Kochaj siebie a nieważne z kim się zwiążeszTekst

Autor:Eva-Maria Zurhorst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kobieta chce namiętności – dziecko ochrony

Katarina czuła, że zżera ją tęsknota za kobiecością, namiętnością i zmysłową seksualnością, ale nie mogła już znieść swojego męża. Nie chciała, żeby jej dotykał, powiedziała, że nie może z nim spać i uważa go za nieudacznika. Bała się jednak, gdy wieczorem nie wracał punktualnie do domu, bała się jechać bez niego na urlop lub spędzić samotnie weekend. Stale upominała go, aby przychodził i zostawał w domu, ale wtedy ledwie znosiła jego bliskość. Mąż ją denerwował, więc wszczynała kłótnie i narzekała na niego… Była zdezorientowana i przerażona sama sobą. Przyszła do mnie, bo chciała ratować swoje małżeństwo. Na swój sposób – mówiła – kocha męża, choć uważa, że jest nieznośny. Jednocześnie wstydzi się swojej twardej, odrzucającej, pełnej wstrętu postawy wobec niego. W tym wewnętrznym chaosie czuje się bezradna, sądzi, że zwariowała.

To tylko jeden z niezliczonych przypadków z mojej praktyki, na którym można wyraźnie zaobserwować głębokie, wewnętrzne rozdarcie. Dorosły stosunek Katariny do jej męża jest zaburzony: jest w niej bardzo dużo dziecięcych tęsknot i infantylnych reakcji. Tam, gdzie nasz rozwój nie został zaspokojony przez dom rodzinny, zostaje emocjonalna i duchowa blizna. Zranione, niezaspokojone, niedoceniane i niedostatecznie chronione przez ojca i matkę części zatrzymują się w rozwoju. W zetknięciu z partnerem te dziecięce części nieświadomie szukają uzdrowienia. Gdy część dorosła reaguje na partnera jak na dorosłego, zraniona, niedojrzała dziecięca cząstka potrzebuje czegoś, jest zagubiona, bojaźliwa i oporna. Budzi to nasz niepokój i wątpliwości co do związku.

Świadoma Katarina tęskni za seksem, a tymczasem przestraszone dziecko chce się wczepić w ojca. Katarina przypomina sobie swoje dzieciństwo, podzielone głęboką przepaścią: jest czas „przed” i „po”. „Przed”, czyli w pierwszych latach dzieciństwa, jej ojciec szalał z nią i wyczyniał różne figle. Gdy opowiada o tym okresie kontaktu z ojcem, jej twarz promienieje. W wieku mniej więcej dziesięciu lub jedenastu lat ten kontakt nagle się urwał. Ojciec wycofał się w milczeniu. „Nie mogę sobie przypomnieć, abym kiedyś siedziała u niego na kolanach lub pieściła się z nim” – opowiada. Spotkało to nie tylko Katarinę.

Wielu ojców z pokolenia naszych rodziców odczuwało wielką niepewność, kiedy ich dziecko przekształcało się w dziewczynkę. Nagle pojawiały się wstyd i zahamowanie. „Jak daleko wolno mi się zbliżyć? Co będzie, jeśli coś odezwie się w moim ciele?”. Wielu ojców i wiele córek przeszło zbyt wczesne i bolesne rozstanie. Rozwój kobiecości dziewczynek ulegał wówczas nagłemu przerwaniu. W nieświadomość wpisywał się program: „Nie jestem pociągająca. Mężczyźni mnie nie chcą. Muszę się wstydzić pociągu cielesnego. Rozkwitanie mojego ciała przysparza mężczyznom trudności”. Dziewczynka mimo to dalej dojrzewała, ale ważna część jej osobowości zatrzymywała się w rozwoju.

Aby zrozumieć ten mechanizm, wyobraź sobie, proszę, że Katarina to para ludzi na wierzchołku trójkąta. Wyobraź sobie także inne małe Katariny, podpowiadające z dołu, podejrzliwe i gadatliwe.

U góry, na wierzchołku góry lodowej, żona mówi: „Kocham mojego męża”. U dołu bryły trwa zamieszanie – młoda, witalna żona tęskni za namiętnością i zmysłowością, brzydzi się jednak swojego ojca/męża. Dojrzewająca dziewczyna pragnie uwagi, nie może być już jednak dotykana przez ojca/męża. Dorastające dziecko pragnie czułości, odczuwa fizyczny, wręcz seksualny pociąg, zauważa jednak milczący, surowy zakaz takich potrzeb u ojca/męża. Małe dziecko siedzi w kucki, tęskniąc za ochroną, i boi się, że ojciec/mąż nie wróci wieczorem do domu i zostawi je samo. Dobra córeczka rodziców wstydzi się, że nie jest taka, jaką kobieta być powinna – nie jest grzeczna, lecz odpychająca i surowa wobec męża. Matka w tej kobiecie uważa męża za nieudacznika, bo nie potrafi on zaspokoić niewypowiedzianych dziecięcych potrzeb. Dorosła Katarina uważa się za niespełna rozumu, kiedy zauważy urywek tego, co się w niej dzieje.

Jeśli ten przykład zbija Cię z tropu, wyobraź sobie, jaka to gmatwanina w życiu codziennym. Kiedy dwie osoby zbliżają się, wprawiają w ruch – nawet tego nie przypuszczając – całe armie. Nic zatem dziwnego, że po kilku bitwach muszą odtrąbić odwrót. Jeśli nie rozstajemy się od razu, komunikujemy się tylko na powierzchni, zachowujemy rezerwę, nie wchodzimy w głębszy kontakt, aż cały zastęp weteranów znów ruszy w bój, a my zanurzymy się w bolesnym tumulcie.

Partner dobrze słyszy to, czego nie mówimy

Nawet jeśli spróbujemy trzymać serce i ciało z dala od „zwarcia” i ograniczyć się do uprzejmej komunikacji, proces ten trwa i tak. Jeśli dwoje ludzi pragnie się spotkać jako kobieta i mężczyzna, tylko pozornie reagują oni na słowa drugiej osoby. Odpowiadają przede wszystkim na niewidzialny prąd, który przepływa między nimi. W rodzinie, z której pochodzimy, panował specyficzny klimat emocjonalny. Klimat ten, prądy między ojcem, matką i wewnątrz rodziny, ukształtował nas dużo silniej niż werbalne polecenia rodziców – szanowano cnoty, wyznaczano cele życiowe, ale codzienna rzeczywistość sprawiała zupełnie inne wrażenie. Pojawiały się ambiwalencja, niepewność, a nawet hipokryzja, brak zaufania lub kłótnie. Jako dzieci mogliśmy wyczuć te prądy; czuliśmy się zdezorientowani rozdźwiękiem naszych odczuć i słów rodziców. Tym sposobem dla większości dorosłych stało się całkiem normalne, że do innych ludzi mówią nie to, co czują, lecz ograniczają się do bezpiecznego minimum komunikacji i wymieniają uprzejme formułki.

Najczęściej nie zdaje się to na nic. Spotkania między ludźmi są przede wszystkim procesem energetycznym. Słyszymy przesłania, ale reagujemy głównie na ukryte przekazy oraz na to, jak coś jest wypowiadane i wyrażane. Kiedy mówimy do partnera: „Zrobiłem dzisiaj to czy tamto” – pod tym zdaniem ukryty jest komunikat: „Bądź ze mnie dumny… pochwal mnie! Na pewno nie potrafisz tego zrobić. Właściwie powinieneś to zrobić za mnie”. Często pod główną wiadomością kryją się tuziny automatycznie aktywowanych depesz. Niektóre z tych komunikatów, choć ukryte, są dostępne naszym świadomym odczuciom i myślom, o większości z nich nie mamy jednak pojęcia.

Tragizmem partnerskiej komunikacji jest jednak to, że wszystkie przesłania, których nie przeczuwamy, wywołują u drugiej osoby reakcję. Wprawdzie słyszy ona, że robiłeś to czy tamto, ale nagle odczuwa zakłócenie i szuka dystansu. Robi to nieświadomie, bo przecież opowiadałeś tylko o sprawach codziennych. Zwykle nawet nie zauważa, że chce się odsunąć. Zauważa tylko, że chciała Cię zobaczyć lub usłyszeć, ale że to spotkanie nie jest takie, jak sobie życzyła.

Między mną i moim mężem dochodziło przez lata do pewnego zdarzenia, które wiele mówiło o naszej ówczesnej relacji. Mąż zawsze, gdy przychodził do domu, obejmował mnie. Zawsze, zanim wrócił, cieszyłam się, czekając na ten uścisk, ale gdy mnie obejmował, czułam się nieswojo. Na początku pojawiało się we mnie małe „szkoda…”. Stawałam się coraz bardziej spięta, w końcu wściekła, aż pewnego dnia niespodziewanie wyrwałam się z jego objęć i wrzasnęłam: „Czy nie potrafisz mnie naprawdę objąć?!”. Mąż spojrzał na mnie osłupiały. „Przecież ja cię obejmuję”. Owszem, obejmował mnie, ale jednocześnie działo się między nami coś zupełnie innego.

Doszło wówczas do gwałtownej sprzeczki i bez zahamowań zarzucaliśmy sobie wszystko, co możliwe. Tak bardzo się wyładowałam, że z dystansem i spokojem mogliśmy dojść do nowych wniosków. I nowego zbliżenia. Stało się jasne, że tęskniłam do siły, ochrony, do ramion silnego mężczyzny. Z mojego męża przy każdym objęciu uciekała natychmiast, jak powietrze z balonu, cała męska siła. Mój mąż jest ode mnie trochę wyższy, więc za każdym razem automatycznie chował głowę. Robił się taki mały, że w końcu leżał w moich ramionach. Żadne z nas nie chciało nic dać tym objęciem, a oboje szukaliśmy czułości. Z każdą próbą spotkania rosły frustracje i wewnętrzny dystans. Powstawała między nami próżnia, stale rosnąca potrzeba. Czułość pojawiała się w naszym małżeństwie nie jako siła, lecz wyłącznie jako potrzeba.

Obecnie żartujemy sobie z tego chowania głowy. Po wielu bolesnych spotkaniach potrafimy się śmiać z tego, że mój mąż chciał się we mnie czule wtulić, jakby siedział na kolanach matki, a ja chciałam wesprzeć się o niego jak o silną ojcowską pierś. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie mam nic przeciwko szukaniu oparcia ani przytulaniu się. Czułość jest dla każdego związku eliksirem życia. Ale jest ona czymś, co płynie z prawdziwej bliskości i emocjonalnej siły dwojga dorosłych partnerów.

Głównie kobiety opowiadają mi stale, że po wielu latach małżeństwa ich związek wydaje się im pustynią emocjonalną. Znam to zjawisko aż za dobrze. Kiedyś, podczas pierwszych spotkań, rzucaliśmy się na siebie tuż za drzwiami mieszkania lub w windzie, całując się namiętnie, więc puste uściski wydawały mi się oszustwem, tak jak coraz częstsze, wypowiadane rutynowo i bez przekonania wyznania „kocham cię”. Pewnego dnia uświadomiłam sobie, że te zdania są tylko frazesami, brzmią jak próby wskrzeszenia przeszłości. Wierząc, że wystarczy coś odpowiednio często powtarzać, w okresach posuchy w naszym małżeństwie wspominałam z utęsknieniem rzadką scenę z pierwszych miesięcy naszego związku: Siedzieliśmy oboje w samochodzie, wyznawaliśmy sobie miłość i płakaliśmy, bo musieliśmy się rozstać na tydzień.

W małżeństwie z trudem zauważaliśmy i przyjmowaliśmy do wiadomości, że w każdym intymnym wyznaniu „kocham cię” tkwiła jedna z naszych starych historii, która domagała się czułości i uzdrowienia. Że każde „kocham cię” – to wezwanie, aby wyrosnąć ponad emocjonalne deficyty i stać się bardziej zdolnym do miłości.

Zawierając małżeństwo, pragniemy uzdrowienia

Być może lubisz oglądać kiczowate filmy hollywodzkie z happy endem, a otwierając tę książkę, miałeś nadzieję odnaleźć drogowskazy ku prawdziwej, wielkiej miłości. Może uważasz, że to strasznie rozczarowujące i nieromantyczne, że przeprowadzam sekcję każdego „kocham cię” niczym patolog tnący martwą tkankę. Może odczuwasz rezygnację, gdy wyobrazisz sobie, że Ty też pod maleńkim świadomym Ja wleczesz górę lodową wypełnioną walką i lękiem. Może myślisz: „Ta kobieta odmawia mi przyjemności. Bez końca opowiada o bólu, skomplikowanych powiązaniach i dawnych ranach. Czy mam w nieskończoność rozpracowywać swoje dzieciństwo? Czy mam uważać, że wszystkiemu winni są źli rodzice? Możliwe, że zastanawiasz się również, dlaczego masz z kimkolwiek wchodzić w związek, jeśli zawsze chodzi o potrzeby, chęć posiadania i niezliczone, wielkie, stare i wyparte lęki.

 

Książka ta nie ma Cię sprowadzić do beznadziejnego zbioru starych ran i blizn. Nie chodzi o to, byś szczegółowo rozpracowywał swoje dzieciństwo. Wręcz przeciwnie, wkrótce udowodnię Ci, że tu i teraz, tuż przed Twoim nosem, w samym środku życia, czeka na Ciebie wszystko, czego potrzebujesz do uzdrowienia Twojej osoby i Twojego związku. Dla nas i naszych związków jest niezwykle ważne, aby wiedzieć, że istnieją w nas i w naszym partnerze, w każdym człowieku, wyparte bóle i mało atrakcyjne części osobowości, które potężnie wpływają na nasze obecne życie. Nie chciałabym Cię skłaniać do wieloletniej analizy duszy. Chcę tylko wywołać w Tobie całkowicie odmienne, rewolucyjne spojrzenie na Twoje istnienie i związki z innymi ludźmi. Są w nas stare, nieprzetrawione historie, które działają do dzisiaj i otaczają nasze właściwe, żywe, płynne istnienie jak twardy, niewidoczny pancerz. To ten pancerz – a nie partner – przeszkadza nam w osiągnięciu szczęścia. Powtarzam to, ponieważ chodzi o przemianę świadomości tak gruntowną, że może ona znieść ciągłe drążenie naszych głęboko wytłoczonych, znanych wzorców myślowych. Ludzie wokół nas są tylko wyzwalaczami – im są nam bliżsi, tym precyzyjniejszymi – i przez to również naszymi najbardziej oddanymi sługami na drodze do uzdrowienia. Są do naszej dyspozycji, abyśmy stale przenosili i powtarzali nasze stare wzorce myślowe i dzięki temu mogli podążać za głębokim, wewnętrznym pragnieniem uzdrowienia naszego bólu.

Rozdział 3 Twój partner gra w twojej sztuce

Rozdział 3

TWÓJ PARTNER GRA W TWOJEJ SZTUCE

Prawdziwym sensem związków jest doprowadzenie wewnętrznych konfliktów obojga partnerów do równowagi. Każdy związek, taki, jaki akurat jest, to wprost wymarzone do tego miejsce. Dlatego ciesz się, że Twój najbliższy partner tak celnie nadeptuje Ci na odciski. Bądź mu wdzięczny, bo na drodze ku satysfakcjonującemu partnerstwu chodzi właśnie o to, żeby poświęcić uwagę tym obszarom, które są zranione, sprawiają wrażenie niszczących lub zawężają Twoją swobodę działania. Zapewne nie podoba Ci się to wyobrażenie, ale jeśli chcesz dotrzeć do prawdziwej siły Twojego związku, nie pozostaje Ci nic innego, jak poświęcić się podwodnym obszarom góry lodowej. Zajęcie to tak długo wydaje się masochistyczne, jak długo odsuwasz je od siebie. Ten, kto je poznał, wie, jakie jest fascynujące – w każdej negatywnej, bolesnej i niszczącej części naszego istnienia tkwi niezwykle dla naszego związku istotna, konstruktywna siła, która czeka tylko na to, żebyśmy ją ponownie odkryli i wyzwolili.

Do tego celu potrzebna jest Twoja gotowość, aby przejąć pełną odpowiedzialność za Twój lęk i sprzeciw. Nie musisz rzucać się natychmiast w otchłań ponurej i depresyjnej przepaści. Oznacza to tylko, że powinieneś zmienić obiekt Twojej obserwacji. Od dzisiaj mniej będziesz się zajmować tym, co robi Twój partner, a dużo bardziej tym, co dzieje się w Tobie. Gdy z czasem opanujesz ten sposób samoobserwacji, konieczna jest już tylko odwaga, żeby uczciwie traktować siebie samego. Każdy, kto szedł tą drogą, był zaskoczony, czasami nawet przerażony tym, co w nim się działo – mnogością dużych i małych uprzedzeń, wstydu i obrony, które oddzielały go od miłości i szczęścia. Skoro będziesz gotowy iść ich śladem i wpadniesz we własnoręcznie zastawione sidła, coś zacznie się w Tobie zmieniać – niepostrzeżenie staniesz się łagodniejszy i bardziej współczujący.

Jeśli praktykujesz tę drogę na co dzień i jesteś gotów do zmiany kierunku, możesz stwierdzić, że to, co z początku wydaje się zabójcą związku i miłości, odsłania drogę ku prawdziwej miłości. Góra lodowa to nasza skrzynia pełna skarbów, w niej, niczym nagranie na taśmie magnetofonowej, kryje się całe nasze życie, każde tchnienie, uczucie, każda myśl. Góra lodowa jest całym naszym życiem. Góra lodowa to my. Powinno się jej poświęcić całą uwagę i miłość. Rozpocząć z nią najbardziej namiętny romans, jaki potrafimy sobie wyobrazić. Powinna się ona stać związkiem naszego życia.

Zakochujemy się, by unikać miłości

Góra lodowa działa zawsze na naszą korzyść, nawet jeśli świadomemu rozumowi tak się nie wydaje. Jest to boski, precyzyjny i genialny instrument, który nieskończenie przekracza to, co potrafimy pojąć i zainicjować świadomym umysłem. Sądzimy, że mały, świadomy wierzchołek góry lodowej, który wszyscy mogą zobaczyć nad lustrem wody, jest naszym kochającym istnieniem. Tu działamy i decydujemy, tutaj zakochujemy się, rzekomo chcemy kochać i pozostać razem, aż śmierć nas nie rozdzieli. Tak naprawdę tworzymy tu wyobrażenia o tym, jakie powinno być nasze życie, tu opracowujemy stale nowe strategie uników, które mają nas trzymać z dala od bólu i niedoskonałości, ale tym samym dzielą od niezliczonych możliwości i miłości.

Gdy tylko coś staje się nieprzyjemne, natychmiast szukamy środków zaradczych. Gdy coś boli, szukamy pigułek uśmierzających ból. Zawsze chcemy uciekać, najczęściej przed sobą – jeśli nie czujemy się tak, jak naszym zdaniem powinniśmy się czuć, uciekamy w uzależnienia lub szukamy człowieka, który może dostarczyć odpowiednie lekarstwo. Jeśli tylko w naszym życiu nie jest tak, jak powinno być, zaczynamy budować strategie, które zapowiadają nam poprawę. Chcemy sukcesów, chcemy być mądrzejsi, zyskać uznanie, urodę i bogactwo, ale w żadnym wypadku nie chcemy się przed sobą przyznać do tego, że czujemy się bezradni, samotni, niedoskonali, brzydcy lub wybrakowani.

W przypadku singli ten mechanizm jest dużo łatwiejszy do wykrycia niż u par. Gdy tylko mają wolną chwilę w życiu, ledwo skończyła się romantyczna historia, natychmiast znowu poszukują następnego spotkania. Miałam znajomego, który za każdym razem, gdy szłam z nim do restauracji lub do baru, brał na celownik jakąś kobietę, aby ją zagadnąć lub zostawić jej wizytówkę. Stale zajęty był albo zdobywaniem nowego związku, albo walką o istniejący lub też żałobą po właśnie zakończonym. Z punktu widzenia tej książki rozpraszał się sam sobą i swoją głęboką, wewnętrzną samotnością.

Pary też mają swoje strategie unikania. Z czystego strachu, że staną twarzą w twarz, że na drodze do prawdziwej bliskości będą musiały przetrwać szok i dystans, wypełniają prywatny kalendarz aż po brzegi, a ich życie rodzinne pęka w szwach od zaproszeń, spotkań z przyjaciółmi, wycieczek oraz czynów społecznych i kółek zainteresowań. Co rusz pary opowiadają mi, że robią wspólnie wiele rzeczy, ale nic o sobie nie wiedzą. Spotkałam wiele związków, w których jedno ma od dawna kochanka z wąskiego kręgu znajomych i spotyka go na przyjęciach, stęsknionego po kilku potajemnych dotknięciach pod stołem lub na korytarzu, a małżonek niczego nie podejrzewa.

Istnieje pewna forma zaangażowania w sprawy świata zewnętrznego, która rodzi się z głęboko zakorzenionego, przekształconego związku. Dwoje ludzi czerpie ze związku tyle siły, że oddaje ją aktywnie w życiu. W większości wypadków małżeńskie kalendarze są szczelnie wypełnione próbami gorliwego odwrócenia uwagi od sedna sprawy, tak jak czyni to ptasia matka, która w bezpiecznej odległości od gniazda i piskląt trzepocze skrzydłami i głośno ćwierka, by odwrócić uwagę wroga. Nasze zaaferowanie utrzymuje na odległość nie tylko innych ludzi, lecz także nas od miejsca, gdzie nasza uwaga jest potrzebna – od strachu i bólu. Są one tym, co musimy się nauczyć rozumieć, karmić i kochać. Musimy się im całkowicie poświęcić i odważnie przeciwstawić.

Jesteś taki słaby

Nie chcę Ci sugerować, że musisz poddać się głębokiej terapii. Nie jest ona konieczna do tego, żeby zwrócić się ku sobie. Nie musisz nic robić ani zmieniać. Potrzebujesz tylko wewnętrznej życzliwości, gotowości do współczującej i uczciwej samoobserwacji, do rzeczywistego odczuwania emocji.

Kiedy Christina przyszła do mnie, poświęcała się pomocy innym lub martwiła się o członków rodziny. Gdy w czasie spotkań udało mi się włożyć całe serce i uwagę w drobne pytanie, jak ona się czuje, po jej policzkach natychmiast potoczyły się łzy. Była zaskoczona i poruszona za każdym razem, gdy przez chwilę czuła swój stan. Żartowała wtedy z moich magicznych zdolności, chociaż zdarzyło się tylko to, że przez małe, szczere pytanie na chwilę stawała się sobą.

Chodzi o te drobne, uczciwe pytania – i już dochodzimy do środka naszej wspaniałej góry lodowej. W drugiej części książki objaśnię dokładnie ten prosty, lecz uzdrawiający i przekształcający proces. Do tego czasu bądź pewien, że wszystko, co musisz wiedzieć o sobie i co wymaga uzdrowienia, cały ból i lęk, pojawi się we właściwym momencie – musisz tylko dobrze obserwować.

Christina, zawsze skora do pomocy, powinna była na chwilę zatrzymać się i spojrzeć na swoje życie nieco inaczej; podejść do zdarzeń dnia codziennego z pytaniem: „Co mi to wszystko mówi o mnie?”. Zawsze znalazły się osoby potrzebujące pomocy, wszędzie była potrzebna jak matka całego narodu. Niepozornym, uczciwym pytaniem przypomniałaby sobie może, że rolę matki musiała już odgrywać w domu rodzinnym. Musiałaby stwierdzić, że rolę tę stale zdobywała, stale jej szukała i zarazem bardzo w niej cierpiała, wręcz nienawidziła jej. Może w końcu odczułaby swoje głębokie potrzeby i wezbrane łzy, a dzięki tej nowej świadomości zdołałaby przerwać nawroty swojej historii.

Im bardziej konsekwentnie i nieprzerwanie rzucamy się w szczerą obserwację naszego życia codziennego, tym szybciej stwierdzamy, że nasze życie przebiega według tych samych scenariuszy. Żyłam w przeróżnych zakątkach ziemi, przeprowadzałam się ze dwadzieścia razy, wielokrotnie zmieniałam zawód i partnerów tylko po to, żeby z pokorą opanować tę ważną lekcję: Obojętnie, gdzie jestem, z kim tam jestem i co robię – doświadczenia, które zdobywam, zawsze zależą od mojego spojrzenia na życie. Przeżywamy na tym padole własny, osobisty film. Możemy zmieniać scenerię i aktorów, ale emocjonalny klimat i sposób konfrontowania się z życiem pozostają takie same. Wszystkie scenariusze łączą podobne wątki, a aktorzy odgrywają zbliżone role, bo to my jesteśmy autorami scenariusza i reżyserami naszego filmu, chociaż najczęściej o tym zapominamy.

Obserwując codzienność, nagle wszędzie odkryjesz to zjawisko. Mam koleżankę, która, gdy kogoś pozna, zawsze na początku wątpi, czy ten człowiek aby na pewno jest kompetentny lub zrównoważony. Przede wszystkim obawia się, że ktoś powie o niej złe słowo albo dowie się o niej za dużo. Wyjechałam kiedyś z inną koleżanką na kilka dni, żeby wypocząć. Ledwo znalazłyśmy się w pokoju hotelowym, nasze spojrzenia na świat okazały się całkiem inne – ja stałam na balkonie i zachwycałam się wspaniałym powietrzem i widokiem, a jej myśli krążyły wokół obaw, że wieczorem w naszym pokoju będzie bardzo głośno, bo znajdował się koło baru. Przeprowadziłyśmy się. Potem poszłyśmy do sauny. Po długim spacerze w zimowym chłodzie ulokowałam się wygodnie w gorącym pomieszczeniu i poczułam się doskonale, natomiast ona wyszła z sauny po kilku minutach. Później wyjaśniła mi, że odniosła wrażenie, że w saunie panują niehigieniczne warunki. Czy czułam nieprzyjemny zapach kobiety obok mnie? Czy nie dostrzegłam nieapetycznych stóp mężczyzny nade mną? Nie, nie widziałam.

Nie widzimy świata, widzimy nasze wyobrażenie o nim. Głęboko w górze lodowej, w sali kinowej szpulowy projektor wyświetla stale nasze stare dramaty. Od dawna nie wchodziliśmy do tej sali, zapomnieliśmy o jej istnieniu. Ale jest tam mały otwór, z którego obraz przedostaje się na wierzchołek góry lodowej, na wielki trójwymiarowy ekran z dźwiękiem w systemie Dolby Surround. Nasze kino jest tak sugestywne, że w ogóle nie zauważamy, że to tylko film. Film ten trzyma nas w takim napięciu, że zapominamy o podjadaniu popcornu.

 

Christina stale na nowo – choć całkowicie nieświadomie – przeżywała historie z własnego dzieciństwa. Biegała z jednej akcji ratunkowej na drugą, bo zawsze znalazł się ktoś – przede wszystkim duzi i mali mężczyźni – kto potrzebował opieki, pomocy i życzliwości. Pod koniec dnia była zwykle tak wyczerpana zajmowaniem się innymi, że nie zauważała, jak się czuje. Każdy nagły przypadek wydawał się jej ważny, uważała, że tylko ona zaradzi rosnącej bezradności i zaspokoi potrzeby tych mężczyzn. Moje pytanie i jej odpowiedź – łzy – odwiodły ją od trójwymiarowego filmu i zaprowadziły do scenariusza. Mogła wreszcie być sobą i odkryć swoją historię, poczuć własne potrzeby i krok po kroku pojąć, dlaczego była tak wściekła na męża.

Otóż Christina miała młodszego brata, który był matczynym oczkiem w głowie. Sprawiał wrażenie słabszego niż siostra i dzięki temu ciągle mu matkowano i rozpieszczano go. Starsza siostra, będąc stale w cieniu brata, stała się bardzo głodna miłości i czułości, ale każda jej próba zwrócenia na siebie uwagi była daremna. Nie akceptowano również jej słabości. Uwagę matki mogła przyciągnąć, tylko troszcząc się o brata. Jako mała dziewczynka nauczyła się tego, co więzi do dziś dorosłą kobietę. Gdy mężczyźni są słabi, dla dorosłej kobiety nie ma już wolnej przestrzeni.

Akurat wtedy, gdy akcja się ożywia, gwałtownie rośnie napięcie, gdy wydaje się, że filmowi kochankowie jednak nie staną się parą, nasz małżonek wchodzi między projektor a ekran. Projektor rzuca na niego obraz filmowego łotra i już mamy obsadzony główny szwarccharakter w naszym filmie o nieprzepracowanej, niekończącej się historii.

Tak też zdarzyło się w przypadku Christiny. Już od dawna nie może ona zobaczyć, jaki rzeczywiście jest jej mąż, bo pewnego dnia przebiegł przez środek kadru. Od tego czasu gra główną rolę w starym filmie Christiny, która narzeka, że się o nią nie troszczy i nigdy nie zauważa jej potrzeb, choć zarazem zapewnia, że od początku był najbardziej wrażliwym i wyrozumiałym człowiekiem, jakiego spotkała.

Sądzisz, że nikt nie jest do tego stopnia szalony, żeby rekonstruować tak pieczołowicie sceny z dzieciństwa? Uważasz, że zdrowi ludzie nie cierpią na takie halucynacje? Sądzisz, że zakrawa na cud, iż spotykamy stale ludzi, którzy odgrywają z nami te same role? Trudno uwierzyć, ale mechanizm ten każdego dnia określa całe nasze postrzeganie rzeczywistości. Kształtujemy nasze życie tak samo jak Christina: Każdy, kto się zjawi, niepostrzeżenie dostaje rolę w naszym starym i znanym, wewnętrznym dramacie.

W przypadku Christiny ten los spotkał jej męża i syna, ale również innych mężczyzn z jej otoczenia. W nieświadomej nadziei na troskę i miłość otaczała ich matczyną opieką. A ponieważ podążamy zawsze najwygodniejszą dla nas drogą, wszyscy skwapliwie przyjmowali te ułatwienia. Christina zajęła w rodzinie stanowisko pielęgniarki, pomocnicy i opiekunki. Bliskość miała zawsze związek z niemocą i potrzebą pomocy. Bliskość doprowadzała do zależności albo też mężczyźni uciekali. Z czasem jej syn przestał się angażować, a mąż się wycofał.

W oczach Christiny mężczyźni upodobnili się do brata faworyzowanego przez matkę i w dorosłej pani Christinie budzili coraz więcej bezsilności, wściekłości i poczucia odrzucenia. Stali się tym, czego Christina nie chciała już nigdy więcej zaznać. Nastąpiło to jednak przy jej osobistym udziale. Obaj panowie mieli duży potencjał i wysoką inteligencję. Gdyby Christina zdobyła się wreszcie na odwagę, by stać się sobą i kształtować swoje życie, mogłaby przestać swoją matkującą postawą sugerować mężczyznom własną słabość i pozwolić członkom rodziny na rozwój. W końcu Christina zauważyła, że we własnej rodzinie powtarzała dokładnie to samo, co odrzucała u matki i co dało jej tak mało czułości i akceptacji jako kobiecie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?