Mężczyźni objaśniają mi świat

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla przod­kiń, dla le­wel­le­rek, dla ma­rzy­cie­lek, dla męż­czyzn, któ­rzy zro­zu­mie­li, dla mło­dych ko­biet, któ­re się nie pod­da­ją, i dla star­szych, któ­re otwo­rzy­ły im dro­gę, dla roz­mów, któ­re nie mają koń­ca, i dla świa­ta, któ­ry po­zwo­li Elli Na­chi­mo­witz (uro­dzo­nej w stycz­niu 2014 roku) roz­kwit­nąć w ca­łej peł­ni.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Roz­dział 1

Męż­czyź­ni ob­ja­śnia­ją mi świat

2008

Na­dal nie wiem, dla­cze­go wraz z Sal­lie po­sta­no­wi­ły­śmy wy­brać się na to przy­ję­cie, na po­ro­śnię­tych la­sem zbo­czach po­nad Aspen. Po­zo­sta­li go­ście byli od nas star­si i nud­ni w pe­wien szcze­gól­ny spo­sób, tak sta­rzy, że my, wów­czas oko­ło czter­dzie­sto­let­nie, ucho­dzi­ły­śmy na przy­ję­ciu za mło­de damy. Dom był wspa­nia­ły – pod wa­run­kiem że lubi się al­pej­skie domy w sty­lu Ral­pha Lau­re­na – so­lid­na, luk­su­so­wa cha­ta na wy­so­ko­ści pra­wie 2800 me­trów, ozdo­bio­na ro­ga­mi łosi, masą ki­li­mów i pa­le­ni­skiem peł­nym pło­ną­ce­go drew­na. Już mia­ły­śmy wy­cho­dzić, gdy nasz go­spo­darz – świet­nie za­ra­bia­ją­cy, pew­ny sie­bie męż­czy­zna – za­opo­no­wał: „Nie, nie, pro­szę zo­stać tro­chę dłu­żej, chciał­bym mieć oka­zję z pa­nia­mi po­roz­ma­wiać”.

Cze­ka­ły­śmy, pod­czas gdy po­zo­sta­li go­ście po­wo­li od­pły­wa­li w let­nią noc, aż wresz­cie go­spo­darz usa­do­wił nas przy sto­le z gru­be­go, po­zna­czo­ne­go sę­ka­mi drew­na i zwró­cił się do mnie:

– Jak sły­sza­łem, na­pi­sa­ła pani kil­ka ksią­żek.

– Kil­ka, rze­czy­wi­ście – od­po­wie­dzia­łam.

To­nem, ja­kim za­zwy­czaj za­chę­ca się sie­dem­na­sto­let­nią cór­kę zna­jo­mych, żeby opo­wie­dzia­ła o swo­ich pró­bach gry na fle­cie, nasz go­spo­darz spy­tał: „A więc o czym one są?”.

Praw­dę mó­wiąc, moje książ­ki, któ­rych wów­czas wy­da­łam już sześć czy sie­dem, do­ty­czy­ły kil­ku bar­dzo róż­nych kwe­stii, ale tego let­nie­go dnia w 2003 roku za­czę­łam opo­wia­dać o naj­now­szej, Ri­ver of Sha­dows: Eadwe­ard Muy­brid­ge and the Tech­no­lo­gi­cal Wild West (Rze­ka cie­ni: Eadwe­ard Muy­brid­ge i tech­no­lo­gicz­ny Dzi­ki Za­chód), trak­tu­ją­cej o uni­ce­stwie­niu cza­su i prze­strze­ni i uprze­my­sło­wie­niu co­dzien­ne­go ży­cia.

Go­spo­darz prze­rwał mi, gdy tyl­ko wy­mie­ni­łam na­zwi­sko Muy­brid­ge’a. „Czy sły­sza­ła pani o bar­dzo waż­nej książ­ce na te­mat Muy­brid­ge’a, któ­ra uka­za­ła się w tym roku?”

Tak da­le­ce we­szłam w na­rzu­co­ną mi rolę de­biu­tant­ki, że by­łam go­to­wa wziąć pod uwa­gę ewen­tu­al­ność, że rów­no­cze­śnie z moją uka­za­ła się inna pu­bli­ka­cja na ten sam te­mat, a ja ja­kimś cu­dem ją prze­ga­pi­łam. Go­spo­darz wła­śnie za­czął mi opo­wia­dać o tej waż­nej książ­ce – przy­bie­ra­jąc do­sko­na­le mi zna­ną peł­ną sa­mo­za­do­wo­le­nia pozę pe­ro­ru­ją­ce­go męż­czy­zny: za­pa­trzo­ny w od­le­gły ho­ry­zont, na któ­rym nie­wy­raź­nie ma­ja­czy od­blask jego wła­sne­go au­to­ry­te­tu.

Chcia­ła­bym w tym miej­scu za­zna­czyć, że na co dzień sta­le spo­ty­kam uro­czych męż­czyzn: wli­cza­jąc w to wie­lu re­dak­to­rów i wy­daw­ców, któ­rzy od cza­sów mo­jej mło­do­ści słu­cha­li mnie, do­da­wa­li mi od­wa­gi i pu­bli­ko­wa­li moje tek­sty, oraz mo­je­go nie­skoń­cze­nie wiel­ko­dusz­ne­go młod­sze­go bra­ta i jego wspa­nia­łych przy­ja­ciół, o któ­rych moż­na po­wie­dzieć – jak o Szko­la­rzu z Opo­wie­ści kan­ter­be­ryj­skich, za­pa­mię­ta­nym prze­ze mnie z za­jęć pana Pe­le­na o Chau­ce­rze – że uczy­li „tak sie­bie, jak in­nych z ra­do­ścią”. Wciąż jed­nak tra­fiam tak­że na zu­peł­nie in­nych męż­czyzn. Tak więc Pan Bar­dzo Waż­ny pe­ro­ro­wał po­ucza­ją­cym to­nem o książ­ce, któ­rą po­win­nam znać, aż wresz­cie Sal­ly prze­rwa­ła mu i po­wie­dzia­ła: „To jej książ­ka”. No, w każ­dym ra­zie pró­bo­wa­ła mu prze­rwać.

On jed­nak pe­ro­ro­wał na­dal. Sal­ly mu­sia­ła po­wtó­rzyć „To jest jej książ­ka” trzy lub czte­ry razy, nim przy­jął to do wia­do­mo­ści. A gdy wresz­cie zro­zu­miał, wów­czas, jak w dzie­więt­na­sto­wiecz­nej po­wie­ści, zbladł jak płót­no. To, że by­łam au­tor­ką bar­dzo waż­nej książ­ki, któ­rej on, jak się wła­śnie oka­za­ło, nie prze­czy­tał, a tyl­ko do­wie­dział się o niej z „New York Ti­mes Book Re­view” kil­ka mie­się­cy wcze­śniej, tak bar­dzo wstrzą­snę­ło schlud­ny­mi ka­te­go­ria­mi, za po­mo­cą któ­rych upo­rząd­ko­wa­ny był jego świat, że za­marł – w każ­dym ra­zie na chwi­lę, po­tem znów za­czął pe­ro­ro­wać. (Jako ko­bie­ty, by­ły­śmy dość uprzej­me, żeby od­da­lić się poza za­sięg słu­chu, za­nim za­czę­ły­śmy się śmiać – ale za to tak na­praw­dę ni­g­dy nie prze­sta­ły­śmy).

Lu­bię zda­rze­nia tego ro­dza­ju, kie­dy siły, któ­re za­zwy­czaj dzia­ła­ją pod­stęp­nie i któ­rych dzia­ła­nie trud­no udo­wod­nić w spo­sób nie­bu­dzą­cy wąt­pli­wo­ści, na­gle sta­ją się jaw­ne i tak oczy­wi­ste, jak, po­wiedz­my, to, że ana­kon­da po­łknę­ła kro­wę albo że słoń na­ro­bił na dy­wan.

Uci­sza­nie – rów­nia po­chy­ła

Oczy­wi­ście oso­bom każ­dej płci zda­rza się po­ja­wiać na róż­nych spo­tka­niach i roz­pra­wiać o rze­czach bez związ­ku z te­ma­tem lub snuć teo­rie spi­sko­we. Do­świad­cze­nie na­uczy­ło mnie jed­nak, że cał­ko­wi­ta, kon­fron­ta­cyj­na pew­ność sie­bie po­łą­czo­na z cał­ko­wi­tą nie­wie­dzą jest upł­cio­wio­na. Męż­czyź­ni ob­ja­śnia­ją rze­czy tego świa­ta mnie i in­nym ko­bie­tom nie­za­leż­nie od tego, czy wie­dzą, o czym mó­wią, czy też nie. W każ­dym ra­zie nie­któ­rzy męż­czyź­ni.

Każ­da ko­bie­ta wie, o czym mó­wię. Ist­nie­je pe­wien ro­dzaj tu­pe­tu, któ­ry utrud­nia ko­bie­tom dzia­ła­nie na wszel­kich po­lach: po­wstrzy­mu­je je przed za­bie­ra­niem gło­su, a za­ra­zem spra­wia, że na­wet je­śli od­wa­żą się go za­brać, ich głos po­zo­sta­je nie­sły­szal­ny, zmu­sza mło­de ko­bie­ty do mil­cze­nia, po­ka­zu­jąc im (po­dob­nie jak na przy­kład zja­wi­sko mo­le­sto­wa­nia na uli­cy), że ten świat nie na­le­ży do nich. Tre­su­je nas w wąt­pie­niu we wła­sne siły i w sa­mo­ogra­ni­cza­niu się, po­zwa­la­jąc za­ra­zem męż­czy­znom ćwi­czyć się w ni­czym nie­uza­sad­nio­nej nad­mier­nej pew­no­ści sie­bie.

Nie by­ła­bym zdzi­wio­na, gdy­by oka­za­ło się, że na roz­wój wy­pad­ków w po­li­ty­ce ame­ry­kań­skiej po 2001 roku czę­ścio­wo przy­naj­mniej wpły­nę­ło to, że głos Co­le­en Row­ley, agent­ki FBI, któ­ra wy­sto­so­wa­ła wcze­sne ostrze­że­nia na te­mat Al-Ka­idy, nie mógł wy­brzmieć i nie zo­stał wy­słu­cha­ny; z pew­no­ścią zaś wpływ na ten­że roz­wój wy­pad­ków miał fakt, że ad­mi­ni­stra­cji Bu­sha nie moż­na było wy­tłu­ma­czyć ab­so­lut­nie ni­cze­go, na­wet tego, że Irak nie ma żad­nych związ­ków z Al-Ka­idą ani żad­nej bro­ni ma­so­we­go ra­że­nia i że woj­na to nie bę­dzie „buł­ka z ma­słem” (w tym przy­pad­ku na­wet eks­per­ci-męż­czyź­ni nie byli w sta­nie prze­bić się przez mur sa­mo­za­do­wo­le­nia męż­czyzn u wła­dzy).

Aro­gan­cja, któ­ra mo­gła mieć wpływ na wy­buch woj­ny, sta­no­wi za­ra­zem je­den z ob­ja­wów cze­goś, co samo w so­bie jest woj­ną: woj­ną, w któ­rej co­dzien­nie wal­czy każ­da nie­mal ko­bie­ta, woj­ną, któ­ra to­czy się tak­że w niej sa­mej, woj­ną z prze­ko­na­niem o wła­snej zbęd­no­ści, z na­kła­nia­niem do mil­cze­nia. Jak się oka­zu­je, na­wet dość uda­na ka­rie­ra pi­sar­ki (któ­rej pra­ca wy­ma­ga masy ba­dań i sta­ran­ne­go do­bo­ru fak­tów) nie zdo­ła­ła za­pew­nić mi po­ko­ju. W pew­nej chwi­li by­łam prze­cież go­to­wa po­zwo­lić, aby Pan Waż­ny i jego wy­gó­ro­wa­ne mnie­ma­nie o so­bie prze­wa­ży­ły nad moją kru­chą pew­no­ścią sie­bie.

Nie za­po­mi­naj­my przy tym, że ja aku­rat zdo­by­łam o wie­le sil­niej­sze po­twier­dze­nie swo­je­go pra­wa do my­śle­nia i mó­wie­nia niż więk­szość ko­biet i na­uczy­łam się też, że pe­wien po­ziom bra­ku wia­ry w sie­bie może być uży­tecz­nym na­rzę­dziem, po­zwa­la­ją­cym po­pra­wiać, ro­zu­mieć, słu­chać i ro­bić po­stę­py – o ile bo­wiem zbyt mała pew­ność sie­bie dzia­ła pa­ra­li­żu­ją­co, o tyle nad­mier­na wy­twa­rza aro­ganc­kich bub­ków. Ist­nie­je zło­ty śro­dek mię­dzy tymi skraj­no­ścia­mi, ku któ­rym po­py­cha­na jest każ­da z płci, rów­ni­ko­wy pas ci­szy, miej­sce da­wa­nia i bra­nia, gdzie mo­że­my się spo­tkać.

Pro­blem ten wi­dać jesz­cze wy­raź­niej na przy­kła­dzie kil­ku kra­jów Bli­skie­go Wscho­du, w któ­rych ze­zna­nia ko­biet są po­zba­wio­ne mocy praw­nej do tego stop­nia, że ko­bie­ta nie może ze­znać, że zo­sta­ła zgwał­co­na, o ile nie ma świad­ka-męż­czy­zny, któ­ry mógł­by pod­wa­żyć ze­zna­nie gwał­ci­cie­la1. Co ra­czej rzad­ko się zda­rza.

Wia­ry­god­ność jest jed­nym z naj­waż­niej­szych na­rzę­dzi umoż­li­wia­ją­cych prze­trwa­nie. Kie­dy by­łam jesz­cze bar­dzo mło­da i do­pie­ro za­czy­na­łam ro­zu­mieć, o co cho­dzi w fe­mi­ni­zmie i dla­cze­go po­trze­bu­je­my go jak po­wie­trza, mia­łam chło­pa­ka, któ­re­go wu­jek był fi­zy­kiem nu­kle­ar­nym. Pew­ne­go razu, aku­rat na Gwiazd­kę, opo­wia­dał to­nem lek­kiej to­wa­rzy­skiej aneg­do­ty, jak żona są­sia­da na pod­miej­skim osie­dlu fi­zy­ków pra­cu­ją­cych nad pro­duk­cją bomb w środ­ku nocy wy­bie­gła z domu cał­ko­wi­cie naga, krzy­cząc, że mąż pró­bu­je ją za­bić. Skąd, spy­ta­łam, wie­dział pan, że mąż nie pró­bo­wał jej za­bić? Wy­ja­śnił mi spo­koj­nie, że prze­cież obo­je byli sza­no­wa­ny­mi przed­sta­wi­cie­la­mi kla­sy śred­niej. Co za tym idzie, fakt, że mąż mógł­by chcieć za­bić żonę, nie sta­no­wił wia­ry­god­ne­go wy­ja­śnie­nia dla tego, że ko­bie­ta wy­bie­gła z domu, krzy­cząc, że mąż pró­bu­je ją za­bić. Na­to­miast, z dru­giej stro­ny, ko­bie­ta mo­gła prze­cież być wa­riat­ką...

 

Na­wet uzy­ska­nie za­ka­zu zbli­ża­nia – a jest to sto­sun­ko­wo nowe na­rzę­dzie praw­ne – wy­ma­ga wia­ry­god­no­ści po­zwa­la­ją­cej prze­ko­nać naj­pierw sąd, że ja­kiś fa­cet sta­no­wi za­gro­że­nie, a na­stęp­nie po­li­cjan­tów, że po­win­ni wpro­wa­dzić za­kaz w ży­cie. Zresz­tą tak czy owak za­kaz zbli­ża­nia czę­sto nie dzia­ła. Prze­moc to je­den ze spo­so­bów uci­sza­nia lu­dzi, od­ma­wia­nia im gło­su i od­bie­ra­nia wia­ry­god­no­ści, utwier­dza­nia się w pra­wie do kon­tro­lo­wa­nia in­nych i sta­wia­nia tego pra­wa po­nad ich pra­wem do ist­nie­nia. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych co­dzien­nie trzy ko­bie­ty giną, za­mor­do­wa­ne przez mę­żów, part­ne­rów lub by­łych part­ne­rów. Jest to za­ra­zem jed­na z naj­częst­szych przy­czyn śmier­ci cię­żar­nych ko­biet w tym kra­ju. Klu­czem do zwy­cię­stwa w fe­mi­ni­stycz­nej wal­ce o to, żeby gwałt, gwałt na rand­ce, gwałt mał­żeń­ski, prze­moc do­mo­wa i mo­le­sto­wa­nie sek­su­al­ne w miej­scu pra­cy zo­sta­ły uzna­ne za prze­stęp­stwa, jest za­pew­nie­nie ko­bie­tom wia­ry­god­no­ści i sły­szal­no­ści.

Je­stem prze­ko­na­na, że ko­bie­ty zy­ska­ły praw­ny sta­tus istot ludz­kich wów­czas, gdy tego ro­dza­ju akty skie­ro­wa­ne prze­ciw­ko nim za­czę­to trak­to­wać se­rio, kie­dy czy­ny, któ­re nas ogra­ni­cza­ły i za­bi­ja­ły, za­czę­ły być roz­po­zna­wa­ne przez pra­wo – czy­li gdzieś od po­ło­wy lat sie­dem­dzie­sią­tych, kie­dy by­łam już na świe­cie. A gdy­by ktoś chciał kwe­stio­no­wać, że za­stra­sza­nie i mo­le­sto­wa­nie sek­su­al­ne w miej­scu pra­cy jest spra­wą ży­cia i śmier­ci, pra­gnę przy­po­mnieć, że dwu­dzie­sto­let­nia ka­pral Ma­ria Lau­ter­bach z Kor­pu­su Ma­ri­nes zo­sta­ła za­mor­do­wa­na pew­nej zi­mo­wej nocy przez wyż­sze­go ran­gą żoł­nie­rza, do­kład­nie wte­dy, kie­dy za­mie­rza­ła zło­żyć prze­ciw­ko nie­mu ze­zna­nia, oskar­ża­jąc go o gwałt. Spa­lo­ne szcząt­ki jej cia­ła (była w cią­ży) zna­le­zio­no w ogni­sku na jego po­dwór­ku.

Przy­słu­chi­wa­nie się, jak ktoś, z całą sta­now­czo­ścią, twier­dzi, że on wie, o czym mówi, a ona nie – na­wet je­śli jest to tyl­ko je­den z aspek­tów roz­mo­wy – utrwa­la szpe­to­tę tego świa­ta i od­bie­ra mu blask. Po uka­za­niu się w 2000 roku mo­jej książ­ki Wan­der­lust (Na­mięt­ność do włó­czę­gi) od­kry­łam, że je­stem cał­kiem do­brze przy­go­to­wa­na do tego, by ra­dzić so­bie z pró­ba­mi ty­ra­ni­zo­wa­nia mnie i po­mniej­sza­nia zna­cze­nia mo­ich spo­strze­żeń i in­ter­pre­ta­cji. Mniej wię­cej w tym cza­sie w dwóch sy­tu­acjach skry­ty­ko­wa­łam za­cho­wa­nie ja­kie­goś męż­czy­zny, tyl­ko po to, żeby na­tych­miast usły­szeć, że wszyst­ko wy­glą­da­ło zu­peł­nie ina­czej, niż mó­wi­łam, że by­łam su­biek­tyw­na, coś so­bie uro­iłam, nad­mier­nie się de­ner­wo­wa­łam, by­łam nie­uczci­wa – jed­nym sło­wem, by­łam ko­bie­tą.

Daw­niej w ta­kiej sy­tu­acji zwąt­pi­ła­bym w sie­bie i wy­co­fa­ła się. Jed­nak od­kąd jako au­tor­ka pi­szą­ca o hi­sto­rii zy­ska­łam pew­ną po­zy­cję, ła­twiej mi ob­sta­wać przy swo­im. Bar­dzo nie­wie­le ko­biet cie­szy się tego ro­dza­ju wzmoc­nie­niem. Mi­lio­nom ko­biet ży­ją­cych na tej sied­mio­mi­liar­do­wej pla­ne­cie dano ja­sno do zro­zu­mie­nia, że nie są wy­star­cza­ją­co wia­ry­god­ne, by za­świad­czać o wła­snym ży­ciu, że praw­da nie na­le­ży do nich, ani te­raz, ani w ogó­le. Oczy­wi­ście to, o czym mó­wię, to o wie­le wię­cej niż po pro­stu Męż­czyź­ni, Któ­rzy Ob­ja­śnia­ją Świat, ale jed­no i dru­gie mie­ści się na tym sa­mym ar­chi­pe­la­gu bez­brzeż­nej aro­gan­cji.

Męż­czyź­ni wciąż ob­ja­śnia­ją mi świat. I jak do­tąd ża­den z nich nie prze­pro­sił mnie za błęd­ne ob­ja­śnia­nie mi rze­czy, na któ­rych ja się znam, a on nie. Przy­naj­mniej na ra­zie. Ale jako że zgod­nie z ak­tu­al­ny­mi sta­ty­sty­ka­mi mogę mieć przed sobą jesz­cze na­wet po­nad czter­dzie­ści lat ży­cia, kto wie, co może się zda­rzyć. Po­wiedz­my, że nie wstrzy­mu­ję od­de­chu w ocze­ki­wa­niu.

Ko­bie­ty wal­czą na dwóch fron­tach

Kil­ka lat po spo­tka­niu z opi­sa­nym wy­żej głup­cem z Aspen by­łam w Ber­li­nie, mia­łam tam wy­kład. Mark­si­stow­ski dzien­ni­karz Ta­riq Ali za­pro­sił mnie na ko­la­cję, na któ­rej zna­leź­li się tak­że pe­wien pi­sarz, tłu­macz i trzy nie­co młod­sze ode mnie ko­bie­ty, trwa­ją­ce w po­dzi­wie i mil­cze­niu. Ta­riq był wspa­nia­ły. Tłu­ma­cza za to chy­ba iry­to­wa­ło, że pró­bu­ję ode­grać choć­by skrom­ną rolę w roz­mo­wie. W każ­dym ra­zie kie­dy po­wie­dzia­łam coś o tym, jak to Wo­men Stri­ke for Pe­ace (Strajk Ko­biet dla Po­ko­ju), nie­zwy­kła, mało zna­na an­ty­nu­kle­ar­na i an­ty­wo­jen­na gru­pa, któ­ra po­wsta­ła w 1961 roku, po­mo­gła znisz­czyć Ko­mi­sję do Ba­da­nia Dzia­łal­no­ści An­ty­ame­ry­kań­skiej i za­koń­czyć po­lo­wa­nie na ko­mu­ni­stów, Pan Bar­dzo Waż­ny II po­słał mi szy­der­czy uśmiech. Ko­mi­sja, stwier­dził, na po­cząt­ku lat sześć­dzie­sią­tych już nie ist­nia­ła, a poza tym tak czy owak w jej upad­ku po­dob­nej roli nie ode­gra­ła żad­na ko­bie­ca or­ga­ni­za­cja. Jego po­gar­da była tak miaż­dżą­ca, a pew­ność sie­bie tak pod­szy­ta agre­sją, że spie­ra­nie się z nim wy­da­wa­ło się nie­bez­piecz­nym ćwi­cze­niem z bez­owoc­no­ści i za­pro­sze­niem do ko­lej­nych ob­raź­li­wych uwag.

Mia­łam wte­dy już chy­ba na kon­cie dzie­więć ksią­żek, w tym jed­ną opar­tą na wy­wia­dach z jed­ną z przy­wód­czyń Wo­men Stri­ke for Pe­ace i do­ku­men­tach na te­mat or­ga­ni­za­cji. Jed­nak męż­czyź­ni, któ­rzy ob­ja­śnia­ją, wciąż wy­cho­dzą z za­ło­że­nia, że je­stem, je­śli mogę użyć nie­co ob­sce­nicz­nej cią­żo­wej me­ta­fo­ry, pu­stym na­czy­niem, któ­re cze­ka, aby na­peł­ni­li je swo­ją mą­dro­ścią i wie­dzą. Freu­dy­sta mógł­by twier­dzić, że wie, co oni mają, a cze­go mi brak, tyle że in­te­li­gen­cja nie mie­ści się w kro­czu – na­wet je­śli po­tra­fisz uło­żyć jed­ną z tych mio­do­płyn­nych, mu­zycz­nych fraz Vir­gi­nii Wo­olf mó­wią­cych o de­li­kat­nym ujarz­mia­niu ko­bie­ty na śnie­gu mocą two­je­go in­te­re­su. Po­wró­ciw­szy do ho­te­lu, za­czę­łam prze­szu­ki­wać in­ter­net i usta­li­łam, że Eric Ben­tley w swo­jej pra­cy o hi­sto­rii Ko­mi­sji do Ba­da­nia Dzia­łal­no­ści An­ty­ame­ry­kań­skiej przy­pi­su­je or­ga­ni­za­cji Wo­men Stri­ke for Pe­ace „za­da­nie osta­tecz­ne­go cio­su, klu­czo­we­go dla upad­ku Ba­sty­lii Ko­mi­sji”. Na po­cząt­ku lat sześć­dzie­sią­tych.

Dla­te­go też mój ar­ty­kuł (po­świę­co­ny Jane Ja­cobs, Bet­ty Frie­dan i Ra­chel Car­son) dla „Na­tion” za­czę­łam od przy­to­cze­nia tam­tej roz­mo­wy. Po czę­ści zro­bi­łam to po to, żeby wy­krzy­czeć jed­ne­mu z naj­bar­dziej nie­mi­łych męż­czyzn, jacy kie­dy­kol­wiek ob­ja­śnia­li mi świat: go­ściu, je­śli to czy­tasz, wiedz, że je­steś wrzo­dem na twa­rzy ludz­ko­ści i ba­rie­rą na dro­dze po­stę­pu. Wstydź się.

Wal­ka z Męż­czy­zna­mi, Któ­rzy Ob­ja­śnia­ją Świat, nisz­czy wie­le ko­biet, za­rów­no z mo­je­go, jak i z nad­cho­dzą­cych po­ko­leń, tak bar­dzo ocze­ki­wa­nych i po­trzeb­nych – tu­taj, ale tak­że w Pa­ki­sta­nie, w Bo­li­wii, na Ja­wie, nie mó­wiąc już o tych nie­zli­czo­nych ko­bie­tach przede mną, któ­rych nie wpusz­cza­no do la­bo­ra­to­riów i bi­blio­tek, nie do­pusz­cza­no do roz­mów, do re­wo­lu­cji ani na­wet nie włą­cza­no do ka­te­go­rii „czło­wiek”.

Osta­tecz­nie Wo­men Stri­ke for Pe­ace zo­stał za­ło­żo­ny przez ko­bie­ty zmę­czo­ne ro­bie­niem kawy, prze­pi­sy­wa­niem tek­stów na ma­szy­nie i bra­kiem gło­su oraz moż­li­wo­ści po­dej­mo­wa­nia de­cy­zji w an­ty­nu­kle­ar­nym ru­chu lat pięć­dzie­sią­tych. Więk­szość ko­biet to­czy wal­kę na dwóch fron­tach: jed­nym na rzecz do­wol­nej spra­wy, w jaką się an­ga­żu­ją, i dru­gim – po pro­stu o pra­wo do za­bie­ra­nia gło­su, zgła­sza­nia po­my­słów, uzna­nia, że może się znać praw­dę i dys­po­no­wać fak­ta­mi, po­sia­da­nia war­to­ści, by­cia isto­tą ludz­ką. Jest co­raz le­piej, ta woj­na nie za­koń­czy się jed­nak za mo­je­go ży­cia. Wciąż w niej wal­czę: we wła­snej spra­wie, rzecz ja­sna, ale tak­że w imie­niu wszyst­kich młod­szych ode mnie ko­biet, któ­re mają coś do po­wie­dze­nia – w na­dziei, że będą mo­gły prze­mó­wić.

Post­scrip­tum

W mar­cu 2008 roku pod­czas pew­nej ko­la­cji za­czę­łam, jak mi się to już wcze­śniej zda­rza­ło, żar­to­wać, że po­win­nam na­pi­sać esej pod ty­tu­łem Męż­czyź­ni ob­ja­śnia­ją mi świat. Każ­da au­tor­ka i każ­dy au­tor ma całą staj­nię po­my­słów, któ­re ni­g­dy nie tra­fia­ją na tor wy­ści­go­wy; na tym aku­rat ku­cy­ku urzą­dza­łam so­bie od cza­su do cza­su prze­jażdż­ki dla roz­ryw­ki. Pani domu, bły­sko­tli­wa teo­re­tycz­ka i dzia­łacz­ka Ma­ri­na Si­trin, za­czę­ła mnie prze­ko­ny­wać, że po­win­nam na­pi­sać ten esej: choć­by dla ta­kich dziew­czyn jak jej młod­sza sio­stra Sam. Mło­de ko­bie­ty, twier­dzi­ła, po­win­ny się do­wie­dzieć, że je­śli są lek­ce­wa­żo­ne, to by­naj­mniej nie z po­wo­du ich wła­snych skry­wa­nych bra­ków: że mają do czy­nie­nia ze sta­rą, nud­ną woj­ną płci, że to samo przy­da­rza się, w tym czy in­nym mo­men­cie, więk­szo­ści z nas, ko­biet.

Na­stęp­ne­go ran­ka usia­dłam i za jed­nym za­ma­chem na­pi­sa­łam ten esej. Je­śli coś pi­sze się tak szyb­ko, to zna­czy, że przez dłuż­szy czas ukła­da­ło się gdzieś w za­ka­mar­ku umy­słu. Cze­ka­ło na na­pi­sa­nie, nie­cier­pli­wi­ło się, chcąc tra­fić na tor wy­ści­go­wy, i po­ga­lo­po­wa­ło, gdy tyl­ko za­sia­dłam przed kom­pu­te­rem. Jako że w tam­tym okre­sie Ma­ri­na wsta­wa­ła póź­niej niż ja, po­da­łam jej tekst na śnia­da­nie; póź­niej tego sa­me­go dnia po­sła­łam go To­mo­wi En­gel­hard­to­wi, re­dak­to­ro­wi Tom­Di­spatch, i mój esej uka­zał się on­li­ne. Ese­je pu­bli­ko­wa­ne na stro­nie Toma na ogół szyb­ko zo­sta­ją do­strze­żo­ne – ten, od­kąd po­ja­wił się w sie­ci, nie­ustan­nie krą­ży, ko­pio­wa­ny, udo­stęp­nia­ny i ko­men­to­wa­ny. Upo­wszech­nia się sze­rzej niż co­kol­wiek, co kie­dy­kol­wiek na­pi­sa­łam.

Ude­rzył w ja­kąś stru­nę. I w ja­kiś nerw.

Nie­któ­rzy męż­czyź­ni za­czę­li wy­ja­śniać, dla­cze­go to, że męż­czyź­ni wy­ja­śnia­ją ko­bie­tom świat, nie jest tak na­praw­dę zja­wi­skiem zwią­za­nym z płcią. Ko­bie­ty od­po­wia­da­ły na to, że upie­ra­jąc się przy swo­im pra­wie do ne­go­wa­nia do­świad­cze­nia, o któ­rym mó­wią ko­bie­ty, męż­czyź­ni wy­ja­śnia­ją świat do­kład­nie w taki spo­sób, o ja­kim na­pi­sa­łam. (Na wszel­ki wy­pa­dek pod­kre­ślam: je­stem prze­ko­na­na, że ko­bie­tom tak­że zda­rza się pro­tek­cjo­nal­nie ob­ja­śniać świat męż­czy­znom. Cho­dzi jed­nak o to, że w ta­kich przy­pad­kach ob­ja­śnia­nie świa­ta nie wy­ni­ka z ogrom­nej róż­ni­cy za­kre­su wła­dzy, jaką się po­sia­da – róż­ni­cy, któ­ra ob­ja­wia się tak­że na wie­le in­nych, bar­dziej po­nu­rych spo­so­bów – ani nie jest ele­men­tem wzor­ca, we­dle któ­re­go w na­szym spo­łe­czeń­stwie funk­cjo­nu­je płeć kul­tu­ro­wa).

Inni męż­czyź­ni zro­zu­mie­li, o co cho­dzi, i przy­ję­li to spo­koj­nie. Ko­niec koń­ców na­pi­sa­łam swój esej w cza­sach, kie­dy męż­czyź­ni-fe­mi­ni­ści co­raz wy­raź­niej za­zna­cza­ją swo­ją obec­ność, a w fe­mi­ni­zmie jako ta­kim jest co­raz wię­cej za­ba­wy. Nie wszy­scy, rzecz ja­sna, wie­dzą, że są za­baw­ni. W 2008 roku na Tom­Di­spatch do­sta­łam mej­la od star­sze­go pana z In­dia­na­po­lis, któ­ry po­sta­no­wił mi za­ko­mu­ni­ko­wać, że on sam „ni­g­dy, ani w ży­ciu oso­bi­stym, ani za­wo­do­wym, nie po­trak­to­wał źle żad­nej ko­bie­ty”, po czym prze­szedł do stro­fo­wa­nia mnie, że nie uma­wiam się ze „zwy­czaj­niej­szy­mi fa­ce­ta­mi albo przy­naj­mniej nie od­ra­biam wcze­śniej pra­cy do­mo­wej”. Na­stęp­nie udzie­lił mi paru rad na te­mat tego, jak po­win­nam wieść swo­je ży­cie, oraz sko­men­to­wał moje „po­czu­cie niż­szo­ści”. Uwa­żał, że by­cie trak­to­wa­ną pro­tek­cjo­nal­nie jest do­świad­cze­niem, któ­re ko­bie­ty wy­bie­ra­ją, czy też któ­re­go mogą nie wy­brać – a co za tym idzie, wina le­ża­ła po mo­jej stro­nie.

Wkrót­ce po­ja­wił się por­tal Męż­czyź­ni z Aka­de­mii Ob­ja­śnia­ją Mi Świat, na któ­rym set­ki ko­biet ze śro­do­wi­ska aka­de­mic­kie­go za­czę­ły za­miesz­czać hi­sto­rie o pro­tek­cjo­nal­nym trak­to­wa­niu, lek­ce­wa­że­niu, prze­ry­wa­niu wy­po­wie­dzi i tak da­lej. Po­ja­wi­ło się tak­że po­ję­cie „pan­ja­śnia­nie”2, któ­re­go au­tor­stwo nie­kie­dy przy­pi­su­je się mnie. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak nie mam z nim nic wspól­ne­go, cho­ciaż jego po­wsta­nie za­in­spi­ro­wał mój esej, a tak­że wszy­scy ci męż­czyź­ni, któ­rzy sta­no­wią wcie­le­nie opi­sa­ne­go w nim zja­wi­ska (sama mam pew­ne wąt­pli­wo­ści co do tego sło­wa i nie­zbyt czę­sto go uży­wam: wy­da­je mi się, że tro­chę za moc­no po­brzmie­wa w nim prze­ko­na­nie, ja­ko­by męż­czyź­ni z na­tu­ry obar­cze­ni byli tą wadą; wolę po­gląd, że nie­któ­rzy męż­czyź­ni ob­ja­śnia­ją rze­czy, któ­rych ob­ja­śniać nie po­win­ni, za­miast słu­chać tego, co po­win­ni. Je­śli nie jest to jesz­cze do­sta­tecz­nie ja­sne, pod­kre­ślam: uwiel­biam, kie­dy ktoś ob­ja­śnia mi coś, na czym się zna, co mnie in­te­re­su­je, ale cze­go wcze­śniej nie zna­łam: na­to­miast roz­mo­wa zba­cza na nie­wła­ści­we tory, kie­dy ktoś za­czy­na wy­ja­śniać mi coś, na czym ja się znam, a on nie). Oko­ło 2012 roku po­ję­cie „zo­sta­ło mi span­ja­śnio­ne” (man­spla­ined) – jed­no ze słów roku 2010 we­dług „New York Ti­me­sa” – było już uży­wa­ne przez dzien­ni­ka­rzy po­li­tycz­nych głów­ne­go nur­tu.

 

Sta­ło się tak dla­te­go, że okre­śle­nie to nie­ste­ty do­sko­na­le pa­so­wa­ło do swo­ich cza­sów. Tom­Di­spatch udo­stęp­ni­ło mój tekst po­now­nie w sierp­niu 2012 roku, przy czym traf chciał, że mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie czło­nek Izby Re­pre­zen­tan­tów Todd Akin (re­pu­bli­ka­nin z Mis­so­uri) wy­gło­sił swo­je nie­sław­ne stwier­dze­nie, ja­ko­by ko­bie­ty, któ­re zo­sta­ły zgwał­co­ne, nie po­trze­bo­wa­ły abor­cji, po­nie­waż „je­śli jest to gwałt we wła­ści­wym sen­sie tego po­ję­cia, cia­ło ko­bie­ty ma swo­je spo­so­by na to, żeby się za­blo­ko­wać”. Pod­czas tam­tych wy­bo­rów at­mos­fe­rę nie­ustan­nie pod­grze­wa­ły na zmia­nę ko­lej­ne po­ra­ża­ją­ce wy­po­wie­dzi kon­ser­wa­tyw­nych męż­czyzn – sto­ją­ce w sprzecz­no­ści z fak­ta­mi, po­pie­ra­ją­ce gwałt – i fe­mi­nist­ki, któ­re wska­zy­wa­ły, dla­cze­go po­trze­bu­je­my fe­mi­ni­zmu i dla­cze­go tacy męż­czyź­ni są nie­bez­piecz­ni. Przy­jem­nie było stać się jed­nym z gło­sów w tym chó­rze: mój tekst prze­ży­wał wte­dy wiel­ki po­wrót.

Stru­ny, ner­wy: kie­dy to pi­szę, tekst wciąż krą­ży. Nie cho­dzi­ło mi ni­g­dy o to, żeby się skar­żyć, że je­stem w ja­kiś szcze­gól­ny spo­sób ucie­mię­żo­na. Po­trak­to­wa­łam opi­sa­ne w moim ese­ju roz­mo­wy jako przy­kład rów­ni po­chy­łej, za któ­rą prze­strzeń dla męż­czyzn się otwie­ra, a dla ko­biet – za­my­ka. Prze­strzeń do mó­wie­nia, do by­cia słu­cha­ną, do po­sia­da­nia praw, do uczest­nic­twa, do by­cia sza­no­wa­ną, do by­cia peł­ną i wol­ną isto­tą ludz­ką. W ten spo­sób w kul­tu­ral­nych roz­mo­wach wy­ra­ża­ją się re­la­cje wła­dzy – tej sa­mej wła­dzy, któ­ra do­cho­dzi do gło­su w roz­mo­wach mniej kul­tu­ral­nych, w fi­zycz­nych ak­tach po­ni­że­nia i prze­mo­cy, a tak­że, czę­sto, w tym, w jaki spo­sób urzą­dzo­ny jest świat; wła­dzy, któ­ra uci­sza, wy­ma­zu­je i nisz­czy ko­bie­ty, nisz­czy rów­ność, moż­li­wość uczest­nic­twa, od­bie­ra czło­wie­czeń­stwo, po­zba­wia praw czy wresz­cie – na­zbyt czę­sto – sa­me­go ży­cia.

Ko­bie­ty wciąż to­czą wal­kę o to, by trak­to­wa­no je jak isto­ty ludz­kie, ob­da­rzo­ne pra­wem do Ży­cia, Wol­no­ści i swo­bo­dy ubie­ga­nia się o Uczest­nic­two w kul­tu­rze i po­li­ty­ce, przy czym bywa to wal­ka na­praw­dę bru­tal­na. Sama się so­bie dzi­wi­łam – na­pi­sa­łam esej, któ­ry za­czy­na się od za­baw­nej hi­sto­ryj­ki, a koń­czy gwał­tem i mor­der­stwem. Po­zwo­li­ło mi to po­ka­zać dro­gę, któ­ra pro­wa­dzi od drob­nych to­wa­rzy­skich nie­do­god­no­ści do bru­tal­ne­go uci­sza­nia i okrut­nej śmier­ci (są­dzę też, że le­piej zro­zu­mie­my mi­zo­gi­nię i prze­moc wo­bec ko­biet, je­śli spoj­rzy­my na nad­uży­cia wła­dzy jako na róż­ne aspek­ty tego sa­me­go pro­ble­mu, za­miast trak­to­wać jako od­ręb­ne zja­wi­ska prze­moc do­mo­wą, gwał­ty i mor­der­stwa, a tak­że mo­le­sto­wa­nie i upo­ka­rza­nie w sie­ci, w miej­scu pra­cy, na uli­cy; wi­dząc je ra­zem, ła­twiej do­strzec łą­czą­cy je wzo­rzec).

Pra­wo do tego, by sta­nąć i za­brać głos, jest nie­zbęd­ne do prze­trwa­nia, nie­zbęd­ne, by cie­szyć się wol­no­ścią i god­no­ścią. Mam ten przy­wi­lej, że cho­ciaż w mło­do­ści mnie uci­sza­no, nie­kie­dy bru­tal­nie, do­ro­słam do tego, by mieć włas­ny głos: ta oko­licz­ność na za­wsze zwią­za­ła mnie z wal­ką tych, któ­rym głos ode­bra­no.