdział 5. Lekcje z maty

Rozdział 6. Rób to, na co nie masz ochoty

Rozdział 7. Mniej końców

Rozdział 8. Połóż dłonie na sercu

Proponowane pytania dotyczące stwarzania siebie

Tworzenie siebie: działania

CZĘŚĆ II. TWORZENIE PRZESTRZENI: ODDŁUŻANIE I ODGRACANIE

Rozdział 9. Mit własności

Rozdział 10. Zagłuszanie bólu zakupami

Rozdział 11. Czy to miłość

Rozdział 12. Magia uwalniania się od przedmiotów

Rozdział 13. Pieniądze albo życie

Rozdział 14. Proste zaproszenie

Rozdział 15. Prostota to nowa czerń

Rozdział 16. Zalety mniejszego metrażu

Rozdział 17. Dźwięk uwalniania się od ciężaru rzeczy

Rozdział 18. Połóż dłonie na sercu

Proponowane pytania dotyczące tworzenia przestrzeni

Tworzenie przestrzeni: działania

CZĘŚĆ III. TWORZENIE CZASU: BOJKOT ZAJĘTOŚCI

Rozdział 19. Mądry poranny rytuał

Rozdział 20. 1:11

Rozdział 21. Bojkot zajętości

Rozdział 22. Tworzenie pracy z duszą

Rozdział 23. Koniec z zajętością – manifest łagodnej wojowniczki

Rozdział 24. Szabas

Rozdział 25. Gram na gitarze z amigos

Rozdział 26. Sztuka mówienia „nie”

Rozdział 27. Odzyskaj zapomnianą sztukę nieśpieszności

Rozdział 28. W rytmie natury

Rozdział 29. Połóż dłonie na sercu

Proponowane pytania dotyczące tworzenia czasu

Tworzenie czasu: działania

CZĘŚĆ IV. TWORZENIE MIŁOŚCI: CO NAPRAWDĘ SIĘ LICZY

Rozdział 30. Pudełka z pamiątkami

Rozdział 31. Przecież nie macie gramofonu

Rozdział 32. Misja twojego serca

Rozdział 33. Runda honorowa

Rozdział 34. Jesteś zapisany w moim sercu

Rozdział 35. Jak zostać świętym

Rozdział 36. Proste życie nie jest ostatecznym celem

Rozdział 37. Prostota to droga prowadząca z powrotem do miłości

Rozdział 38. Inny rodzaj „więcej”

Rozdział 39. Do wszystkich, którzy potykają się z wdziękiem

Rozdział 40. Połóż dłonie na sercu

Proponowane pytania dotyczące tworzenia miłości

Tworzenie miłości: działania

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału: SOULFUL SIMPLICITY.

HOW LIVING WITH LESS CAN LEAD TO SO MUCH MORE

Opieka redakcyjna: KATARZYNA KRZYŻAN-PEREK

Redakcja: Pracownia 12A

Korekta: EWELINA KOROSTYŃSKA, ANNA MILEWSKA, BARBARA TURNAU

Projekt okładki: © Jess Morphew

Ilustracja na okładce, motyw graficzny wewnątrz książki: © /Daiquiri /Shutterstock

Opracowanie okładki na podstawie oryginału, układ typograficzny wersji papierowej: ROBERT KLEEMANN

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Copyright © 2017 by Courtney Carver

All rights reserved

© Copyright for the Polish translation by Agnieszka Sobolewska

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2019

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06765-9

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Bailey i Marka

Daliście mi przestrzeń na zaczerpnięcie oddechu, czas na uleczenie się i miłość – dużo, dużo miłości.


Chcieć więcej

Moje spojrzenie na życie całkowicie się zmieniło podczas jednej rozmowy telefonicznej, która trwała niespełna pięć minut. Kiedy podniosłam słuchawkę w swoim boksie w pracy i usłyszałam: „Ma pani stwardnienie rozsiane”, udało mi się tylko pomyśleć: „To nie może być prawda”. Nigdy nie sądziłam, że lekarze zdiagnozują u mnie nieuleczalną chorobę, która zagraża mojemu zdrowiu, aktywnemu stylowi życia, rodzinie i pracy. Nigdy nie myślałam, że usłyszę dzwonek alarmowy, którego nie będę mogła zignorować. Ale nigdy też nie rozważałam możliwości życia bez długów, bez wiecznego bałaganu i stresu czy też wykonywania pracy, która daje mi ogromne poczucie sensu.

Wróćmy jednak na chwilę do tego dzwonka alarmowego. Ktokolwiek uruchamia takie sygnały, musiał wiedzieć, że aby zwrócić moją uwagę, potrzeba będzie czegoś potężnego. Szepty i delikatne szturchnięcia nie odniosły skutku, ale stwardnienie rozsiane? No dobrze, zamieniam się w słuch. A od dawna nie słuchałam – ani swojego ciała, ani serca, ani duszy. Tylko reagowałam. Reagowałam na wszystko, co akurat życie mi przyniosło, i działałam jak automat, byle tylko sprostać codziennym wymaganiom, a także dotrzymać przyrzeczenia, które złożyłam prawie dziesięć lat wcześniej: żeby zawsze dawać więcej swojej córce.

 

Rozpad

Wyszłam za mąż za człowieka, który mnie nie kochał, nie potrafił mnie kochać... Tkwiłam w takim związku siedem lat. W tym czasie zdarzyły się niektóre z najgorszych rzeczy w moim życiu, ale też jedne z najlepszych. Na przykład gdyby nie to moje pierwsze małżeństwo, nie byłoby mojej córki, osoby, która jest dla mnie najważniejsza na świecie. Poza tym po tych siedmiu latach wiedziałam z absolutną pewnością, czego już w życiu nie chcę. Nie chciałam być cały czas smutna, bez przerwy się bać i zamartwiać. Nie byłam pewna, czego dokładnie chcę, ale wiedziałam, że czegoś więcej.

Tego, co złe, było sporo: przykre słowa, alkoholizm, brak zaufania i poczucie klęski. Wyzwiska, ciągłe picie, kłamstwa i trwonienie pieniędzy były koszmarem, ale ostatecznie o końcu zdecydowało kompletne lekceważenie mojego serca. W dniu, w którym urodziła się moja córka, kilka godzin po nieplanowanym cesarskim cięciu, zmieniałam jej pierwszą pieluszkę i zorientowałam się, że nie dam rady dosięgnąć nowej pieluchy, nie wstając od dziecka. Poprosiłam męża o pomoc, a on odpowiedział coś w rodzaju: „Jezu, weź się w garść. Musisz umieć to robić, kiedy mnie nie będzie”. Przewrócił oczami w wyrazie zniecierpliwienia, a ja pomyślałam: „Nie mogę się doczekać”. Wtedy właśnie złożyłam milczące przyrzeczenie, że pewnego dnia dam swojej córce więcej.

Nie była to ostatnia rozmowa z moim mężem, która łamała mi serce. Kiedy się wyprowadził, miałam nadzieję, że może rany zaczną się zabliźniać. Chciałam, żeby miał kontakt z córką, ale gdy odebrałam ją po jednym z ich spotkań i zauważyłam puszki z piwem turlające się pod siedzeniem w jego samochodzie, zażądałam widzeń pod nadzorem. Sąd odrzucił mój wniosek i stwierdził, że ojciec dziecka ma prawo do obrony. On jednak nigdy nie stawił się na sali sądowej, a kiedy ostatni raz go widziałam, powiedział: „Chciałbym, żebyś umarła, wtedy mógłbym wychowywać ją sam”. Czułam od niego piwo i widziałam obrzydzenie w jego oczach. Było mi już wszystko jedno, co powie sąd. Ten człowiek nigdy dotąd nie skrzywdził mnie fizycznie, ale nie miałam zamiaru dalej ryzykować. Musiałam chronić swoją córkę, swoje serce i swoje życie.

Kiedy wreszcie się rozwiedliśmy, jedynym zwycięstwem, które odniosłam w sądowej batalii, było wyłączne prawo do opieki nad dzieckiem. Na niczym więcej mi nie zależało. Za niemal wszystkie pozostałe sprawy wzięłam odpowiedzialność na siebie. Było mi to obojętne. Liczyła się tylko ona. Pogrążyłam się w długach, między innymi za koszty sądowe i honoraria prawników, i w niepewności, ale twardo trzymałam się przyrzeczenia, by dać jej więcej. Chciałam dać jej wszystko. Będę ciężej pracować, więcej zarabiać, więcej jej kupować, więcej dla niej robić i udowodnię jej, że wszystko będzie dobrze. Nie miałam pojęcia, że ten nowy cel przyniesie równie opłakane skutki, jak moje nieudane małżeństwo, i podobnie odbije się na moim sercu.

Tylko we dwie

Kiedy już zostałyśmy same, musiałam wykombinować, jak związać koniec z końcem. Pracowałam na pełny etat, zarabiając siedemnaście tysięcy dolarów rocznie, a moja córka przez większość dnia była w przedszkolu. Nie dostawałam alimentów, ale nie miałam zamiaru się o nie handryczyć ani rozpętywać sądowego szaleństwa. Miesięcznie płaciłam ponad tysiąc sto dolarów za przedszkole, opiekę nad dzieckiem i czynsz, a zarabiałam trochę powyżej tysiąca czterystu. Jeśli dodać do tego rachunki, jedzenie, ubrania, ubezpieczenie i raty za samochód, zostaje tylko karta kredytowa. Chciałam, żeby nasza pierwsza Gwiazdka we dwie była wyjątkowa. Każde Boże Narodzenie mojego dzieciństwa było wspanialsze od poprzedniego, z coraz większą furą prezentów, a mnie zależało na tym, żeby moja córka miała podobne przeżycia. Nie było mnie stać nawet na jeden prezent, nie mówiąc o całych ich górach, więc złożyłam wnioski o wszystkie sklepowe karty kredytowe, jakie mi przyszły do głowy. Na swoich kartach miałam prawie wyczerpane limity, ale uznałam, że gdyby udało mi się dostać po kilkaset dolarów kredytu w kilku sklepach, mogłabym wyprawić córce święta, na jakie zasługuje. Czy miałam dobrze w głowie? Trzylatka nie mogła przecież docenić lawiny prezentów. Pierwszego stycznia poczułam zakupowego kaca. Tak dalej być nie mogło.

Złożyłam wniosek o pomoc finansową do władz stanowych, ale okazało się, że zarabiam odrobinę za dużo, żeby się zakwalifikować. Zasugerowano mi, żebym zrezygnowała z pracy, by skorzystać z tego zasiłku, ale dla mnie to nigdy nie wchodziło w grę. Znalazłam za to nową pracę, która – chociaż znacznie bardziej wymagająca – była też zdecydowanie lepiej płatna. Dostałam swoją pierwszą komórkę i pierwszą wypłatę prowizji. Udało mi się. Im więcej pracowałam, tym więcej zarabiałam i tym więcej wydawałam... A mój apetyt rósł.

Prowizję wypłacano mi co kwartał, ale ostatnią rzeczą, jaką chciałam zrobić z takim zastrzykiem gotówki, było przeznaczenie go na spłatę kart kredytowych. Wolałam zabrać córkę na zakupy. Chodziłyśmy do restauracji i robiłyśmy najróżniejsze rzeczy, na które wcześniej nie było nas stać. Dwa razy pojechałyśmy do Club Med, a także w wiele innych miejsc. Tak ciężko pracowałam, tyle rzeczy znosiłam – uznałam, że zasługujemy na więcej.

Uwaga, spoiler: chociaż wtedy nie potrafiłabym tego wyrazić, rzeczywiście chciałam więcej – więcej miłości, prawdziwego porozumienia, śmiechu i przygód. Wszystko to zbyt trudno było zmierzyć, więc zamiast tego więcej zarabiałam, więcej pracowałam, więcej wydawałam i więcej gromadziłam.

Nas troje

Marka, mojego drugiego męża, poznałam, kiedy skończyłam trzydzieści lat. Jeśli wierzycie w istnienie bratnich dusz, to powiedziałabym, że Mark jest właśnie moją bratnią duszą. Kiedy szliśmy na pierwszą randkę, chciałam zostawić Bailey z moją matką, która przyjechała w odwiedziny, ale mała zaczęła płakać. Gdy Mark zaproponował: „A może weźmiemy ją ze sobą?”, wiedziałam, że może być facetem dla mnie, bo już przejmował się moim sercem i sercem mojej córki. Przedstawiła nas sobie jego siostra, a po tym pierwszym spotkaniu powiedziałam jej, że nie jestem pewna, czy to była randka, czy raczej koleżeński wypad. Wieczorem po tej rozmowie Mark przysłał mi maila z tematem: „Randka”. Podał w nim słownikową definicję randki i napisał, że z chęcią zabierze mnie na kolejną, żeby rozwiać wszelkie moje ewentualne wątpliwości. Tak się zaczęło nasze love story.

Wiele z naszych wczesnych randek to były górskie wędrówki, wyprawy w Appalachy w Nowej Anglii z nocowaniem w schroniskach albo wyjazdy na narty, podczas których docieraliśmy na stok jako pierwsi, żeby pojeździć z samego rana. W dziewięćdziesięciu procentach tych randek uczestniczyła Bailey. Wszyscy się poznawaliśmy, a ja szybko zakochałam się zarówno w tym facecie, jak i w górskich szlakach. Chodzenie po górach, narty i inne wyprawy stały się fundamentem naszego związku. Po sześciu latach poznawania się i zakochiwania w sobie przeprowadziliśmy się z New Hampshire do Utah, żeby zamieszkać bliżej moich rodziców i gór, które skradły nam serca. A potem się pobraliśmy. Następnego dnia po tym, jak Mark poprosił mnie o rękę, oświadczył się też Bailey. Dał jej pudełeczko z pierścionkiem po swojej babci. Kazał na nim wygrawerować słowa jag älskar dig, co po szwedzku znaczy „kocham cię”. Włożył do środka karteczkę z pytaniem: „Zostaniesz moją córką?”. Byliśmy pełni entuzjazmu na myśl o nowych przygodach w górach Utah i rozpoczęciu wspólnego życia jako rodzina. Oboje mieliśmy dobrze płatną pracę, kupiliśmy duży dom z ogródkiem, garażem, strychem i komórką. Nowe meble, nowy samochód, nawet psa. Chcieliśmy mieć wszystko. A potem, rok po tym, jak powiedzieliśmy sobie „tak”, okazało się, że nad moim zdrowiem, naszym nowym małżeństwem i naszym aktywnym życiem zawisła groźba: stwardnienie rozsiane.

Załamanie

Ta szaleńcza aktywność mnie wykończyła i zapłaciłam za nią zdrowiem. Próbując mieć wszystko, zapomniałam, że już to mam. Szybko zrozumiałam, że to właśnie wypełnianie każdej chwili dnia przedmiotami i krzątaniną doprowadziło mnie do choroby.

Nie znamy przyczyn stwardnienia rozsianego, ale jestem przekonana, że SM (skrót od łacińskiej nazwy sclerosis multiplex) było sposobem mojego organizmu na odrzucenie trybu życia, jaki prowadziłam. Nie spowodował on u mnie SM, ale zaostrzył objawy choroby i przyczynił się do jej nawrotów. Moje dążenie do tego, by robić wszystko, nie zgadzało się z moim sercem. Kiedy w swoim życiu albo pracy nie liczysz się ze swoim sercem, zawsze dojdzie w końcu do rozpadu, załamania albo jednego i drugiego. To, że więcej pracowałam, więcej posiadałam, więcej robiłam i usiłowałam wszystkim wokół udowodnić, że jestem kimś więcej, wyczerpało mnie i dosłownie rozwaliło mi organizm.

Opowiem wam o tym, jak postawiono mi diagnozę, ale ta książka nie traktuje o moim SM, tylko o życiowych zmianach, do których doprowadziła ta choroba. Początkowo myślałam, że wszystko zrujnuje, ale okazało się, że mnie ocaliła. Kiedy się dowiedziałam, jak bardzo stres szkodzi cierpiącym na stwardnienie rozsiane i inne schorzenia autoimmunologiczne oraz w ogóle ludziom zmagającym się z bólem i chorobą, postanowiłam w jak największym stopniu go wyeliminować. Chciałam dobrze żyć z SM – lepiej, niż żyłam przed diagnozą. Kiedy celowo zwolniłam tempo i stopniowo upraszczałam swoje życie, poczułam, że zdrowieję. I nie chodziło tu tylko o stwardnienie rozsiane, lecz o uleczenie ciała i duszy. Z zastanawiania się na poważnie, czego potrzebuje moje ciało i czego chce moje serce, po cichutku wyłoniła się duchowa prostota jako inny sposób na życie. Nie było to duchowe przebudzenie ani żadne czary-mary, żaden „magiczny” moment, tylko łagodna szczerość na temat tego, co w moim życiu liczy się najbardziej. Kiedy zaczęłam stawiać sobie pytania, co jest ważne, a co nie, odkryłam, co naprawdę odpowiada mojemu sercu i mojej duszy. Dałam sobie czas, żeby wsłuchać się w siebie. Nauczyłam się ufać odpowiedziom i zaczęłam żyć prosto, tak jak dusza mi podpowiada.

Nie po raz pierwszy rozważałam możliwość prostszego życia. Wiele lat wcześniej przeczytałam Pieniądze albo życie Vicki Robin i Joego Domingueza i uznałam, że książka jest genialna, ale zrezygnowałam z realizacji zawartych w niej pomysłów, bo tkwiłam po uszy w długach i byłam przeciążona obowiązkami w większości sfer swojego życia. Właściwie zrezygnowałam dlatego, że wydawało mi się to za trudne. Życie, jakie prowadziłam, też nie było łatwe, ale przynajmniej wiedziałam, jak to się robi. Pisząca o prostocie i minimalizmie Elaine St. James powiedziała kiedyś: „Nie przestajemy komplikować sobie życia między innymi dlatego, żebyśmy nie musieli słuchać naszego wewnętrznego głosu mówiącego nam, co musimy zrobić, by nasze życie usprawnić i ulepszyć”.

Drobnymi krokami dążyłam do prostoty – zaczęłam powolutku. Widziałam, że upraszczanie ma potencjał, ale nie chciałam wywracać swojego życia do góry nogami. Drastyczne zmiany spowodowałyby jedynie więcej stresu. Ta duchowa prostota musiała być zgodna nie tylko z moim sercem i moją duszą, ale także z sercem i duszą mojej rodziny. Miałam tendencję do zmieniania wszystkiego za jednym zamachem, zawsze usiłowałam albo zrobić coś spektakularnego, albo dać sobie spokój. Tym razem było inaczej. Teraz wprowadzałam jedną zmianę i dawałam jej tyle czasu, ile było trzeba. A potem wykorzystywałam rozpęd i pewność siebie, które zyskałam dzięki tej zmianie, żeby zacząć następną.

Stopniowo zaczęłam dostrzegać, że prostota pozwala zastąpić strach nadzieją, i stałam się zdrowsza i szczęśliwsza niż przed diagnozą. Z czasem cała moja rodzina przekonała się do prostszego życia i odkryła drzemiącą w nim duchową głębię. W rezultacie zaczęłam czuć się lepiej zarówno fizycznie, jak i emocjonalnie i dokonałam w życiu takich rewolucji, o jakich wcześniej mi się nie śniło. Dziś wygląda ono zupełnie inaczej niż dziesięć lat temu – jest o wiele lepsze. Chociaż radykalnie je uprościłam, zrobiłam to bardzo łagodnie. Dzięki temu procesowi zmian odkryłam, że nie chodzi tylko o zrobienie porządku w swoich rzeczach czy pozbycie się gratów. To jedynie kwestie techniczne, oczywiście istotne, ale prostota to coś więcej niż zrobienie miejsca w domu czy mieszkaniu. To także dążenie do tego, by mieć w życiu więcej czasu, a w sercu więcej miłości. Przekonałam się, że można w istocie mieć więcej, mając mniej.

W 2010 roku zaczęłam dokumentować swoją podróż, pisząc bloga w nadziei na to, że uda mi się skontaktować z podobnie myślącymi ludźmi i podzielić się z nimi tym, czego się nauczyłam. Pisałam o tym, co dobre, na przykład o swojej ostatniej wyprzedaży garażowej w życiu i przeprowadzce ze stu osiemdziesięciu pięciu metrów kwadratowych do siedemdziesięciu; o tym, co złe, na przykład jak trudno było mi się pożegnać z rzeczami, które trzymałam „na wszelki wypadek”, a nawet o tym, co wstydliwe: kiedy opublikowałam spis swojej kolekcji kosmetyków, wartej dwa i pół tysiąca dolarów, wówczas przestałam się dziwić, dlaczego żyję od wypłaty do wypłaty. Dzielenie się w Internecie szczegółami swojego życia czasem mnie przerażało, zazwyczaj jednak okazywało się, że było warto. Poznałam dzięki temu życzliwych ludzi, pełnych współczucia, oraz zaczęłam zawodowo zajmować się pisaniem i wykładaniem na temat mocy prostoty, a to wszystko zmieniło mnie na zawsze.

 

Powinnam wspomnieć, że to nie jest książka, którą miałam napisać czy którą zdaniem tych czy innych osób powinnam napisać. To książka, którą chciałam i potrzebowałam napisać, żeby wywrzeć wpływ na właściwych ludzi i odmienić ich życie – może właśnie twoje. Wierzę, że jedynym sposobem na to jest szczere porozumienie, więc nie miałam innego wyjścia, jak pisać prosto z serca, bo daje mi to szansę na dotarcie do twojego serca. Napisałam tę książkę, żeby podzielić się z tobą swoją duchową prostotą, w nadziei, że pomoże ci odkryć twoją. Jeśli kiedyś czułaś, że masz serdecznie dość bycia spłukaną, zestresowaną, przepracowaną i walczysz z wiecznymi zaległościami, prowadzenie prostszego życia może zapewnić ci większe poczucie sensu i celu. Bóle głowy, niepokój, depresja czy ogólne poczucie przytłoczenia często są wynikiem „nadmiaru” w naszym życiu. Nie musisz usłyszeć diagnozy stwardnienia rozsianego czy innej choroby, żeby czerpać korzyści ze skromniejszego, oszczędniejszego życia. Dla mnie diagnoza SM była sygnałem: „Wystarczy, stop”. Twój sygnał może być inny.

Wprowadziłam bardzo duże zmiany w czterech sferach swojego życia: zdrowiu, przestrzeni, czasie i miłości. Decydując się na mniej, odzyskałam więcej w każdej z nich. Każda wielka zmiana, której dokonałam, była wynikiem setek małych kroków i historii. Będę o nich pisać w następnych rozdziałach. Opowiem ci, dzięki czemu wróciłam do zdrowia i miłości, i poproszę, żebyś się zastanowiła, co mogłoby się okazać skuteczne dla ciebie. Zacznij myśleć o tym, co się dla ciebie naprawdę liczy. Jeśli z początku nie będziesz pewna, nie przejmuj się. Czasem musisz pozbyć się rzeczy, które nie mają znaczenia, żeby te istotne wypłynęły na powierzchnię. Na końcu każdego rozdziału znajdziesz zestaw pytań, czy może raczej ćwiczeń, które mają skłonić cię do uważnego wsłuchania się w swoje serce i swoją duszę, oraz listę małych kroków wiodących do duchowej prostoty. Kiedy zaczniesz upraszczać swoje życie, stworzysz czas i przestrzeń, których potrzebujesz, by posłuchać swojego ciała, poznać swoje serce i dotrzeć do swojej duszy. Nie ma uniwersalnego rozwiązania, które cię do tego doprowadzi, ale mam nadzieję, że moja historia zainspiruje cię do tej podróży: mieć mniej, by zyskać znacznie więcej.