Nadzieja w mroku

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział 2

Gdy prze­gra­li­śmy

W cią­gu kil­ku ostat­nich lat prze­to­czy­ły się dwie wiel­kie fale roz­pa­czy – choć może fale to na­zbyt dy­na­micz­ne okre­śle­nie, gdyż roz­pacz od­czu­wa­na jest ra­czej jako za­stój, unie­ru­cho­mie­nie, osia­da­nie na mie­liź­nie. Ta póź­niej­sza roz­pacz wią­za­ła się z wy­bo­ra­mi pre­zy­denc­ki­mi w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, jak gdy­by – jak sko­men­to­wał to uru­gwaj­ski pi­sarz Edu­ar­do Ga­le­ano – Geo­r­ge W. Bush ubie­gał się o sta­no­wi­sko pre­zy­den­ta ca­łe­go świa­ta. I wy­grał, mimo nie­przy­chyl­nych son­da­ży, mimo tego, że więk­szość ame­ry­kań­skich wy­bor­ców nie wy­bra­ła ani jego, ani Joh­na Ker­ry’ego. Czter­dzie­ści pro­cent elek­to­ra­tu po­zo­sta­ło w do­mach mimo wzmo­żo­nej sa­mo­or­ga­ni­za­cji i ak­ty­wi­zmu po­stę­pow­ców i le­wi­cow­ców, któ­rzy zga­dza­li się prze­cież z Ker­rym w nie­zli­czo­nych kwe­stiach, mimo prze­ra­ża­ją­cej li­sty okru­cieństw i znisz­czeń, do ja­kich przy­czy­nił się Bush, mimo cał­ko­wi­tej po­raż­ki, jaką za­koń­czy­ła się woj­na w Ira­ku. Wy­grał1. Co ozna­cza, że my prze­gra­ły­śmy.

Ból, jaki od­czu­wa­ły­śmy, był na­der re­al­ny i pły­nął ze szcze­re­go ser­ca. Od­czu­ło go wie­lu lu­dzi, któ­rzy nie cier­pie­li bez­po­śred­nio, lecz wi­dzie­li, że to, co ko­cha­ją – praw­da, ich bliź­ni, za­rów­no izo­lo­wa­ni i wy­klu­cza­ni w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, jak i nę­ka­ni gło­dem i strze­la­ni­na­mi w Ira­ku, ryby w mo­rzu i drze­wa w la­sach – po­zo­sta­wa­ło ce­lem ata­ku. Współ­czu­cie było szcze­re i po­wszech­ne, po­dob­nie jak po­czu­cie wy­czer­pa­nia – ma­rzy­ły­śmy, że zrzu­ci­my w koń­cu z sie­bie brze­mię, ja­kie sta­no­wił Bush, i wiel­kim bó­lem dla nas była ko­niecz­ność wzię­cia na sie­bie tego oło­wia­ne­go cię­ża­ru na ko­lej­ne czte­ry lata. Od­czu­ły­śmy wów­czas do­tkli­wie na wła­snej skó­rze jarz­mo oko­licz­no­ści, do któ­rych wcze­śniej zdą­ży­ły­śmy się przy­zwy­cza­ić.

Roz­pacz jed­nak była czymś in­nym. Jesz­cze przed za­koń­cze­niem wy­bo­rów za­kli­na­łam się, że nie we­zmę udzia­łu w „dia­lo­gu”, któ­ry w mo­ich oczach był je­dy­nie krę­cą­cą się w kół­ko i do znu­dze­nia li­ta­nią wza­jem­nych oskar­żeń i bia­do­le­nia o tym, jak wszyst­ko jest źle, przy­ta­cza­nia ko­lej­nych do­wo­dów świad­czą­cych prze­ciw­ko nam – bo­wiem jed­ną z nie­wie­lu eks­cy­tu­ją­cych moż­li­wo­ści, ja­kie daje le­wi­ca, jest by­cie wła­sną oskar­ży­ciel­ką – któ­re grze­ba­ły wszel­ką na­dzie­ję i wszel­kie ma­rze­nia w wil­got­nej li­siej no­rze, zwi­nię­te w kłę­bek roz­pa­czy. Te­raz przy­glą­dam się lu­dziom, któ­rzy się w ów dia­log an­ga­żu­ją, i za­sta­na­wiam się, co zeń wy­no­si­my. Pew­ność roz­pa­czy – czy na­wet do ta­kiej pew­no­ści war­to dą­żyć? Opo­wie­ści nas wię­żą, opo­wie­ści nas wy­zwa­la­ją, ży­je­my i umie­ra­my od opo­wie­ści, lecz wsłu­chi­wa­nie się, jak lu­dzie to­czą mię­dzy sobą ów dia­log, to słu­cha­nie, jak sami opo­wia­da­ją so­bie hi­sto­rię, któ­rą – jak im się wy­da­je – opo­wie­dział im ktoś inny. Ja­kie inne hi­sto­rie moż­na opo­wie­dzieć? W jaki spo­sób lu­dzie mogą dać so­bie pra­wo do by­cia opo­wia­da­cza­mi, a nie tyl­ko słu­cha­cza­mi? Na­dzie­ja jest opo­wie­ścią o nie­pew­no­ści, o ra­dze­niu so­bie z ry­zy­kiem, ja­kie nie­sie nie­wie­dza o tym, co nas cze­ka za ro­giem, a to jest bar­dziej wy­ma­ga­ją­ce niż roz­pacz i w pe­wien spo­sób jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­ją­ce. Ale i nie­skoń­cze­nie sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce. Gdy uda­je nam się po­dźwi­gnąć z głę­bo­kiej de­pre­sji bądź gdy zbli­ża­my się do oso­by w niej po­grą­żo­nej, ude­rza nas, jak cał­ko­wi­cie cier­pie­nie jest po­chło­nię­te samo sobą. Dla­te­go wła­śnie po­li­tycz­ną wy­obraź­nię le­piej na­pę­dza spo­glą­da­nie w głąb i w dal. Sze­rzej i da­lej ku świa­tu: w owym cza­sie zda­wa­ło się, że cał­ko­wi­cie stra­ci­li­śmy tę per­spek­ty­wę, jak gdy­by na pla­ne­cie po­zo­sta­ły tyl­ko dwa miej­sca: Irak, przy­po­mi­na­ją­cy pie­kło na zie­mi, oraz Sta­ny Zjed­no­czo­ne, gni­ją­ce i roz­pa­da­ją­ce się od środ­ka. Sta­ny Zjed­no­czo­ne z pew­no­ścią są świa­to­wą po­tę­gą mi­li­tar­ną, a to­czo­ne przez nie w ser­cu świa­ta arab­skie­go woj­ny o kon­tro­lę nad glo­bal­ny­mi za­so­ba­mi ropy naf­to­wej mają nie­pod­wa­żal­ne zna­cze­nie. Cier­pie­nia lu­dzi w Ira­ku rów­nież mają zna­cze­nie, po­dob­nie jak śmierć po­nad stu ty­się­cy z nich, a tak­że, w chwi­li pi­sa­nia tego tek­stu, po­nad ty­sią­ca pię­ciu­set Ame­ry­ka­nów i sie­dem­dzie­się­ciu sze­ściu Bry­tyj­czy­ków. Tu­taj wła­śnie przy­szłość do­sta­je obu­chem w łeb.

Są­dzę jed­nak, że przy­szłość wy­naj­dy­wa­na jest na nowo w Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej2. Gdy wspo­mi­nam wy­bo­ry, któ­re od­by­ły się je­sie­nią 2004 roku, my­ślę o nich jako o pew­nej trój­cy. W Uru­gwa­ju, nie po czte­rech la­tach bu­dzą­cych gro­zę rzą­dów, lecz po stu sie­dem­dzie­się­ciu – się­ga­my do cza­sów, gdy kró­lo­wa Wik­to­ria była jesz­cze na­sto­lat­ką – lu­dzie w koń­cu wy­wal­czy­li so­bie po­rząd­ny le­wi­co­wy rząd. Jak nie bez po­czu­cia hu­mo­ru pi­sał wów­czas Edu­ar­do Ga­le­ano:

Parę dni przed wy­bo­rem pre­zy­den­ta ca­łej pla­ne­ty w Ame­ry­ce Pół­noc­nej w mało zna­nym, ist­nie­ją­cym nie­mal w ta­jem­ni­cy kra­ju w Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej, zwa­nym Uru­gwa­jem, od­by­ły się wy­bo­ry i re­fe­ren­dum. W ich wy­ni­ku po raz pierw­szy w dzie­jach tego kra­ju zwy­cię­stwo od­nio­sła le­wi­ca. W re­fe­ren­dum na­to­miast, po raz pierw­szy w hi­sto­rii ca­łe­go świa­ta, pry­wa­ty­za­cja za­so­bów wod­nych zo­sta­ła od­rzu­co­na gło­sa­mi ludu, któ­ry uznał, że pra­wo do wody przy­słu­gu­je wszyst­kim. […] Kraj ten po­zo­sta­je dla więk­szo­ści nie­zau­wa­żal­ny. Uru­gwaj­czy­cy, tak głę­bo­ko wy­zby­ci wszel­kiej wia­ry, że nie imał się ich na­wet ni­hi­lizm, za­czę­li na­gle wie­rzyć, i to żar­li­wie. Dziś zaś ten po­grą­żo­ny w me­lan­cho­lii i przy­gnę­bie­niu lud, któ­ry na pierw­szy rzut oka przy­po­mi­na miesz­kań­ców Ar­gen­ty­ny na va­lium, tań­czy z ra­do­ści wy­so­ko nad zie­mią. Na zwy­cięz­cach spo­czy­wa ogrom­ny cię­żar od­po­wie­dzial­no­ści. Od­ro­dze­nia wia­ry i od­no­wy szczę­ścia na­le­ży czuj­nie strzec. Każ­de­go dnia po­win­no się przy­po­mi­nać, jak głę­bo­ką ra­cję miał Car­los Qu­ija­no, gdy mó­wił, że grze­chy prze­ciw na­dziei jako je­dy­ne są nie do wy­ba­cze­nia i nie do od­ku­pie­nia3.

Krót­ko po pół­noc­no­ame­ry­kań­skich wy­bo­rach przez Chi­le przez kil­ka dni prze­ta­cza­ły się ogrom­ne pro­te­sty prze­ciw­ko ad­mi­ni­stra­cji Bu­sha i pro­wa­dzo­nej przez nią po­li­ty­ce. Może to Chi­le jest cen­trum świa­ta; może fakt, że prze­szło ono od prze­ra­ża­ją­cej dyk­ta­tu­ry woj­sko­wej pod rzą­da­mi Pi­no­che­ta do de­mo­kra­cji, w któ­rej lu­dzie mogą na głos do­ma­gać się spra­wie­dli­wo­ści w in­nych czę­ściach świa­ta, rów­nież jest ja­kąś wska­zów­ką? Jak za­uwa­żył po tych de­mon­stra­cjach wie­lo­let­ni ob­ser­wa­tor sy­tu­acji w Chi­le Ro­ger Bur­bach: „Za­iste, ist­nie­je chi­lij­ska al­ter­na­ty­wa dla Bu­sha: ści­ga­nie by­łych dyk­ta­to­rów i praw­dzi­wych ter­ro­ry­stów z po­mo­cą pra­wa mię­dzy­na­ro­do­we­go i bu­do­wa­nie glo­bal­ne­go mię­dzy­na­ro­do­we­go ustro­ju kar­ne­go, opar­te­go na rów­no­ścio­wym sys­te­mie go­spo­dar­czym, umac­nia­ją­cym lu­dzi na po­zio­mie od­dol­nym, by sami mo­gli bu­do­wać wła­sną przy­szłość”4. Mie­siąc póź­niej Chi­le od­nio­sło zwy­cię­stwo tam, gdzie klę­skę po­nio­sła Wiel­ka Bry­ta­nia: Pi­no­che­ta za po­peł­nio­ne zbrod­nie po­sta­wio­no przed są­dem. A we wspar­tym przez Sta­ny Zjed­no­czo­ne re­fe­ren­dum, któ­re od­by­ło się w sierp­niu 2004 roku, oby­wa­te­le We­ne­zu­eli ko­lej­ny raz od­nie­śli wal­ne zwy­cię­stwo, gło­su­jąc na oso­bę bę­dą­cą ce­lem nie­uda­ne­go za­ma­chu sta­nu z 2002, zor­ga­ni­zo­wa­ne­go przez Sta­ny Zjed­no­czo­ne, czy­li opo­wia­da­jąc się za le­wi­co­wym po­pu­li­stycz­nym pre­zy­den­tem Hugo Cháve­zem. Tej sa­mej wio­sny ów­cze­sny pre­zy­dent Ar­gen­ty­ny Néstor Kirch­ner, wspie­ra­ny przez po­wszech­ne lu­do­we pro­te­sty prze­ciw­ko po­li­ty­ce neo­li­be­ral­nej, od­waż­nie prze­ciw­sta­wił się Mię­dzy­na­ro­do­we­mu Fun­du­szo­wi Wa­lu­to­we­mu (MFW)5. Rok wcze­śniej Bo­li­wij­czy­cy wal­czy­li z pry­wa­ty­za­cją gazu ziem­ne­go z ta­kim za­cię­ciem, że uda­ło im się prze­gnać z kra­ju neo­li­be­ral­ne­go pre­zy­den­ta i ska­zać go na wy­gna­nie w Mia­mi, a tuż przed­tem Bra­zy­lia, pod rzą­da­mi Lu­iza In­ácio Luli da Si­lvy, sta­nę­ła na cze­le bun­tu świa­ta roz­wi­ja­ją­ce­go się prze­ciw Świa­to­wej Or­ga­ni­za­cji Han­dlu. Ame­ry­ka Po­łu­dnio­wa, któ­ra sta­no­wi­ła wiel­kie la­bo­ra­to­rium po­li­ty­ki neo­li­be­ral­nej, obec­nie jest ogni­skiem naj­bar­dziej za­żar­te­go sprze­ci­wu wo­bec owej zgub­nej dok­try­ny eko­no­micz­nej (któ­rą w zwię­złych sło­wach moż­na zde­fi­nio­wać jako kult nie­skrę­po­wa­ne­go ni­czym mię­dzy­na­ro­do­we­go ka­pi­ta­li­zmu i pry­wa­ty­za­cji dóbr i usług pod płasz­czy­kiem tego, co zwie się glo­ba­li­za­cją – zaś jesz­cze bar­dziej do­sad­nie na­le­ża­ło­by ją okre­ślić mia­nem kor­po­ra­cyj­nej glo­ba­li­za­cji i skraj­ne­go uto­wa­ro­wie­nia wszyst­kie­go bez róż­ni­cy).

Nie cho­dzi o to, żeby po­wie­dzieć so­bie: za­po­mnij­my o Ira­ku i Sta­nach Zjed­no­czo­nych, myśl­my tyl­ko o Uru­gwa­ju, Chi­le, We­ne­zu­eli, o nad­zwy­czaj­nym wzmo­że­niu dzia­łal­no­ści ru­chów sprze­ci­wia­ją­cych się pry­wa­ty­za­cji i wal­czą­cych o spra­wie­dli­wość, de­mo­kra­cję, re­for­mę włas­no­ści rol­nej oraz pra­wa rdzen­nych lu­dów w Bra­zy­lii, Bo­li­wii, Ekwa­do­rze czy Ar­gen­ty­nie. Nie mu­si­my wy­bie­rać: na­le­ży pa­mię­tać o obu tych rze­czach. Ame­ry­ka Po­łu­dnio­wa jest waż­na, gdyż za­miesz­ku­ją­ce ją spo­łecz­no­ści wy­naj­du­ją lep­szą po­li­ty­kę środ­ków i ce­lów. Kon­ty­nent ten jest waż­ny rów­nież dla­te­go, że dwa­dzie­ścia lat temu i jesz­cze wcześ­niej nie­mal wszyst­kie te kra­je tkwi­ły pod jarz­mem wro­gich im dyk­ta­to­rów. Wie­my, jak do­cho­dzi do osu­nię­cia się w ty­ra­nię i jak lęk zy­sku­je nad nami pa­no­wa­nie, jak lu­dzie po­grą­ża­ją się w kosz­ma­rze – ale jak się z nie­go bu­dzą, jak do­ko­nu­je się po­wol­na wspi­nacz­ka z po­wro­tem ku wol­no­ści i od­zy­ska­niu za­ufa­nia? War­to roz­wa­żyć kwe­stię dro­gi do ozdro­wie­nia, zwłasz­cza te­raz, gdy Bush jest na pół­met­ku swej ośmio­let­niej ka­den­cji, a nie, o ile nam wia­do­mo, u za­ra­nia ty­siąc­let­niej rze­szy.

 

Hi­sto­ria za­pa­mię­ta bo­wiem rok 2004 ina­czej niż my, któ­rzy­śmy za­zna­ły i za­zna­li go bez­po­śred­nio, pa­trząc nań z per­spek­ty­wy mszyc ob­sia­da­ją­cych róże, przez so­czew­ki mi­kro­sko­pu; hi­sto­ria pa­trzeć bę­dzie przez te­le­skop, chwy­ta­jąc ów rok jako je­den ze stru­mie­ni w nur­cie sza­leń­czych zmian ostat­nich paru de­kad, jed­nych na gor­sze, in­nych zaś na lep­sze. Prze­cież na­wet sam rok 2004 przy­niósł znacz­nie wię­cej niż wy­bo­ry w Sta­nach Zjed­no­czo­nych: nie tyl­ko w Uru­gwa­ju od­by­ły się pierw­sze wol­ne wy­bo­ry, wy­bor­czy wstrząs prze­ży­ła rów­nież Ukra­ina. Po­wszech­ne oszu­stwa wy­bor­cze, za­tru­cie diok­sy­ną, me­dial­ne ma­ni­pu­la­cje i dłu­gie mac­ki Krem­la i CIA nie przy­czy­ni­ły się do po­pra­wy sy­tu­acji, jed­nak od­waż­nie sta­wia­ny opór, pi­kie­ty i ko­czo­wa­nie na uli­cach, śpie­wy i tań­ce czy na­pie­ra­nie na par­la­ment przy­po­mi­na­ły do złu­dze­nia ru­chy w Eu­ro­pie Środ­ko­wej wal­czą­ce pięt­na­ście lat wcze­śniej z pań­stwo­wy­mi re­żi­ma­mi ko­mu­ni­stycz­ny­mi. Co waż­niej­sze, nie­mal mi­liar­do­wi oby­wa­te­li i oby­wa­te­lek In­dii uda­ło się wy­ko­pać Bha­ra­tiya Ja­na­ta Par­ty (In­dyj­ską Par­tię Lu­do­wą), któ­rej po­glą­dy sta­no­wi­ły oso­bli­wą mie­szan­kę in­dyj­skie­go ra­si­zmu i ota­cza­ne­go kul­tem neo­li­be­ra­li­zmu. W na­stęp­stwie tych ostat­nich zda­rzeń Arun­dha­ti Roy na­pi­sa­ła: „Wie­lu z nas, od­czu­wa­ją­cych wy­ob­co­wa­nie wo­bec po­li­ty­ki głów­ne­go nur­tu, ma te­raz rzad­ką, ulot­ną oka­zję do świę­to­wa­nia”6. Zresz­tą po­li­ty­ka to o wie­le wię­cej niż rzą­dy i wy­bo­ry po­wszech­ne – i wię­cej dzie­je się na obrze­żach, gdzie go­ści na­dzie­ja, któ­ra tam bar­dziej niż gdzie in­dziej czu­je się u sie­bie.

Tak wła­śnie zwy­kle wy­glą­da świat: nie jak Uru­gwaj ubieg­łej je­sie­ni, nie jak Sta­ny Zjed­no­czo­ne – obej­mu­je jed­no i dru­gie. Jak gło­szą słyn­ne sło­wa Fran­ci­sa Scot­ta Fit­zge­ral­da, „Te­stem dla wy­bit­nej in­te­li­gen­cji jest zdol­ność ob­ję­cia umy­słem dwóch prze­ciw­staw­nych idei jed­no­cze­śnie i za­cho­wa­nie zdol­no­ści do dzia­ła­nia”7, jed­nak pod­su­mo­wa­nia sy­tu­acji na świe­cie czę­sto spro­wa­dza­ją wszyst­ko do ja­kiejś al­ter­na­ty­wy, albo-albo, a sko­ro nie wszyst­ko idzie do­brze, to wszyst­ko po ca­ło­ści musi być do dupy. Za­po­mnia­ne już ko­lej­ne zda­nie Fit­zge­ral­da brzmi: „Na­le­ża­ło­by, na ten przy­kład, do­strze­gać, że sy­tu­acja jest bez­na­dziej­na, a mimo to zde­cy­do­wa­nie chcieć ją zmie­nić”. Za­sta­na­wiać się moż­na, co ta­kie­go na­pa­wa­ło na­dzie­ją Vác­la­va Ha­vla w roku 1985 czy 1986, gdy Cze­cho­sło­wa­cja po­zo­sta­wa­ła sa­te­li­tą Związ­ku Ra­dziec­kie­go, a on wciąż był dra­ma­to­pi­sa­rzem ska­za­nym na wię­zie­nie.

Pi­sał on wów­czas:

Przez ten ro­dzaj na­dziei, o któ­rym my­ślę (zwłasz­cza w sy­tu­acjach szcze­gól­nie bez­na­dziej­nych, ta­kich jak za­mknię­cie w wię­zie­niu), ro­zu­miem przede wszyst­kim pe­wien stan umy­słu, nie stan świa­ta. Albo mamy w so­bie na­dzie­ję, albo nam jej bra­ku­je; to wy­miar du­cho­wy; nie jest ona za­sad­ni­czo za­leż­na od ja­kie­goś kon­kret­ne­go spoj­rze­nia na świat ani od oce­ny sy­tu­acji. Na­dzie­ja to nie ro­ko­wa­nie. To ukie­run­ko­wa­nie du­cha, ukie­run­ko­wa­nie ser­ca; wy­kra­cza ona poza świat bez­po­śred­nio prze­ży­wa­ny i za­ko­rze­nio­na jest gdzieś poza jego ho­ry­zon­tem. Na­dzie­ja, w tym głę­bo­kim i po­tęż­nym sen­sie, nie jest tym sa­mym co ra­dość, że wszyst­ko idzie do­brze, ani tym sa­mym co wola an­ga­żo­wa­nia się w przed­się­wzię­cia, któ­re naj­pew­niej ry­chło za­koń­czą się suk­ce­sem; jest to ra­czej zdol­ność do pra­cy na rzecz cze­goś dla­te­go, że uwa­ża­my to za słusz­ne, nie tyl­ko dla­te­go, że ma szan­sę na po­wo­dze­nie8.

Na­dzie­ja i dzia­ła­nie wza­jem­nie się na­pę­dza­ją. Są lu­dzie, któ­rzy mają uza­sad­nio­ne po­wo­dy do roz­pa­czy i po­czu­cia bez­sil­no­ści: więź­nio­wie i więź­niar­ki, oso­by ży­ją­ce w skraj­nej nę­dzy, ucie­mię­że­ni, któ­rzy wy­pru­wa­ją so­bie żyły, by prze­trwać z dnia na dzień, ci, któ­rzy żyją w bez­po­śred­nim za­gro­że­niu prze­mo­cą. Ist­nie­ją rów­nież mniej uchwyt­ne po­wo­dy bez­czyn­no­ści. Kie­dy się­gam my­ślą wstecz, za­sta­na­wia­jąc się, dla­cze­go ma­jąc nie­co po­nad dwa­dzie­ścia lat, wciąż po­zo­sta­wa­łam apo­li­tycz­na, do­cie­ra do mnie, że po­li­tycz­ne za­an­ga­żo­wa­nie ozna­cza po­czu­cie wła­snej spraw­czo­ści – że to, co się robi, ma ja­kieś zna­cze­nie – i po­czu­cie przy­na­leż­no­ści; jed­ne­go i dru­gie­go za­zna­łam do­pie­ro póź­niej, a wiem, że nie­któ­rzy nie za­zna­ją ich ni­g­dy. Dla po­zo­sta­łych z nas prze­zwy­cię­że­nie wy­ob­co­wa­nia i po­czu­cia izo­la­cji bądź usu­nię­cie ich przy­czyn sta­no­wi cel po­li­tycz­ny. Na­sza roz­pacz to bo­wiem ra­czej coś w ro­dza­ju zmę­cze­nia, utra­ty wia­ry czy na­wet fol­go­wa­nia so­bie, je­śli moc po­li­tycz­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia uznać za przy­wi­lej, któ­rym nie wszy­scy mogą się cie­szyć. I wła­śnie na tych po­zo­sta­łych z nas na­dal się uskar­żam – choć nie­kie­dy to wła­śnie ci, po któ­rych naj­mniej się tego spo­dzie­wa­my, pod­no­szą gło­wy i sta­ją do wal­ki, by prze­jąć wła­dzę: go­spo­dy­nie do­mo­we, któ­re mia­ły po­zo­stać ni­kim, sa­mo­or­ga­ni­zu­ją­cy się więź­nio­wie, lu­dzie ma­ją­cy głę­bo­ką świa­do­mość praw­dzi­wych sta­wek, o ja­kie to­czy się gra. Moż­na to też ująć ina­czej. Re­wo­lu­cyj­ny bra­zy­lij­ski pe­da­gog Pau­lo Fre­ire w kon­ty­nu­acji swej słyn­nej książ­ki Pe­da­go­gy of the Op­pres­sed, za­ty­tu­ło­wa­nej Pe­da­go­gy of Hope, oznaj­miał: „Bez choć­by zni­ko­mej na­dziei trud­no na­wet roz­po­cząć ja­ką­kol­wiek wal­kę. Ale bez wal­ki na­dzie­ja się roz­wie­wa, tra­ci na zna­cze­niu, za­mie­nia­jąc się w bez­na­dzie­ję. Po­czu­cie bez­na­dziej­no­ści z ko­lei może prze­ro­dzić się w tra­gicz­ną roz­pacz. Dla­te­go po­trze­ba nam swo­iste­go na­ucza­nia na­dziei”9.

Roz­pacz, któ­ra nie­ustan­nie nas ogar­nia, jest utra­tą wia­ry w to, że war­to o co­kol­wiek wal­czyć. Utra­ta ta wy­ni­ka z wie­lu po­wo­dów: z wy­czer­pa­nia lub smut­ku, zro­dzo­ne­go z em­pa­tii, ale tak­że z ocze­ki­wań i ana­liz, któ­re same w so­bie są pro­ble­mem. „Opór to se­kret ra­do­ści” – jak gło­si­ło ha­sło na jed­nym z ba­ne­rów nie­sio­nych przez uczest­ni­ków ru­chu Rec­la­im the Stre­ets (Od­zy­skaj­my Uli­ce, RTS) pod ko­niec lat dzie­więć­dzie­sią­tych, przy­wo­łu­ją­ce sło­wa Ali­ce Wal­ker. Opór jest kwe­stią za­sad­ni­czą, jest też spo­so­bem ży­cia, po­wo­ła­niem wła­snej nie­wiel­kiej re­pu­bli­ki nie­pod­le­głe­go du­cha. Mamy na­dzie­ję na speł­nie­nie na­szych za­mie­rzeń, lecz nie je­ste­śmy za­leż­ni od ich po­wo­dze­nia. A je­śli prze­stu­dio­wać świa­dec­twa hi­sto­rycz­ne, nie­któ­re z za­mie­rzeń uda­ło się zre­ali­zo­wać, tak za­ska­ku­ją­ce cho­ciaż­by jak ak­sa­mit­na re­wo­lu­cja w Cze­cho­sło­wa­cji w roku 1989. Przy­szłość przy­nie­sie ich jesz­cze wię­cej, na­wet je­śli na ra­zie spo­wi­ja je mrok i jesz­cze ich nie wy­cze­ku­je­my. I, na co wska­zu­je Fre­ire, to­czą­ca się wal­ka jest źró­dłem na­dziei. Nie mo­że­my cze­kać, aż wszyst­ko sta­nie się osią­gal­ne – to zbyt dłu­go.

Książ­ka ta opo­wia­da hi­sto­rie o zwy­cię­stwach i moż­li­wo­ściach, gdyż klę­ski i ka­ta­stro­fy są już aż na­zbyt do­brze udo­ku­men­to­wa­ne; nie wbrew nim czy jako pró­ba ich wy­ma­za­nia, lecz w sym­bio­zie z nimi, a być może jako drob­na prze­ciw­wa­ga dla ich przy­tła­cza­ją­ce­go cię­ża­ru. Przez ostat­nie pół wie­ku stan świa­ta dra­ma­tycz­nie się po­gar­szał, za­rów­no pod wzglę­dem ma­te­rial­nym, jak i z po­wo­du okru­cień­stwa to­czą­cych się wo­jen i znisz­cze­nia śro­do­wi­ska. Uda­ło nam się jed­nak zdo­być, mimo wszyst­ko, ogrom­ne bo­gac­two rze­czy nie­ma­te­rial­nych, ta­kich jak pra­wa, idee, po­ję­cia, sło­wa słu­żą­ce do opi­sa­nia i urze­czy­wist­nie­nia tego, co nie­gdyś po­zo­sta­wa­ło nie­wi­dzial­ne czy nie­wy­obra­żal­ne, a to sta­no­wi prze­strzeń, w któ­rej mo­że­my swo­bod­nie od­dy­chać, i za­ra­zem ze­staw przy­bo­rów, któ­ry­mi na­pra­wić mo­że­my i na­pra­wia­li­śmy w isto­cie owe okru­cień­stwa – przy­bor­nik na­dziei.

Chcia­ła­bym na­świe­tlić prze­szłość na­zbyt rzad­ko opi­sy­wa­ną, prze­szłość, w któ­rej po­tę­ga jed­no­stek i nie­uzbro­jo­ne­go ludu oka­zy­wa­ła się ko­lo­sal­na, w któ­rej ska­la zmian za­cho­dzą­cych w cią­gu ostat­nich kil­ku de­kad w świe­cie i zbio­ro­wej wy­obraź­ni może wręcz oszo­ło­mić, w któ­rej wy­da­rzy­ły się zdu­mie­wa­ją­ce rze­czy, mo­gą­ce umoc­nić nas i przy­go­to­wać do wkro­cze­nia w mrok przy­szło­ści z od­wa­gą. Umie­jęt­ność uchwy­ce­nia do­nio­sło­ści tego, co się zda­rzy­ło, ozna­cza moż­li­wość uchwy­ce­nia tego, co zda­rzyć się jesz­cze może. Z sy­tu­acji pil­nych, kry­zy­so­wych bo­wiem wy­ło­nić się mogą rze­czy nowe. Daw­ne pew­ni­ki szyb­ko ob­ra­ca­ją się w proch, a nie­bez­pie­czeń­stwo jest sio­strą moż­li­wo­ści.

Roz­dział 3

Co wy­wal­czy­ły­śmy

Pra­gnie­nie pi­sa­nia o na­dziei wy­wo­ła­ła we mnie pierw­sza fala roz­pa­czy, któ­ra za­la­ła nas po nie­by­wa­łym okre­sie ak­ty­wi­zmu na rzecz po­ko­ju wio­sną roku 2003. Zroz­pa­cze­ni uzna­li­by, że ist­nia­ło tyl­ko jed­no zwy­cię­stwo, to, któ­re­go nie uda­ło nam się osią­gnąć: za­po­bie­że­nie woj­nie w Ira­ku. Ad­mi­ni­stra­cja Bu­sha wraz z ad­mi­ni­stra­cją Bla­ira twier­dzi­ły z ko­lei, że zwy­cię­stwem było zdo­by­cie Bag­da­du, lecz praw­dzi­wa woj­na do­pie­ro się wów­czas za­czy­na­ła: opór ze stro­ny par­ty­zant­ki i jego da­le­ko­sięż­ne skut­ki na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej, dłu­go jesz­cze da­ją­ce się od­czuć. Je­sie­nią 2003 roku wia­do­mo już było, że słusz­nie nie da­wa­li­śmy wia­ry temu, że re­żim Sad­da­ma Hu­saj­na sta­no­wi po­waż­ne za­gro­że­nie dla Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Wiel­kiej Bry­ta­nii i ca­łe­go świa­ta czy że po­sia­da po­waż­ne ar­se­na­ły bro­ni ma­so­we­go ra­że­nia. Zimą 2004 roku w tak zwa­nej „ko­ali­cji chęt­nych” zło­żo­nej ze ster­ro­ry­zo­wa­nych po­mniej­szych na­ro­dów po­zo­sta­ło już bar­dzo nie­wie­lu człon­ków, a my grzęź­li­śmy w ba­gnie i mało kto za­da­wał so­bie trud prze­ko­ny­wa­nia, że mie­li­śmy po temu uza­sad­nio­ne po­wo­dy. Moż­li­wość po­wie­dze­nia „a nie mó­wi­łam” to jed­nak mar­ne po­cie­sze­nie, gdy umie­ra­ją lu­dzie, a ci, któ­rzy oca­le­li, żyją w strasz­li­wych wa­run­kach, jak Ira­kij­czy­cy na swej spu­sto­szo­nej zie­mi czy bied­ne dzie­cia­ki za­cią­gnię­te do na­szej ar­mii oku­pa­cyj­nej.

W tym sa­mym jed­nak cza­sie ru­cho­wi na rzecz po­ko­ju, któ­ry tak wi­do­wi­sko­wo roz­go­rzał w roku 2003, uda­ło się do­ko­nać paru zna­czą­cych zmian, co na­le­ży do­ce­nić. Pew­nie ni­g­dy się tego nie do­wie­my, ale moż­li­we, że ad­mi­ni­stra­cja Bu­sha opo­wie­dzia­ła się prze­ciw­ko na­lo­tom dy­wa­no­wym w ra­mach ope­ra­cji „Szok i prze­ra­że­nie”, po­nie­waż gło­śno i do­bit­nie da­ły­śmy i da­li­śmy wów­czas do zro­zu­mie­nia, że ich kosz­ty w po­sta­ci obu­rze­nia opi­nii pu­blicz­nej i roz­ru­chów spo­łecz­nych by­ły­by za wy­so­kie. Być może mi­lio­nom nas uda­ło się oca­lić kil­ka ty­się­cy, a może kil­ka­dzie­siąt ty­się­cy ludz­kich ist­nień. Glo­bal­na de­ba­ta to­czą­ca się wo­kół woj­ny opóź­ni­ła jej wy­buch o kil­ka mie­się­cy, któ­re być może dały wie­lu Ira­kij­czy­kom czas na zgro­ma­dze­nie za­opa­trze­nia, ewa­ku­ację czy przy­go­to­wa­nie się na atak.

Ak­ty­wi­stów i ak­ty­wist­ki zwy­kło się przed­sta­wiać jako oso­by nie­re­pre­zen­ta­tyw­ne, mo­tłoch z mar­gi­ne­su, jed­nak je­sie­nią 2002 roku coś się w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu zmie­ni­ło. Od tam­tej pory dzia­ła­czy i dzia­łacz­ki an­ty­wo­jen­ne od­ma­lo­wu­je się już ra­czej jako zróż­ni­co­wa­ną, pra­wo­moc­ną w swych rosz­cze­niach i re­pre­zen­ta­tyw­ną gru­pę lu­dzi, co sta­no­wi zwy­cię­stwo w za­kre­sie na­szej re­pre­zen­ta­cji i na­szych dłu­go­fa­lo­wych pla­nów. Wie­le osób, któ­re ni­g­dy wcze­śniej nie za­bie­ra­ły pu­blicz­nie gło­su, nie ma­sze­ro­wa­ły uli­ca­mi, nie na­le­ża­ły do żad­nych ugru­po­wań, nie pi­sa­ły li­stów do po­li­ty­ków ani nie fi­nan­so­wa­ły żad­nej kam­pa­nii, wte­dy zro­bi­ło to po raz pierw­szy; nie­zli­czo­ne gro­no zy­ska­ło po­li­tycz­ną świa­do­mość i za­an­ga­żo­wa­ło się w po­li­ty­kę w stop­niu do­tąd nie­spo­ty­ka­nym. Ozna­cza to zgro­ma­dze­nie po­tęż­ne­go za­pa­su na­mięt­no­ści, któ­ry za­si­lać mógł od­tąd la­wi­nę zmian. Wie­le z tych nowo po­wsta­łych sie­ci, spo­łecz­no­ści, stron in­ter­ne­to­wych, list dys­ku­syj­nych, grup so­li­dar­no­ści z aresz­to­wa­ny­mi czy ko­ali­cji prze­trwa­ło i na­dal funk­cjo­nu­je.

 

W imię tak zwa­nej woj­ny z ter­ro­ry­zmem, któ­ra zda­je się za­szcze­piać ter­ror w kra­ju i wpro­wa­dzać go w ży­cie poza na­szy­mi gra­ni­ca­mi, wpo­jo­no nam lęk przed bliź­ni­mi, przed sobą na­wza­jem, przed cu­dzo­ziem­ca­mi (zwłasz­cza po­cho­dzą­cy­mi z Bli­skie­go Wscho­du, przed Ara­ba­mi i mu­zuł­ma­na­mi, i wszyst­ki­mi, któ­rzy są do nich po­dob­ni z wy­glą­du), za­chę­ca­no nas do ich szpie­go­wa­nia i prze­śla­do­wa­nia, za­my­ka­nia się w so­bie i w pry­wat­no­ści na­sze­go ży­cia. Prze­ży­wa­jąc wspól­nie na­dzie­ję i sta­wia­jąc zbio­ro­wo opór w prze­strze­ni pu­blicz­nej wraz z róż­ny­mi gru­pa­mi ob­cych, prze­zwy­cię­ży­ły­śmy tę na­ukę stra­chu, za­ufa­ły­śmy i za­ufa­li­śmy so­bie na­wza­jem i zbu­do­wa­ły­śmy wspól­no­tę, któ­ra wy­ra­sta po­nad róż­ni­ce ist­nie­ją­ce mię­dzy mi­łu­ją­cy­mi po­kój, de­mon­stru­jąc na­szą so­li­dar­ność z lu­dem Ira­ku.

Uda­ło nam się zbu­do­wać glo­bal­ny ruch bez przy­wód­ców. Zna­leź­li się w nim bły­sko­tli­wi mów­cy i mów­czy­nie, teo­re­ty­cy i teo­re­tycz­ki, or­ga­ni­za­to­rzy i or­ga­ni­za­tor­ki, jed­nak gdy los spo­czy­wa w rę­kach ja­kie­goś przy­wód­cy, je­ste­śmy sil­ni, nie­złom­ni i twór­czy tyl­ko w ta­kim stop­niu jak on sam – czy nie­kie­dy ona sama. Cóż bar­dziej de­mo­kra­tycz­ne­go niż mi­lio­ny lu­dzi, któ­rzy za po­śred­nic­twem pocz­ty pan­to­flo­wej, in­ter­ne­tu lub roz­ma­itych zgro­ma­dzeń, od ko­ścio­łów, przez związ­ki za­wo­do­we, po wal­czą­ce o te same spra­wy ugru­po­wa­nia ak­cji bez­po­śred­niej, sa­mo­dziel­nie się or­ga­ni­zu­ją? Rzecz ja­sna, po­zba­wio­ne przy­wódz­twa dzia­ła­nia i ru­chy or­ga­ni­zo­wa­ły się już nie­jed­no­krot­nie w ostat­nich de­ka­dach, ni­g­dy do­tąd jed­nak na tak ogrom­ną ska­lę. Afry­kań­ski pi­sarz Lau­rens van der Post za­uwa­żył nie­gdyś, że nie wy­ło­ni­li­śmy ni­g­dy żad­ne­go no­we­go przy­wód­cy, gdyż nad­szedł czas, by prze­stać być je­dy­nie czy­imiś zwo­len­ni­ka­mi. Być może to praw­da.

Więk­szo­ści z nas uda­ło się unik­nąć róż­ne­go ro­dza­ju dy­cho­to­mii. By­li­śmy w sta­nie prze­ciw­sta­wić się woj­nie w Ira­ku, nie opo­wia­da­jąc się za­ra­zem za Sad­da­mem Hu­saj­nem. Po­tra­fi­li­śmy od­mó­wić po­par­cia woj­nie i za­cho­wać współ­czu­cie wo­bec wal­czą­cych w niej od­dzia­łów. Więk­szo­ści z nas uda­ło się nie wpaść w za­sta­wia­ną na nas tak czę­sto przez po­li­ty­kę za­gra­nicz­ną pu­łap­kę, któ­rej nie­kie­dy nie uda­wa­ło się unik­nąć po­przed­nim po­ko­le­niom: gdy wro­ga na­sze­go wro­ga uzna­je się za na­sze­go so­jusz­ni­ka, ten, kto prze­ciw­sta­wia się złu, siłą rze­czy musi być do­bry, a na­ród i jego re­pre­zen­tant, ge­ne­rał wraz ze swym woj­skiem, sta­ją się od sie­bie nie­odróż­nial­ni. Nie opo­wia­da­li­śmy się prze­ciw­ko Sta­nom Zjed­no­czo­nym i Wiel­kiej Bry­ta­nii, a za re­żi­mem ba­asi­stycz­nym czy po­wsta­niem: sta­nę­li­śmy prze­ciw­ko woj­nie, a wie­le i wie­lu z nas opo­wia­da­ło się prze­ciw­ko woj­nom jako ta­kim, prze­ciw wszel­kim ro­dza­jom bro­ni ma­so­we­go ra­że­nia, wszel­kiej prze­mo­cy, gdzie­kol­wiek na świe­cie. Nie by­li­śmy wy­łącz­nie ru­chem an­ty­wo­jen­nym. By­li­śmy ru­chem na rzecz po­ko­ju.

Kwe­stie po­dej­mo­wa­ne przez ru­chy na rzecz po­ko­ju i glo­bal­nej spra­wie­dli­wo­ści są dziś w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia, na­wet je­śli żad­ne ma­in­stre­amo­we źró­dło tego nie przy­zna, a być może nie jest na­wet tego świa­do­me. Dzia­ła­cze i dzia­łacz­ki mie­rzy­li w kor­po­ra­cje ta­kie jak Bech­tel, Hal­li­bur­ton, Che­vron-Te­xa­co i Loc­khe­ed Mar­tin, ata­ku­jąc je jako spe­ku­lan­tów wo­jen­nych po­wią­za­nych z ad­mi­ni­stra­cją Bu­sha. Na­sze dzia­ła­nia pro­wa­dzi­ły nie tyl­ko do za­mknię­cia pew­nych ośrod­ków, lecz rów­nież do wy­do­by­cia sto­so­wa­nych przez nie prak­tyk na świa­tło dzien­ne i uczy­nie­nia przed­mio­tem pu­blicz­nej de­ba­ty. Ak­cje bez­po­śred­nie są po­śred­nio na­der sku­tecz­ne: me­dia jak ni­g­dy wcze­śniej bacz­nie przy­pa­tru­ją się tym kor­po­ra­cjom, jako że ich na­zwy sta­ły się po­wszech­nie zna­ne.

Gary Youn­ge pi­sał wów­czas w „Gu­ar­dia­nie”:

Ruch an­ty­wo­jen­ny do­pro­wa­dził do po­wtór­ne­go wy­bo­ru kanc­le­rza Nie­miec Ger­har­da Schröde­ra i prze­su­nął punkt cięż­ko­ści wśród De­mo­kra­tów pod­czas pra­wy­bo­rów w stro­nę bar­dziej po­stę­po­wą. Przy­wód­cy po­li­tycz­ni po­trze­bu­ją nie tyl­ko geo­gra­ficz­ne­go, lecz rów­nież ide­olo­gicz­ne­go za­ple­cza wy­bor­cze­go. Przez ostat­nie dwa lata le­wi­ca zbu­do­wa­ła so­bie wy­star­cza­ją­co po­tęż­ną bazę, by wes­przeć tych, któ­rzy pla­nu­ją sta­wić czo­ło he­ge­mo­nii Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Co praw­da żad­ne z tych dzia­łań nie oca­li­ło choć­by jed­ne­go irac­kie­go ży­cia, nie­mniej przy spa­da­ją­cym na łeb na szy­ję po­par­ciu dla Bu­sha i Bla­ira mogą one uchro­nić przed krzyw­dą Irań­czy­ków, miesz­kań­ców Ko­rei Pół­noc­nej i wie­lu in­nych, któ­rych Ame­ry­ka­nie za­mie­rza­li zbom­bar­do­wać1.

Na­wet Ka­na­da i Mek­syk zdy­stan­so­wa­ły się wo­bec Sta­nów Zjed­no­czo­nych, przez co, mó­wiąc ję­zy­kiem dy­plo­ma­cji, wnę­trze kon­ty­nen­tu zmie­ni­ło się jak­by w wy­spę. Mimo ogrom­nych sum otwar­cie wrę­cza­nych mu w cha­rak­te­rze ła­pów­ki tu­rec­ki rząd od­mó­wił udo­stęp­nie­nia swych te­re­nów jako bazy wy­pa­do­wej dla ope­ra­cji woj­sko­wych w Ira­ku, z po­wo­du ol­brzy­mie­go obu­rze­nia nie­zli­czo­nych oby­wa­te­li i oby­wa­te­lek Tur­cji. Wie­le in­nych kra­jów rów­nież za­ję­ło w koń­cu sta­no­wi­sko zbież­ne z opi­nią swych oby­wa­te­li, nie zaś mo­ty­wo­wa­ne stra­te­gicz­nym ra­chun­kiem ko­rzy­ści. Dzię­ki temu woj­na była inna, niż gdy­by do­szło do niej za po­wszech­nym pu­blicz­nym przy­zwo­le­niem.

Żad­ne­go z tych zwy­cięstw nie da się po­rów­nać ze zwy­cię­stwem, ja­kim by­ło­by za­po­bie­że­nie woj­nie – gdy­by jed­nak rze­czy­wi­ście ją po­wstrzy­ma­no, ad­mi­ni­stra­cje Bu­sha i Bla­ira zna­la­zły­by masę wy­myśl­nych po­wo­dów, byle tyl­ko nie przy­znać, że mia­ło to co­kol­wiek wspól­ne­go z opi­nią pu­blicz­ną lub na­ci­skiem mię­dzy­na­ro­do­wym, w związ­ku z czym wie­le osób na­dal wie­rzy­ło­by, że na nic nie mamy wpły­wu. Rząd i me­dia sta­le umniej­sza­ją wagę dzia­łań ak­ty­wi­stów i ak­ty­wi­stek, nie ma jed­nak naj­mniej­sze­go po­wo­du, by im wie­rzyć ani by przyj­mo­wać ich wer­sje opo­wie­ści o na­szych zwy­cię­stwach. By być sku­tecz­ny­mi, dzia­ła­cze mu­szą, przy­naj­mniej cza­sa­mi, for­mu­ło­wać ja­sne, pro­ste i pil­ne żą­da­nia – ta­kie, któ­re miesz­czą się na na­klej­kach i trans­pa­ren­tach, któ­re da­dzą się wy­krzy­czeć na uli­cach z gar­deł ty­się­cy lu­dzi. Mu­szą też jed­nak umieć do­strzec, że zwy­cię­stwa mogą na­dejść ra­czej w po­sta­ci sub­tel­nych, zło­żo­nych i po­wol­nych zmian, a mimo to po­zo­sta­wać zwy­cię­stwa­mi. Umie­jęt­ność go­dze­nia się z pa­ra­dok­sa­mi to bo­wiem nie­odzow­ne na­rzę­dzie każ­de­go dzia­ła­cza i dzia­łacz­ki.

War­to pa­mię­tać o jesz­cze jed­nym zwy­cię­stwie. 15 lu­te­go 2003 roku ska­lę glo­bal­ne­go ru­chu na rzecz po­ko­ju znacz­nie za­ni­ża­no, pod­czas gdy w de­mon­stra­cjach na wszyst­kich kon­ty­nen­tach ma­sze­ro­wa­ło od dwu­na­stu do trzy­dzie­stu mi­lio­nów lu­dzi, łącz­nie z na­ukow­ca­mi ze sta­cji Mac­Mur­do na An­tark­ty­dzie. Mi­lion osób ma­sze­ru­ją­cych w Bar­ce­lo­nie nie dzi­wi, sły­sza­łam jed­nak rów­nież o ty­sią­cach de­mon­stran­tów w Cha­pel Hill w Pół­noc­nej Ka­ro­li­nie, o stu pięć­dzie­się­ciu oso­bach czu­wa­ją­cych dla po­ko­ju w nie­wiel­kim mia­stecz­ku Las Ve­gas w No­wym Mek­sy­ku, o anty­wo­jen­nym zry­wie w jesz­cze mniej­szych ośrod­kach w Bo­li­wii, Taj­lan­dii, wśród In­nu­itów w pół­noc­nej Ka­na­dzie. Geo­r­ge W. Bush pro­wa­dził swą kam­pa­nię pod ha­słem łą­cze­nia, nie dzie­le­nia, i istot­nie, uda­ło mu się zjed­no­czyć nie­mal cały świat prze­ciw­ko ad­mi­ni­stra­cjom Sta­nów Zjed­no­czo­nych i Wiel­kiej Bry­ta­nii. Te dzie­siąt­ki mi­lio­nów osób na ca­łym świe­cie sta­no­wi­ły coś do­tąd nie­spo­ty­ka­ne­go – je­den ze wstrzą­sów, z któ­rych na­ro­dzić się mia­ła nowa epo­ka. To je­den z po­wo­dów, by po­kła­dać na­dzie­ję w przy­szło­ści.