KluczeTekst

Autor:Adam Lang
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright by Adam Lang

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2015

Wydanie pierwsze

Opieka redakcyjna

Dorota Wierzbicka

Redakcja

Anna Sidorek

Korekta

Anna Dobosz, Ewa Kochanowicz, Małgorzata Wójcik

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

www.panczakiewicz.pl

Ilustracje na okładce:

spiber.de / shutterstock.com; Nejron Photo / shutterstock.com

Redakcja techniczna

Bożena Korbut

ISBN 978-83-08-06004-9

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2015

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i łamanie: Infomarket

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

  Strona redakcyjna

  Motto

  Rozdział I

  Rozdział II

  Rozdział III

  Rozdział IV

  Rozdział V

  Rozdział VI

  Epilog

Dobra pamięć jest bardzo ważna,

ale umiejętność zapominania — bezcenna.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Koniec świata

Mieliśmy wspaniały dywan. Dość cienki, szorstki, w brązowe, zielone, szare i czarne kwadraty poprzedzielane grubymi paskami. Idealny do zabawy w wojsko. Koszary zawsze znajdowały się na najciemniejszym zielonym kwadracie. Tam stacjonowała moja jednostka. Baza czołgów wraz z dystrybutorami paliwa, warsztatem naprawczym i myjnią zajmowała szary kwadrat. Miałem całą walizkę wojska — kucharza i czterech kuchcików w fartuchach narzuconych na mundury oraz zaplecze medyczne i wszystkie szarże — od marszałka poprzez generałów, na rekrutach skończywszy. Samo rozstawienie ich na dywanie zajmowało ze dwie godziny, a wymarsz jednostki na poligon kolejne dwie. Potrafiłem siedzieć na tym dywanie całymi dniami, z przerwą jedynie na obiad. Czasem przychodziły sąsiadki z parteru i wtedy też zawsze bawiliśmy się w wojsko. Nie wiem, dlaczego się na to zgadzały. Chyba dlatego, że mogły sobie wybrać dowolne szarże. Zgadzałem się, żeby były marszałkami. Ja zawsze chciałem być dowódcą czołgu, siedzieć w wieżyczce i strzelać do ustawionych na poligonie kapci, wazoników i pudełek po herbacie.

Majaczy mi we wspomnieniu, jak babcia mówi mojej matce, że wojsko to nie żarty, i pyta, czy nie mam lepszych zabawek. Pewnie matka gryzła się tym, że bawię się żołnierzykami, ale ponieważ umiałem sam jeden, cicho, nie brudząc siebie ani niczego innego, przesiedzieć na tym dywanie cały dzień, pokusa zyskania tylu godzin świętego spokoju prawdopodobnie była dla niej nie do odparcia.

Tego dnia akurat się rozstawiałem. Przytaszczyłem walizkę na dywan, ustawiłem czołgi, baraki, jednostki, kuchnię i właśnie zabierałem się do kwatery głównej, gdy do pokoju wszedł mój tatuś. Był jakiś dziwny. Nawet nie zapytał, jak mi idzie, tylko warknął:

— Adam, daj walizkę.

Oniemiałem. Walizka miała tylko jedno zastosowanie: trzymałem w niej wojsko. Do głowy mi nie przyszło, że może służyć do innych celów. Zacząłem protestować, ale tatuś się ze mną nie patyczkował. Wziął walizkę i wyszedł z pokoju.

Zacząłem płakać. Zwabiona moim rykiem, do pokoju weszła matka. Pamiętam jak przez mgłę, że dziwnie wyglądała. Ruszała jej się szczęka, jak rybie, a na twarzy wystąpiły jej drobne czerwone plamki. Niewiele rozumiałem, ale jak to dzieciak wyczułem, że coś tu nie gra.

Matka usiadła na krześle. Byłem tak rozgoryczony tym, że tatuś odebrał mi walizkę, że pewnie wczepiłem się w nią, szukając sprawiedliwości.

— Adam, przestań płakać — powiedział tatuś jakoś tak niemiło.

— W walizce… — wydukałem przez łzy albo może tylko chciałem wydukać, tego już nie pamiętam. Matka płakała, tata stał w butach i w kurtce, a za nim moja walizka, która teraz była już tylko taty.

— Wybieraj: idziesz ze mną czy zostajesz z matką? — zapytał tatuś.

Nie zrozumiałem, o co mu chodzi. Pewnie jeszcze wtedy w ogóle nie rozumiałem znaczenia słowa „zostajesz”.

Gdyby rodzice się kłócili, pewnie zacząłbym podejrzewać, że rodzina mi się sypie. Może nawet bym się zastanowił, z którym rodzicem wolę zostać. Ale oni pokłócili się tylko raz, właśnie wtedy.

— Twoja sprawa. Tylko pamiętaj: nie mam już syna. I nie próbuj mnie szukać! — wrzasnął.

Tatuś wyjął z kieszeni klucze i rzucił je w naszym kierunku. Pewnie chciał, żeby wylądowały na stole, ale nie trafił. W pęku były nie tylko klucze do mieszkania, ale też do piwnicy, gdzie uwielbiałem z nim chodzić i gdzie zawsze pamiętałem, że nie wolno dotykać trutek na szczury.

Klucze z brzękiem spadły na podłogę i tam zamarły z przerażenia, podobnie jak ja.

Tatuś wziął moją walizkę i wyszedł.

To był mój pierwszy koniec świata.

Czołgista

Co było potem? Chyba normalnie, jak w tysiącach podobnych przypadków. Pamiętam tylko jakieś strzępy.

— Adam zawsze ładnie bawił się w wojsko, a teraz już nie chce. Nie wiem dlaczego — powiedziała któregoś dnia matka.

Podsłuchiwałem. Siedziałem na balkonie i udawałem, że nie słucham, ale słuchałem, bo poruszany był najciekawszy temat świata: mama, babcia i ciotka Ewa mówiły o mnie. Pamiętam też, że kiedyś mama rozłożyła wojsko, usiadła po turecku na dywanie i powiedziała, że może się ze mną pobawić. Bardzo chciała, żeby stare czasy wróciły, ale nic dwa razy się nie zdarza.

Nie mam do matki pretensji. Rozumiem ją. Jak inne dzieciaki w mojej sytuacji przykleiłem się do niej na dobre. Dzień i noc miała mnie na karku. Pamiętam, że gdy szła do toalety, nie wolno jej było zamknąć drzwi, bo darłem się wniebogłosy. Nie mogłem jej na sekundę stracić z oczu. Bałem się, że wyjdzie cichcem z domu i nie wróci. Straciłem jednego rodzica, więc panicznie się bałem, że drugi też powie, że mnie już nie ma.

Chyba nigdy tego matce nie powiedziałem, ale nie mogłem już się bawić w wojsko. W walizce zostało czterech żołnierzy, ale za to tych najważniejszych. Przede wszystkim zostałem tam ja, czyli mój ukochany czołgista w masce z czasów pierwszej wojny światowej.

Żołnierzy pozbyłem się, gdy miałem dwanaście lat. Trafiłem na nich w piwnicy i wyrzuciłem do kosza.

Pomost

Woda była szara. Nad nią, wciśnięty między krzaki trzciny wodnej, chwiał się zbity na słowo honoru pomost w kształcie litery T. Krzywy, beznadziejny pomost, zbudowany przez miejscowych, żeby było z czego skakać do wody i gdzie bajerować dziewczyny. Kilka desek już zbutwiało, a my jeszcze czasem kopaliśmy w te miejsca, żeby deski szybciej się rozpadły. Nie wiem, dlaczego tak robiliśmy, skoro lubiliśmy ten pomost. Był ważny, potrzebny do naszych spraw, ale skoro deski były stare i spróchniałe, aż się prosiły, żeby im jeszcze dołożyć. Miejscowi nie lubili przyjezdnych gnojków. Zazwyczaj przepędzali pętaków samym swoim pojawieniem się. Byli groźni, brutalni, zdolni do wszystkiego, bo od przyjezdnych znacznie starsi, to znaczy o jakieś dwa-trzy lata. Przewaga psychiczna w tym wieku nie jest trudna do uzyskania.

Tym razem jednak gnojkom się udało. Było paskudnie mokro, mżyło, więc nikt normalny nie chciał się kąpać w taką pogodę i dlatego pomost był pusty.

— Skaczemy? — rzuciłem szaloną propozycję moim dwóm kumplom z turnusu.

To była woda, o której wszystkie matki świata mówią, żeby do niej nie wchodzić, a już na pewno nie skakać.

— Ja tu skakałem trylion razy — powiedział pierwszy kolega.

Niedawno poznał słowo „trylion” i wciskał je, gdzie tylko się dało. Był najśliczniejszy, najgrzeczniejszy, najlepiej się zapowiadał i ku zazdrości mojej babci sam składał litery, bo nie był tak leniwy jak ja. Na stołówce zaś zawsze zjadał wszystko do końca, co świadczyło o tym, że jest kochanym chłopcem.

 

— Lepiej wejdźmy na drzewo. Tam jest takie ogromne drzewo. Ja już z niego skakałem — powiedział drugi kolega.

Bał się i robił, co mógł, żeby odciągnąć kumpli od realizacji tego planu. Nie chciał skakać, ale jeszcze bardziej nie chciał wyjść na tchórza. Poprzedniego dnia wyrwał sobie mleczną górną dwójkę, żeby przyśpieszyć przyjście Wróżki Zębuszki. I przyszła. Dostał pięć zeta. Majątek. Dwaj pozostali straszliwie mu zazdrościli.

Popatrzyłem na mętną, stalową wodę i fizycznie poczułem jej mroczną, magnetyczną moc. Tego lata dopiero uczyłem się pływać. Babcia kupiła mi pomarańczowe pływaczki na ramiona i koło ratunkowe z łbem dalmatyńczyka, ale pływanie w pływaczkach było dobre na strzeżonej plaży przy babci. Odczuwałem strach, oczywiście, ale właśnie to było wspaniałe. Niepokój w żołądku, mrowienie w nogach.

— Mnie się chyba nie chce — powiedział pierwszy kolega, ten śliczny.

— Mnie też się nie chce. — Drugi odetchnął z wyraźną ulgą.

— Kto się boi, ten tchórz — powiedziałem, czując, że załoga mi się wyłamuje.

— Mnie mama nie pozwala tu skakać.

Nie wiem, który z nich powiedział to zdanie.

Moja babcia kategorycznie zabroniła skakania z pomostu, nie powiedziała jednak dlaczego, więc byłem pewien, że dzieciom nie wolno skakać z pomostu z tego samego powodu co zawsze: z powodu widzimisię dorosłych.

Pomysł już mnie zaczarował i nie wypuszczał ze szponów. Nagle wpadła mi do głowy znacznie lepsza myśl.

— Wy nie skaczecie, bo jesteście tchórzami, więc skoczę sam. Stąd będę skakać, a potem odbiję się od tej deski. Wy macie stać tutaj.

— Ubranie sobie zamoczysz — powiedział któryś z kolegów i czym prędzej stanął na miejscu wskazanym dla tchórzliwej publiczności.

Wiedziałem, że babcia będzie zła, kiedy wrócę mokry, a przede wszystkim od razu się zorientuje, że wyszedłem z domku bez pozwolenia i hasałem po okolicy, gdy ona zasnęła przed telewizorem. Jeśli kąpiel się wyda — a wiedziałem z doświadczenia, że dorośli, zwłaszcza babcie, mają swoje magiczne sposoby, żeby wykryć najściślej skrywane tajemnice — za karę nie zabierze mnie jutro na gofry z cukrem pudrem. Nie opłacało się z nią igrać, ale woda wzywała mnie po imieniu.

Szybko zdjąłem ubranie.

— W czasie deszczu jest najcieplejsza woda — dodałem sobie animuszu. — Macie tu stać i patrzeć.

Stanąłem twarzą do wody i zapatrzyłem się w jezioro.

Od wody zawiało. Poczułem, że chce mi się siku. Zrozumiałem, że muszę coś z tym zrobić, bo inaczej to uczucie będzie mnie rozpraszać. Miałem sześć lat i nie znałem słowa „rozpraszać”, ale czułem, że muszę zrobić siku, bo mi się teraz chce.

— Macie na mnie poczekać — zarządziłem po generalsku.

Zbiegłem z pomostu i zacząłem szukać miejsca bez pokrzyw. Musiałem odejść kilka kroków, zanim je znalazłem. Odwróciłem się do kolegów plecami i zsunąłem slipki.

— Trzy-czte-ry! — usłyszałem.

Natychmiast zrozumiałem, co się dzieje. Ci, których uważałem za swoich przyjaciół na śmierć i życie, ci, którym zdradziłem największą tajemnicę w historii ludzkości, że mój tata się wyprowadził, to zwykli zdrajcy. Wzięli rozbieg, odbili się z miejsca, które wymyśliłem dla siebie, i z chlupotem wpadli do wody.

— Ten skok się nie liczy! Jest nieważny! — wrzeszczałem oburzony tak bezczelną niesubordynacją.

Nie miałem poczucia czasu, ale sądzę, że upłynęło kilkanaście sekund, zanim zobaczyłem, że na powierzchnię wypływa gnojek numer dwa.

— To się nie liczy, rozumiesz?! Ja miałem skoczyć! — prawie rozpłakałem się z bezsilnej złości na tych dwóch zdrajców, którzy teraz kpili sobie ze mnie w żywe oczy.

Matki mówią swoim dzieciom różne rzeczy: „Myj ręce po jedzeniu”. „Nie podnoś gumy, która upadła”. „Nie baw się siusiakiem, a już na pewno nie przy babci”. „Bądź grzeczny dla córeczek wujka”. „Zjadaj do końca surówkę, bo jest zdrowa”. „Zęby myj dokładnie”. Żadna natomiast nie mówi, co masz zrobić, gdy zobaczysz trupa.

Oczywiście czułem, że coś jest nie tak, a nawet bardzo nie tak, ale co miałem zrobić? Na tle szarej wody widziałem kształt, który tylko trochę przypominał jednego z moich kolegów.

Poczułem dreszcz, potem następny. Jeszcze przez chwilę wpatrywałem się w kształt unoszący się na wodzie, a gdy zjeżyły mi się włosy na karku, zwiałem.

Pobiegłem do domku kempingowego, gdzie mogłem spokojnie oddać się przeżywaniu tej podłej zdrady i martwieniem się, że tamci dwaj będą się przechwalać swoim skokiem.

Sześć lat miałem skończyć dopiero w październiku, ale byłem wystarczająco sprytny, by wiedzieć, że jak się otwiera drzwi bardzo wolno, to nie skrzypią.

Babci nie obudziłem. Nadal drzemała znudzona Sagą rodu Forsyte’ów. Usiadłem na zdezelowanym fotelu i z kawałkiem czekolady w ręku zacząłem gapić się w telewizor. Zaczynałem drzemać, kiedy do domku zapukała mama gnojka numer jeden i zapytała, czy może nie wiem, gdzie jest Dominik. Po jej twarzy było widać, że to nie jest pierwszy domek, w którym szuka syna, i że powoli zaczyna rozumieć, że ta historia dobrze się nie skończy.

W nocy nie spałem. Czekałem, aż ktoś zapyta, kto wymyślił ten skok, i wtedy będę musiał powiedzieć, że to ja. Bałem się panicznie tej chwili, ale wyobraziłem sobie, że skoro zrobiłem coś tak potwornego, mój tatuś się zjawi. Pragnąłem, żeby już tu był i żeby dał mi lanie lub jakąś inną karę. Czekałem na to jak kania na deszcz i byłem pewien, że jak tylko tatuś się zjawi, strach mnie opuści.

Po trzech długich dniach poszliśmy z babcią nad jezioro. Na pomoście była masa miejscowych dzieciaków i wczasowiczów.

Nigdy się nie wydało, że byłem na pomoście z tamtymi dwoma. Nikt złego słowa mi nie powiedział, wręcz przeciwnie: Babcia kilka razy wspomniała matkom innych dzieci z turnusu, że jestem mądrym chłopcem, bo nie kolegowałem się z tymi biednymi, ale niegrzecznymi chłopczykami i że nigdy nie wskoczyłbym do szarej wody, do której miejscowi, dla zgrywy, wrzucili betonową ławkę.

To był mój drugi koniec świata.

Domańczyk

Jeśli ktoś szuka u nauczyciela kompetencji, sprawiedliwości i kreatywności, nie powinien chodzić na lekcje Domańczyka. Merytorycznie Marciniak nie jest lepsza, ale przynajmniej jest przyjemna wizualnie. Domańczyk wygląda jak ziemniak, i to nie taki unijny — domyty i kształtny — ale jak nadżarty zarazą ziemniaczaną. W pierwszej i drugiej klasie uczyła nas Kucharska, ale poszła na macierzyński i przejął nas Domańczyk. Szła za nim fama, że jest fantastycznym nauczycielem. Na początku też tak myślałem, ale szybko się okazało, że gościu coś do mnie ma. Nie mam pojęcia co, ale uczepił się mnie jak rzep psiego ogona. We wrześniu byliśmy z nim na wycieczce w Karkonoszach. Biedak w ogóle nie odróżniał Śnieżki od Szrenicy i Kamieńczyka od Szklarki. Ja odróżniałem i chyba to go tak rozwścieczyło. Urażona ambicja jest groźniejsza niż bomba wodorowa. Z drugiej strony on przecież jest nauczycielem, i to z niemałym stażem, bo młody nie jest, więc powinien mieć do siebie trochę dystansu, a nie ma za grosz. Mści się na mnie na każdej lekcji. Zaczepia mnie na przerwach swoimi kretyńskimi uwagami: „Dzień dobry, Lang, jak tam u ciebie? Lang, jak ty się umiesz ładnie ubrać”. Lang to, Lang tamto. Nie jest to ani śmieszne, ani fajne. Pech nie wybiera. Niby szkolnictwo jest mocno sfeminizowane, a tymczasem ja już w podstawówce miałem masę nauczycieli, trenerów, lektorów i opiekunów na koloniach, którzy byli facetami. I nie chodzi o to, że nie lubię facetów. Nie lubię Domańczyka.

Niektórzy ludzie mnie denerwują. Mają skrzekliwy głos, kretyński śmiech, śmierdzą, mają tępy wyraz twarzy albo są po prostu matołami — w każdym razie zawsze jest jakiś powód. Domańczyk denerwuje mnie natomiast samym faktem egzystencji. Dlaczego ja jeszcze tego człowieka nie zabiłem? Odpowiedź jest tylko jedna: nie wiem, po prostu nie wiem.

— I co, Lang? Jak ci minął weekend? Weekend jak ci minął?

Domańczyk, jak wielu nauczycieli, ma irytujący zwyczaj powtarzania wszystkiego dwa razy, a do tego mówi głośno, jakbyśmy wszyscy byli głusi.

— Panie profesorze, a da nam pan te pytania?

Wonia, koleżanka z klasy, jest strasznie nadgorliwa. Wszyscy się z niej śmieją.

— To co, Lang, powiesz nam, jakie były skutki powstań śląskich? Nie udawaj, że nie wiesz. — Mrugnął do mnie.

Nie rozumiem, jak tacy ludzie mogą uczyć w szkole. To jakiś zboczeniec.

— Nie wiesz? Trudno. Mamy przywilej powszechnej edukacji, każdy musi chodzić do szkoły i trzeba skutki tej decyzji ponosić. Ile macie dziś lekcji? Aha, to przyjdziesz do mnie po szóstej lekcji. I weź ze sobą zeszyt.

Domańczyk westchnął ciężko, jakbym mu zrobił coś złego.

Naprawdę zamierzałem iść, bo może rzeczywiście głupio to rozgrywałem, a chciałem przecież mieć historię z głowy. Niestety, wtrącił się Zachary.

— Co on się tak do ciebie przypiął? Może mu się podobasz?

Staliśmy w kilku na korytarzu i wszyscy poza mną ryknęli śmiechem. Ludziska uwielbiają zabawiać się cudzym kosztem. Wkurzyli mnie i oczywiście po takim tekście nie mogłem iść do Domańczyka. Miałem związane ręce. Znałem swoich kolegów i wiedziałem, że gdybym poszedł, gadania byłoby tyle co na zjazdach partii.

Stłuczka

— To dokąd idziemy?

Każdego dnia po ostatniej lekcji Zachary zadaje to samo pytanie. Gdybym był złośliwy, tobym powiedział: „Idziemy do ciebie”. Ciekawe, co by zrobił.

Poszliśmy do mnie. Moja matka jest krytykiem filmowym, o najdziwniejszych porach ma pokazy dla prasy i nigdy nie wiadomo, kiedy się zjawi.

Odgrzaliśmy schabowe i zjedliśmy je z chlebem, bo ziemniaków nie chciało nam się gotować. Nadal byłem wściekły i rozmyślałem tylko o tym, jak ja tego Domańczyka nie znoszę. Na biurku matki leżały kluczyki do citroena i dowód rejestracyjny. Dowód mnie nie interesował, bo i tak nie mam prawa jazdy, zresztą nie miałem zamiaru wyjeżdżać. Parkowanie mnie boli. Okay, może to nie najlepszy pomysł, żeby trenować parkowanie akurat wtedy, gdy nerwy nie są w najlepszym stanie. Mam to jednak po matce. Ona zawsze, gdy jest wściekła, bierze citroena i jeździ bez celu. Geny, nic na to nie poradzę.

Mamy sześcioletnią C czwórkę. Silnik 1.4, ale matka taki wybrała. Nasze miejsce parkingowe nie jest najszczęśliwiej położone. Z jednej strony ściana, z drugiej Pietrzak, sąsiad z trzeciego. Ma sześćdziesiąt lat, a jeszcze się nie nauczył, że żółta linia na podłodze po coś jest namalowana.

Nie mieliśmy zamiaru wyjeżdżać. Zachary chciał, ale mu powiedziałem, że muszę się trochę wyżyć w garażu.

Zaparkowałem cztery razy. Za każdym razem manewr udał mi się idealnie. W pewnym momencie podniosła się brama. Nasze miejsce jest dość daleko od wjazdu, zresztą na pewno nie była to matka, bo niby po co wchodziłaby przez bramę. Niestety, chwilę za długo gapiłem się w tamtą stronę. Usłyszałem zgrzyt. Nie wiem, dlaczego nawet małe otarcie robi tyle hałasu — chyba blacha ma taki dźwięk. Zahaczyłem lewym reflektorem. Niby lekko, ale szkło poszło. Do garażu wjechał bmw sąsiadów z czwartego piętra. Kiedy sobie poszli, wyszliśmy z Zacharym i obejrzeliśmy straty. Dobrze to nie wyglądało.

Zaparkowałem krzywo i ze skręconymi kołami, czyli dokładnie jak matka, żeby nie poznała. Zachary szybko się zmył, a ja wróciłem do domu.

Ciapek narobił i czuć było w całym mieszkaniu, ale nie sprzątnąłem. Mógłbym, ale wtedy matka mogłaby nabrać podejrzeń, że jestem dziwnie nadgorliwy.

Wziąłem zimnego schabowego z patelni, położyłem na kromce chleba i wyjąłem colę. Wtedy zadzwoniła matka, żeby powiedzieć, że jest u babci.

Mówi się, że w życiu tylko śmierć jest pewna. Pewne jest też to, że gdy moja matka jedzie do babci, to wcześniej niż po czterech godzinach nie wróci, bo babcia lubi ją długo wałkować.

Poszedłem do siebie i obejrzałem chyba wszystkie demotywatory, jakie tylko były w sieci. Nie pamiętam żadnego i żaden mnie nie rozśmieszył. Wiadomo, jak to jest, gdy czekasz na coś raczej mało miłego.

Matka wróciła za pięć ósma.

— Hejka!

Nie wiem, dlaczego uważa, że powinna do mnie mówić „hejka”, ale uporczywie tak robi. Chyba jej się wydaje, że jest młodzieżowa. Zresztą nie wiem.

 

— Weźmiesz?

Jak zwykle miała ze cztery siaty ze swoimi pokarmami życia, gazetami i diabli wiedzą czym jeszcze.

— Za moment — warknąłem.

Nie odwróciłem się nawet, bo akurat byłem zajęty. Nie chciałem, żeby na mnie patrzyła.

— Koteczek nasz piękny. Pani zaraz da jedzonko, posprząta, zaraz wyczeszemy naszego pięknego. Zaraz pańcia da kociowi…

Matka wypieściła Ciapka i bez słowa sprzątnęła kuwetę. Taki mamy układ. Zgodziłem się na Ciapka, ale ona sprząta. Lubię jasne sytuacje.

Przebrała się w domowy dres i nastawiła te swoje kawałki. Ogólnie lubię muzykę filmową. Problem w tym, że ja tego słucham od okresu płodowego, a ile razy można słuchać tego samego! Coś tam pichciła w kuchni, a potem zaczęła ćwiczyć. Nigdy tego nie zrozumiem: dlaczego nie zabiera się do pisania od razu, tylko godzinami łazi po domu, a do recenzji siada o drugiej czy trzeciej w nocy. To jest chore. Nad jej biurkiem wisi rozpiska na cały miesiąc, kiedy ma oddać tekst do jakiego pisma, więc wiedziałem, że musi usiąść, bo na następny dzień ma rubrykę „Próba czasu”. Matka bierze na warsztat jakiś kultowy film i nie licząc się z wrażliwymi uczuciami fanów, miażdży go. Pisanina matki jest strasznie ostra, zupełnie do niej nie pasuje.

Do mnie zajrzała tylko raz, żeby zapytać, czy coś jadłem. Powiedziałem, że nie pamiętam. Czy ja muszę pamiętać, co dokładnie jadłem każdego dnia na każdy posiłek? Coś tam jadłem, jakie to ma znaczenie? Dodałem, żeby mi nie przeszkadzała, bo mam kartkówkę z historii. Czasem nawet dobrze, że jest ta historia. Czarodziejskie słowo. Mówię „historia” i mam kilka godzin spokoju.

Koło jedenastej zrobiła kawę i zaczęła walić w klawisze. Nie minęło dziesięć minut, kiedy zadzwonił telefon. Matka nie musiała odbierać. Wiadomo, kto dzwonił.

Wampiry nie istnieją

To bujda. Mit, który ma tyle samo związku z rzeczywistością co Królewna Śnieżka. Szczęśliwi ludzie, którzy tak myślą. Szczęśliwi, którzy czytali Miasteczko Salem, Draculę, Empire V albo nawet Zmierzch i uważają, że to bajki. Zapewne też należałbym do grupy tak myślących racjonalistów, gdyby nie to, że w całkiem bliskiej rodzinie mam wampira. Niestety, nie jest tak piękny jak Edward Cullen ani potężny jak książę Dracula. To moja babcia — najbardziej niebezpieczny z wampirów. Nie żywi się krwią. Żywi się czymś znacznie cenniejszym: radością życia. Babcia umie wyssać radość życia nawet przez telefon.

Słyszałem przez ścianę głos matki. Mówiła coraz wolniej i coraz ciszej.

— …nie, nie śpię… tak, na jutro rano… już zaczęłam… zawsze we wtorki… Wojna światów. Podrzucę ci, to sobie przypomnisz… mamo, dlaczego tak mówisz… oczywiście, że mogę… nie mów tak, wcale nie jestem zniecierpliwiona… jasne, że jestem ciekawa… mów, oczywiście… Ale, mamo, co ty w ogóle mówisz? Jesteś bardzo potrzebna…

Babcia mogłaby napisać bestsellerowy poradnik: „Jak skutecznie popsuć komuś humor w dziesięć minut”. Teksty ma niezłe. „Ja wiem, że dzieci nigdy nie mają czasu dla starych rodziców. Oczywiście, stary człowiek nikomu niepotrzebny”. Znam na pamięć wszystkie jej powiedzonka, bo w gruncie rzeczy ma dość skromny repertuar. Ale co z tego, skoro matka daje się na to łapać. Ona babci nigdy złego słowa nie powie. Nigdy jej nawet nie wspomni, że zadzwoni jutro, że teraz pracuje, że przecież widziały się dwie godziny temu. Nie wiem, co by babcia zrobiła, gdyby matka jej powiedziała: „Zadzwonię do ciebie za dwie godziny”. Chyba dostałaby zawału z wściekłości.

Babcia zagadywała tak długo, aż zrobiła się dwunasta i jej samej zachciało się spać.

Było po pierwszej, gdy matka zajrzała do mojego pokoju.

— Nie śpisz, syneczku?

— Nie. Co tam u babci? — zapytałem, jakby mnie to interesowało.

Dowiedziałem się, że rano matka ma pokaz jakiegoś amerykańskiego filmu wojennego i jeśli chcę, to może warto, żebym z nią poszedł. Byłem tak spięty, że nawet tytułu nie zapamiętałem. Oczywiście poszedłbym, gdyby nie ten cholerny reflektor. Matka ma miliard wad, ale jedną zaletę: nie ma żadnej napinki ze szkołą. Nie chcę, nie idę — mój wybór. Przed pokazem pojedzie do babci zawieźć jej majeranek, czyli weźmie samochód. Za dwadzieścia ósma zejdzie do garażu i okaże się… wiadomo co. Nie będzie mogła pojechać, ale babci przecież odwołać się nie da. Jak się babci coś powie, to potem trzeba tak zrobić, bo babcia jest starsza i źle to znosi. Wszystko źle znosi, bo jest starsza. Jeden wielki chrzan, ale matka nie będzie miała czasu na zrobienie mi awantury, bo będzie musiała jechać, a kiedy wróci wieczorem po całym dniu, to już jej przejdzie.

W końcu się położyła. Odetchnąłem. Ubiłem pięścią poduszkę i zgasiłem lampkę. Myślałem, że zasnę, ale nic z tego. Przez cały czas myślałem tylko o jednym. Dlaczego nie powiedziałem jej od razu? Pogadałaby trochę i już miałbym to za sobą.

Jeszcze mogłem to zmienić. W każdej chwili mogłem obudzić ją i powiedzieć: „Wywaliłem ci lewy reflektor. Przepraszam, że ci od razu nie powiedziałem, ale chyba dobrze, że mówię teraz. Jutro sam zadzwonię do wujka i umówię cię na naprawę. Jeszcze raz przepraszam, głupio wyszło”.

Leżałem tak do trzeciej i myślałem o tym, jakim jestem cieniasem i tchórzem. Wyobrażałem sobie, jak matka wchodzi do domu, ja biorę od niej siatki, a ona mówi bzdety w stylu: „Jak to wspaniale, że się przyznałeś, że miałeś odwagę”.

Rano moja pościel wyglądała tak, jakbym całą noc odbywał na niej trening bokserski. Słyszałem, jak matka się szykuje, czesze Ciapka, porządkuje kuwetę, robi sobie śmierdzącą kawę z żołędzi. Potrzebowałem iść do kibla, ale ani drgnąłem.

W końcu wyszła. Niestety, po kilku minutach wróciła. Weszła do mnie w butach, co świadczy o jej skrajnym wzburzeniu. Zacisnąłem powieki, żeby udać, że wyrywa mnie z głębokiego snu, i zebrać siły przed wydarciem się na nią, żeby mi dała święty spokój i przestała mnie budzić w środku nocy, bo nie mam z tym nic wspólnego.

Sprawy miały się jednak zupełnie inaczej. Ona przeprasza, że mnie budzi, ale ruszyła jednocześnie z tą spod szóstki i zawadziły jedna o drugą. Tamta lekko ją puknęła, ale lewy bok jest przytarty, a reflektor pękł. Co za pech! Tamta gadała przez komórkę, więc wiadomo, czyja to wina. Powiedziałem, żeby się nie przejmowała, że trudno, że tak się zdarza i że wiadomo, jak ta spod szóstki beznadziejnie jeździ. Niech matka spokojnie jedzie do babci taksówką albo komunikacją, a ja zadzwonię do warsztatu, żeby zabrali samochód, a dokumenty matka jak zwykle podpisze potem. Zapytała, czy to dla mnie nie problem. Powiedziałem, że żaden.

— W takim razie zostawiam ci dowód i kluczyki. Umów się z Jerzym, jak ci wygodniej. Wielkie dzięki, synciu. Kochany jesteś.

Wyszła, zostawiając mnie z tym „kochany jesteś” na cały boży dzień.

Jerzy powiedział, że samochód zabierze wieczorem. Napisałem do matki, a ona mi jeszcze raz podziękowała.

Zachary czatował na mnie w szatni.

— I jak? — Ten człowiek naprawdę lubi, gdy inni mają kłopoty.

— Nie uwierzysz! — odpowiedziałem z satysfakcją. — Stuknęły się z sąsiadką. Myśli, że tamta rozwaliła ten reflektor. Obie są mistrzyniami kierownicy. Ze dwa razy miały już stłuczki w garażu, więc żadna nawet specjalnie się nie zdziwiła.

— Co?

Zachary nie zdołał ukryć rozczarowania. Ludzie są naprawdę podli.

— W lewy bok wjechała sąsiadka i wszystko poszło na nią.

— To nie powiedziałeś matce od razu?

I to ma być przyjaciel?

— Nie.

— Ale fart! Jesteś jakimś megafarciarzem. Miały stłuczkę dokładnie w lewy reflektor!

Zazdrościłem mu, że ma taki punkt widzenia. Mnie do dziś to brzęczy w uszach. Za każdym razem, gdy zobaczę na ulicy C czwórkę, słyszę: „Kochany jesteś”.

Paulina

Zachary to człowiek, który lubi o sobie myśleć, że jest niesamowicie inteligentnym, awangardowym nonkonformistą. Lubi też myśleć, że dziewczyny się nim interesują, bo ma niezłą aparycję i że jest ogólnie lepszy ode mnie. To go strasznie kręci: bycie lepszym. „Gdyby tylko mi się chciało, to…” — i tu następuje wstawka w rodzaju „byłbym lepszy niż ty”. Był już na studiach, miał stypendium. Ten człowiek uwielbia fantazjować na temat swoich możliwości intelektualnych i kompletnie abstrahuje od rzeczywistości. W rzeczywistości jest przeciętnie inteligentny, ma tylko dobrą pamięć i na tym jedzie. Dziewczyny nim pomiatają, bo jest gruby. Jak jesteś gruby, nie masz powodzenia — prosta zasada.

Ogólnie Zachary żyje pod wielką presją. Tę presję wywiera na niego potrzeba nieustannego potwierdzania, że jest niesamowicie rozrywany towarzysko. Innym ludziom wystarcza, że mają w sieci milion znajomych i jak wrzucą zdjęcie, dostają sto lajków. Zacharemu to nie wystarcza. On ma bardziej złożone potrzeby psychiczne. Rozpaczliwie szuka potwierdzenia, jaki jest fajny. To głupie, ale w jakiś sposób go rozumiem.

W ostatnią sobotę Zachary zrobił imprezę w mieszkaniu swojej ciotki. U niego nigdy nic się odbywać nie może, ale dla równowagi Zachary ma często wyjeżdzającą samotną ciotkę, siostrę jego matki. Ciotka Zacharego robi jakieś audyty czy inne przekręty, w każdym razie często wyjeżdża na jeden-dwa dni. Tym razem nie będzie jej od czwartku do wtorku, bo nie opłacało jej się wracać na weekend. Ciotka ma psa, którego zostawia pod opieką Zacharego, i wtedy zazwyczaj balujemy w jej mieszkaniu. Mówiłem mu, żeby starannie dobrał towarzystwo, bo tylko wtedy impreza ma sens, ale on wszystko wie lepiej. „Robię megaimprezę, zapraszam wszystkich” — powtarzał jak opętany.

Zaprosił całą klasę i wszystkich swoich znajomych, to znaczy trzy osoby, które zna. Z góry wiedziałem, że to będzie niewypał. Nawet się zastanawiałem, czy zabrać ze sobą Madziarską, ale w końcu nic jej nie powiedziałem. Ona jest z innej planety, a ja nie lubię takiego mieszania sfer. Albo ona, albo klasa. Łączenie ludzi, którzy się nie znają, daje drętwe efekty. Przyszedłem pierwszy, bo mieliśmy razem przygotować chatę do imprezki. Potem przyszedł Kogut (jego ojciec jest prawnikiem i do domu wpada tylko na osiem godzin, żeby się przespać. Kogut też chce być prawnikiem. Dla mnie to chore), Marcin (jego ojciec wyjechał w delegację do Brukseli i tyle go widziano, a było to dwa lata temu) oraz Pyrzyński. Ojciec Pyrzyńskiego jest miernym aktorzyną. Włączcie najbardziej żenującą popołudniową telenowelę, a na pewno go zobaczycie. Wszyscy się z Pyrzyńskiego nabijamy. Byli też dwaj kuzyni Zacharego.