Kochaj siebie a nieważne z kim się zwiążeszTekst

Autor:Eva-Maria Zurhorst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jak krople wody – fenomen Borisa Beckera

Uwielbiam przeglądać prasę bulwarową. Wśród gwiazd zdarzają się rzeczy, które dla reszty świata są zakazanym owocem, albo takie, na które reszta świata żywo reaguje, grożąc palcem. Między Hollywood i Centrecourt, od Monako po Berlin można spotkać coś, co nazywam fenomenem Borisa Beckera: po pierwszym poważniejszym i dłuższym związku następuje nieoczekiwane rozstanie, a potem, w krótkich odstępach, wiele bliźniaczych romansów. Między premierami filmowymi, wręczaniem Oscarów i Oktoberfest2 zdarta płyta powtarza stale tę samą piosenkę i zawsze zacina się w tym samym miejscu u gwiazd filmowych, sportowców i książęcych córek. Po pierwszej miłości przypieczętowanej zazwyczaj małżeństwem, a zakończonej rozwodem, pojawia się seria partnerów sprawiających wrażenie sobowtórów. Sławni ludzie rozstają się, aby związać się z kimś o zadziwiająco podobnym stylu i wyglądzie. Wszyscy zdają się szukać czegoś, czego właściwie nie chcieli już mieć – powtórki z pierwszego związku. Fotografowie utrwalili na zdjęciach pewnego znanego rozwodnika z tuzinem kandydatek na następczynię pierwszej małżonki. Wszystkie były do niej podobne jak dwie krople wody. Ów znany człowiek miał najwyraźniej granicę bliskości i zażyłości, której nie potrafił przekroczyć nawet z nowymi partnerkami

Od czasu do czasu gazety bulwarowe publikują zestawione fotografie byłych małżonków i wówczas nie tylko żyjący z plotek dziennikarze zastanawiają się głośno, dlaczego taki Boris Becker nie zatrzymał swojej żony Barbary i dzieci. Dlaczego wybiera co rusz ten sam typ kobiety o cudzoziemskim, ujmującym wyglądzie, jeśli nie potrafi z nim żyć? Ale już podczas lektury autobiografii opisującej ów wyjątkowo burzliwy okres życia tenisisty zaczyna się to rozumieć. Boris Becker szuka czegoś, co wszystkie te kobiety mogły mu dać w równie niewielkim stopniu jak Barbara – szuka samego siebie.

Boris Becker podejmuje w autobiografii próbę konfrontacji z własną osobowością, pozwala na jawny wgląd w swoje dotychczasowe życie. Przedstawiając książkę, podkreśla, że chodzi mu o prawdę, nawet niewygodną. Przyznaje się do okresowych uzależnień od alkoholu i leków i wyraża publicznie żal za skok w bok. Autobiografia ta sprawia wrażenie autoterapii, przypomina futbolowe wybicie piłki na aut. W wywiadzie, którego Becker udzielił czasopismu „Gala”, tenisista wyznaje: „Była to dla mnie skrajnie trudna sytuacja. Jak miałem sobie poradzić z tą niesamowitą jawnością, z tą presją? Kogo miałem pytać, przecież nikt nie doświadczył tego w tej formie”. Mówi też: „Maszyna Boris Becker musiała działać. Tylko wtedy płynęły pieniądze. Na zewnątrz wszystko było w porządku, za fasadę nikt nie chciał zaglądać. Byliśmy upojeni, to był świat jak ze snów”.

Boris Becker – jak wiele innych znanych postaci – zagubił się pod presją publicznej roli. Jeśli nie możemy już odczuwać samych siebie, poszukujemy uznania i tego związku u innych. Ale jeśli nie możemy odczuwać siebie samych, nie możemy również odczuwać ludzi, którzy są nam bliscy. Możemy tylko jak automaty powtarzać zbiór wewnętrznych, sprzecznych wzorów tak długo, aż spotkamy nas samych.

O łyżwiarce Katharinie Witt można było przeczytać kiedyś lapidarną informację, że po pierwszej miłości „rozstała się właśnie z numerem co najmniej ósmym”. Wiadomość uzupełniona była szeregiem zdjęć, na których widać było, że jej nowi mężczyźni są sobowtórami dawnego partnera. Katharina Witt oświadczyła w wywiadzie, że jest „bezgranicznie smutna”, że ponownie spotkała niewłaściwego człowieka. Jeden z byłych narzeczonych skomentował ową długą serię rozstań z innego punktu widzenia: „Gdy jesteś w związku z Kathariną, możesz jako mężczyzna robić, co chcesz, a i tak będziesz tylko tragarzem jej walizki”. Przyzwyczajona do sukcesów sportsmenka oświadcza na to, że pragnie czegoś wręcz odwrotnego, w żadnym wypadku nie chce być z kimś, kto się jej podporządkowuje: „Chcę być z moim partnerem szczęśliwa i równouprawniona. Jeśli to się kończy, próbuję znowu odnaleźć swe szczęście”.

Szukając szczęścia, zazwyczaj szukamy nowego drugiego człowieka. Ktoś, kto tak jak Katharina Witt pragnie równouprawnienia, a znajduje podporządkowanie, odnajdzie swe szczęście dopiero wtedy, gdy niezależnie od tego, z kim jest, rozwiąże swój wewnętrzny konflikt. Wszystkie sławy, których poszukiwania szczęścia możemy śledzić w środkach masowego przekazu, mają więcej możliwości, pokus i niezależności – ale ludzi tych prześladuje od każdego rozstania do kolejnego związku to samo zjawisko co innych: tkwi w nich świadome pragnienie związku, któremu przeciwdziała nieświadomy program. Wykrycie i uznanie tego konfliktu jest naszym podstawowym zadaniem.

Jeśli nie wykonamy tej wewnętrznej pracy, jeśli nie będziemy obserwować, dlaczego w określonym miejscu życia i związków płyta się zacina, będzie ona tak długo zaczynała grać od początku, aż w końcu nieszczęśliwi popadniemy w rezygnację i staniemy się notorycznymi uwodzicielami bez serca. Nasz świadomy rozum nie może wykonać tej pracy sam. Nawet jeśli mamy najszczersze zamiary, że nie wstąpimy już w taki związek, nie będziemy przeżywać czegoś podobnego, że kogoś takiego nie będziemy więcej chcieli, nawet jeśli całkowicie świadomie zdecydujemy się na przeciwieństwo ostatniego partnera i będziemy absolutnie pewni, że „teraz wszystko będzie inaczej!”, nasze ukryte wzorce, przekonania i okaleczenia doprowadzą do powtórki.

A wszystko miało być inaczej

Hilda zgłosiła się do mnie tuż po rozstaniu z długoletnim przyjacielem, który zdradzał ją w coraz krótszych odstępach czasu. Można powiedzieć, że jej nowy mężczyzna wyzwolił ją z ramion Don Juana o zimnym sercu. Wszyscy byli szczęśliwi, ponieważ nowy mężczyzna był nie tylko z wyglądu całkowitym przeciwieństwem tego pierwszego; każdy mógł dostrzec, że był również serdeczniejszy i troskliwszy. Walczył ze wszystkich sił o jej serce, ożenił się z nią i został ojcem jej dzieci. Lata mijały, a nowy mężczyzna przechodził metamorfozę. W pewnej chwili zaczął nawet jeździć takim samym samochodem jak były Hildy. Kiedyś zdradził swoją żonę w sposób jeszcze bardziej skandaliczny i jeszcze bardziej bezwzględnie niż poprzednik.

Pierwszy mąż Karin bił ją i żył z jej pieniędzy. Przyjaciele mówili: „To był po prostu porywczy, egoistyczny facet”. Wszyscy zgodnie twierdzili, że na takiego typa Karin sobie nie zasłużyła. Dobrze, że się rozstali. Następny wydawał się ulepiony z zupełnie innej gliny – był czuły, wrażliwy, wspaniałomyślny. Wydawało się, że wszystkiemu przyświeca dobra gwiazda. Ale pewnego razu nie dało się ukryć podbitego oka Karin. Nowy mężczyzna też ją bił. Po rozstaniu musiała opuścić jego dom i znowu została bez grosza. Przy trzecim mężczyźnie wydawało się, że zdarzył się cud. Był rzutkim przedsiębiorcą i nosił ją na rękach. Ubóstwiał ją i podarował jej połowę domu. Kiedyś jednak mężczyzna ten stracił swoje przedsiębiorstwo i nerwy. Bił ją, a że była współwłaścicielką majątku i poręczycielką kredytów, kiedy zbankrutował, zbankrutowała i ona.

Nawet jeśli uważasz te przykłady za smutne, pojedyncze przypadki lub za niewiarygodne zbiegi okoliczności – związki działają według stałych prawidłowości, których nasz świadomy rozum nie chce dostrzec lub nie potrafi pojąć. Każde Twoje wewnętrzne wyobrażenie, każdy lęk, każda postawa obronna ukryta na dnie serca będzie się przejawiała w Twoim związku. Możesz marzyć o wyśnionej kobiecie, ile wlezie – tak długo, jak długo żywisz nieświadomy lęk przed kobietami lub lekkie, może nawet od pokoleń dziedziczone wątpliwości co do ich nienaganności, będziesz się spotykał z tymi poglądami na zewnątrz. Nawet jeśli wydaje Ci się to przesadą, podczas lektury tej książki zrozumiesz, że niezadowalające związki, których nie chcesz, tworzysz na własne życzenie.

Dzięki Bogu księżniczki zamieniają się w żaby

Niektórzy czytelnicy mogą odbierać z niepokojem twierdzenie, że są wyraźne prawidłowości, według których przebiega związek. Obawiają się może, że trzeba odrzucić zbyt wiele romantycznych złudzeń. Zgadza się! Z odrzuceniem każdej romantycznej iluzji pojawić się może prawdziwa miłość. Rozglądamy się na wszystkie strony za wytwornymi książętami galopującymi na koniu, mamy nadzieję, że wreszcie jakaś księżniczka bez skazy rzuci chusteczkę na ziemię. Przeszukujemy wieże zamkowe i fosy wokół twierdz, aby znaleźć doskonałych partnerów, a odkrywamy co najwyżej przeciętnych książąt i tuzinkowe księżniczki. Jeśli mimo tego rozczarowania wiążemy się z nimi, zmieniają się oni w małżeństwie w żaby, których znowu – całkowicie pozbawieni iluzji – chcemy się pozbyć.

Pewien mądry mężczyzna powiedział: „W chwili, w której zakochujesz się w drugim człowieku, rozpoczyna się jego proces przemiany w żabę”. Dla tego mądrego człowieka nie jest to powód do niepokoju: „W byciu żabą nie ma nic złego – żaby są cudowne. Cały świat jest pełen żab”. Twierdzi on, że powinniśmy być zadowoleni, że książę lub księżniczka z naszych snów okazali się żabą, bo prawdziwi książęta rzadko interesują się takimi żabami jak my. „Przyjmijcie lepiej wreszcie do wiadomości, że jesteście tylko żabami, i zainteresujcie się naprawdę innymi żabami”. Takie rozwiązania wszystkich romantycznych zawirowań proponuje ów mądry człowiek.

Jeśli chodzi o związki, osobiście najbardziej cenię bajkę o Pięknej i Bestii. Proponuje ona, aby nie rozstawać się ze swoją wysuszoną, starzejącą się żabą płci męskiej lub coraz bardziej kapryśną, pomarszczoną żabą płci żeńskiej. Proponuje ona natomiast, aby tę niepociągającą, odstraszającą Bestię u swego boku pokochać z całą namiętnością i oddaniem, aż – dzięki bezwarunkowej miłości – przedzierzgnie się ona w księcia lub księżniczkę.

Wszyscy mamy w głowach wizje ludzi idealnych – pięknych, silnych, mądrych, wrażliwych, czułych i wykształconych. Spotyka się setki zestawów takich wymagań, które nosimy w sobie, zależnie od tego, jak dorastaliśmy. Kto dla jednego jest księciem, dla drugiego jest potworem. W każdym razie zawsze mierzymy naszych partnerów według naszych zupełnie osobistych książęcych wzorców. Skoro tylko nie odpowiadają oni tym miarom, stwierdzamy zaraz, że są albo żabami, albo Bestiami.

 

Prawdziwa miłość nie zna takich wymagań. Rodzice niepełnosprawnych dzieci to wiedzą – kochają je nie dlatego, że takie są; kochają je po prostu, często bardziej bezwarunkowo, niż mogli sobie kiedykolwiek przedtem wyobrazić. Nawet jeśli wydałeś na świat zdrowe dziecko, wiesz, jak głęboko i z jakim oddaniem można kochać wrzeszczące i marudne Bestie, które w naszych sercach przeistaczają się w książęta lub księżniczki.

Małżonkowie, rodzice, kochankowie

Czy zastanawiałeś się już kiedyś nad rozwodem ze swoimi dziećmi? Gdy partner nie odpowiada naszym oczekiwaniom, chcemy nowego. „Tak, zgadza się” – potwierdzą niektórzy. Znacie ludzi, którzy przy drugiej próbie z nowym partnerem żyją harmonijniej i zgodniej. Ja też takich znam. Niektórzy przed drugim związkiem przeszli fazę prawdziwej, głębokiej transformacji i rozwoju osobowości. Większość wytworzyła w sobie jednak dystans do przyczyn bólu, a nie do samego bólu. Wielu znajomych ma dzieci z pierwszym partnerem. Tworzą z nim parę rodziców, nie małżonków. Z nowym partnerem często nie są małżonkami, lecz parą kochanków.

Chcę przez to powiedzieć, że bycie parą małżeńską oznacza bycie ojcem, matką, kochankiem i kochanką, ukazywanie całego siebie bez wyjątku. „Gdy dwoje ludzi stanie się jednym ciałem na ziemi” – mówi się czasem przy ślubach kościelnych… Nie rozumie się przez to ani romantycznego zespolenia, ani spotkania dwojga idealnych partnerów, ani próby sklejenia syjamskich bliźniąt i braku własnej przestrzeni. Małżeństwo oznacza wprawianie się w miłości do odmienności drugiego człowieka i coraz głębsze doznawanie przy tym – jakby w nagrodę – siły własnego serca. Oznacza to przejęcie odpowiedzialności za siebie, za indywidualne przestrzenie swobody i za granice. Prowadzi to do najprawdziwszego spotkania drugiego człowieka.

Wszystko polega na tym, aby tego drugiego człowieka rozpoznać i przyjąć w jego rzeczywistej postaci. Jest on tak samo przeciętnym człowiekiem jak Ty. Oznacza to stałe ćwiczenie się w odmienności, świadomości tego, że się inaczej działa i myśli, w akceptowaniu i integrowaniu słabości i niepowodzeń. Małżeństwo jest jedną z najbardziej konsekwentnych dróg własnego rozwoju i akceptacji drugiego człowieka. Oznacza w codziennym życiu przede wszystkim osobisty rozwój. W swoim najgłębszym, duchowym sensie małżeństwo to wspólne pokonanie iluzji rozdzielności. Rozumiem przez to nie fizyczne rozdzielenie w przestrzeni, lecz rozdzielenie duchowe: rozdzielenie poprzez odrzucenie, ocenę i potępienie.

Rodzicielstwo oznacza odpowiedzialność, troskę, dawanie i karmienie. Być parą kochanków oznacza: otrzymywać, odkrywać, grać, oddawać się z pełnym zaufaniem. Życie nigdy nie jest jednym albo drugim. Obie te zasady współgrają w nas. Jeśli podzielisz życie na dwie części, jeśli w jednym związku żyjesz jako partner rodzic, a w drugim jako partner kochanek, przenosisz to wewnętrzne rozdarcie na zewnątrz. W związku z dawnym partnerem chodzi najczęściej o pieniądze, obowiązki, wychowanie, uzgodnienia i odpowiedzialność. Z nowym – budzi się do życia namiętność, wolność, odkrywczy duch. Z nim uwalniamy się często od starych rodzinnych lub społecznych oczekiwań i pozwalamy sobie na długo tłamszoną, a zarazem wyczekiwaną część siebie. W pewnym sensie próbujemy z tym człowiekiem dorosnąć.

Rozwód ze starym bólem

Z poprzednim partnerem robiliśmy wiele rzeczy tak, jak to „się robiło”, zgodnie z naszym pochodzeniem. Zabrnęliśmy w ślepy zaułek powtarzających się procedur i rutynowych działań. Nieświadomie powróciliśmy z czasem do dawnych, rodzinnych wzorców. Czasami nawet wychowywaliśmy dzieci tak, jak wychowywali nas nasi rodzice. I stało się tak, chociaż przysięgaliśmy sobie, że będziemy robić wszystko inaczej. Dawny partner ucieleśnia dawny „dom” – tutaj nie wolno nam być sobą, tutaj mają swoje przyczyny nasze najgłębsze rany. Poprzez rozstanie opuszczamy „dom” i odzyskujemy wolność. Tragizm tej sytuacji polega na tym, że musimy żyć ze wszystkimi starymi uwarunkowaniami i wzorcami, które nałożono nam w naszym dawnym, prawdziwym domu – i to tak długo, jak długo nie zostaną nam one uświadomione i dopóki ich nie uleczymy. Czujemy się zatem wreszcie swobodnie i lekko z nowym, a cały dawny ból i wszystkie przymusowe zależności łączymy z poprzednim partnerem. Znowu jesteśmy rozdarci. Tym razem jednak rozdzieliliśmy nasze pole napięć na dwie osoby: jeden człowiek wydaje się właściwy, a drugi nie.

Nowy związek utrzymuje tak długo swoją magiczną moc, jak długo jest wolny od zależności i zobowiązań. Zaobserwuj kiedyś, jak zmieniają się nowe związki, gdy pojawiają się w nich takie tematy jak pieniądze lub dzieci. Może będziesz miał odwagę uczciwie zobaczyć, ile miejsca po rozstaniu może dalej zajmować dawny, „negatywny” związek. Odkryjesz, że wprawdzie ktoś może kiedyś kogoś opuścić, ale oboje mogą się zamęczać w nieskończoność niszczycielskimi, smutnymi, mściwymi, pełnymi poczucia winy i nostalgii myślami. Problemy i napięcia mogą całymi latami albo całe życie rozniecać nieskończenie dużo namiętności i przywiązania dwojga dawnych partnerów. Znam mnóstwo par po rozstaniu, które z biegiem czasu odkrywają, że wyrzucenie z domu, wyprowadzka, rozwód nie mogą spowodować rozstania w sercu, że odrzucenie lub nienawiść mogą jednoczyć tak samo jak miłość.

Mówisz: „Przecież związek za wszelką cenę nic nie da, po co zostawać z mężczyzną, który bije partnerkę, lub z kobietą, która zdradziła partnera?”. Oczywiście, że to nic nie da. Nie opowiadam się za związkami aż po grób ani za praktycznym życiem razem wtedy, gdy partnerzy dawno odeszli od siebie. Mnie też smutno nastrajają spotkania z parami, które mieszkają pod jednym dachem, ale dzieli je więcej niż tych małżonków, którzy odważyli się wyciągnąć wnioski z sytuacji i rozstać się. Ludzie zbyt często kończą skuci jednym łańcuchem, zamiast podążać wspólną drogą i wspierać się w wędrówce. Stoją sobie tylko wzajemnie na drodze – utrudzeni i odrętwiali.

Stara mądrość mówi: „Jeśli chcesz się pozbyć swych łańcuchów, pokochaj je”. Prawdę mówiąc, potrzebowałam lat, żeby pojąć właściwe znaczenie tych słów i zastosować je w moim małżeństwie. Może dzięki tym wywodom Tobie uda się to szybciej. Nie opowiadam się ani za rozwodem, ani za podtrzymywaniem związku za wszelką cenę. Moja pasja kieruje się ku żywotności, autentyczności i prawdzie. Książka ta ma Cię skłonić do ponownego odkrycia i zdobycia siebie. Ma ona zachęcić Cię do demaskacji Twoich życiowych kłamstw, abyś odkrył za ich fasadą Twoją prawdziwą życzliwość i energię życiową. Książka ta ma Ci pokazać, że na tej drodze odkryjesz także życzliwość i życiową energię otaczających Cię ludzi; że droga ku sobie samemu prowadzi prosto ku wskrzeszeniu siły, miłości i namiętności w Twoim związku.

Nowy związek – „Tęskniłem za życiem!”

Rudolf Scharping, wyznając publicznie po ponad trzydziestu latach małżeństwa nową miłość do hrabiny Kristiny Pilati, powiedział: „Długo myliłem politykę z życiem”. Scharping – jak wielu mężczyzn – przez dziesiątki lat wyznaczał ostrą granicę między swoim życiem uczuciowym i zawodowym, między samym sobą i Rudolfem Scharpingiem – osobą publiczną. Jako świeżo zakochany mężczyzna przeszedł prawdziwą metamorfozę. W mediach przedstawiano go zawsze jako bezbarwną i pozbawioną charyzmy postać, w swojej partii – z powodu profesorskiego stylu bycia – nazywano go drwiąco Stwórcą. Ów sztywny polityk zgolił brodę i pokazywał się w nowych okularach i luźnych ubraniach, czuląc się serdecznie i promieniejąc u boku nowej żony. „Tak bardzo tęskniłem za życiem i tak bardzo chciałem nadrobić to, czego nie przeżyłem” – wyznawał, godząc się na drwinę i krytykę.

Do wielu rozwodów dochodzi dlatego, że ludzie nie mogą więcej znieść własnej sztywnej roli. Przede wszystkim dotyczy to mężczyzn – gorset, który wytworzyli w czasie kariery, staje się powoli za ciasny. Rozstają się z żonami, aby wyswobodzić się z własnej historii. W przypadku Rudolfa Scharpinga wydawało się, że musiał opuścić zwykłe życie rodzinne, aby wreszcie stać się prawdziwym sobą. Hrabina Pilati była drugą taką próbą. Dla niej był to trzeci raz.

Jeśli jednak takie odnalezienie siebie nie jest spowodowane rozwojem, lecz wywołuje je raptownie czynnik zewnętrzny – chociaż jest przypisane wyłącznie spotkaniu z drugim człowiekiem – jego skutki docierają głęboko i nagle do wszystkich obszarów życia. Proces przemian, który wymaga lat świadomych decyzji, osobistego, stopniowego rozwoju i odważnej pracy, toczy się jak orkan przez uporządkowane życie Scharpinga i stanowi ucztę dla żądnej nowinek prasy. Działania i decyzje wyzwalane przez wezbrane emocje początkowego stadium zakochania wydają się przesadne i niespodziewane. Nadwerężają wizerunek osoby publicznej, która od dawna jest już przyzwyczajona do tego, że musi działać zgodnie ze stereotypami i własną rolą.

Rudolf Scharping też nie potrafił wytłumaczyć obserwatorom, że fale młodzieńczego szczęścia tak łatwo porywają człowieka, który w sytuacjach kryzysowych dowodzi armiami i ponosi odpowiedzialność za setki ludzi. Jego urząd ministerialny stał się obiektem przedstawienia wokół jego nowej miłości i potrzeby jej publicznego udokumentowania, co stanowi z perspektywy tej książki inną możliwość osobistego rozwoju. Dla Scharpinga była to ponowna szansa wyznania osobistej prawdy i wyrośnięcia ponad starą, pełną władzy, ale skostniałą maskę. Autentyczność, która rośnie w człowieku po takim kryzysie, daje mu prawdziwą wewnętrzną siłę przekształcania społeczeństwa. Scharping mógł dzięki tej autorefleksji rozwinąć w sobie moc i połączyć politykę i życie zgodnie z własnym życzeniem.

Związek Kristiny Pilati i Rudolfa Scharpinga wyróżnia się spośród ich poprzednich związków podwyższoną gotowością do komunikacji i odwagą ponoszenia konsekwencji w imię miłości. Podczas pierwszego małżeństwa Scharping poświęcił wszystko polityce, tym razem nie chciał poskramiać uczuć i ukrywać wrażliwości. Był gotów publicznie ogłosić własną prawdę. Kristina Pilati również prezentuje się jako osoba dojrzalsza: „Gdy jest się w starszym wieku, zauważa się, że życie jest bardzo cenne, i jest się szczęśliwym, jeśli w ogóle można kochać”.

Oboje wspólnie nauczyli się czegoś o miłości. Siła przyciągania, która bije od nowego partnera, uruchamia burzliwy proces otwarcia, na które w pojedynkę nie mieli siły i odwagi. Rudolf Scharping podsumowuje pierwszą fazę życia z nową żoną następująco: „Tina i ja przeszliśmy w ostatnich trzech latach przez wiele czyśćców, ale przede wszystkim zdołaliśmy zbudować wzmacniającą wspólnotę”.

Nowy partner to wyzwanie; przypomina o idealnym obrazie nas samych, który dawno zarzuciliśmy. Odkrywamy w nim coś z siebie, za czym od dawna tęskniliśmy i co pogrzebaliśmy, dostosowując się. Kiedy tę część siebie ponownie dostrzeżemy w świecie zewnętrznym, coś się w nas budzi. Jeśli zeszliśmy z właściwej drogi, jeśli głód naszej właściwej żywotności czeka od dawna na zaspokojenie, jesteśmy gotowi przekroczyć ciasną, ograniczoną przestrzeń starego związku i wejść na nową, najczęściej zakazaną przestrzeń. W rzeczywistości przekraczamy wówczas własne granice. Potajemnie i wbrew moralności znajdujemy kochanka, aby w nim odkryć tę część siebie, której nam kiedyś zabroniono i którą uznaliśmy za martwą.

Rudolf Scharping długo mylił politykę z życiem. Po dziesiątkach lat usztywnienia i zorientowania na świat zewnętrzny natchnęło go pragnienie nadrobienia zaległości – był tak wypełniony tęsknotą za sobą samym, że gotów był otworzyć się na życie. Spotkał kobietę, w której mógł ponownie doznać siebie samego. Zebrał się na odwagę, aby ponieść konsekwencje tego zmartwychwstania, aby wyjawić własne uczucia, przyznać się do siebie samego, a nawet się ośmieszyć; zdjąć starą, społecznie akceptowaną maskę, przestać być miłym i uprzejmym kosztem własnej energii życiowej. Na pytanie: „Do jakiego przekonania doszedł Pan po ponad trzydziestu latach uprawiania polityki?” odpowiada: „Nigdy nie stwarzaj zagrożenia dla tego, co robisz, dla Twoich przekonań, Twojego charakteru i prywatnego szczęścia”.