Matka wszystkich pytań

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Re­bec­ca Sol­nit

Mat­ka wszyst­kich py­tań

prze­ło­ży­ła Bar­ba­ra Ko­peć-Umia­stow­ska

pra­ce Paz de la Cal­za­da

Ka­rak­ter

Kra­ków 2021


Spis tre­ści

Wstęp

Mat­ka wszyst­kich py­tań

1. Prze­rwa­ne mil­cze­nie

Krót­ka hi­sto­ria mil­cze­nia

I. Oce­an wo­kół ar­chi­pe­la­gu

II. Każ­dy jest wy­spą: mil­cze­nie męż­czyzn

III. Mil­cze­nie: klat­ki

IV. Za­to­pio­ne mia­sto

Rok in­su­rek­cji

Fe­mi­nizm: męż­czyź­ni nad­cho­dzą

Sie­dem śmier­ci rok póź­niej

Krót­ka i we­so­ła hi­sto­ria naj­now­sza dow­ci­pu o gwał­cie

2. Hi­sto­rie z ostat­niej chwi­li

Uciecz­ka z przed­mie­ścia sprzed pię­ciu mi­lio­nów lat

Prze­gród­ki opu­sto­sza­ły

Osiem­dzie­siąt ksią­żek, któ­rych nie po­win­ny czy­tać ko­bie­ty

Męż­czyź­ni ob­ja­śnia­ją mi Lo­li­tę

Przy­pa­dek za­gi­nio­ne­go spraw­cy

Ol­brzym­ka

Po­dzię­ko­wa­nia i źró­dła tek­stów

Źró­dła ilu­stra­cji

Źró­dła cy­to­wa­nych tek­stów

Przy­pi­sy

W na­dziei, że wy­trwa­my

z mi­ło­ścią do no­wo przy­by­łych

i ich pięk­ne­go zgieł­ku:

dla

Atlas

El­li i Mai

Isa­aca i Mar­ti­na

Ber­ke­ley

Bro­oke, Dy­la­na i So­lo­mo­na

Da­isy i Ja­ke’a;

dzię­ku­ję tak­że wszyst­kim czy­tel­nicz­kom

i awan­tur­ni­com

Wstęp

Naj­dłuż­szy i naj­now­szy esej w ni­niej­szej książ­ce do­ty­czy mil­cze­nia, więc na po­cząt­ku są­dzi­łam, że bę­dę pi­sać o licz­nych spo­so­bach uci­sza­nia ko­biet. Wkrót­ce jed­nak zda­łam so­bie spra­wę, że nie­od­łącz­ną część pro­ble­mu sta­no­wią tak­że spo­so­by uci­sza­nia męż­czyzn i że wszy­scy ży­je­my w sie­ci wie­lu ro­dza­jów mil­cze­nia, w tym rów­nież owe­go dwu­stron­ne­go mil­cze­nia, któ­re no­si na­zwę ról płcio­wych. Choć więc jest to książ­ka fe­mi­ni­stycz­na, to prze­cież zaj­mu­ję się w niej nie tyl­ko ko­bie­ta­mi, ale do­świad­cze­niem wszyst­kich lu­dzi – męż­czyzn, ko­biet i dzie­ci – któ­rzy kwe­stio­nu­ją bi­nar­ność i in­er­cję płci kul­tu­ro­wej: gen­der.

Ta książ­ka trak­tu­je o męż­czy­znach żar­li­wych fe­mi­ni­stach, lecz tak­że o męż­czy­znach se­ryj­nych gwał­ci­cie­lach, gdyż by­ła pi­sa­na ze świa­do­mo­ścią, że wszel­kie ka­te­go­rie są nie­szczel­ne i mo­gą być sto­so­wa­ne je­dy­nie tym­cza­so­wo. Jej przed­mio­tem są szyb­ko za­cho­dzą­ce prze­mia­ny w ru­chu fe­mi­ni­stycz­nym, któ­ry w Ame­ry­ce Pół­noc­nej i na ca­łym świe­cie zy­skał no­we ży­cie, do­pro­wa­dza­jąc do zmia­ny pra­wa – i nie tyl­ko. Dzię­ki te­mu ru­cho­wi, o cu­dow­nie trans­for­ma­cyj­nej mo­cy, od­mie­ni­ło się ca­łe na­sze poj­mo­wa­nie ta­kich po­jęć, jak zgo­da, wła­dza, pra­wa, gen­der, głos i re­pre­zen­ta­cja. Lu­dzie, prze­waż­nie mło­dzi, sto­ją­cy na je­go cze­le – nie­ustra­szo­na, nie­po­kor­na mło­da ge­ne­ra­cja fe­mi­ni­stek i fe­mi­ni­stów, dzia­ła­czek i dzia­ła­czy na rzecz praw czło­wie­ka na kam­pu­sach, w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych i na uli­cach – bu­dzą mój bez­brzeż­ny po­dziw. Po­dziw, któ­re­mu do­rów­nu­je tyl­ko mój lęk przed ostrą ne­ga­tyw­ną re­ak­cją, wręcz od­we­tem, już on sam bo­wiem do­wo­dzi, jak du­że za­gro­że­nie dla pa­triar­cha­tu oraz sta­tus quo sta­no­wi fe­mi­nizm ja­ko część szer­sze­go pro­jek­tu wy­zwo­le­nia.

Ta książ­ka za­tem to po­dróż przez jat­kę i po­bo­jo­wi­sko, ce­le­bra­cja wol­no­ści i so­li­dar­no­ści, wraż­li­wo­ści i em­pa­tii, a tak­że pró­ba roz­po­zna­nia wa­run­ków i na­rzę­dzi, któ­re po­zwo­lą nam to wszyst­ko zba­dać.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Mat­ka wszyst­kich py­tań

2015

Kie­dy kil­ka lat te­mu, po mo­im od­czy­cie o Vir­gi­nii Wo­olf w koń­cu przy­szedł czas na py­ta­nia, dla pew­nej licz­by osób naj­bar­dziej in­te­re­su­ją­ca oka­za­ła się kwe­stia, czy Wo­olf po­win­na by­ła mieć dzie­ci. Su­mien­nie udzie­li­łam od­po­wie­dzi, za­zna­cza­jąc, że w po­cząt­ko­wym okre­sie mał­żeń­stwa Wo­olf chy­ba roz­wa­ża­ła po­sia­da­nie dzie­ci, zwa­żyw­szy na ra­dość, ja­ką jej sio­strze Va­nes­sie Bell da­wa­ło wła­sne po­tom­stwo. Z cza­sem jed­nak za­czę­ła uwa­żać pro­kre­ację za rzecz nie­roz­waż­ną, być mo­że ze wzglę­du na swo­ją psy­chicz­ną chwiej­ność. Moż­li­we rów­nież – pod­su­nę­łam – że chcia­ła zo­stać pi­sar­ką i po­świę­cić ży­cie sztu­ce, co się jej zresz­tą nad­zwy­czaj­nie uda­ło. W mo­im wy­stą­pie­niu z apro­ba­tą przy­to­czy­łam jej opis mor­du na Anie­le Do­mo­we­go Ogni­ska, we­wnętrz­nym gło­sie, któ­ry wie­lu ko­bie­tom ka­że stać się ofiar­ny­mi słu­żeb­ni­ca­mi do­mo­we­go za­ci­sza oraz mę­skie­go ego.

To nie­sły­cha­ne, że opo­wia­da­jąc się za po­skro­mie­niem du­cha kon­wen­cjo­nal­nej ko­bie­co­ści, do­pu­ści­łam do ta­kiej wy­mia­ny zdań. Tak na­praw­dę po­win­nam by­ła oznaj­mić ze­bra­nym, że do­cie­ka­nie roz­rod­cze­go sta­tu­su Wo­olf sta­no­wi nud­ną i nie­istot­ną dy­gre­sję w po­rów­na­niu z bo­gac­twem kwe­stii, ja­kie pod­no­si­ła w swo­jej twór­czo­ści. (Chy­ba w pew­nej chwi­li po­wie­dzia­łam na­wet: „Wa­lić to wszyst­ko”, al­bo coś w tym ro­dza­ju, dzię­ki cze­mu dys­ku­sja skie­ro­wa­ła się na in­ne to­ry). Osta­tecz­nie, wie­le osób umie zro­bić dziec­ko, ale tyl­ko jed­na zro­bi­ła Do la­tar­ni mor­skiej i Trzy gwi­nee, a prze­cież wła­śnie dzię­ki nim Wo­olf wciąż jest w cen­trum na­szej uwa­gi.

Zdą­ży­łam do­sko­na­le po­znać ten ro­dzaj py­tań. Dzie­sięć lat wcze­śniej pe­wien bry­tyj­ski dzien­ni­karz, rze­ko­mo pra­gną­cy roz­ma­wiać ze mną o po­li­tycz­nej książ­ce mo­je­go au­tor­stwa, uparł się, by za­miast o pro­duk­tach me­go umy­słu roz­ma­wiać o wy­two­rach – bądź ich bra­ku – mo­je­go ło­na. Sie­dział ze mną na sce­nie i za­drę­czał mnie py­ta­nia­mi, dla­cze­go nie mam dzie­ci. Żad­na mo­ja od­po­wiedź go nie za­do­wa­la­ła. Naj­wy­raź­niej uwa­żał, że po­win­nam je mieć, a sko­ro – rzecz nie­po­ję­ta – nie wy­da­łam ich na świat, to za­miast roz­ma­wiać o książ­kach (któ­re wy­da­łam), na­le­ża­ło to wy­ja­śnić do koń­ca. Kie­dy wresz­cie ze­szłam ze sce­ny, oso­ba z dzia­łu pro­mo­cji me­go szkoc­kie­go wy­daw­cy – drob­na dwu­dzie­sto­lat­ka w ró­żo­wych ba­let­kach, z ład­nym pier­ścion­kiem za­rę­czy­no­wym na pal­cu – wręcz skrę­ci­ła się ze zło­ści. „Męż­czy­zny ni­g­dy by o to nie za­py­tał!” – plu­nę­ła wście­kle. Mia­ła ra­cję. (Jej wy­krzyk­nie­nie, za­da­ne w for­mie py­ta­nia: „Za­py­tał­byś o coś ta­kie­go męż­czy­znę?”, to świet­ny spo­sób, aby usa­dzić nie­któ­rych in­ter­lo­ku­to­rów). U źró­deł te­go ty­pu na­tręctw praw­do­po­dob­nie tkwi prze­ko­na­nie, że nie ma cze­goś ta­kie­go jak Ko­bie­ty, sta­no­wią­ce pięć­dzie­siąt je­den pro­cent ludz­ko­ści, któ­rych po­trze­by są rów­nie róż­no­rod­ne, pra­gnie­nia zaś rów­nie za­gad­ko­we jak po­trze­by i pra­gnie­nia po­zo­sta­łych czter­dzie­stu dzie­wię­ciu pro­cent; że ist­nie­je wy­łącz­nie Ko­bie­ta w licz­bie po­je­dyn­czej, któ­ra mu­si wyjść za mąż i ro­dzić dzie­ci i któ­rej za­da­niem jest wpusz­czać w sie­bie męż­czyzn i wy­pusz­czać z sie­bie po­tom­stwo, jak­by by­ła czymś w ro­dza­ju win­dy dla ga­tun­ku. W grun­cie rze­czy ta­kie py­ta­nia to wca­le nie py­ta­nia, lecz aser­cje, wy­ni­kłe z prze­świad­cze­nia, że je­śli któ­rejś z nas strze­li do gło­wy, aby uznać się za jed­nost­kę ludz­ką i za­cząć cho­dzić wła­sny­mi dro­ga­mi, to na pew­no zro­bi coś złe­go. War­to jed­nak pa­mię­tać, że o ile mózg to na­rząd wy­so­ce in­dy­wi­du­al­ny, zdol­ny two­rzyć naj­roz­ma­it­sze dzie­ła, o ty­le pro­duk­tem ma­ci­cy jest tyl­ko je­den ro­dzaj stwo­rze­nia.

Tak się skła­da, że nie mam dzie­ci z wie­lu róż­nych po­wo­dów. Bar­dzo sku­tecz­nie sto­su­ję an­ty­kon­cep­cję; ko­cham dzie­ci i uwiel­biam być ciot­ką, ale rów­nież ko­cham sa­mot­ność; wy­cho­wy­wa­li mnie nie­szczę­śli­wi i nie­do­brzy lu­dzie, nie chcę więc od­twa­rzać ich mo­de­lu ro­dzi­ny ani spro­wa­dzać na świat istot, któ­re czu­ły­by do mnie to sa­mo, co ja czu­łam do swo­ich ro­dzi­ców; pla­ne­ta nie zdo­ła utrzy­mać więk­szej licz­by lud­no­ści „pierw­sze­go świa­ta”, a przy­szłość ry­su­je się bar­dzo nie­pew­na; po­za tym na­praw­dę chcia­łam pi­sać książ­ki, co, jak zdą­ży­łam się prze­ko­nać, jest za­ję­ciem dość cza­so­chłon­nym. Przy tym mój sto­su­nek do po­sia­da­nia dzie­ci nie jest do­gma­tycz­ny. W in­nych oko­licz­no­ściach mo­gła­bym je mieć i rów­nież czuć się świet­nie – tak jak czu­ję się te­raz.

Nie­któ­re oso­by pra­gną mieć dzie­ci, ale ich nie ma­ją z roz­ma­itych po­wo­dów: oso­bi­stych, me­dycz­nych, emo­cjo­nal­nych, za­wo­do­wych; in­ne te­go nie chcą, i to też nie po­win­no ni­ko­go ob­cho­dzić. Fakt, że da się od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie, nie ozna­cza, że ma się ta­ki obo­wią­zek ani że na­le­ży je za­da­wać. Py­ta­nie za­da­ne mi we wspo­mnia­nym wy­wia­dzie by­ło nie­mą­dre, bo za­kła­da­ło, że wszyst­kie ko­bie­ty po­win­ny mieć dzie­ci, a tak­że nie­sto­sow­ne, bo roz­mów­ca uznał za rzecz na­tu­ral­ną, że ko­bie­ce czyn­no­ści re­pro­duk­cyj­ne są spra­wą pu­blicz­ną. Co gor­sza, kry­ło się w nim bar­dziej fun­da­men­tal­ne za­ło­że­nie, że nie ist­nie­je dla ko­biet in­ny spo­sób ży­cia.

 

Ale na­wet te­za, że ten je­dy­ny spo­sób jest wła­ści­wy, oka­zu­je się zbyt opty­mi­stycz­na, je­śli weź­mie­my pod uwa­gę, że mat­kom nie­ustan­nie wy­ty­ka się ja­kieś bra­ki. Mat­ka, któ­ra zo­sta­wi­ła dziec­ko bez opie­ki na pięć mi­nut, mo­że być uzna­na za prze­stęp­czy­nię, cho­ciaż oj­ciec te­go dziec­ka mógł zo­sta­wić je bez opie­ki na kil­ka­na­ście lat. Nie­któ­re mat­ki mó­wią, że z po­wo­du po­sia­da­nia dzie­ci trak­to­wa­ne są jak bez­mó­zgie by­dło, któ­re zwy­czaj­nie wol­no lek­ce­wa­żyć. In­ne zna­ne mi mat­ki do­wie­dzia­ły się w pra­cy, że nie moż­na ich trak­to­wać po­waż­nie, bo i tak w pew­nej chwi­li odej­dą, że­by się da­lej roz­mna­żać. I od­wrot­nie, mat­kom, któ­re od­nio­sły za­wo­do­wy suk­ces, za­rzu­ca się, że ko­goś za­nie­dbu­ją. Nie ist­nie­je do­bra od­po­wiedź na py­ta­nie, jak być ko­bie­tą; być mo­że ca­ła sztu­ka po­le­ga więc na tym, jak tej od­po­wie­dzi od­ma­wiać.

Mó­wi­my tu o py­ta­niach otwar­tych, ale ist­nie­ją tak­że py­ta­nia za­mknię­te, py­ta­nia, na któ­re jest tyl­ko jed­na pra­wi­dło­wa od­po­wiedź, przy­naj­mniej w mnie­ma­niu py­ta­ją­ce­go. Ta­kie py­ta­nia za­ga­nia­ją nas do sta­da lub pod­szczy­pu­ją, gdy się od nie­go od­da­la­my; ta­kie py­ta­nia już za­wie­ra­ją od­po­wiedź, gdyż ich in­ten­cją jest przy­mus lub ka­ra. Ży­cio­wym ce­lem sta­ła się dla mnie po­sta­wa praw­dzi­wie ra­bi­nicz­na, umie­jęt­ność od­po­wia­da­nia py­ta­niem otwar­tym na py­ta­nie za­mknię­te, osią­gnię­cie we­wnętrz­nej mo­cy, któ­ra sku­tecz­nie ostrze­że mnie przed in­tru­zem, a przy­naj­mniej przy­po­mni, że po­win­nam go za­py­tać: „Dla­cze­go o to py­tasz?”. Od­kry­łam, że to na ogół naj­lep­sza re­ak­cja na nie­przy­ja­zne py­ta­nie, a py­ta­nia za­mknię­te za­zwy­czaj są nie­przy­ja­zne. Jed­nak tam­te­go dnia, gdy prze­py­ty­wa­no mnie na oko­licz­ność ro­dze­nia dzie­ci, zo­sta­łam po pro­stu wzię­ta przez za­sko­cze­nie (by­łam wy­koń­czo­na po po­dró­ży sa­mo­lo­tem), więc po­tra­fi­łam tyl­ko bar­dzo się zdzi­wić, że tak złe py­ta­nia za­da­wa­ne są z ta­ką nie­uchron­no­ścią.

Być mo­że pro­blem czę­ścio­wo po­le­ga na tym, że na­uczo­no nas za­da­wać nie­wła­ści­we py­ta­nia sa­mym so­bie. Na­sza kul­tu­ra prze­siąk­nię­ta jest swo­istą pop­p­sy­cho­lo­gią, któ­ra ob­se­syj­nie py­ta: czy je­steś szczę­śli­wa? For­mu­łu­je­my to py­ta­nie tak od­ru­cho­wo, iż nie­mal wy­pa­da nam ża­ło­wać, że ja­kiś we­hi­kuł cza­su we wła­ści­wej chwi­li nie do­star­czył do Blo­oms­bu­ry do­ży­wot­nie­go za­pa­su an­ty­de­pre­san­tów, dzię­ki któ­rym pew­na fe­mi­ni­stycz­na pi­sar­ka, za­miast do­sko­na­lić swój nie­zrów­na­ny styl, za­ję­ła­by się pro­du­ko­wa­niem ma­łych Wo­ol­fów.

Py­ta­nia o szczę­śli­wość za­zwy­czaj są za­da­wa­ne przy za­ło­że­niu, że wia­do­mo, jak wy­glą­da szczę­śli­we ży­cie. Czę­sto pi­sze się, że wy­star­czy w tym ce­lu zdo­być sto­sow­ne re­kwi­zy­ty – współ­mał­żon­ka, po­tom­stwo, ma­ją­tek, prze­ży­cia ero­tycz­ne – cho­ciaż na­wet mi­li­se­kun­da za­sta­no­wie­nia po­zwa­la so­bie przy­po­mnieć nie­zli­czo­ne oso­by, któ­re ma­ją to wszyst­ko, a prze­cież są nie­szczę­śli­we.

Wciąż pod­su­wa się nam re­cep­ty do­bre na wszyst­ko, wzo­ry w jed­nym ko­lo­rze i roz­mia­rze, któ­re na­gmin­nie i bru­tal­nie roz­cza­ro­wu­ją – a mi­mo to są nam pod­kła­da­ne raz po raz. Za­mie­nia­ją się w wy­rok i wię­zie­nie: wię­zie­nie wy­obraź­ni, pu­łap­kę, w któ­rej trud­no za­znać szczę­ścia, na­wet ży­jąc do­kład­nie we­dług wzo­ru.

Być mo­że pro­blem ma cha­rak­ter li­te­rac­ki: do­sta­je­my jed­ną je­dy­ną fa­bu­łę o do­brym ży­ciu, choć ży­cie osób sto­su­ją­cych się do tej fa­bu­ły nie za­wsze jest do­bre. Jak­by tyl­ko jed­na opo­wieść mo­gła do­brze się skoń­czyć, mi­mo że wszę­dzie wo­kół roz­kwi­ta­ją – i więd­ną – mi­ria­dy form ży­cia.

Lecz na­wet te z nas, któ­re re­ali­zu­ją zna­jo­mą fa­bu­łę w jej naj­lep­szej wer­sji, nie za­wsze w na­gro­dę uzy­sku­ją szczę­ście. To nie­ko­niecz­nie źle. Znam ko­bie­tę, któ­ra od sie­dem­dzie­się­ciu lat ży­je w czu­łym związ­ku mał­żeń­skim, oto­czo­na sza­cun­kiem i mi­ło­ścią po­tom­stwa. Pro­wa­dzi sen­sow­ne ży­cie, zgod­ne ze swo­imi za­sa­da­mi, jed­nak trud­no ją na­zwać szczę­śli­wą. Jej współ­czu­cie dla słab­szych i tro­ska o przy­szłość są tak wiel­kie, że spo­glą­da na świat z przy­gnę­bie­niem; do opi­sa­nia te­go, co za­stę­pu­je jej szczę­ście, po­trze­ba nam in­ne­go, lep­sze­go ję­zy­ka. Są lu­dzie, dla któ­rych isto­tą do­bre­go ży­cia są rze­czy in­ne niż szczę­ście – da­wa­nie i bra­nie mi­ło­ści, za­do­wo­le­nie, ho­nor, sens, głę­bia, za­an­ga­żo­wa­nie, na­dzie­ja.

Ja­ko pi­sar­ka sta­ram się przede wszyst­kim do­ce­niać rze­czy ulot­ne i za­nie­dby­wa­ne, opi­sy­wać niu­an­se i od­cie­nie zna­czeń, opie­wać ży­cie pu­blicz­ne i ży­cie sa­mot­ne, a tak­że – mó­wiąc sło­wa­mi Joh­na Ber­ge­ra – szu­kać „in­ne­go spo­so­bu opo­wia­da­nia”; to­też by­wa, że czu­ję się tro­chę znie­chę­co­na, kie­dy ktoś wa­li mnie po gło­wie wciąż tym sa­mym sta­rym spo­so­bem na ży­cie. Kon­ser­wa­tyw­na „obro­na mał­żeń­stwa” – w grun­cie rze­czy bro­nią­ca wy­łącz­nie hie­rar­chicz­ne­go ukła­du, ja­kim by­ło mał­żeń­stwo róż­no­pł­cio­we, za­nim za­czę­ły je re­for­mo­wać fe­mi­nist­ki – to nie­ste­ty nie tyl­ko przy­pa­dłość kon­ser­wa­ty­stów. Zbyt du­ża część na­sze­go spo­łe­czeń­stwa wciąż tkwi w oko­pach żar­li­wej wia­ry, że ro­dzi­nę, w któ­rej dzieć­mi zaj­mu­je się dwo­je he­te­ro­sek­su­al­nych ro­dzi­ców, spo­wi­ja zgo­ła nad­przy­ro­dzo­na ma­gia. W re­zul­ta­cie pod­trzy­mu­je­my nie­uda­ne związ­ki, nio­sąc de­struk­cję ca­łe­mu oto­cze­niu. Lu­dzie bez koń­ca tkwią w strasz­nych mał­żeń­stwach, nie mo­gąc ich za­koń­czyć, bo upar­cie wie­rzą sta­rej re­cep­cie, we­dług któ­rej sy­tu­acja nie­zno­śna dla jed­ne­go lub oboj­ga ro­dzi­ców oka­że się ja­koś ko­rzyst­na dla dzie­ci. Na­wet ko­bie­tom mal­tre­to­wa­nym przez mę­żów czę­sto ka­że się zno­sić ich po­ło­że­nie, rze­ko­mo tak cu­dow­ne, że szcze­gó­ły nie ma­ją zna­cze­nia. For­ma zwy­cię­ża nad tre­ścią. A prze­cież nie­jed­no­krot­nie wi­dy­wa­łam ra­do­sne roz­wo­dy oraz roz­licz­ne kształ­ty, ja­kie mo­gą przy­bie­rać szczę­śli­we ro­dzi­ny – od jed­ne­go ro­dzi­ca z jed­nym dziec­kiem po roz­ma­ite for­my wspól­nych go­spo­darstw do­mo­wych i ro­dzin roz­sze­rzo­nych.

Kie­dy na­pi­sa­łam książ­kę o so­bie i swo­jej mat­ce, któ­ra czę­sto go­to­wa­ła się z ża­lu i zło­ści, któ­ra wy­szła za bru­ta­la na sta­no­wi­sku, a na­stęp­nie uro­dzi­ła czwo­ro dzie­ci, pew­na dzien­ni­kar­ka za­da­ła mi za­ska­ku­ją­ce py­ta­nie, czy to mój prze­mo­co­wy oj­ciec był przy­czy­ną, że nie zna­la­złam part­ne­ra ży­cio­we­go. Zdu­mie­wa­ją­ce, ile z gó­ry po­wzię­tych za­ło­żeń na te­mat te­go, co chcę ro­bić w ży­ciu – plus wia­rę owej pa­ni, że wol­no jej się do te­go wtrą­cać – skry­wa­ła ta dzien­ni­kar­ska cie­ka­wość. Książ­kę The Fa­ra­way Ne­ar­by [Da­le­kie po­bli­że] na­pi­sa­łam, by opo­wie­dzieć – nie wprost i nie na­tręt­nie, jak są­dzę – o swo­jej dro­dze do praw­dzi­wie faj­ne­go ży­cia, o pró­bach upo­ra­nia się z fu­rią mat­ki, a tak­że o źró­dłach tej fu­rii, któ­rych upa­tru­ję w jej spę­ta­niu przez kon­wen­cjo­nal­ne ko­bie­ce ro­le i ocze­ki­wa­nia. Osią­gnę­łam to, co so­bie w ży­ciu za­mie­rzy­łam, a za­mie­rzy­łam coś cał­kiem od­mien­ne­go od wy­obra­żeń mo­jej mat­ki i tej dzien­ni­kar­ki. Mia­łam za­miar pi­sać książ­ki, zna­leźć się w śro­do­wi­sku wiel­ko­dusz­nych, in­te­li­gent­nych lu­dzi oraz prze­żyć mnó­stwo wspa­nia­łych przy­gód. Nie­kie­dy by­ły to przy­go­dy z udzia­łem męż­czyzn – ro­man­se, mi­łost­ki, dłu­go­trwa­łe związ­ki – ale po­ja­wia­ły się w nich tak­że da­le­kie pu­sty­nie, ark­tycz­ne mo­rza, gór­skie szczy­ty, po­wsta­nia i ka­ta­stro­fy, jak rów­nież eks­plo­ra­cja idei, ar­chi­wów, kro­nik i ży­cio­ry­sów.

Wy­da­je się więc, że spo­łecz­ne re­cep­ty na speł­nie­nie by­wa­ją źró­dłem nie­szczęść za­rów­no w przy­pad­ku osób pięt­no­wa­nych za to, że nie umie­ją lub nie chcą się do nich za­sto­so­wać, jak i lu­dzi po­słusz­nych, któ­rym jed­nak szczę­ścia nie da­ją. Oczy­wi­ście, wśród lu­dzi pro­wa­dzą­cych ży­cie z roz­dziel­ni­ka wie­lu jest bar­dzo szczę­śli­wych. Nie­któ­re znam oso­bi­ście, tak jak znam szczę­śli­wych mni­chów i księ­ży ży­ją­cych w ce­li­ba­cie, bez­dziet­ne prze­ory­sze, roz­wie­dzio­ne les­bij­ki i wszyst­ko, co po­środ­ku. Ze­szłe­go la­ta mo­ja przy­ja­ciół­ka Em­ma po­pro­wa­dzi­ła do oł­ta­rza swe­go oj­ca, któ­re­go no­wy mąż po­dą­żał za ni­mi z mat­ką Em­my pod rę­kę; ca­ła czwór­ka plus no­wy mąż Em­my two­rzy wy­jąt­ko­wo zgod­ną i ko­cha­ją­cą ro­dzi­nę, wspie­ra­ją­cą dą­że­nie do spra­wie­dli­wo­ści me­to­da­mi po­li­tycz­ny­mi. Tak­że dwa ślu­by, któ­re wi­dzia­łam te­go la­ta, od­by­ły się wy­łącz­nie z udzia­łem męż­czyzn, bez żad­nej ob­lu­bie­ni­cy; pod­czas pierw­sze­go je­den z pa­nów mło­dych wy­buch­nął pła­czem, bo przez więk­szość ży­cia nie miał pra­wa za­wrzeć mał­żeń­stwa i nie są­dził, że kie­dy­kol­wiek uj­rzy wła­sny ślub.

Nie­mniej, wo­kół wciąż brzę­czy ja­zgot tych sa­mych sta­rych py­tań, któ­re czę­sto bar­dziej przy­po­mi­na­ją środ­ki przy­mu­su niż py­ta­nia. Tra­dy­cjo­na­li­stycz­ny świa­to­po­gląd uwa­ża szczę­ście za rzecz oso­bi­stą, za­sad­ni­czo świad­czą­cą o sa­mo­lub­stwie. Roz­trop­ni lu­dzie ma­ją dbać o in­te­re­sy i z nich czer­pać uczu­cie szczę­śli­wo­ści. Sa­ma de­fi­ni­cja by­cia czło­wie­kiem jest bar­dzo wą­ska, a już al­tru­izm, ide­alizm i ży­cie pu­blicz­ne (w for­mie in­nej niż sła­wa, pre­stiż i suk­ces) zaj­mu­ją na li­ście za­ku­pów po­zy­cję na­der po­śled­nią. Idea, że w ży­ciu war­to szu­kać sen­su, po­ja­wia się nie­zwy­kle rzad­ko; a je­śli już, to tyl­ko – na­tu­ral­nie! – dzię­ki dzia­ła­niom zgod­nym z przy­ję­tą kon­wen­cją, któ­rą, co gor­sza, uwa­ża się za je­dy­ną roz­sąd­ną moż­li­wość.

Jed­nym z po­wo­dów kur­czo­we­go przy­wią­za­nia do idei ma­cie­rzyń­stwa ja­ko klu­czo­wej dla ko­bie­cej toż­sa­mo­ści jest prze­ko­na­nie, że dzie­ci za­spo­ka­ja­ją na­szą po­trze­bę mi­ło­ści. Ale tak wie­le rze­czy oprócz po­tom­stwa za­słu­gu­je na mi­łość, tak wie­le rze­czy mi­ło­ści po­trze­bu­je – mi­łość w na­szym świe­cie ma tak wie­le do zro­bie­nia. I mi­mo że ty­le osób kwe­stio­nu­je po­bud­ki lu­dzi bez­dziet­nych, uwa­ża­jąc ich za jed­nost­ki ego­istycz­ne, któ­re nie chcą po­no­sić ofiar zwią­za­nych z ro­dzi­ciel­stwem, to ja­koś umy­ka ich uwa­dze, że lu­dzie moc­no ko­cha­ją­cy swo­je dzie­ci mo­gą mieć mniej mi­ło­ści do za­ofe­ro­wa­nia resz­cie świa­ta. Chri­sti­na Lup­ton, pi­sar­ka bę­dą­ca rów­nież mat­ką, nie­daw­no spo­rzą­dzi­ła spis rze­czy, z któ­rych mu­sia­ła zre­zy­gno­wać, uwi­kła­na w pra­co­chłon­ne za­da­nia ma­cie­rzyń­stwa; na przy­kład

ze wszyst­kich spo­so­bów trosz­cze­nia się o świat, nie tak upra­wo­moc­nio­nych jak wy­cho­wa­nie dzie­ci, lecz rów­nie istot­nych i nie­zbęd­nych dla ich roz­wo­ju. Mó­wię tu o pi­sa­niu i my­śle­niu, o po­li­ty­ce i ak­ty­wi­zmie, o czy­ta­niu i wy­po­wie­dziach pu­blicz­nych, o pro­te­sto­wa­niu, na­ucza­niu i ro­bie­niu fil­mów… Więk­szo­ści dzia­łań, któ­re naj­bar­dziej ce­nię i któ­re – ufam szcze­rze – przy­czy­nią się do po­pra­wy na­szej ludz­kiej kon­dy­cji, żad­ną mia­rą nie da się po­go­dzić z pra­cą, ja­kiej od nas i na­szej wy­obraź­ni wy­ma­ga opie­ka nad dzieć­mi.

Kie­dy kil­ka lat te­mu na­gle po­ja­wił się Edward Snow­den, za­fa­scy­no­wa­ło mnie, że tak wie­lu lu­dzi nie poj­mu­je, dla­cze­go ja­kiś mło­dy czło­wiek od­rzu­ca re­cep­tę na szczę­ście – do­brą pra­cę, wy­so­ką pen­sję, dom na Ha­wa­jach – że­by stać się naj­bar­dziej ści­ga­ną oso­bą na świe­cie. Wy­cho­dzi­li z za­ło­że­nia, że sko­ro wszy­scy są ego­ista­mi, to Snow­den z pew­no­ścią po­wo­du­je się ego­istycz­nym dą­że­niem do sła­wy lub pie­nię­dzy. W po­wo­dzi pierw­szych ko­men­ta­rzy znaj­do­wał się rów­nież tekst Jef­freya To­obi­na, eks­per­ta „New Yor­ke­ra” w dzie­dzi­nie pra­wa, któ­ry na­pi­sał, że Snow­den to „nar­cyz z ma­nią wiel­ko­ści, za­słu­gu­ją­cy, by go za­mknąć w wię­zie­niu”. Ko­lej­ny fa­cho­wiec oznaj­mił: „Mo­im zda­niem Edward Snow­den uosa­bia mło­dzień­czy nar­cyzm czło­wie­ka, któ­ry po­sta­no­wił być mą­drzej­szy od wszyst­kich”. Jesz­cze in­ni uzna­li, że Snow­den ujaw­nił ta­jem­ni­ce rzą­du Sta­nów Zjed­no­czo­nych, bo jest na żoł­dzie wro­gie­go pań­stwa.

 

Snow­den ro­bił wra­że­nie czło­wie­ka z in­ne­go stu­le­cia. W pierw­szym oświad­cze­niu dla dzien­ni­ka­rza Glen­na Gre­en­wal­da okre­ślił się mia­nem Cyn­cy­na­ta, rzym­skie­go pa­try­cju­sza, któ­ry dzia­łał dla do­bra ogó­łu, nie oglą­da­jąc się na ka­rie­rę. Naj­wy­raź­niej wy­zna­wa­ne przez Snow­de­na idee i wzor­ce da­le­ko od­bie­ga­ją od stan­dar­do­wych for­muł szczę­ścia. Ale prze­cież róż­ne epo­ki i kul­tu­ry czę­sto za­da­wa­ły so­bie cał­kiem in­ne py­ta­nia niż obec­na. Ja­ki jest twój wkład w do­bro świa­ta lub two­jej spo­łecz­no­ści? Czy ży­jesz zgod­nie ze swy­mi za­sa­da­mi? Co zo­sta­wisz po so­bie? Ja­ki sens ma two­je ży­cie? Być mo­że na­sza ob­se­sja na punk­cie szczę­ścia to spo­sób, by nie za­da­wać so­bie tych py­tań, by nie my­śleć o tym, jak po­jem­ne po­tra­fi być na­sze ży­cie, jak sku­tecz­na mo­że być na­sza pra­ca i jak da­le­ko­sięż­na – na­sza mi­łość.

Isto­tą szczę­ścia jest pe­wien pa­ra­doks. Ogło­szo­ne kil­ka lat te­mu wy­ni­ki ba­dań Tod­da Ka­sh­da­na, pro­fe­so­ra psy­cho­lo­gii Geo­r­ge Ma­son Uni­ver­si­ty, wska­zu­ją, że lu­dzie przy­wią­zu­ją­cy du­żą wa­gę do szczę­ścia z więk­szym praw­do­po­do­bień­stwem po­pad­ną w de­pre­sję. „Or­ga­ni­za­cja ży­cia wo­kół by­cia szczę­śli­wym, uzna­nie szczę­ścia za głów­ny ży­cio­wy cel prze­szka­dza w osią­gnię­ciu re­al­ne­go szczę­ścia”.

Osta­tecz­nie swój ra­bi­nicz­ny mo­ment prze­ży­łam w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Prze­pro­wa­dza­ła ze mną pu­blicz­ny wy­wiad pew­na da­ma o nie­zwy­kle afek­to­wa­nym, wiel­ko­pań­skim spo­so­bie mó­wie­nia. „A więc – za­wi­bro­wa­ła – ludz­kość pa­nią skrzyw­dzi­ła i te­raz ucie­ka pa­ni, by szu­kać schro­nie­nia w kra­jo­bra­zie?” Su­ge­stia by­ła ja­sna: oto wy­stę­pu­ję w szcze­gól­nie ża­ło­snej ro­li osob­ni­ka, któ­ry odłą­czył się od sta­da. Od­wró­ci­łam się do sa­li i za­py­ta­łam: „Ktoś z was też zo­stał kie­dyś skrzyw­dzo­ny przez ludz­kość?”. Ze­bra­ni wy­buch­nę­li śmie­chem; w jed­nej chwi­li do­tar­ło do nas, że wszy­scy je­ste­śmy dziw­ni, że wszy­scy je­dzie­my na tym sa­mym wóz­ku i że na­uka bo­ry­ka­nia się z wła­snym cier­pie­niem w ta­ki spo­sób, by oszczę­dzić go in­nym, to część pra­cy, któ­rą wszy­scy mu­si­my wy­ko­nać. Jak rów­nież mi­łość, któ­ra przy­bie­ra prze­cież ty­le form i któ­rą moż­na ob­da­rzać ty­le rze­czy. W ży­ciu war­to za­da­wać so­bie wie­le py­tań, więc być mo­że kie­dyś sta­nie­my się mą­drzej­sze i zro­zu­mie­my, że nie na wszyst­kie trze­ba od­po­wia­dać.