Ukryta inteligencja hormonówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Moja znajoma artystka niedawno zetknęła się z taką linią rozumowania, choć w dość zaskakujący sposób. Mimo że wykonywana przez nią praca miała wzmocnić pozycję kobiet, nagle pokazano jej, gdzie jej miejsce, a zrobiły to inne feministki. Kiedy przyjaciółki zapytały ją przy kolacji, nad czym pracuje, opisała swoje najnowsze przedsięwzięcie – internetową instalację artystyczną o nazwie The Invisible Month (Niewidzialny miesiąc)9, żartobliwą prezentację wizualną o tym, jak poziomy estrogenów i progesteronu wpływają na zachowanie kobiety, uporządkowaną zgodnie z dwudziestoośmiodniowym cyklem hormonalnym i wykorzystującą metaforę kwiatu – wypuszczanie pączka, kwitnienie i więdnięcie.

Na przykład gdyby osoba odwiedzająca stronę kliknęła ikonę oznaczającą „fazę wypuszczania pączka”, otrzymałaby ogólne informacje o poziomach estrogenów i progesteronu, a także odczytałaby dane (uzupełnione cytatami z literatury naukowej) takie jak te: „W ciągu tego pierwszego tygodnia poziom estrogenów wzrasta i rośnie również dobre samopoczucie. Nastrój jest podwyższony, sen – spokojny. Kobiety myślą klarownie i mają wyśmienitą zdolność koncentracji”. Gdyby osoba odwiedzająca stronę kliknęła późniejszą fazę cyklu, powiedzmy, „fazę kwitnienia”, mogłaby ujrzeć coś takiego: „Kobiety są teraz bardziej otwarte wobec mężczyzn. W owulacyjnej fazie cyklu kobiety chętniej dają swój numer telefonu przygodnie poznanym w parku nieznajomym”. (Chociaż w tym wypadku rzeczywistość wygląda tak, że musieliby to być bardzo przystojni nieznajomi). Albo w „fazie więdnięcia”: „Ból głowy związany z miesiączką ogranicza wydajność w pracy”.

„To, o czym mówisz – stwierdziła zaniepokojona jedna z przyjaciółek – oznacza, że kobiety nie mają wolnej woli”. Inna dodała: „Racja! Co będzie, jeśli twój projekt trafi w niewłaściwe ręce, powiedzmy, naczelnego dyrektora z Goldman Sachs Group, przekonanego, że kobiety nie mogą zajmować kierowniczych stanowisk?”. Jeszcze inna dorzuciła: „W zasadzie dajesz do zrozumienia, że jeśli kobieta mówi «nie», wystarczy tylko zapytać ją za dwa tygodnie, żeby usłyszeć «tak»”. Głosy krytyki nie ustawały. Artystka była oszołomiona taką reakcją. To wszystko mówiły odnoszące sukcesy, wykształcone i postępowe osoby, lecz domagały się najwyraźniej porzucenia przedsięwzięcia i schowania tych informacji pod korcem, żeby kobiety przez to nie ucierpiały.

Oryginalna misja artystki była prosta. „Tworzyłam tę pracę w ramach działalności publicznej”, wyjaśniła; miało to pomóc kobietom i mężczyznom dostrzec, w jaki sposób wewnętrzny proces w organizmie wywiera wpływ na zewnętrzne zachowanie10. Autorka pracy mówi, że koncepcja wnętrza oraz tego, co leży na zewnątrz, od dawna przykuwała jej artystyczną wyobraźnię. W ramach pracy The Invisible Month tworzyła sztukę, a jednocześnie dzieliła się informacjami, o których sądziła, że inne kobiety zechcą je poznać i z nich skorzystać. Jej przyjaciółki jednak uznały, że otwiera puszkę Pandory pełną polityki płci.

Znam to uczucie.

Wylewanie biologicznego dziecka z seksistowską kąpielą

Kiedy po raz pierwszy przystępowałam do badań nad cyklem hormonalnym, moja dziedzina nauk społecznych była mocno oparta na idei, że my, ludzie o dużych, ładnych móz­gach i przeciwstawnych kciukach, ogromnie różnimy się od naszych przyjaciół z królestwa zwierząt. Chociaż oczywiście przyjęliśmy do wiadomości istnienie pewnych kluczowych więzi ewolucyjnych, jeśli chodzi o umysły, pragnienia i zachowania seksualne, to wykreślamy pomiędzy nami a nimi linię graniczną. Uprawiamy seks, kiedy chcemy, nie wtedy, gdy nakazuje nam to natura. Inne ssaki pozostają na łasce i niełasce hormonów, a wszystko w imię reprodukcji. Wiewiórki biegają wokoło i zachowują się niespokojnie, po czym wskakują na siebie. My zaś wymieniamy się numerami telefonów.

Można powiedzieć, że w moich badaniach chodzi o obserwowanie zwierzęcia w człowieku, i to robię przez całe swoje życie zawodowe. Doszukiwanie się tych zwierzęco-ludzkich związków nie zawsze bywa popularne w niektórych kręgach akademickich lub w pewnych dziedzinach nauki, w których przeważa myślenie, że ludzie są istotami o zaawansowanej kulturze, złożonej umysłowości i emocjach przeplatających się z wolną wolą. Przez setki lat niezliczone rzesze naukowców trudziły się nad ustaleniem rzeczywistych różnic między człowiekiem a zwierzęciem. Całe dziedziny nauki oraz samo społeczeństwo powstały wokół koncepcji, że natura ludzka czyni nas istotami szczególnymi, odmiennymi, lepszymi. Jeśli coś robimy, to mamy po temu swoje powody, a nie dlatego, że pozostajemy na łasce jakiejś reakcji chemicznej uruchomionej przez hormony płciowe. Działamy kierowani przez naszą elegancką naturę ludzką, a nie podstawowe zwierzęce instynkty.

Jednak dokonane w mojej pracowni odkrycia wskazują, że płodne kobiety wyszukują najatrakcyjniejszych mężczyzn – dokładnie to samo dzieje się między samicami i samcami zwierząt z rzędu naczelnych, u chomików oraz innych licznych gatunków. (Szczegółowo omawiam te badania w rozdziale 5). Badałam hormony i relacje między zwierzętami i dostrzegłam u wszystkich gatunków wzorzec zachowania, którego niepodobna zignorować. W bardzo prostym ujęciu: kiedy samice małp, szczurów, kotów, psów oraz innych zwierząt znajdują się w tej fazie cyklu hormonalnego, w której prawdopodobieństwo zajścia w ciążę jest największe, zachowują się w sposób jak gdyby obliczony na przyciągnięcie samców obiecujących wydanie na świat dostosowanego potomstwa – „dostosowane” oznacza, że jest obdarzone większą zdolnością przeżycia i reprodukcji w rodzimym środowisku. U poszczególnych gatunków oczywiście manifestuje się to inaczej, lecz nie mogę się zgodzić z poglądem, jakoby ludzie całkowicie nie wykazywali tego przewidywalnego zjawiska fizycznego.

Kobiety są zdolne do zapłodnienia zaledwie przez kilka dni w miesiącu, przez co płodność u ludzi jest procesem nieco delikatnym i ulotnym. Dlaczego zatem nie mielibyśmy dysponować sposobem podejmowania w tym czasie jak najlepszych decyzji seksualnych? Począwszy od roku 2006 zaczęłam publikować wyniki badań wykazujące, że kobiety w okresie „szczytowej płodności” faktycznie zmieniają zachowanie. Między innymi stwierdziłam, że rośnie u nich motywacja do wychodzenia do klubów i na przyjęcia, zaczynają zauważać mężczyzn innych niż „główni partnerzy”, tonacja ich głosów podnosi się do bardziej kobiecej, ubierają się w stroje bardziej zwracające uwagę, a woń ich ciała staje się atrakcyjniejsza dla mężczyzn11. Podążałam w kierunku całkowicie sprzecznym z założeniem, że u ludzi zachowania seksualne „wyzwoliły się” spod hormonalnej kontroli. Zamiast tego twierdziłam, że w zachowaniach kobiet w okresie płodności pobrzmiewają echa zachowań zwierzęcych – zmianie ulegają ich pragnienia natury seksualnej i występują u nich widoczne oznaki płodności. Tak więc płodność u kobiet nie jest cechą całkowicie ukrytą, lecz uzewnętrznia się, choć w bardziej ograniczony sposób niż u naszych kuzynów z rzędu naczelnych.

Szybko zdałam sobie sprawę, że część ludzi nie lubi, kiedy im się przypomina, iż mieliśmy niegdyś ogony. Moje badania uznano za radykalne. Niektórym zdawało się, że lekceważę prowadzone przez całe pokolenia poszukiwania naukowe i mówię: „Zgadnijcie, co wam powiem – jesteśmy tylko stadem zwierzaków”.

Radykalne – a przy tym w stylu retro. Inni bowiem uznawali moje spostrzeżenia za próbę popchnięcia kobiet o krok wstecz. Elektryzowały ich te części badań, które ze względu na popularność trafiły na okładki – na pierwszej stronie „Good Morning America” ukazał się artykuł Does Your Cycle Make You Sexier? (Czy twój cykl przydaje ci seksowności?) – natomiast ci sami ludzie w dużej mierze ignorowali szersze implikacje moich prac, które informują nas, że kobiety w toku ewolucji wykształciły wyśmienite zachowania seksualne w odpowiedzi na trudne wyzwania związane z reprodukcją, wychowywaniem dzieci, a nawet własnym przeżyciem. Jednak kiedy tylko wskazywałam różnicę zachowań u mężczyzn i kobiet, traktowano mnie jak kogoś, kto leje wodę na młyn seksistów. Podobnie jak moją znajomą artystkę (albo naukowca, który rozpętał burzę w CNN), oskarżano mnie o wysuwanie idei przyczyniających się do marginalizacji kobiet; miałam rzekomo nazywać je „istotami hormonalnymi”.

Przed czterdziestu laty – mniej więcej wtedy, kiedy doktor Edgar Berman wydał książkę, której jeden rozdział nosił tytuł The Brain That’s Lame Lies Mainly in the Dame (Rozumu niewiele jest w kobiecym ciele) – kobiety staczały ciężkie boje o wprowadzenie feminizmu do głównego nurtu ruchów społecznych i przerzucenie mostów nad przepaścią dzielącą obie płcie przez umniejszanie różnic męsko-damskich, jeśli nie całkowite zaprzeczanie ich istnieniu. Począwszy od końca lat sześćdziesiątych XX wieku z inspiracji feministek opublikowano nawet serię artykułów naukowych kwestionujących istnienie zespołu napięcia przedmiesiączkowego (ang. premenstrual syndrome, PMS). (A jeśli naprawdę chcesz rozwścieczyć jakąś kobietę, powiedz jej, że odczuwany przez nią dyskomfort fizyczny i emocjonalny to tylko wytwór jej wyobraźni). W imię równości praw przez całe dekady za nietakt uznawano podkreślanie różnic w zachowaniach mężczyzn i kobiet. Opowiadanie dowcipów, że mężczyźni nie lubią pytać o drogę, to jedno, ale ja mówiłam o tym, jak hormony płciowe wpływają na działanie mózgu u kobiet, a to już inna historia.

Moimi badaniami obraziłam dwa obozy: tych, którzy odrzucali opisywany przeze mnie związek między zachowaniem zwierzęcym i ludzkim, oraz tych, którzy zaprzeczali istnieniu wykreślanej przeze mnie linii rozgraniczającej kobiety i mężczyzn. Moje prace naukowe i metody poddawano bacznej kontroli, a krytycy nawet posunęli się do oburzającego twierdzenia, że w mojej pracowni nagina się dane.

 

Chciałabym myśleć, że te kontrowersje zniknęły, ale tak się nie stało i wątpię, czy kiedykolwiek się stanie. Redaktorzy wiadomości, wydawcy oraz inni twórcy popkultury lubią nadawać nauce seksualny posmak, żeby przyciągnąć uwagę odbiorców. O ile zatem nadal będą opisywali prace moje oraz innych badaczy z tej dziedziny nauki w ten sposób (oto przykład z „New York Post”: Horny of Plenty: Passionate Evolutionary Biology of Human Attraction [Żądni obfitości: namiętna biologia ewolucyjna ludzkiej atrakcyjności]), temat nadal będzie budził kontrowersje.

Tym zaś, co prawdopodobnie nie przebije się na pierwsze strony gazet, są prezentowane tu prawdziwe nowości. Lepsze zrozumienie sposobu działania naszych ciał i mózgów nie szkodzi prawom kobiet, ale im sprzyja, a w tej dziedzinie musimy się jeszcze dowiedzieć wielu rzeczy. Stanowi to znaczną część mojej motywacji. Musimy więcej się dowiedzieć na temat wpływu hormonów na nasze relacje międzyludzkie, w tym seksualne i miłosne, a także związki z przyjaciółmi i krewnymi. Są to bowiem relacje kształtujące całość ludzkich doświadczeń zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Musimy również lepiej zrozumieć wpływ hormonów na nasze zdrowie i dobre samopoczucie. W tym celu jednak musimy sprowadzić do pracowni naukowych więcej kobiet – i to nie tylko w roli badaczek.

Dlaczego wynaleziono dla mężczyzn Viagrę?

Przez dziesięciolecia ważne badania biomedyczne dotyczące chorób (takich jak nowotwory) oraz skuteczności działania leków przeprowadzano z udziałem mężczyzn, a kobiety w dużej mierze z nich wyłączano. Nawet badania nad udarami mózgu, częstszymi i częściej śmiertelnymi u kobiet niż u mężczyzn, niegdyś skupiały się niemal wyłącznie na mężczyznach, a lekarzom brakowało wiedzy o diagnozowaniu chorób serca u kobiet, ponieważ wszystkie badania przeprowadzano z udziałem mężczyzn. Dzisiaj sytuacja nieco się poprawiła i do badań klinicznych włącza się więcej kobiet oraz przedstawicieli mniejszości, ale daleko im jeszcze do sprawiedliwego parytetu.

Przepaść między płciami w badaniach laboratoryjnych jest zjawiskiem nader rzeczywistym, do tego stopnia, że Narodowe Instytuty Zdrowia (National Institutes of Health, NIH) niedawno podjęły działania, by naukowcy ubiegający się o granty na badania na zwierzętach musieli spełnić wymóg włączania w równych proporcjach osobników obu płci. Jeśli ubiegający się o grant zechce badać tylko jedną płeć, będzie musiał mieć „mocne uzasadnienie” powodu wykluczenia drugiej12. Oczywistymi wyjątkami mają być schorzenia związane z określoną płcią, takie jak rak jajnika lub gruczołu krokowego, ale NIH stawiają sobie jako wyraźny cel zachęcenie do szerszych i skuteczniejszych badań nad chorobami i ich leczeniem.

Jeśli nie jest się naukowcem, można się przede wszystkim zastanawiać, dlaczego do badań laboratoryjnych nie bierze się jednakowej liczby szczurzych samców i samic. Dlaczego więcej jest badań na samcach? Czy to kwestia kosztów? Dostępności? Naprawdę dzieje się tak z wielu powodów, między innymi po prostu wskutek takiej tendencji. Kiedy w XX wieku zaczęto na serio prowadzić nowoczesne badania medyczne na zwierzętach, kwestie zdrowia kobiet, a także mniejszości etnicznych, nie należały do priorytetów, a naukowcy nie w pełni pojmowali różnice biologiczne między obu płciami. Standardy naukowe, w tym prowadzenie badań wyłącznie z męskimi uczestnikami, odzwierciedlały tendencję kulturową, stanowiącą wówczas normę; w rezultacie przez całe pokolenia nasza wiedza o pewnych schorzeniach, takich jak depresja poporodowa, albo o przyczynach wyższych wskaźników występowania pewnych nowotworów u Afroamerykanów pozostawała daleko w tyle.

Oprócz tendencji istniał również inny powód niewłączania samic do badań na zwierzętach. Większość naukowców z praktycznych przyczyn nie chciała analizować w swoich eksperymentach zewnętrznych zmiennych, a cykle hormonalne samic mogły wprowadzać niewygodny „szum” utrudniający identyfikowanie wyraźnych wzorców. Opublikowane w 1923 roku badanie wykazało, że trzymane w klatkach samice szczurów częściej biegały w kołowrotkach podczas rui, czyli w tej fazie cyklu, w której mogą zachodzić w ciążę13. To liczące sobie prawie już sto lat badanie przyczyniło się do ugruntowania poglądu utrzymującego się po dziś dzień, że płeć żeńska jest z natury rzeczy bardziej zmienna od męskiej z powodu cyklu rujowego. Który naukowiec chce takich kłopotów?

Kiedy w eksperymentach naukowych poszukuje się związków przyczynowo-skutkowych, zmienność rzeczywiście stanowi utrapienie. Sięgnijcie pamięcią wstecz do lekcji biologii, kiedy razem z kolegami otrzymaliście od nauczycielki ziarna fasoli, żeby je zasadzić w wypełnionym ziemią papierowym kubeczku i notować tempo wzrostu małego pędu rośliny w zależności od tego, czy została ona umieszczona na parapecie okna, czy w szafie na ubrania. Nauczycielka dała wszystkim po jednej fasolce i ziemię w kubeczku. Nikt z was nie otrzymał ani ziaren słonecznika, ani nawozu ogrodniczego. Grupy kontrolne zostały wyraźnie określone. Innymi słowy, nie było żadnych dodatkowych zmiennych.

Dla naukowców niespokojna szczurzyca w rui, biegająca w kołowrotku, stanowiła dowód, że płeć żeńska wprowadzi do pracowni zmienność, która może rozsadzić starannie kontrolowany eksperyment. Samice w rui były po prostu „chaotyczne” – zgodnie z tym tokiem myślenia lepiej było przeprowadzić eksperyment na samych samcach o bardziej przewidywalnym zachowaniu, żeby zapewnić oczywistszy i pomyślniejszy wynik badania. Tak to szło przez dziesięciolecia i laboratoria zostały zdominowane przez płeć męską także pod tym względem. Przeprowadzona w 2009 roku analiza wykazała, że wśród zwierząt laboratoryjnych samce górowały liczbą nad samicami w proporcji 3,7 do 1 w dziedzinie fizjologii, 5 do 1 w farmakologii oraz 5,5 do 1 w neuronauce. Nie jest to korzystna proporcja, jeśli staramy się ustalić, dlaczego lek przeciwbólowy działa u mężczyzny, lecz nie u kobiety. Jest to szczególnie niedobre, kiedy jest się kobietą cierpiącą z powodu dolegliwości bólowych.

Niektórzy naukowcy opierali się nowym wytycznym NIH dotyczącym udziału obu płci w eksperymentach, wskazując na badania niewykazujące żadnej zmienności (lub tylko nieznaczną) w sposobie reagowania w pewnych doświadczeniach laboratoryjnych samców i samic (bądź ich komórek), albo na odwrót, argumentowali, że to celowa tendencja, mająca pogłębić badania i podkreślić różnice dzielące obie płcie. Chociaż w pewnych okolicznościach mogły to być trafne i słuszne obiekcje, fakt pozostaje faktem – istnieje wiele stanów fizjologicznych i psychologicznych zasługujących na głębsze zbadanie u płci żeńskiej, takich jak depresja i zaburzenia seksualne, które mogą w istocie występować częściej u kobiet niż u mężczyzn. A takie badania nie ruszą z miejsca i nie pomogą kobietom, jeśli będzie się w eksperymentach – od laboratoryjnych badań na zwierzętach aż po próby kliniczne – pomijać płeć żeńską.

Doktor Arthur P. Arnold, kierownik katedry biologii integracyjnej i fizjologii w UCLA, specjalizuje się w badaniach zgłębiających różnice biologiczne obu płci. To on oraz jego promotor pracy doktorskiej Fernando Nottebohm jako pierwsi odkryli duże różnice płciowe w określonych obwodach móz­gowych, choć ich badania dotyczyły śpiewających gatunków ptaków. (Samce ptaków śpiewają na ogół wymyślniejsze pieśni niż samice, co stanowi ewolucyjny sposób umożliwiający im konkurowanie z innymi samcami i przywabianie samic. Arnold i Nottebohm odkryli u samców większy zestaw komórek – pięcio- lub sześciokrotnie większy – sterujących śpiewem). Arnold zwraca uwagę na badania wykazujące, w jaki sposób różnice między płciami mogą sprzyjać lub zapobiegać chorobom w różnych układach organizmu, i wyraża przekonanie zgodne z nowymi wytycznymi NIH, że trzeba koniecznie zwiększyć udział płci żeńskiej w badaniach. Jednak ten uczony natknął się na dokładnie takie same obiekcje jak te, o których już wspomniałam – przekonanie, że kiedy tylko zaczniemy podkreślać różnice biologiczne między mężczyznami a kobietami (jak to robi on sam w pracy naukowej), podkopiemy możliwość zrównania praw kobiet i mężczyzn.

Arnold nazwał taki punkt widzenia „zbyt daleko posuniętym feminizmem” i jest przekonany, że ten pogląd szkodzi kobietom, zamiast im pomagać. Odkrycia dotyczące różnic między płciami, w tym związanych z podatnością na choroby, stanowią dowód, że jeśli zaprzeczymy istnieniu tych biologicznych różnic, spowolnimy postępy opieki zdrowotnej nad kobietami. Podobnie i moje odkrycia wskazują, że jeśli będziemy negować istnienie tych różnic, zostaniemy w tyle w dziedzinie poznawania kobiecej seksualności – a może ogólniej: intymnych relacji kobiet – a także ich zdrowia.

Na przykład jak to się stało, że mężczyźni poszukujący satysfakcji seksualnej otrzymali w końcu małą niebieską pigułkę o chwytliwej nazwie, a kobiety – wiele lat później – lek zwany flibanseryną, przepisywany z powodu zespołu obniżonego popędu płciowego (ang. hypoactive sexual desire disorder, HSDD), czyli obniżonego libido? Addyi, bo tak brzmi nazwa handlowa flibanseryny, nie działa w taki sam sposób jak Viagra i ma mniej wspólnego z fizjologią niż z psychologią.

Mężczyźni zażywają dawkę Viagry (albo Levitry lub Cialisu), gdy mniej więcej za pół godziny będą chcieli uprawiać seks, a lek zwiększa bardzo ważny dopływ krwi do prącia. Kobiety przyjmują Addyi, ponieważ nie mają ochoty na seks, a flibanseryna – mówiąc prosto – stanowi próbę odwrócenia tego stanu rzeczy przez obniżenie w mózgu poziomu serotoniny, a zwiększenie poziomu dopaminy. Kobieta musi zażywać Addyi co wieczór w porze, w której idzie spać, nawet jeśli jej partner wszedł już we śnie w fazę REM, wyjechał z miasta lub po prostu nie ma nastroju na seks. Lek działa skutecznie tylko na kobiety przed menopauzą, ponadto podczas kuracji bezwzględnie przeciwwskazane jest spożywanie jakichkolwiek ilości alkoholu, gdyż może on spowodować niebezpieczne obniżenie ciśnienia krwi. (Kwestia powstrzymywania się od alkoholu może podobno tłumaczyć fakt, że krzywa obrazująca sprzedaż leku tak bardzo, hm… obwisła).

Pomyślcie o tym. To prawdziwy przykład nierówności.

Dlaczego nie ma „Viagry dla kobiet”, a skoro już o tym mówimy, dlaczego całe dziesięciolecia zajęło odkrycie szkod­liwych działań niepożądanych tabletek antykoncepcyjnych i takie dostosowanie dawek, by można było ich uniknąć? Dlaczego nie wiemy więcej o kobietach? Podniecenie seksualne u kobiety prawdopodobnie jest procesem bardzo złożonym i trudniejszym do wywołania niż sterowanie dopływem krwi. Jednak oczywiście wiedzielibyśmy więcej, gdybyśmy prowadzili więcej badań z udziałem kobiet. Nawet teraz biolodzy przejawiają skłonność do badania penisów, a pomijania żeńskich narządów płciowych. W ostatniej dekadzie połowa wszystkich badań nad morfologią narządów płciowych u wszystkich gatunków skupiała się wyłącznie na samcach14. Samicami zajmowano się w niespełna 10 procentach badań15. Nie dlatego, że genitalia żeńskie są nieciekawe. Samice niektórych ptaków wodnych mają wymyślne narządy płciowe, przypominające labirynt z kilkoma ślepo zakończonymi uchyłkami pochwy, które umożliwiają oddzielanie nasienia niepożądanych samców14. Naukowcy dokumentujący tę tendencję do skupiania się na penisach doszli do wniosku, że nie ma ona żadnego uzasadnienia i może odzwierciedlać założenia o dominującej roli mężczyzn w seksie. (To może również tłumaczyć przyczynę tego, że nie możemy dojść do zgody, czy punkt G rzeczywiście istnieje, czy jest czymś w rodzaju jednorożca ożywającego wyłącznie na stronach czasopism takich jak „Cosmo”).

Fakty zaś są takie, że jeśli kobiety nie nadrobią opóźnienia w laboratoriach, to nie zrobią tego również w realnym życiu.

Jak odblokować odpowiedzi?

Przez całe pokolenia opieraliśmy naszą wiedzę o relacjach kobiet oraz ich zdrowiu na wynikach obserwacji mężczyzn. W królestwie seksu to samce do niego dążą, rywalizują z innymi samcami, przejawiają większy apetyt na seks – słowem, dominują. Samce pawi odgrywają wspaniałe przedstawienie, a wtedy cechujące się skromnym wyglądem pawice wyłaniają się z zarośli. Samce goryli w dojrzałym wieku zabijają rywali i kopulują z licznymi samicami. Samce laboratoryjnych szczurów agresywnie pokrywają samice, które reagują na to odruchem powitalnym, umożliwiającym zapłodnienie. To jednak nieaktualne, ograniczone do królestwa dzikich zwierząt spojrzenie na seksualność, które ciągle obsadza samicę w biernej roli mającej uczynić ją przychylną dla samców, spojrzenie sprzeczne z danymi naukowymi z ostatniej dekady oraz z rzeczywistością.

 

Sposób na zrozumienie kobiecych zachowań seksualnych – od pożądania przez odpowiedź seksualną aż do reprodukcji – polega na tym, by przestać poświęcać tak wiele uwagi męskim zachowaniom seksualnym. Zamiast tego musimy nadal zgłębiać przyczyny, dla których kobiety postępują tak, jak postępują, poprzez badanie ich działań, a nie po prostu ich reakcji na mężczyzn. Mówiąc konkretnie, musimy bliżej przyjrzeć się roli cyklu hormonalnego oraz sposobowi, w jaki kobiecy mózg w toku ewolucji przystosował się do niego, żeby w pełni wykorzystać jego wyraźnie ustalone fazy. Trudno nawet ocenić, jak bardzo wspomniana tendencja w badaniach zahamowała postęp prac naukowych nad zdrowiem i dobrostanem kobiet, w tym zwłaszcza nad kobiecą seksualnością i rolą cyklu płodności, lecz nadeszła pora, by porzucić stare postawy i iść naprzód.

Czas skorzystać z wiedzy, że jesteśmy istotami hormonalnymi.

2 C. Goldin, L.F. Katz, I. Kuziemko, The Homecoming of American College Women: The Reversal of the College Gender Gap, „Journal of Economic Perspectives” 20, nr 4 (2006), 133–156.

3 K.M. Durante, A. Rae, V. Griskevicius, The Fluctuating Female Vote: Politics, Religion, and the Ovulatory Cycle, „Psychological Science” 24, nr 6 (2013), 1007–1016.

4 K. Baker, CNN Thinks Crazy Ladies Can’t Help Voting with Their Vaginas Instead of Their Brains, „Jezebel”, 24 października 2012, http://jezebel.com/5954617/cnn-thinks-crazy-ladies-cant-help-voting-with-their-vaginas-instead-of-their-brains; K. Clancy, Hot for Obama, but Only When This Smug Married Is Not Ovulating, „Scientific American”, 26 października 2012, https://blogs.scientificamerican.com/context-and-variation/hot-for-obama-ovulation-politics-women/; A. Petri, CNN’s Hormonal Lady Voters, „Washington Post”, 25 października 2012, https://www.washingtonpost.com/blogs/compost/post/cnns-hormonal-lady-voters/2012/10/24/961799c4-1e1f-11e2-9cd5-b55c38388962_blog.html?utm_term=.48f969c61461.

5 M. Bender, Doctors Deny Woman’s Hormones Affect Her as an Executive, „New York Times”, 31 lipca 1970.

6 N. Ross, Berman Says He Won’t Quit, „Washington Post”, „Times Herald”, 31 lipca 1970.

7 History, Our Bodies Ourselves, http://www.ourbodiesourselves.org/history/.

8 J. Riew, The Invisible Month, http://theinvisiblemonth.com/.

9 J. Riew, The Artist, The Invisible Month, http://theinvisiblemonth.com/.

10 M.G. Haselton, S.W. Gangestad, Conditional Expression of Women’s Desires and Men’s Mate Guarding across the Ovulatory Cycle, „Hormones and Behavior” 49 (2006), 509–518; M.G. Haselton, K. Gildersleeve, Human Ovulation Cues, „Current Opinion in Psychology” 7 (2016), 120–125.

11 Policy & Compliance, National Institutes of Health, http://grants.nih.gov/grants/policy/policy.htm.

12 G.H. Wang, The Relation between ‘Spontaneous’ Activity and the Oestrous Cycle in the White Rat, „Comparative Psychology Monographs” 6 (1923), 1–40.

13 M. Ah-King, A.B. Barron, M.E. Herberstein, Genital Evolution: Why Are Females Still Understudied?, „PLoS Biology” 12, e1001851, doi: 10.1371/journal.pbio.1001851.

14 Ibidem.

15 P.L.R. Brennan, R.O. Prum, K.G. McCracken, M.D. Sorenson, R.E. Wilson, T.R. Birkhead, Coevolution of Male and Female Genital Morphology in Waterfowl, „PLoS One” 2, e418, doi: 10.1371/journal.pone.0000418.