Nadzieja w mroku

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie­któ­re zmia­ny wio­dą do zwy­cięstw, by na­stęp­nie odejść w nie­pa­mięć. Przez wie­le de­kad uwa­gę ra­dy­kal­nych dzia­ła­czy i dzia­ła­czek za­przą­tał Ti­mor Wschod­ni, bru­tal­nie oku­po­wa­ny przez In­do­ne­zję w la­tach 1975–2002; po wy­zwo­le­niu kraj ten nie tra­fia już na pierw­sze stro­ny ga­zet. Wy­bił się na nie­pod­le­głość dzię­ki od­waż­nej wal­ce wew­nątrz, ale rów­nież dzię­ki od­da­nym jego spra­wie gru­pom z za­gra­ni­cy, któ­re wy­wie­ra­ły na­cisk na rzą­dy wspie­ra­ją­ce in­do­ne­zyj­ski re­żim i sta­ra­ły się na­ra­zić na szwank jego re­pu­ta­cję. Mo­gli­by­śmy się cał­kiem spo­ro na­uczyć z tego wspa­nia­łe­go po­ka­zu mocy i so­li­dar­no­ści oraz osta­tecz­ne­go zwy­cię­stwa Ti­mo­ru Wschod­nie­go, zda­je się jed­nak, że za­po­mi­na­my o dłu­giej wal­ce, któ­ra do nie­go do­pro­wa­dzi­ła.

Przez dzie­się­cio­le­cia Pe­abo­dy We­stern Coal Cor­po­ra­tion wy­do­by­wa­ła wę­giel na te­re­nach na­le­żą­cych do lu­dów Hopi i Na­va­jo w Black Mesa me­to­da­mi, któ­re do­pro­wa­dzi­ły do ska­że­nia po­wie­trza i nie­mal nie­mal cał­ko­wi­cie po­zba­wi­ły re­gion wody. Bój to­czą­cy się na wy­ży­nie Black Mesa był to­te­micz­ną wal­ką o nie­za­wi­słość rdzen­nych miesz­kań­ców i spra­wie­dli­wość śro­do­wi­sko­wą; w roku 2005 ko­pal­nie osta­tecz­nie za­mknię­to, a spra­wa znik­nę­ła z me­diów. To ko­lej­ny przy­kład nie­ustę­pli­we­go we­wnętrz­ne­go ak­ty­wi­zmu, lecz rów­nież na­ci­sku ze stro­ny so­jusz­ni­ków ze­wnętrz­nych, ciąg­ną­cych się pro­ce­sów i wy­trwa­ło­ści w zma­ga­niach.

Trze­ba nam li­ta­nii, de­kla­ma­cji, po­mni­ków ku czci owych zwy­cięstw, by wy­ry­ły się jak ka­mie­nie mi­lo­we w pa­mię­ci każ­dej i każ­de­go z nas. Uj­mu­jąc rzecz ogól­niej, zmia­ny, po­wiedz­my, po­ło­że­nia ko­biet ła­two prze­oczyć lu­dziom, któ­rzy nie pa­mię­ta­ją, że kil­ka de­kad temu bra­ko­wa­ło jesz­cze sa­me­go po­ję­cia praw re­pro­duk­cyj­nych, nie spo­sób było od­wo­łać się do ka­te­go­rii wy­klu­cze­nia, dys­kry­mi­na­cji, mo­le­sto­wa­nia sek­su­al­ne­go w miej­scu pra­cy, więk­szo­ści form gwał­tu oraz in­nych prze­stępstw prze­ciw ko­bie­tom, bo ustrój praw­ny na­wet nie uzna­wał ich za prze­stęp­stwa, a nie­kie­dy wręcz je do­pusz­czał. Żad­na z tych zmian nie była nie­uchron­na, na od­wrót – wal­czo­no o nie i osta­tecz­nie je wy­wal­czo­no.

Lu­dzie przy­sto­so­wu­ją się do zmian, nie do­ce­nia­jąc ich zna­cze­nia. Od roku 2014 stan Iowa po­zy­sku­je już dwa­dzie­ścia osiem pro­cent po­trzeb­nej mu ener­gii elek­trycz­nej z wia­tru, nie dla­te­go, że kto­kol­wiek w tym kon­ser­wa­tyw­nym sta­nie wy­po­wie­dział woj­nę kor­po­ra­cjom z bran­ży pa­liw ko­pal­nych czy ko­go­kol­wiek lub co­kol­wiek oba­lił, lecz dla­te­go, że oka­za­ło się to roz­sąd­nym i do­stęp­nym fi­nan­so­wo roz­wią­za­niem. Da­nia la­tem 2015 roku sto czter­dzie­ści pro­cent swo­je­go za­po­trze­bo­wa­nia na ener­gię elek­trycz­ną za­spo­ka­ja­ła za po­mo­cą tur­bin wia­tro­wych (nad­wyż­kę od­sprze­da­wa­ła są­sied­nim kra­jom). Szko­cja osią­gnę­ła po­ziom pięć­dzie­się­ciu pro­cent wy­twa­rza­nia ener­gii ze źró­deł od­na­wial­nych, za cel zaś ob­ra­ła doj­ście w roku 2020 do po­zio­mu stu pro­cent. W roku 2014 w Sta­nach Zjed­no­czo­nych za­mon­to­wa­no o trzy­dzie­ści pro­cent wię­cej ogniw sło­necz­nych niż w roku po­przed­nim, a czer­pa­nie ener­gii ze źró­deł od­na­wial­nych sta­je się co­raz bar­dziej do­stęp­ne fi­nan­so­wo na ca­łym świe­cie – gdzie­nie­gdzie są one już obec­nie tań­sze niż ener­gia po­zy­ski­wa­na z pa­liw ko­pal­nych. Te po­stę­pu­ją­ce zmia­ny do­ko­nu­ją się nie­zau­wa­żal­nie, a wie­le osób nie wie na­wet, że już się roz­po­czę­ły, co wię­cej, na­bra­ły wręcz nie­wia­ry­god­ne­go im­pe­tu.

Je­śli moż­na wy­cią­gnąć ja­kąś lek­cję z na­szej obec­nej sy­tu­acji w po­rów­na­niu z sy­tu­acją daw­ną, brzmi ona, że coś, co wy­da­wać się mo­gło nie­wy­obra­żal­ne, sta­ło się czymś naj­zwy­klej­szym na świe­cie, że dro­ga na­przód nie­mal ni­g­dy nie jest da­ją­cą się uchwy­cić z lotu pta­ka li­nią pro­stą – to ra­czej wi­ją­ca się ścież­ka usia­na nie­spo­dzian­ka­mi, pre­zen­ta­mi od losu i nie­do­god­no­ścia­mi, na któ­re się przy­go­to­wu­je­my, go­dząc się z prze­ocze­nia­mi, a cza­sem zda­jąc się na in­tu­icję. W roku 1988 Ho­ward Zinn pi­sał o świe­cie, któ­ry dziś już wy­da­je się utra­co­ny na sku­tek nie­zli­czo­nych wstrzą­sów po­li­tycz­nych i zmian tech­no­lo­gicz­nych: „Gdy stu­le­cie to do­bie­ga koń­ca, stu­le­cie na­brzmia­łe hi­sto­rią, tym, co mo­że­my w tej hi­sto­rii doj­rzeć, jest jej cał­ko­wi­ta nie­prze­wi­dy­wal­ność”. Za­sta­na­wiał się on wów­czas nad dro­gą, któ­rą prze­by­li­śmy od cza­sów, gdy kra­jo­wa Kon­wen­cja Par­tii De­mo­kra­tycz­nej od­mó­wi­ła miej­sca Czar­nym ze sta­nu Mis­si­si­pi, do roz­po­czę­cia przez Jes­se­go Jack­so­na kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej (w znacz­nym stop­niu sym­bo­licz­nej) w okre­sie, gdy więk­szość lu­dzi nie wy­obra­ża­ła so­bie na­wet, że do­ży­je chwi­li, gdy ja­kaś czar­na ro­dzi­na za­miesz­ka w Bia­łym Domu. W tym sa­mym ese­ju The Opti­mism of Un­cer­ta­in­ty Zinn pi­sał da­lej:

Wal­ki o spra­wie­dli­wość ni­g­dy nie wol­no po­rzu­cać ze wzglę­du na po­zor­nie prze­moż­ną wła­dzę tych, któ­rzy dys­po­nu­ją bro­nią i pie­niędz­mi i któ­rzy wy­da­ją się nie­uchwyt­ni, kur­czo­wo trzy­ma­jąc się tych na­rzę­dzi. Ta po­zor­na wła­dza raz po raz do­wo­dzi­ła swej sła­bo­ści w ob­li­czu mo­ral­ne­go za­pa­łu, zde­cy­do­wa­nia, jed­no­ści, zor­ga­ni­zo­wa­nia, ofiar­no­ści, spry­tu, po­my­sło­wo­ści, od­wa­gi i cier­pli­wo­ści – oka­zy­wa­nych czy to przez czar­nych z Ala­ba­my albo Afry­ki Po­łu­dnio­wej, chło­pów z Sal­wa­do­ru, Ni­ka­ra­gui i Wiet­na­mu, czy przez ro­bot­ni­ków i in­te­lek­tu­ali­stów w Pol­sce, na Wę­grzech i w sa­mym Związ­ku Ra­dziec­kim2.

Wła­dza w rę­kach ludu

Zmia­ny spo­łecz­ne, kul­tu­ro­we i po­li­tycz­ne nie za­cho­dzą w spo­sób prze­wi­dy­wal­ny ani we­dle okre­ślo­ne­go har­mo­no­gra­mu. Mie­siąc przed upad­kiem muru ber­liń­skie­go nie­mal nikt nie prze­wi­dy­wał, że ra­dziec­ki blok wschod­ni ule­gnie gwał­tow­ne­mu roz­pa­do­wi (na sku­tek dzia­ła­nia wie­lu czyn­ni­ków, w tym ol­brzy­mie­go na­ci­sku ze stro­ny spo­łe­czeń­stwa oby­wa­tel­skie­go, któ­re wy­rze­ka­ło się prze­mo­cy dzia­łań bez­po­śred­nich i na­pę­dza­ne było na­dzie­ją sa­mo­or­ga­ni­za­cji się­ga­ją­cej jesz­cze lat sie­dem­dzie­sią­tych), po­dob­nie jak nikt, na­wet sami uczest­ni­cy tych wy­da­rzeń, nie prze­wi­dział zna­cze­nia arab­skiej wio­sny, ru­chu Oc­cu­py Wall Stre­et i wie­lu in­nych po­tęż­nych zry­wów. Nie wie­my, co się wy­da­rzy, w jaki spo­sób ani kie­dy, i wła­śnie owa nie­pew­ność jest sie­dli­skiem na­dziei.

Ci, któ­rzy po­wąt­pie­wa­ją w wagę tego typu zajść, po­win­ni do­ce­nić prze­ra­że­nie, ja­kie wy­wo­łu­ją one wśród władz i elit. Ich strach bie­rze się stąd, że zda­ją one so­bie spra­wę, że wła­dza ludu jest na tyle re­al­na, by oba­lać re­żi­my i zmie­niać wa­run­ki umo­wy spo­łecz­nej. I czę­sto to czy­ni. Nie­kie­dy nasi wro­go­wie wie­dzą to, w co uwie­rzyć nie po­tra­fią nasi przy­ja­cie­le. Ci, któ­rzy lek­ce­wa­żą te zaj­ścia, uzna­jąc je za nie­do­sko­na­łe, ogra­ni­czo­ne czy nie­do­sta­tecz­ne, po­win­ni przyj­rzeć się bli­żej temu, jaka ra­dość i na­dzie­ja z nich bije i ja­kie rze­czy­wi­ste zmia­ny przy­no­szą, na­wet gdy nie za­wsze są one do­strze­gal­ne i oczy­wi­ste.

Je­śli się uprze­my, mo­że­my wi­dzieć świat jako miej­sce peł­ne wad i nie­do­ma­gań. Z po­mo­cą przyjść może na­stę­pu­ją­ca ana­lo­gia, któ­ra do­da­je mi otu­chy: w trak­cie ka­ta­stro­fy wy­wo­ła­nej przez hu­ra­gan Ka­tri­na set­ki wła­ści­cie­li ło­dzi rzu­ci­ło się na ra­tu­nek lu­dziom – sa­mot­nym mat­kom, dzie­ciom, dziad­kom – uwię­zio­nym na stry­chach, chro­nią­cym się na da­chach, na osie­dlach ko­mu­nal­nych, w szpi­ta­lach i bu­dyn­kach szkol­nych. Nikt z nich wów­czas nie mó­wił: „Nie dam rady oca­lić wszyst­kich, w związ­ku z tym wszyst­ko na nic; dla­te­go moje sta­ra­nia są da­rem­ne i bez­war­to­ścio­we” – choć wie­le osób tak wła­śnie po­wie­dzia­ło­by o bar­dziej abs­trak­cyj­nych kwe­stiach, w któ­rych prze­cież staw­ką są ży­cie, ist­nie­nie miejsc, kul­tu­ry, ga­tun­ków czy praw. Do­sta­wa­li się tam na łód­kach ry­bac­kich, wio­sło­wych czy pi­ro­gach, a tak­że in­nych na­da­ją­cych się do pły­wa­nia sza­lu­pach, nie­któ­rzy przy­by­wa­li wręcz z tak od­le­głych miejsc jak Tek­sas, prze­do­sta­jąc się nie­le­gal­nie do mia­sta po to tyl­ko, by do­trzeć z po­mo­cą, inni sami bę­dąc uchodź­ca­mi, nie­śli po­moc na te­re­nie mia­sta. Uru­cho­mio­no wów­czas do­raź­ny bez­po­śred­ni trans­port ło­dzio­wy – osła­wio­ną Ma­ry­nar­kę Ca­jun – cią­gną­cy w stro­nę mia­sta już dzień po prze­rwa­niu wa­łów prze­ciw­po­wo­dzio­wych. Nikt z tych lu­dzi nie po­wie­dział wów­czas: „Nie mogę ura­to­wać wszyst­kich”. Wszy­scy zaś mó­wi­li: „Mogę ko­goś ura­to­wać, a za­da­nie to jest tak istot­ne i waż­ne, że będę ry­zy­ko­wać ży­cie i prze­ciw­sta­wię się wła­dzom tyl­ko po to, by móc to zro­bić”. I do­ko­na­li tego. Rzecz ja­sna, pra­ca na rzecz zmian o cha­rak­te­rze sys­te­mo­wym rów­nież jest nie bez zna­cze­nia – zmian, któ­re mo­gły­by za­po­biec ka­ta­stro­fom, po­dej­mu­jąc kwe­stie kli­ma­tu, in­fra­struk­tu­ry czy spra­wie­dli­wo­ści śro­do­wi­sko­wej i eko­no­micz­nej, bo­wiem przede wszyst­kim nie­do­mo­gi w tym za­kre­sie na­ra­zi­ły na szko­dy część miesz­kań­ców No­we­go Or­le­anu.

Zmia­na rzad­ko jest czymś pro­stym i prze­ko­na­nie to sta­no­wi jed­no z głów­nych za­ło­żeń ni­niej­szej książ­ki. Nie­kie­dy owa zmia­na jest tak zło­żo­na, jak twier­dzi teo­ria cha­osu, i tak po­wol­na jak ewo­lu­cja. Na­wet to, co zda­je się wy­da­rzać na­gle, się­ga ko­rze­nia­mi głę­bo­ko w prze­szłość i kieł­ku­je z na­sion od daw­na spo­czy­wa­ją­cych w uśpie­niu. Sa­mo­bój­stwo mło­de­go czło­wie­ka może wy­wo­łać po­wsta­nie roz­pa­la­ją­ce ko­lej­ne po­wsta­nia. Jed­nak sam ten in­cy­dent był je­dy­nie iskrą, a ogień, któ­ry roz­nie­cił, roz­go­rzał na sto­sie przy­go­to­wa­nym przez sieć dzia­ła­czy, a tak­że przez ideę oby­wa­tel­skie­go nie­po­słu­szeń­stwa i głę­bo­kie pra­gnie­nie spra­wie­dli­wo­ści oraz wol­no­ści, ist­nie­ją­ce wszę­dzie.

 

War­to za­dać so­bie py­ta­nie nie tyl­ko o to, ja­kie dłu­go­ter­mi­no­we skut­ki przy­nio­sły owe zry­wy, lecz rów­nież o to, czym były one same, póki trwa­ły. To, że lu­dziom przy­szło żyć w świe­cie, w któ­rym część na­dziei się urze­czy­wist­ni­ła, w któ­rym pa­nu­je ra­dość, a nie­któ­re gra­ni­ce mię­dzy jed­nost­ka­mi i gru­pa­mi zo­sta­ły za­tar­te, choć­by tyl­ko na go­dzi­nę, na je­den dzień, na parę mie­się­cy, nie jest bez zna­cze­nia. Wspo­mnie­nia mo­men­tów ra­do­ści i wy­zwo­le­nia mogą stać się dla nas bu­so­lą, czę­ścią na­szej toż­sa­mo­ści, praw­dzi­wym da­rem.

Wspo­mnij­my słyn­ne sło­wa Pau­la Go­od­ma­na: „Za­łóż­my, że uda­ło ci się do­ko­nać re­wo­lu­cji, o któ­rej roz­pra­wiasz i o któ­rej ma­rzysz. Za­łóż­my, że two­ja stro­na zwy­cię­ży­ła i że ży­jesz w spo­łe­czeń­stwie, któ­re­go za­wsze pra­gną­łeś. Jak byś wów­czas żył? Za­cznij­my może już te­raz tak właś­nie żyć!”. Opo­wia­da­my się w ten spo­sób za drob­ny­mi i do­raź­ny­mi zwy­cię­stwa­mi i za czę­ścio­wy­mi suk­ce­sa­mi, gdy bra­ku­je zwy­cięstw osta­tecz­nych i peł­nych, a być może są one wręcz nie­moż­li­we. Cał­ko­wi­te zwy­cię­stwo za­wsze wy­da­wa­ło się świec­kim od­po­wied­ni­kiem raju: miej­sca, gdzie wszel­kie pro­ble­my zo­sta­ją roz­wią­za­ne i nie ma już nic do zro­bie­nia, kosz­mar­nie nud­ną pu­sty­nią. Ab­so­lu­ty­ści ze sta­rej le­wi­cy wy­obra­ża­li so­bie, że ta­kie zwy­cię­stwo, gdy na­dej­dzie, bę­dzie cał­ko­wi­te i trwa­łe, co prak­tycz­nie jest rów­no­znacz­ne ze stwier­dze­niem, że zwy­cię­stwo było i jest nie­moż­li­we, i ni­g­dy nie na­dej­dzie. Tym­cza­sem jest ono, fak­tycz­nie, na­wet bar­dziej niż moż­li­we. Zwy­cię­stwa wy­da­rza­ły się bo­wiem już na nie­zli­czo­ne spo­so­by, małe i duże, czę­sto stop­nio­wo, ina­czej jed­nak, niż po­wszech­nie prze­wi­dy­wa­no i ocze­ki­wa­no. Zwy­cię­stwa cza­sem prze­my­ka­ją nie­zau­wa­żo­ne. O wie­le ła­twiej nam roz­po­znać po­raż­kę.

Od cza­su do cza­su ro­dzą się nowe moż­li­wo­ści. W ta­kich mo­men­tach wstrzą­su lu­dzie sta­ją się człon­ka­mi pew­ne­go „my”, któ­re wcze­śniej nie ist­nia­ło, w każ­dym ra­zie nie jako jed­ność ob­da­rzo­na mocą spraw­czą, toż­sa­mo­ścią i siłą do dzia­ła­nia; wy­ła­nia­ją się wów­czas nie­spo­dzia­nie nowe moż­li­wo­ści, od­ra­dza się sta­re ma­rze­nie o spra­wie­dli­wym spo­łe­czeń­stwie, któ­re – przy­naj­mniej przez chwi­lę – roz­sie­wa wo­kół swój blask. Nie­kie­dy ce­lem jest uto­pia. Czę­sto zisz­cza się ona w tym sa­mym mo­men­cie, choć trud­no to wy­ja­śnić, gdyż zwy­kle to­wa­rzy­szą jej wa­śnie, a osta­tecz­nie rów­nież roz­cza­ro­wa­nia i dok­try­ner­stwo – a tak­że rze­czy bar­dziej nie­uchwyt­ne: od­kry­cie jed­nost­ko­wej i zbio­ro­wej mocy, speł­nie­nie ma­rzeń, na­ro­dzi­ny jesz­cze bar­dziej da­le­ko­sięż­nych ma­rzeń, po­czu­cie przy­na­leż­no­ści i wię­zi, w rów­nym stop­niu emo­cjo­nal­nych, jak po­li­tycz­nych, oraz ży­cie, któ­re zmie­nia się i nie po­wra­ca w utar­te ko­le­iny na­wet wów­czas, gdy go­dzi­ny chwa­ły już mi­nę­ły, a jej blask za­czy­na przy­ga­sać.

Nie­kie­dy zie­mia grze­bie w so­bie ta­kie chwi­le i nie wi­dać, by mia­ły po­waż­niej­sze kon­se­kwen­cje; nie­kie­dy zaś im­pe­ria upa­da­ją, a ide­olo­gie zrzu­ca się ni­czym kaj­da­ny. Nie spo­sób jed­nak prze­wi­dzieć tego, co na­dej­dzie. Lu­dzie za­prze­da­ni in­sty­tu­cjom żar­li­wie wie­rzą, że dzier­żą wła­dzę, któ­ra coś zna­czy, choć wła­dza, ja­kiej im udzie­li­li­śmy, może prze­cież zo­stać im przez nas ode­bra­na; prze­moc sto­so­wa­na przez rzą­dy i woj­sko czę­sto za­wo­dzi, zaś po­ko­jo­we dzia­ła­nia bez­po­śred­nie czę­sto od­no­szą suk­ces.

Spo­łe­czeń­stwo moż­na po­rów­nać do po­grą­żo­ne­go we śnie ol­brzy­ma; gdy się bu­dzi, gdy my się bu­dzi­my, nie je­ste­śmy już tyl­ko pu­blicz­no­ścią: sta­je­my się spo­łe­czeń­stwem oby­wa­tel­skim o nad­ludz­kiej sile, któ­re­go po­ko­jo­we me­to­dy nie­kie­dy, przez krót­ką, acz peł­ną bla­sku chwi­lę, oka­zu­ją się o wie­le po­tęż­niej­sze ani­że­li prze­moc, po­tęż­niej­sze od re­żi­mów i ar­mii. Pi­sze­my hi­sto­rię włas­nymi sto­pa­mi, wła­sną obec­no­ścią i za­bie­ra­nym przez nas zbio­ro­wo gło­sem, na­szy­mi zbio­ro­wy­mi wi­zja­mi. Nie­mniej z oczy­wi­stych po­wo­dów wszyst­ko, czym kar­mią nas ogól­no­do­stęp­ne środ­ki prze­ka­zu, su­ge­ru­je, że opór sta­wia­ny przez lud jest czymś ża­ło­snym, bez­ce­lo­wym, a nie­kie­dy wręcz prze­stęp­stwem, o ile nie jest oglą­da­ny z od­da­li, nie na­le­ży do za­mierz­chłej prze­szło­ści, a naj­le­piej jed­no i dru­gie. Oto siły, któ­re wo­la­ły­by nie bu­dzić tego ol­brzy­ma.

Wspól­nie je­ste­śmy nad wy­raz po­tęż­ne i po­tęż­ni i mamy za sobą rzad­ko wspo­mi­na­ną, rzad­ko pa­mię­ta­ną hi­sto­rię zwy­cięstw i prze­obra­żeń, któ­ra może do­dać nam otu­chy i wia­ry w sie­bie, w to, że ow­szem, mo­że­my zmie­nić świat, gdyż nie­raz już nam się to wcze­śniej uda­ło. Pły­nie­my na­przód, spo­glą­da­jąc wstecz, a opo­wia­da­nie hi­sto­rii po­ma­ga lu­dziom nie­co ste­ro­wać tą ło­dzią ku przy­szło­ści. Trze­ba nam li­ta­nii, ró­żań­ca, su­try, man­try, wo­jen­nych śpie­wów na cześć na­szych zwy­cięstw. Prze­szłość od­sła­nia się w bla­sku dnia i prze­mie­nić się może w po­chod­nię, któ­rą nieść bę­dzie­my w noc, jaką jest dla nas przy­szłość.

Roz­dział 1

Spo­glą­da­jąc w mrok

18 stycz­nia 1915 roku, pół roku po wy­bu­chu pierw­szej woj­ny świa­to­wej, gdy w ca­łej Eu­ro­pie do­ko­ny­wa­no rze­zi i wła­da­ła śmierć, Vir­gi­nia Wo­olf pi­sa­ła w dzien­ni­ku: „Przy­szłość ma­lu­je się ciem­no, co osta­tecz­nie, jak uwa­żam, jest na tę przy­szłość per­spek­ty­wą naj­lep­szą”1. Ciem­ność ta, jak zda­je się twier­dzić, jest ra­czej nie­prze­nik­nio­na, a nie prze­ra­ża­ją­ca. Czę­sto myli się nam zna­cze­nie tych dwóch słów. Albo też prze­kształ­ca­my nie­po­zna­wal­ną przy­szłość w coś pew­ne­go, zisz­cze­nie wszyst­kich na­szych lę­ków, w miej­sce, z któ­re­go nie da się wy­do­stać. A prze­cież wciąż dzie­ją się rze­czy o wie­le dziw­niej­sze niż ko­niec świa­ta.

Kto uwie­rzył­by dwa­dzie­ścia lat temu, że doj­dzie do upad­ku Związ­ku Ra­dziec­kie­go i po­ja­wi się in­ter­net? Kto mógł się spo­dzie­wać, że Nel­son Man­de­la, wów­czas wię­zień po­li­tycz­ny, zo­sta­nie wy­bra­ny na pre­zy­den­ta od­mie­nio­nej Re­pu­bli­ki Po­łu­dnio­wej Afry­ki? Kto prze­wi­dy­wał od­ro­dze­nie się rdzen­nych świa­tów, choć­by po­wsta­nie za­pa­ty­stów w po­łu­dnio­wym Mek­sy­ku, któ­re było jed­nym z naj­bar­dziej wi­docz­nych przy­kła­dów tego fe­no­me­nu? Kto czter­dzie­ści lat temu wy­obra­żał so­bie zmia­nę sta­tu­su spo­łecz­ne­go osób, któ­re nie są bia­łe, nie są męż­czy­zna­mi i nie są he­te­ro­sek­su­al­ne, albo też moż­li­wość otwar­te­go po­dej­mo­wa­nia kwe­stii wła­dzy, na­tu­ry, go­spo­dar­ki czy eko­lo­gii?

W nie­któ­rych mo­men­tach wy­da­je się, że nie tyl­ko przy­szłość, lecz rów­nież te­raź­niej­szość toną w mro­ku. Nie­wie­le osób do­ce­nia, w jak ra­dy­kal­nie od­mie­nio­nym świe­cie dziś ży­je­my, prze­obra­żo­nym nie tyl­ko przez kosz­ma­ry, ta­kie jak glo­bal­ne ocie­ple­nie kli­ma­tu czy glo­bal­ny ka­pi­tał, lecz rów­nież przez ma­rze­nia o wol­no­ści i spra­wie­dli­wo­ści, a tak­że inne rze­czy, o któ­rych wcze­śniej na­wet nam się nie śni­ło. Przy­zwy­cza­ja­my się do zmian, nie do­ce­nia­jąc ich wagi; za­po­mi­na­my, jak da­le­ce kul­tu­ra się prze­kształ­ca. La­tem 2003 roku Sąd Naj­wyż­szy Sta­nów Zjed­no­czo­nych wy­dał ko­rzyst­ny wy­rok w spra­wie po­sze­rze­nia za­kre­su praw osób LGB­TQ+2, z koń­cem 2004 od­mó­wił na­to­miast roz­pa­trze­nia ape­la­cji od wy­ro­ku Sądu Naj­wyż­sze­go Sta­nu Mas­sa­chu­setts po­twier­dza­ją­ce­go pra­wo do mał­żeństw jed­no­pł­cio­wych, wy­ro­ku nie do po­my­śle­nia jesz­cze kil­ka de­kad wcze­śniej. Ja­kie na­gro­ma­dze­nie stop­nio­wych, ucho­dzą­cych uwa­dze zmian do­pro­wa­dzi­ło do tej sy­tu­acji? I skąd się one wzię­ły? Mu­si­my ży­wić na­dzie­ję na zisz­cze­nie się na­szych wła­snych ma­rzeń, ale i po­go­dzić się z tym, że świat jest o wie­le dziw­niej­szy niż na­sze wy­obra­że­nia o nim.

Pew­ne­go czerw­co­we­go dnia w 1982 roku oko­ło mi­lio­na osób zgro­ma­dzi­ło się w Cen­tral Par­ku w No­wym Jor­ku, do­ma­ga­jąc się obu­stron­ne­go za­mro­że­nia wy­ści­gu zbro­jeń ją­dro­wych, co mia­ło być pierw­szym kro­kiem na dro­dze do roz­bro­je­nia. Nie po­wio­dło im się. Wie­le osób za­an­ga­żo­wa­nych w ruch na rzecz za­mro­że­nia wy­ści­gu zbro­jeń wie­rzy­ło, że uda im się osią­gnąć cel w cią­gu kil­ku lat, a na­stęp­nie po­wró­cić do nor­mal­ne­go ży­cia. Przy­świe­ca­ła im idea, że świat może stać się bez­piecz­nym miej­scem, w któ­rym, na przy­kład, spo­koj­nie bę­dzie moż­na wy­co­fać się z ak­ty­wi­zmu. Wie­le osób po­wró­ci­ło wów­czas do domu w po­czu­ciu klę­ski, roz­cza­ro­wa­nia i wy­pa­le­nia (choć część z nich do dziś wy­ko­nu­je świet­ną ro­bo­tę). A jed­nak w cią­gu nie­ca­łej de­ka­dy uda­ło się wy­ne­go­cjo­wać zna­czą­ce re­duk­cje ar­se­na­łu bro­ni, mię­dzy in­ny­mi dzię­ki wspar­ciu ze stro­ny eu­ro­pej­skich ru­chów an­ty­nu­kle­ar­nych, któ­rych śla­dem po­dą­żył ostat­ni pre­zy­dent Związ­ku Ra­dziec­kie­go Mi­cha­ił Gor­ba­czow. Od tam­tej pory prze­sta­no zaj­mo­wać się tą kwe­stią i utra­ci­li­śmy więk­szość ów­cze­snych osią­gnięć. Se­nat Sta­nów Zjed­no­czo­nych od­mó­wił ra­ty­fi­ko­wa­nia Trak­ta­tu o cał­ko­wi­tym za­ka­zie prób z bro­nią ją­dro­wą, któ­ry mógł­by zna­czą­co przy­czy­nić się do po­wstrzy­ma­nia jej pro­duk­cji i roz­prze­strze­nia­nia. Wy­ścig zbro­jeń nie­ste­ty trwa na­dal, ko­lej­ne kra­je uzy­sku­ją do­stęp do bro­ni ato­mo­wej, obec­na ad­mi­ni­stra­cja Bu­sha roz­wa­ża zaś wzno­wie­nie za­kro­jo­nych na sze­ro­ką ska­lę prób z tą bro­nią, wstrzy­ma­nych w roku 1991, jej roz­bu­do­wę i pro­duk­cję, po­sze­rze­nie ar­se­na­łu (choć Kon­gres Sta­nów Zjed­no­czo­nych prze­rwał fi­nan­so­wa­nie no­wych pro­gra­mów ją­dro­wych w li­sto­pa­dzie 2004), a tak­że, być może, uży­cie jej w spo­sób do­tąd za­ka­za­ny. Ak­ty­wizm z epo­ki ru­chów na rzecz za­mro­że­nia zbro­jeń sam pod­ci­nał so­bie skrzy­dła, gdyż fik­so­wał się na jed­nej okre­ślo­nej wi­zji i miał nie­re­ali­stycz­ne pro­gno­zy – nie spo­dzie­wał się, że na prze­ło­mie tej de­ka­dy do­bie­gnie koń­ca zim­na woj­na. Nie parł wy­star­cza­ją­co zde­cy­do­wa­nie ani nie wy­trwał wy­star­cza­ją­co dłu­go, by osią­gnąć sła­wet­ną po­ko­jo­wą dy­wi­den­dę z ogra­ni­cze­nia zbro­jeń, i w ten spo­sób nie osią­gnął żad­nej.

Za­wsze jest za wcze­śnie, by wy­co­fać się w do­mo­we za­ci­sze. I za­wsze jest za wcze­śnie, by prze­wi­dzieć i wła­ści­wie osza­co­wać skut­ki wła­snych dzia­łań. Na­tknę­łam się gdzieś na aneg­do­tę opo­wie­dzia­ną przez ko­goś z Wo­men Stri­ke for Pe­ace (Ko­bie­ce­go Straj­ku na rzecz Po­ko­ju), pierw­sze­go ma­so­we­go ame­ry­kań­skie­go ru­chu prze­ciw wy­ko­rzy­sta­niu bro­ni ją­dro­wej. Ruch ten przy­czy­nił się do jed­ne­go ogrom­ne­go zwy­cię­stwa: pod­pi­sa­nia w 1963 roku Ukła­du o za­ka­zie prób bro­ni nu­kle­ar­nej w at­mos­fe­rze, w prze­strze­ni ko­smicz­nej i pod wodą, dzię­ki cze­mu uda­ło się do­pro­wa­dzić do za­koń­cze­nia prób z bro­nią ją­dro­wą na lą­dzie, od­po­wia­da­ją­cych za obec­ność ra­dio­ak­tyw­ne­go opa­du, któ­re­go śla­dy za­czę­ły po­ja­wiać się w mle­ku ma­tek i w zę­bach ich dzie­ci. (WSP przy­czy­nił się do upad­ku Ho­use Un-Ame­ri­can Ac­ti­vi­ties Com­mit­tee [HUAC], ów­cze­sne­go od­po­wied­ni­ka dzi­siej­sze­go De­par­ta­men­tu Bez­pie­czeń­stwa Kra­jo­we­go Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Uczest­nicz­ki ru­chu wcie­li­ły się w rolę go­spo­dyń do­mo­wych i, uży­wa­jąc hu­mo­ru jako orę­ża, wy­sta­wi­ły na po­śmie­wi­sko pro­wa­dzo­ne przez HUAC anty­ko­mu­ni­stycz­ne prze­słu­cha­nia). Jed­na z ko­biet na­le­żą­cych do WSP opo­wia­da­ła, jak czu­ła się głu­pia i nie­po­trzeb­na, gdy pew­ne­go po­ran­ka pro­te­sto­wa­ła w desz­czu przed Bia­łym Do­mem Ken­ne­dy’ego. Kil­ka lat póź­niej usły­sza­ła sło­wa dr. Ben­ja­mi­na Spo­cka, któ­ry stał się jed­nym z naj­bar­dziej zna­nych orę­dow­ni­ków spra­wy roz­bro­je­nia ato­mo­we­go. Mó­wił, że prze­ło­mo­wy dla nie­go mo­ment na­stą­pił wte­dy, gdy za­uwa­żył nie­wiel­ką grup­kę ko­biet tkwią­cych w desz­czu i pro­te­stu­ją­cych przed Bia­łym Do­mem. Sko­ro one są tak żar­li­wie za­an­ga­żo­wa­ne w tę spra­wę – po­my­ślał wów­czas – sam po­wi­nien po­świę­cić jej wię­cej uwa­gi.

My­śle­nie w ka­te­go­riach przy­czyn i skut­ków za­kła­da, że hi­sto­ria po­su­wa się na­przód, ale hi­sto­ria to nie ar­mia. To krab kro­czą­cy na boki, kro­pla wody drą­żą­ca ska­łę, trzę­sie­nie zie­mi prze­ry­wa­ją­ce wie­lo­wie­ko­we na­pię­cia. Nie­kie­dy jed­na oso­ba wy­star­czy, by tchnąć du­cha w ogrom­ny ruch spo­łecz­ny, a cza­sem same jej sło­wa wy­słu­cha­ne kil­ka de­kad póź­niej; nie­kie­dy parę go­rą­co za­an­ga­żo­wa­nych osób zmie­nia świat; nie­kie­dy ini­cju­ją ma­so­wy ruch, do któ­re­go przy­łą­cza­ją się mi­lio­ny; nie­kie­dy mi­lio­ny te wrą tym sa­mym obu­rze­niem i po­dzie­la­ją te same ide­ały, a zmia­na nad­cho­dzi nie­spo­dzia­nie ni­czym zmia­na po­go­dy. Wszyst­kie te sy­tu­acje łą­czy to, że po­czę­ły się w wy­obraź­ni, zro­dzi­ły się z na­dziei. Po­kła­da­nie w czymś na­dziei przy­po­mi­na grę ha­zar­do­wą. Sta­wia­nie na przy­szłość, na wła­sne pra­gnie­nia, na moż­li­wość, że otwar­te ser­ca i nie­pew­ność są lep­sze niż przy­gnę­bie­nie i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Na­dzie­ja jest nie­bez­piecz­na, a jed­nak jest prze­ci­wień­stwem lęku, żyć bo­wiem to wy­sta­wiać się na ry­zy­ko.

 

Pi­szę o tym wszyst­kim, gdyż na­dzie­ja nie przy­po­mi­na ku­po­nu na lo­te­rię, któ­ry moż­na kur­czo­wo ści­skać dło­ni, sie­dząc wy­god­nie na ka­na­pie i spo­dzie­wa­jąc się szczę­śli­we­go tra­fu. Mó­wię to, gdyż na­dzie­ja to sie­kie­ra, któ­rą roz­rą­bu­je się drzwi w sy­tu­acji na­głej ko­niecz­no­ści, bo na­dzie­ja po­win­na nas wy­py­chać za drzwi, bo mu­si­cie dać z sie­bie wszyst­ko, by wy­trą­cić przy­szłość z ko­le­in wio­dą­cych ku nie­koń­czą­cej się woj­nie, ku uni­ce­stwie­niu ca­łej pla­ne­ty, jej bo­gactw i skar­bów, i ku uci­sko­wi bied­nych i zmar­gi­na­li­zo­wa­nych. Na­dzie­ja ozna­cza po pro­stu, że inny świat jest moż­li­wy, a nie że jest zie­mią obie­ca­ną, bo­wiem jego na­dej­ścia nic nie gwa­ran­tu­je. Na­dzie­ja do­ma­ga się dzia­ła­nia; dzia­ła­nie nie jest moż­li­we bez na­dziei. Na po­cząt­ku swe­go wiel­kie­go trak­ta­tu z lat trzy­dzie­stych XX wie­ku, po­świę­co­ne­go w ca­ło­ści na­dziei, nie­miec­ki fi­lo­zof Ernst Bloch pi­sał: „Uczu­cie to wy­ma­ga od lu­dzi, by rzu­ci­li się spon­ta­nicz­nie w to, co się dzie­je, a do cze­go sami już na­le­żą”3. Mieć na­dzie­ję to za­wie­rzyć sie­bie przy­szło­ści, a od­da­nie przy­szło­ści spra­wia, że te­raź­niej­szo­ści nie da się dłu­żej za­miesz­ki­wać.

Zda­rzyć się może wszyst­ko, a to, czy dzia­ła­my, czy sto­imy bez­czyn­nie, ma ogrom­ne zna­cze­nie. Choć brak ku­po­nów na lo­te­rię dla le­ni­wych i tkwią­cych w zo­bo­jęt­nie­niu, za­an­ga­żo­wa­ni mają szan­sę na wiel­ką wy­gra­ną. Mó­wię wam to nie dla­te­go, że uwa­żam, by Sta­ny Zjed­no­czo­ne sta­nę­ły na skra­ju sa­mo­za­gła­dy i znisz­cze­nia swych rze­ko­mych war­to­ści, dą­żąc do zbu­do­wa­nia ogól­no­świa­to­we­go im­pe­rium i wy­ru­go­wa­nia na wła­snym grun­cie de­mo­kra­cji, że na­sza cy­wi­li­za­cja bli­ska jest uni­ce­stwie­niu sa­mej przy­ro­dy, od któ­rej po­zo­sta­je­my za­leż­ne i za­leż­ni – oce­anów, at­mos­fe­ry, nie­zli­czo­nych ga­tun­ków ro­ślin, owa­dów i pta­ków. Mó­wię to dla­te­go, że za­uwa­ży­łam, co na­stę­pu­je: woj­ny wy­buch­ną, pla­ne­ta się ogrze­je, ga­tun­ki wy­mrą, jed­nak to, jak wie­le wo­jen, o ile stop­ni i któ­re ga­tun­ki uda się oca­lić, za­le­ży od tego, czy po­dej­mie­my ja­kieś dzia­ła­nia. Przy­szłość po­grą­żo­na jest w mro­ku, mro­ku za­rów­no łona, jak i gro­bu.

W tej książ­ce chcia­ła­bym za­pro­po­no­wać pew­ną nową wi­zję spo­so­bu, w jaki do­ko­nu­je się zmia­na; chcia­ła­bym od­no­to­wać parę zwy­cięstw, któ­re zwy­kle się prze­ocza; chcia­ła­bym za­sta­no­wić się nad za­miesz­ki­wa­nym przez nas świa­tem, któ­ry zmie­nia się w sza­leń­czym tem­pie; chcia­ła­bym od­rzu­cić pa­ra­li­żu­ją­ce za­ło­że­nia, któ­re wie­lu po­wstrzy­mu­ją przed za­bra­niem pu­blicz­nie gło­su. Chcia­ła­bym za­cząć na nowo – z wy­obra­że­nia­mi od­po­wia­da­ją­cy­mi moż­li­wo­ściom, oso­bli­wo­ściom i nie­bez­pie­czeń­stwom wła­ści­wym Zie­mi w obec­nej do­bie.