Kochaj siebie a nieważne z kim się zwiążeszTekst

Autor:Eva-Maria Zurhorst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

PRZEDMOWA

CZĘŚĆ I Stacja końcowa małżeńskiej codzienności

Rozdział 1 Poślub kogo chcesz

Rozdział 2 Bierzesz ślub z niewłaściwych powodów

Rozdział 3 Twój partner gra w twojej sztuce

Rozdział 4 Im większe zakochanie, tym większy zawód

Rozdział 5 Wyuzdany? Zimny jak lód?

Rozdział 6 O furiach i słabeuszach

Rozdział 7 Gdzie dwoje się kłóci, trzeci nic nie zyskuje

Rozdział 8 Rozstanie – odroczone rozwiązanie

CZĘŚĆ II Powrót do miłości

Rozdział 1 Prawdziwa miłość lub sprawa z bogiem

Rozdział 2 W Twoim małżeństwie są kłamstwa

Rozdział 3 Przygoda z codziennością

Rozdział 4 Wybaczaj – nie zmienisz nikogo

Rozdział 5 Pragnienie miłości

Rozdział 6 Dzieci miłości

Rozdział 7 Miłość – praca, wytrwałość, dyscyplina i żniwa

POSŁOWIE

PODZIĘKOWANIA

WYKAZ LEKTUR

Tytuł oryginału

LIEBE DICH SELBST UND ES IST EGAL, WEN DU HEIRATEST

Redakcja

Barbara Chojnacka

Korekta

Małgorzata Denys Beata Wójcik

Projekt okładki

Pola Raplewicz & Daniel Rusiłowicz DEERHEAD Sp. z. o.o.

Ilustracje na okładce

© Marish / Shutterstock

© Le Chernina / Shutterstock

Redaktor prowadzący

Anna Brzezińska

Copyright © 2004, 2009 by Arkana Verlag, a division of Verlagsgruppe Random House GmbH, München, Germany

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie III

ISBN 978-83-8015-732-3


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Wölfa i Annaleny, dla Ruth i Eberharda

Miłość zdobywa mnie, pokonuje i obezwładnia.

*

Nie kochałem jej dlatego, że pasowaliśmy do siebie.

Po prostu ją kochałem.

Robert Redford w roli Toma Bookera

w filmie Zaklinacz koni

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PRZEDMOWA

PRZEDMOWA

Nie poddawaj się

Wiem, że to jest możliwe. Wiem, że z Twojego związku może powstać taki związek, jakiego sobie życzysz. Los złożył tę książkę w Twe ręce. Być może dostałeś ją w prezencie od jednego z życzliwych przyjaciół. Być może czytasz te pierwsze słowa, bo ktoś powiedział: „Słuchaj, jeśli chcesz uratować swój związek, przeczytaj wreszcie coś takiego”. Być może Twój partner wygrażał Ci tą książką jak wałkiem do ciasta: „Zrób wreszcie coś dla naszego małżeństwa!”. Być może natrafiłeś na nią w księgarni, na jakimś treningu albo na nocnym stoliku. Powiedziała: „Otwórz mnie i czytaj”. Może już od dawna poszukiwałeś odpowiedzi na pytania, nowego spojrzenia, głębokiej zmiany w Twoim życiu erotycznym… Jeśli czytasz te słowa, bądź pewien, że świadomie lub nieświadomie pragniesz wzbogacić Twój związek lub odnaleźć związek głęboki. Bądź pewien, że książka ta zapadnie w Twoje serce, nawet jeśli rozum mówi Ci jeszcze coś innego.

Być może straciłeś już nadzieję, że Twoje małżeństwo będzie głębsze i pełniejsze, że uda Ci się z partnerem, być może Twój partner ma romans albo Ty romansujesz co jakiś czas; fizyczna miłość nie daje już spełnienia; być może ciągle się tylko kłócicie; puste życie płynie, a Ty oszczędzasz siebie i Twojego partnera miłymi, ale pustymi uprzejmościami. Być może nie potrafisz wybaczyć i jesteś więźniem własnej niechęci. Może toczysz wojenki z powodu niezakręconej tubki pasty do zębów i okruchów na stole i jesteś przerażony domowym wyścigiem zbrojeń. Być może przeczytałeś już dziesiątki książek, bywałeś na warsztatach, przeszedłeś terapię dla par, a mimo to nie wierzysz, że można uratować Twój związek.

Mimo to może się udać! Wszystko może się obrócić o sto osiemdziesiąt stopni, dwoje ludzi może połączyć się ponownie lub po raz pierwszy naprawdę. Wiem, że to możliwe, nawet jeśli zakrawa na cud. Czasem jest to cud. Ale zależy to tylko od Ciebie. Możesz prowadzić takie życie, jakiego sobie życzysz, i z tym partnerem, którego masz, niezależnie od tego, jak daleki, nieciekawy i odrażający Ci się wydaje. Wiem, bo sama to przeżyłam. Jako specjalistka od związków jestem być może złym przykładem, ponieważ od lat zajmuję się tym tematem, wiele o nim czytałam i uczyłam się od wspaniałych i kompetentnych nauczycieli, i pracowałam nad uzdrowieniem związków z wieloma ludźmi. To na pewno ważne. Ale prawda brzmi: Wiem, że to możliwe, bo moje małżeństwo trwa do dziś, i z całego serca jestem za to wdzięczna mężowi.

Od początku nie uważano nas za dobraną parę. Bywały lata, gdy nikt nie dałby złamanego grosza za nasze małżeństwo. Ale dzisiaj uważam, że ten rzekomy defekt zmusił mnie do poszukiwania prawdziwej siły drzemiącej w związku. Dziś jestem przekonana, że życie połączyło nas i rzucało nam tyle kłód pod nogi, abyśmy, pokonując je z rosnącą wiarą i uzdrawiając siebie, mogli wypełnić nasze życiowe zadanie. Bez tego wyzwania nigdy byśmy nie odkryli, ile miłości i cierpliwości, siły i odwagi od dawna mieszkało w naszych sercach, nigdy byśmy się nie dowiedzieli, że dwoje ludzi może pokonać wszystkie przeszkody nie do pokonania. Nie potrafiłabym powolutku uznać, że wszystko we mnie jest w porządku. Nie mogłabym napisać tej książki.

„Wiem, że to możliwe!” – to właściwa, autentyczna siła mojej pracy. I siła tej książki. Za to jestem głęboko wdzięczna mojej córce i mężowi.

Dlaczego powstała ta książka?

Odejść, by powrócić

Nie chciałam napisać tej książki. Musiałam to zrobić. Ona po prostu nie zostawiała mnie w spokoju, wszędzie dawała znać o sobie. Chciała przyjść na świat, i to najwyraźniej dzięki mnie.

W moim życiu chodziło zawsze o badanie stosunków międzyludzkich, jednak przez długi czas nie byłam tego ani trochę świadoma. Miałam bardzo wiele własnych celów, planów i życzeń, ale gdy chciałam je spełnić, wszystko układało się zgoła inaczej. Życie prędko przyzwyczaiło mnie do tego, że nie mogę go kontrolować ani o nim decydować, że rozwija się samo, a ja mogę tylko patrzeć, jak się toczy. Wbrew mojej woli życie nauczyło mnie, że jest ono – cykl za cyklem – w ciągłym ruchu, zawsze w trakcie zmian. Że zmiany te są właściwym sensem mojego życia; że w każdym cyklu kolejne rzeczy dopełniają się i umierają; że wiedzie mnie to ku nowemu porządkowi, nowym wartościom i rozwija mnie, a tym samym prowadzi do nowego wymiaru życia.

 

Z każdym nawrotem, który niegdyś mnie przerażał i wstrząsał mną, uczyłam się ufać, że zawsze pojawi się coś nowego. Uczyłam się czujności, wyczucia kierunku i sensu życia. Uczyłam się rezygnować z przyzwyczajeń i wzorców, które powstrzymywały mnie od bycia tym, kim chciałam być. Uczyłam się ufać, że ta nieznana, rozciągająca się przede mną droga to najlepsza część podróży. Że na najbliższym rozstaju znów czeka szansa zrozumienia, co da mi szczęście w życiu. Nauka ta nigdy się nie kończyła. Jak drogowskaz zawsze odzywało się we mnie coś obcego – jakaś skaza, pozorna ułomność – i otwierało szlak prowadzący do głębszego i prawdziwszego niż kiedykolwiek przedtem uczucia spełnienia. Musiałam stale znosić zmiany, to, że znajoma przestrzeń opróżnia się po to, aby zrobić miejsce na nowe. Chociaż długo byłam tego nieświadoma, w moim życiu chodziło o zgłębianie stosunków międzyludzkich i pogodzenie się z samą sobą.

Jako pięciolatka często czułam się samotna. Nachodził mnie czasami tak dziwny strach, że nie odważyłam się z nikim o nim rozmawiać. Miałam uczucie, że życie jest nierealne. Obserwowałam ludzi i zadawałam sobie pytanie, czy wszyscy też to zauważają. Z lękiem wyobrażałam sobie, że osoby wokół mnie są aktorami, którzy wymyślili tę sztukę teatralną; że być może jestem jedyną osobą, która uważa to wszystko za prawdę. Jedyną osobą, która zna prawdziwe uczucie strachu i potrafi się cieszyć. Albo zastanawiałam się nad tym, czy aby nie jest odwrotnie: może tylko ja przeczuwam, że coś w tym życiu nie jest rzeczywiste; że dlatego czuję się wyobcowana i samotna, a inni są szczęśliwi i zadowoleni.

W szkole, wśród ludzi, miewałam często silne napady migreny, które mogłam znieść tylko w ciemnym pokoju. Jako nastolatka doznawałam w tłumie nagłych hiperwentylacji prowadzących do omdleń. Ledwo osiągnęłam pełnoletniość, opuściłam rodzinne miasteczko, a raczej z niego uciekłam, wystąpiłam z Kościoła katolickiego w nadziei, że gdzie indziej znajdę wiarę i poczucie przynależności. Około dwudziestki wyjechałam na szczęście do Egiptu jako dziennikarka. Kulturowy, religijny i fizyczny dystans do dotychczasowego życia obudził moją ciekawość. Byłam zafascynowana wszechobecnością religii w tamtejszym życiu codziennym. Życie i wiara nierozerwalnie się tam splatały. Cena za to była wysoka. Ulice Kairu, nad którymi unosił się śpiew muezinów, były pełne groźnych i lubieżnych męskich oczu oraz kobiet pozostawionych na pastwę losu.

Zanim ukończyłam trzydzieści lat, wewnętrzne poszukiwania zagnały mnie aż na Przylądek Dobrej Nadziei. Ale nawet w kraju czerni i bieli nie mogłam znaleźć jasności. Stałam się wędrowcem między dwoma światami i spotkałam ludzi, którzy, choć mieli inny kolor skóry i walczyli ze sobą, żywili te same, głębokie tęsknoty. Po dwóch latach okazało się, że trzyminutowe relacje radiowe o apartheidzie są dla mnie gwałtem na prawdzie i nie mogę już pracować jako korespondentka. Kwestie, które poruszały mnie w rozmowach z radykalnie prawicowymi, noszącymi swastyki Afrykanerami lub bojownikami podziemia torturowanymi przez lata, były raczej natury psychologicznej niż politycznej. Zaczęłam rozmawiać o RPA z niewidomymi. Nauczyli się oni wyczuwać węchem i słyszeć inny kolor skóry. Wszystko wydawało mi się absurdalne. Marzyłam tylko o jednym – chciałam doprowadzić do zbliżenia ludzi o różnych kolorach skóry. Aby pozostać wierną moim doświadczeniom, zakończyłam dziennikarską karierę w RPA i napisałam książkę, w której mogłam poświęcić dostatecznie dużo miejsca moim złożonym, czasami zagmatwanym spotkaniom z ludźmi czarnej i białej rasy na Przylądku.

Gdy wróciłam do Niemiec, czekał mnie kolejny etap nauki w ramach projektu badawczego „Człowiek”. Właśnie runął mur berliński. Powierzono mi komunikację i sprawy kadrowe w dużym, dawniej wschodnioniemieckim przedsiębiorstwie w Berlinie. Ponad trzy lata byłam jedną z pionierek odbudowy wschodniej części Niemiec. Pewnego ranka w moim biurze dopadło mnie załamanie nerwowe. Miałam tego dnia przedstawić po raz pierwszy szerszej publiczności strategie komunikacyjne, które stworzyłam dla naszego przedsiębiorstwa. Załamanie to było jedynie zakończeniem całego procesu.

Wzdragałam się cała przed wygłoszeniem referatu. Napisałam go z największym trudem w typowo menedżerskim stylu: wykresy, liczby, diagramy, specyficzny język.

Wszystko to już od dawna mnie nie poruszało. Znowu chodziło o ludzi. Tym razem napięcie nie było czarno-białe. Odpowiadając za wewnętrzną komunikację w przedsiębiorstwie, awansowałam do roli nieoficjalnej tłumaczki między Wschodem a Zachodem, między grupą menedżerów i robotników. Prowadziłam treningi wspierające rozwój pracowników i seminaria o rozwoju osobowości, a prezes zarządu wyznaczał mnie na pośrednika we wszystkich negocjacjach. Ponownie stałam przed wyzwaniem pokonywania pozornie nieprzekraczalnych barier między ludźmi. Oficjalnie odpowiadałam za swój dział, jego pracowników i bieżące sprawy, ale wypełniał mnie badawczy duch i pragnienie zbliżenia ludzi z różnych światów.

Próbowałam sprostać tym wymaganiom jak najdłużej. Jako osoba z pozoru dynamiczna harowałam po dwanaście godzin dziennie, paląc jednego papierosa za drugim. Coraz częściej męczyły mnie medycznie nieuzasadnione zakłócenia rytmu pracy serca i zagadkowe stany lękowe. Grałam rolę, w której nie potrafiłam się odnaleźć. Załamanie nerwowe było tak silne, że wyrwało mnie z tego kieratu i zwróciło mi odwagę i wierność sobie samej. Nieświadoma przyszłości, złożyłam wypowiedzenie i zrezygnowałam z dobrze płatnej pracy. Musiałam pożegnać się ze sportowym samochodem, imponującym mieszkaniem w apartamentowcu, podróżami i noclegami w luksusowych hotelach. Wyremontowałam zniszczone mieszkanie w starym budownictwie i żyłam tam dość samotnie, utrzymując się z drobnych prac jako autorka tekstów reklamowych, bez jakiegokolwiek pomysłu na dalsze życie.

Byłam wyczerpana i wypalona, jak ktoś, kto w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania o naturę ludzką przemierzył daremnie cały świat. Miałam trzydzieści dwa lata, dość pokrętną drogę kariery przypłaciłam załamaniem nerwowym i po długiej tułaczce wylądowałam w pustelni. Dręczyło mnie tylko jedno pytanie: Jak odnaleźć spełnienie? Jak zrobić przy tym coś naprawdę sensownego? Jak stworzyć więź między ludźmi?

Dostałam dziwną odpowiedź – zaszłam w ciążę. Los sprezentował mi dziecko, które miało dość woli życia, aby ominąć barierę antykoncepcji. Na ojca wyznaczył przedsiębiorczego, młodego człowieka, który nie wiedział, co to wątpliwości, poszukiwania. Jego doświadczenia i spojrzenie na życie całkowicie różniły się od moich. Był ode mnie sześć lat młodszy i przyzwyczajony do tego, że bez ceregieli dostaje to, czego oczekiwał. Młodzieńczo atrakcyjny, zawsze w dobrym humorze, chciał się bawić, zwiększać obroty swojego przedsiębiorstwa i zawodowe wpływy. Prześcignąć starszych braci – tego chciał od życia.

Zanim mnie poznał, zajęty był przede wszystkim nocnym życiem i przelotnymi romansami. W kręgu jego przyjaciół i życiu codziennym sprawiałam wrażenie obcej, nie tylko dlatego że wyglądałam zupełnie inaczej niż drobne, prostolinijne istoty, które ten nieznany ojciec mojego dziecka miał przede mną. On też nie ucieleśniał moich ówczesnych ideałów – ale biło od niego ciepło i potrafił mnie rozbawić. Nie poraził nas grom od pierwszego spojrzenia, nie był artystą, utalentowanym architektem ani pisarzem – wirtuozem słowa, o którym zawsze marzyłam. Nie był barczystym mężczyzną, na którego ramieniu można się wesprzeć, nie poszukiwał sensu lub kobiety swojego życia.

Ja zawsze szukałam tego jedynego mężczyzny. Daremnie. W nadziei znalezienia go spotkałam na swej drodze dwie miłości i bardzo wiele miłostek. Moje serce nie znało spokoju. Bardzo chciałam zostać, oddać się bez reszty, ale coś gnało mnie dalej – od jednych odchodziłam z obawy, że mnie opuszczą, od innych – że mnie stłamszą. Wszyscy, którzy mnie znali, zgodnie twierdzili, że nikogo sobie nie znajdę.

Nasza znajomość przebiegała w niezbyt spektakularny sposób. Nie była to wspaniała, romantyczna historia. Ledwo go znałam. Nie byliśmy wymarzoną parą, co każdy mógł zauważyć. Ale byliśmy rodzicami, co każdy też mógł zauważyć. Było jasne, że urodzę to dziecko. „Poradzimy sobie jakoś!”. Zostawiliśmy wszystko za sobą, przeprowadziliśmy się do małego miasta i wzięliśmy ślub.

Dwa lata później nasza córka już chodzi. Nasze małżeństwo jest mieszczańskim muzeum nudy. Mama gotuje, tata pracuje. Właściwie nic nas nie łączy. Mój mąż coraz później i rzadziej wraca do domu, ja duszę się między piaskownicą a gromadami matek i ich raczkujących pociech. Kłócimy się coraz częściej. Niektórzy znajomi wiedzieli to od początku, innym wydawało się to nie do uniknięcia – między nami nie mogło się dobrze ułożyć.

Nic nie spełnia naszych oczekiwań, ale nie rozstajemy się. Dostosowujemy się. Mamy wiele rutynowych zajęć i miłych przyzwyczajeń. Wspólne dziecko. Najpierw przemykamy obok siebie pogrążeni duchowo i fizycznie w coraz większej ciszy. Toczą się potajemne i głośne wojny. W końcu – wygodny dzień powszedni i romanse, skoki w karierze, przeprowadzki, beznadziejność i nowe początki. Mimo to nie rozstajemy się. Zawsze, gdy dochodzimy do tej granicy, ogarnia nas smutek, pojawia się ciepłe uczucie głębokiej, wewnętrznej więzi, choć myśleliśmy, że już dawno się wypaliło. Nic dzikiego ani namiętnego – ciche, melancholijne uczucie, wspomnienie miłości, które niknie równie nieoczekiwanie, jak się pojawia.

To uczucie nie jest wprawdzie odpowiedzią na moje wewnętrzne poszukiwania, ale przyciąga mnie w magiczny sposób. Jest jak tajemny kod, który wystarczy złamać. Próbuję szukać tego uczucia. Zaczynam je rozpoznawać. Podskórnie przeczuwam, że w związku chodzi o coś innego niż o tę właściwą osobę. Coś mówi mi: „Nie rezygnuj!”. Znów odgradzam się od męża, tak jak wielokrotnie odgradzałam się od poprzednich mężczyzn. Tak, jeśli jestem zrozpaczona i wystarczająco szczera, muszę przyznać się sama przed sobą: to wszystko już znam. To nie ich wina! Stoję w punkcie krytycznym: w samym środku Township w RPA, przy murze berlińskim, między Wschodem a Zachodem. Na pilnie strzeżonej granicy między bliskością a ostatecznym podziałem.

Spotykamy się teraz częściej tam, gdzie otwierają się rany. Rozmawiamy, powoli zaczynamy przyglądać się światowi tej drugiej osoby z ciekawością, a nie ze strachem i oporem. Staję się badaczką związków, czytam każdą książkę na ten temat. Chodzę na seminaria, kształcę się na terapeutkę. Coraz częściej ośmielamy się ujawniać własną prawdę drugiej osobie. Mówiąc o tym, jak bardzo jesteśmy od siebie oddaleni, zbliżamy się. Z rosnącą odwagą zaczynamy rozmawiać z przyjaciółmi o naszym dalekim od ideału życiu małżeńskim. Innym nie powodzi się lepiej. Jesteśmy coraz bliżej siebie.

Mój mąż coraz częściej przychodzi do domu, a ja wracam do zawodu. Dziś, jako wykształcona terapeutka, pracuję z ludźmi, którzy wpadli – tak jak ja – w zawodowe pułapki. Ludzie są w centrum mojego działania. Zaczynam pojmować, że wiedzę o wszystkich przypadłościach, które przeszłam, można przekazać innym. Moje zawodowe poszukiwania, kręta droga, którą przebyłam, mają sens. Zaczyna się również budzić moje małżeństwo – sukces i spełnienie pojawiają się jednocześnie.

Na początku tej fazy moje życie zaczyna się cudownie układać. Poznaję dr. Chucka Spezzano. Blokady w moim małżeństwie zaprowadziły mnie na jego seminarium i teraz siedzę wśród stu pięćdziesięciu osób, i wiem tylko tyle, że mam do czynienia ze znanym amerykańskim specjalistą od związków, autorem wielu książek. Nie czytałam żadnej z nich.

Po dziesięciu minutach wykładu jestem tak poruszona, że nie mogę powstrzymać łez. Ten mężczyzna zna moje dążenia, każdą moją myśl. Jasno formułuje poważne tezy i zasady związków partnerskich – twierdzenia, które już od dawna „przeżuwam”, ale których głębokiej prawdzie nigdy do końca nie ufałam. Wygląda na to, że Chuck Spezzano spędził u nas w domu całe lata, ukryty jak szpieg za zasłonami. Z każdym przykładem i przypadkiem, z każdym dowcipem przekonuję się, że przejrzał mnie i mojego męża na wylot. Jestem wstrząśnięta, poruszona i jednocześnie – zbawiona.

Przez trzy dni władają mną głębokie poruszenie i łzy. Wiem, że dostałam odpowiedź. Wszystkie problemy sprowadzają się do miłości do siebie samej. Moje małżeństwo i moja praca prowadziły mnie już od dawna do rozwiązania zagadki mojego osobistego i terapeutycznego życia, ale, nieufna, jeszcze nigdy nie widziałam go tak jednoznacznie, szczegółowo i wyraźnie. Chuck Spezzano skierował tam spojrzenie i wreszcie rozkwitło we mnie zrozumienie. Byłam szczęśliwa i wypełniona badawczym duchem.

 

Mój sposób pracy zmienia się ponownie. Mój stosunek do męża także. Rozpuszczamy następną warstwę naszego małżeństwa: pokazujemy sobie jeszcze szczerzej wzajemną obcość i dajemy sobie przy tym zrozumienie i oparcie tam, gdzie od dawna toczyła się wojna. W nowej świadomości różnic i tęsknot trzeba coraz mniej słów, a komunikacja między nami jest o niebo lepsza. Przyjaciele nie wierzą własnym oczom. Odzyskaną siłę i miłość widać jak na dłoni. Na co dzień sprawiamy wrażenie świeżo zakochanej pary.

Okazuje się, że choroba, którą leczymy, nęka także naszych przyjaciół. Niemal co dnia ktoś opowiada mi o trudnościach w swoim związku; wydaje się, że coraz więcej mężczyzn, kobiet i par znalazło się w ślepej uliczce życia. Wczoraj jeszcze pogaduszki o pogodzie, dzisiaj rozstanie i zimne zgorzknienie: „Moja żona właśnie się wyprowadziła. Chce żyć ze swoim kochankiem”. Czasami jest czwórka małych dzieci, czasami oboje mają kochanków. Czasami panuje między nimi po prostu pustka, czasami trwa wojna. Epidemia się szerzy. Postępująca choroba kończy się prawie zawsze śmiercią – rozwodem. Związki rozsypują się gwałtownie i szybko jak domki z kart. Choć nikt nie chce się rozstawać, wszyscy czują się zmuszeni do ostatniego kroku.

W mojej praktyce temat rozpadu związków pojawia się okrężnymi drogami i niepostrzeżenie staje się najważniejszy. Przychodzą do mnie przede wszystkim mężczyźni, ciągle głodni sukcesów i zawodowego spełnienia. Zwykle wystarczają dwie rozmowy o poszukiwaniu celu życia i wszystko sprowadza się do stosunków z ludźmi: kolegami, współpracownikami, przełożonymi i – nieoczekiwanie dla moich rozmówców – także z partnerkami. Wielu traci oddech, panowanie nad sobą; leją się łzy. Domowy huragan przetacza się przez sam środek małżeńskiego łoża.

Mężczyźni ci wspięli się wprawdzie na wysokie szczeble kariery, ale razem z długo wzbierającą falą uczuć muszą się przyznać do tego, że ich poczynania dalekie są od ich zdolności i potrzeb. Lata świetlne dzielą ich od partnerek i rodzin. Zauważają, jak mocno pragną połączyć osobiste i zawodowe dążenia. Nastawienie na sukces traci powoli znaczenie, gdy można otwarcie mówić o wyniszczających trudnościach. Nagle pojawia się chęć rozmowy z partnerką, przyprowadzenia jej na wspólne spotkanie.

W końcu zauważam, że w praktyce spotykam się coraz częściej z problemami, które sama przeżywałam. Przychodzi coraz więcej par tak samo pozbawionych nadziei i zrozpaczonych jak ja. Większość jest zrezygnowana, pełna poczucia winy lub niepokoju o dzieci. Prawie nikt nie chce rozstania. Prawie nikt nie rozumie, jakim cudem wirus wkradł się do związku.

Chociaż ani nie wybrałam tej drogi świadomie, ani tego wyboru nie obwieszczałam, stałam się powoli, tak jak rzeka drąży koryto, specjalistką od związków. Moje małżeństwo było źródłem. Książki i kursy – pierwszymi roztopami. Chuck Spezzano był powodzią. Moi klienci – rwącą bez ustanku rzeką. Stali się oni moimi mistrzami. Z każdym ich pytaniem przez gęstwinę zależności coraz wyraźniej prześwitywała ścieżka. Z każdym pytaniem stwierdzałam, że w moich przeżyciach i doświadczeniach małżeńskich ukryte są prawidłowości. Że stosunki prywatne i zawodowe – a nawet konflikty rasowe – przebiegają zgodnie z tymi prawidłowościami. Że każda relacja powinna zostać zrozumiana i przeżyta tylko w swej istocie, a problemy w związku powinny skłaniać ludzi do leczenia ich własnego wnętrza. Że rozstanie nie jest rozwiązaniem, lecz tylko zwłoką w uzdrawianiu.

Dzięki tej książce rzeka ma płynąć dalej. Książką tą chciałabym wyrazić wdzięczność za dar miłości w moim życiu. Będę szczęśliwa, jeśli książka ta dotrze na czas, przed rozwodem, do ludzi, którzy stracili wiarę w małżeństwo lub partnerstwo. Chcę przekazać im trochę nadziei, miłości i odwagi, które znalazłam na tej drodze. Chcę ich zachęcić do szukania tego samego w ich związkach.