Ukryta inteligencja hormonówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

HORMONAL

The Hidden Intelligence of Hormones

– how they drive desire, shape relationships,

influence our choices, and make us wiser

Copyright © 2018 by Martie Haselton

All rights reserved

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

Redakcja

Joanna Popiołek

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-639-5

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Mojemu ojcu Markowi Bardenowi Haseltonowi.

Tęsknię za Tobą.

A także moim krewnym:

Jackie i Rickowi Seibom,

Pameli Haselton, Jodie, Timowi,

Taylor i Billie Niznikom,

a przede wszystkim moim dzieciom,

Georgii i Lachlanowi

WSTĘP

Nowy feminizm darwinowski

Kiedy zaczęłam prowadzić badania naukowe, dopisało mi szczęście i znalazłam to, o czym marzy każdy naukowiec – fascynujący, istotny społecznie temat badań, za mało zgłębiany, lecz obfitujący w „fakty stwierdzone empirycznie”.

W czasie gdy rozpoczynałam pracę nad kobiecymi cyklami hormonalnymi, naukowcy powszechnie zgadzali się co do tego, że ludzie bardzo różnią się od innych gatunków, a cykle hormonalne nie mają zbyt wiele wspólnego z wzorcami ludzkich zachowań seksualnych. Wszyscy sądzili, że ludzie „wyzwolili się” spod hormonalnej kontroli, podczas gdy nasi zwierzęcy kuzyni nadal pozostają pod jej wpływem. To myślenie po części opierało się na słusznej konstatacji, że ludzie mają pewne nietypowe cechy, w tym następującą – mogą uprawiać seks niemal w dowolnej chwili: w okresie szczytowej płodności po owulacji, ale również w innych fazach cyklu, nawet wtedy, gdy zapłodnienie jest niemożliwe, na przykład w trakcie ciąży, krótko po porodzie i podczas karmienia piersią, a także po menopauzie, gdy lata płodności już przeminęły. Tego rodzaju „przedłużona seksualność” tworzy jaskrawy kontrast ze wzorcami u innych ssaków.

Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że kobiety są inne. Nie jesteśmy automatami, które odczuwają skok poziomu estrogenów, a następnie doświadczają behawioralnego popędu na przykład do uprawiania seksu (lub do konkurowania z rywalką). Jednak zdobyta w toku edukacji wiedza o teorii ewolucji kazała mi brać pod uwagę fakt, że hormony mogą wpływać także na kobiety, kierując ich decyzjami seksualnymi i społecznymi. Hormony sterują reprodukcją, potężnym motorem doboru naturalnego. Wydawało się zatem, że to niezmiernie mało prawdopodobne, by hormony nie kierowały w jakiś sposób naszym zachowaniem.

W pierwszych badaniach w mojej pracowni stwierdzono, że kobiety w okresie szczytowej płodności wydają się cenić sobie seksowność męskich partnerów. Ponadto czuły się atrakcyjniejsze i miały ochotę na wyjście do klubu lub na przyjęcie, gdzie mogły spotkać mężczyzn. Wydawało się nawet, że zjawiają się w pracowni ubrane szykowniej, niekiedy w bardziej wydekoltowanych strojach. Wyglądało na to, że owulacja może pobudzać do rozglądania się za partnerem.

Chociaż początkowo widziałam w tych badaniach jedynie przedsięwzięcie uboczne, wnioski płynące z powyższych spostrzeżeń przedstawiały się zbyt kusząco, by je pominąć – musiałam dalej je zgłębiać. Jakież inne jeszcze ukryte sekrety kobiecego pożądania mogłabym odkryć w toku dalszych poszukiwań? Kontynuowałam je zatem przy pomocy licznych studentów oraz wielu cenionych współpracowników.

Piszę tę książkę po to, żeby się podzielić historią naszych fascynujących odkryć. Okazuje się, że mamy inteligencję hormonalną. Nasze hormony wywierają wpływ na wszystko, począwszy od pragnień związanych z partnerami (rozdziały 2 i 4) aż do popędu do rywalizacji (rozdział 5), na fizyczne i behawioralne zmiany zachodzące podczas ciąży i w okresie macierzyństwa (rozdział 7) oraz na „następny rozdział” naszego życia – menopauzę – w którym otwiera się przed nami możliwość nowych doświadczeń niezwiązanych z reprodukcją (rozdział 7).

Piszę tę książkę również jako wezwanie do działań mających na celu pozyskiwanie dalszych informacji o mózgach i ciałach kobiet. Mimo całej naszej wiedzy przez wiele dekad prowadzenie badań hamował pogląd, że mężczyzn – jeśli chodzi o informacje biomedyczne – można uznać za „płeć domyślną” („Skoro coś działa u mężczyzn, czemu nie miałoby również działać u kobiet?”). Zgodnie z tym tokiem myślenia kobiety ze swoimi cyklami hormonalnymi powodują za dużo zamieszania. Po co zawracać sobie tym głowę?

Uważam, że wiemy o hormonach i zachowaniach kobiet o wiele za mało, musimy zatem dowiedzieć się więcej, żebyśmy mogły podejmować we wszystkich fazach życia jak najlepsze decyzje. Jakie są następstwa tłumienia tabletkami cykli hormonalnych lub nawet całkowitego eliminowania menstruacji? Jak przedstawia się prawda o zachodzeniu w ciążę, gdy wkraczamy w trzecią, czwartą, a nawet piątą dekadę życia? Czy wynajdziemy jakiś magiczny środek na pożądanie dla kobiet, podobny do Viagry pomagającej mężczyznom w kłopotach w sypialni? Czy powinnyśmy rozważyć przyjmowanie w późniejszym okresie życia suplementacji hormonalnej? W książce odnoszę się do wszystkich powyższych pytań, ale nadal nie mamy na nie pełnych odpowiedzi, co przynosi szkodę zarówno kobietom, jak i mężczyznom.

Chcę również zaproponować odmienną perspektywę w spojrzeniu na kobiety i hormony. Poza kręgami akademickimi kobiety przez całe dekady wyśmiewano jako istoty „hormonalne” – a nawet „zbyt hormonalne”, by mogły sprawować urząd prezydenta. (Do końca życia nie zapomnę, jak 8 listopada 2016 roku wzięłam ze sobą moją córeczkę, żeby patrzyła, jak oddaję głos w wyborach, ufałam bowiem, że będzie świadkiem historycznego wydarzenia – wybrania pierwszej kobiety na urząd prezydenta). Można by pomyśleć, że te szowinistyczne poglądy są przestarzałe, ale – co szczegółowo opisuję w rozdziale 1 – obserwowałam, jak wciąż na nowo wysuwają się na pierwszy plan.

W naszych poglądach na temat cykli hormonalnych u mężczyzn i u kobiet widać podwójne standardy. Gloria Steinem podkreślała to w napisanym pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku eseju pod tytułem If Men Could Menstruate (Gdyby mężczyźni mogli miesiączkować)1. Dowodziła, że gdyby to mężczyźni miesiączkowali, okresy stałyby się źródłem męskiej dumy. Pisała również: „Przedmioty zaopatrzenia higienicznego byłyby refundowane z budżetu państwa i bezpłatne”. Następnie ciągnęła w żartobliwym tonie: „Oczywiście niektórzy mężczyźni nadal płaciliby za prestiż płynący z używania produktów takich marek, jak Tampony Paula Newmana, Ringowe Podpaski Muhammada Alego, Podpaski Maxi Johna Wayne’a i Wkładki Sportowe Joego Namatha «Na lekkie kawalerskie dni»”. (Więcej o ruchu na rzecz zmniejszenia „różowego podatku” piszę w rozdziale 3 w ustępie „Tampony za darmo!”).

Niektórzy uważają, że powstrzymają kobiety przed odnoszeniem sukcesów, jeśli przedstawią jakieś biologiczne wytłumaczenie dotyczące ich zachowań. Taki tok myślenia oznacza, że różnice między kobietami a mężczyznami, jeśli mają choć nieznaczne podłoże biologiczne, skażą kobiety na stereotypy godne dziewczynek, ograniczą ich rolę do macierzyństwa i każą im rozbijać się o szklany sufit, gdy będą próbowały coś osiągnąć na gruncie zawodowym. Dla naukowców ma zaś z tego wynikać wniosek, że informacje o hormonach i zachowaniach kobiet należy wyciszać. A najlepiej nie przywoływać takich stereotypów.

Sądzę, że jest odwrotnie. Nie pomagamy kobietom, tłumiąc przepływ informacji lub nie prowadząc badań naukowych, które mogłyby dostarczyć nam danych potrzebnych do udzielenia odpowiedzi na ważne pytania dotyczące hormonów. Moim zdaniem to, czego się dowiedzieliśmy o kobietach i hormonach, jest krzepiące. Nie jest to prosta historyjka o tym, że w tych kilku ostatnich dniach cyklu tracimy „przez hormony” zdolność racjonalnego rozumowania. To opowieść o tym, jak hormony kierują nami w trakcie wyłącznie kobiecych doświadczeń życiowych: od uczucia pożądania i przyjemności do wyboru partnera, urodzenia dziecka (o ile tego zechcemy) i jego wychowywania oraz przechodzenia do fazy życia po latach okresu rozrodczego. Są to doświadczenia kluczowe dla zrozumienia, co to znaczy być człowiekiem. Łączą nas one z kuzynami z innych gatunków ssaków, a nawet z gigantycznymi jaszczurami, które niegdyś wędrowały po Ziemi. Oczywiście robimy wszystko na swój własny, wyłącznie ludzki sposób, a przyczynę tego stanu rzeczy objaśnię w rozdziale 4.

Kiedy rozpoczynałam karierę naukową, myślałam, że nigdy nie dopuszczę, by do mojej pracy wkroczyła polityka. Aspirowałam do postawy obiektywnego naukowca. Same fakty, jeśli można prosić! Jednak polityka, a przynajmniej kontrowersje, szła moim śladem, dokądkolwiek zmierzałam. Zastosowanie myślenia ewolucyjnego w psychologii człowieka było (i jest) kontrowersyjne. Wszelkie biologiczne wyjaśnienia zachowań wita się w naukach społecznych z niepokojem, a ten fakt wiele razy wracał do mnie i kąsał! Wydaje się jednak, że wyniki moich badań dostarczają potężnych dowodów na istnienie śladów ewolucji, które odcis­nęły się na społecznej umysłowości człowieka. Tak więc te odkrycia zasługują na opublikowanie nie tylko dlatego, że są nowe i związane z seksem, lecz także ze względu na ich głębsze wnioski służące zrozumieniu sił, które kształtowały nasze umysły i zachowania. Te prace pomogły mi zdobyć naukową pozycję.

Stoczyłam niejedną bitwę. Publikuję odkrycia naukowe po skrupulatnej pracy i raczej wybieram długą drogę starań o najlepiej opracowane dane niż trasę szybką i łatwą. Napotykam jednak opór w postaci krytycznych publikacji na temat stosowanych w mojej pracowni metod naukowych, a także w formie insynuacji, że wyniki tak naprawdę uzyskujemy dzięki podejrzanym praktykom statystycznym, stwarzającym złudzenia odkryć. (Prawda zaś jest taka, że kiedy przyjrzeliśmy się dowodom związanym z tymi stwierdzeniami, przekonaliśmy się, iż świadczą o czymś wręcz odwrotnym do argumentów naszych krytyków. Nadal czekam na e-mail, w którym przeczytam: „Ups, nasz błąd!”). Zakrzykiwano mnie na konferencjach, pisano do mnie e-maile, od których aż opadała szczęka. Nie powiem, że mam klucz do wszystkich faktów naukowych – do danych z mojej pracowni oraz do prac innych badaczy podchodzę ze zdrową dozą sceptycyzmu. Rzekłabym jednak, że część tego konfliktu była zdecydowaną przesadą, godną chyba jakiegoś szekspirowskiego dramatu (gdyby poeta umieścił fabułę którejś ze swoich sztuk w jednej czy dwóch dużych amerykańskich uniwersyteckich placówkach badawczych).

 

Ocieram się o kontrowersyjne kwestie od wczesnego etapu kariery. Jeszcze przed ukończeniem studiów wiedziałam, że chcę być psychologiem, ale żywo interesowałam się tym, co uważałam za dziedzinę bardziej „hardcorową” – naukowymi wyjaśnieniami ludzkich zachowań na gruncie biologii, co podówczas nie należało do badań głównego nurtu. Pouczającym doświadczeniem przed wstąpieniem na ścieżkę naukową stały się dla mnie zajęcia z filozofii.

Profesor wytłumaczył studentom różnicę między dualizmem (zakładającym odrębne wyjaśnienia „umysłu” i „ciała” oraz istnienie jakiegoś krasnoludka sterującego umysłową maszynerią) a materializmem (czyli poglądem, że to mózg jest źródłem zachowań i kropka!). Po czym poprosił o odpowiedź przez podniesienie ręki. „Kto jest dualistą?”. Podniosły się ręce wszystkich obecnych w sali – oprócz mojej. „A kto jest materialistą?”. Entuzjastycznie podniosłam rękę i obrzuciłam wzrokiem kolegów ze studenckiej ławy, którzy wydali mi się teraz kompletnymi błaznami. Od tamtej chwili stawiam sobie za cel wykrywanie bzdur i ich miażdżenie.

W pierwszych latach studiów podyplomowych miałam okazję poznać słynnego biologa ewolucyjnego Stephena Jaya Goulda, słynącego z wielu rzeczy, a między innymi z tego, że nakreślił linię graniczną między ewolucyjnymi wyjaśnieniami ogromnej różnorodności materialnych form życia a wyjaśnieniami dotyczącymi ludzkich zachowań. Właśnie zaczęłam studiować psychologię ewolucyjną (którą omawiam w rozdziale 2) i uznałam, że jej logika ma nieodpartą siłę. Tak, istnieją ewolucyjne wyjaśnienia odnoszące się do naszych materialnych ciał i zbudowanych z narządów układów naszych organizmów, ale w dziedzinie nauki, którą studiowałam, również istnieją ewolucyjne wyjaśnienia odnoszące się do naszych umysłowych „narządów” (i wynikających z ich działania zachowań)!

Wśliznęłam się na zajęcia Goulda ze studentami biologii, w trakcie których można było zadawać pytania. Podniosłam rękę i zapytałam, dlaczego uważa psychologię ewolucyjną za dziedzinę kontrowersyjną. To wyraźnie nie było pytanie, które spodziewał się usłyszeć, więc w nietypowy dla siebie sposób trochę lawirował przy udzielaniu odpowiedzi, mówiąc o ideach trudnych do testowania i tak dalej. Pomimo faktu, że czułam się niezmiernie zdenerwowana, przemawiając przed setkami słuchaczy biologicznych studiów podyplomowych – a co dopiero przed tak wspaniałą osobistością, czyli samym Gouldem – zaczęłam go naciskać. Zapytałam go: no dobrze, a dlaczego w trzydziestu siedmiu kulturach na całym świecie widzimy tak przemożne wzorce dotyczące różnic co do tego, czego oczekują od swoich partnerów mężczyźni i kobiety? (Omawiam to zagadnienie w rozdziale 4). Odpowiedział: hm, no cóż, może coś w tym jest. Punkt dla niszczycielki bzdur! Po prostu złapałam bakcyla.

Opowiadam to wszystko nie dlatego, że sprzeciwiam się działaniom aktywistów politycznych, a z pewnością nie dlatego, iż jestem przeciwna uczuciom, które każą ludziom dążyć do obalenia barier przeszkadzających w wyrównywaniu szans. Podzielam te uczucia, gdyż sama jestem feministką. Uważam, że kobiety nie mają wszystkich szans, którymi dysponują mężczyźni, zwłaszcza w biznesie, rządzie i nauce. (Uważam również, że kobiety mają pewne ważne szanse, których pozbawieni są mężczyźni, choć zapewne jest ich mniej). Zdaję sobie sprawę z istnienia stereotypów, którymi posługują się nawet wykształceni feminiści obu płci i które każą nam niesprawiedliwie oceniać mężczyzn i kobiety. Chcę jednak wysunąć argumenty na rzecz nowego typu feminizmu – nowego feminizmu darwinowskiego.

Ten rodzaj feminizmu szanuje naszą biologię i dąży do jej pełnego zbadania. Kobiety mają prawo rozumieć historię – w tym historię ewolucji – która ukształtowała nasze ciała i umysły. Potrzebujemy dokładniejszych informacji o naszej naturze biologicznej i hormonalnej. Owszem, niektórzy ludzie przyjmą uproszczony pogląd lub nawet będą z seksistowskich motywów twierdzić, że kobieca biologia to „przeznaczenie”. Jeśli jednak czegoś się nauczyliśmy, to tego, że choć biologia odgrywa ważną rolę, nasz kontekst społeczny (oraz umiejętność refleksji i dokonywania wyborów) ma równie duże znaczenie. Sądzę zatem, że możemy stawić czoło ludziom wysuwającym te uproszczone argumenty. Wyjaśniamy sporne kwestie. Mówimy: tak, to biologiczny fundament zachowań zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Najlepiej jednak go rozumieć i pozbyć się ignorancji, nie sądzicie?

Uważam również, że im lepiej rozumiemy pochodzenie i działania naszych hormonalnych impulsów, tym lepiej potrafimy ująć je w karby (albo zignorować, jeśli tak zdecydujemy). Tak brzmi kluczowe przesłanie tej książki (zwłaszcza rozdziałów 7 i 8).

Miałam też jeszcze jeden powód do napisania książki – chodzi o moich studentów, zwłaszcza tych, którzy zajmowali miejsca w sali podczas moich odbywających się na pierwszym roku studiów licencjackich zajęć z tak zwanego zestawu nauk o płci, czyli interdyscyplinarnego kursu na temat płci biologicznej i kulturowej, który prowadzę z cudownymi współinstruktorami na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles (University of California, Los Angeles, UCLA). Kurs przyciąga mnóstwo studentek oraz wiele osób nietypowej płci kulturowej, zainteresowanych tymi zajęciami ze względu na rodzaj badań, które nazywamy „badaniem siebie” (me-search). Chciałam im pokazać, że jeżeli chcą, mogą prowadzić działalność naukową, nawet jeśli nie przypominają wyglądem lub zachowaniem szablonowej fotografii naukowca (zazwyczaj mężczyzny) w białym fartuchu. Na koniec semestru odbywamy „posiedzenie okrągłego stołu” z udziałem wszystkich profesorów oraz instruktorów studiów podyplomowych. Wygłaszamy opinie i rozmawiamy o istotnych dla danej tematyki badaniach, lecz najpierw pytamy studentów, co o tym myślą. Zadajemy im pytania takie jak to: „Czy powinniśmy wprowadzić w życie parytet płci, żeby przyjmować na fizykę tyle samo kobiet, co mężczyzn?”. (Studenci prawie zawsze odpowiadają na to „nie”. Chcą mieć wybór i nie życzą sobie być zmuszani).

Przez kilka ostatnich lat w ramach tych dyskusji opowiadałam pewną historyjkę. Rozpoczęłam właśnie studia podyplomowe i uznałam, że kobiecość stoi w sprzeczności ze wspomnianą szablonową fotografią na szereg sposobów mogących podważyć moją wiarygodność naukową. Podjęłam zatem świadomy wybór, by ją stonować i przyjąć wersję „to” jako swój kobiecy wygląd. Żadnego makijażu. Dżinsy, sweter i sneakersy. Włosy prosto spod prysznica. Chciałam być traktowana poważnie i zyskać sobie akceptację. Po pewnym czasie poczułam się jednak niczym przebieraniec w stroju, który wydał mi się czymś nieszczerym. Wtedy, jak to relacjonuję studentom: „Pewnego dnia powiedziałam sobie: «A pieprzyć to!». Zamierzam być tym, kim jestem, i wyglądać, jak wyglądam, a jeśli będę musiała bardziej się starać, bo jestem kobietą robiącą w nauce, to trudno”. Nie chciałam dać się uwikłać w mylny kobiecy stereotyp.

Mam nadzieję, iż ta książka dowiedzie, że żadna kobieta nie powinna dać się powstrzymać przez mylny hormonalny stereotyp. W istocie sądzę, że powinniśmy nawet wymazać słowo „hormonalny” – jesteśmy przecież istotami hormonalnymi i cieszymy się z tego, ponieważ to hormony obdarzają nas przyjemnością, prowadzą nas przez życie i sprawiają, iż wszyscy jesteśmy mądrzejsi.

1 G. Steinem, If Men Could Menstruate, w: Outrageous Acts and Everyday Rebellions (NAL, Nowy Jork 1986), zamieszczone przez Sally Kohn na stronie http://ww3.haverford.edu/psychology/ddavis/p109g/steinem.menstruate.html.

1

Kłopot z hormonami

„Nie proś Holly o podwyżkę właśnie dzisiaj, bo pożre cię żywcem”. A to dlaczego? To przez hormony. „Przez minutę wszystko ją cieszy, a w następnej chwili się wścieka”. To przez hormony. „A niech to, ależ impulsywnie ona do wszystkiego podchodzi”. To przez hormony.

„Trudna kobieta… maszyna do robienia dzieci… szalona damulka… gorąca mamuśka… królowa śniegu… dziwka na wrotkach”.

Bez względu na to, jak nowoczesna i postępowa może być epoka, w której żyjemy (lub możemy ją za taką uważać), te wszystkie stereotypy na temat kobiet są dzisiaj w dużej mierze aktualne. Z całą pewnością nie zniknęły w ostatnim stuleciu, gdy kobiety weszły w rekordowej liczbie na rynek pracy, awansowały na czołowe pozycje praktycznie w każdej dziedzinie życia i ostatecznie wśród absolwentów amerykańskich szkół ponadpodstawowych i wyższych uczelni górują liczbowo nad mężczyznami2.

Nie są to jednak po prostu zwyczajne stereotypy, ponieważ zawierają element biologiczny, odróżniający je od innych wyświechtanych określeń typu „dama w opałach”. Owe poglądy na temat kobiet wraz z wieloma innymi, pojawiającymi się w codziennych sytuacjach w pracy, w domu, w szkole, wynikają z jednej głównej idei – że hormony sterują zachowaniami kobiet, co wyraża powiedzenie: „To przez hormony”.

„To przez hormony” – comiesięczne wahania poziomu estrogenów oraz innych kobiecych hormonów płciowych każą jej zachowywać się w ten sposób. Nie jest to jednak zbyt atrakcyjne stwierdzenie.

A oto prawda – może to faktycznie przez hormony, ale wszyscy ludzie, mężczyźni i kobiety, przechodzą cykle hormonalne. (Nikt nigdy nie powie o mężczyźnie, że „to przez hormony”, przynajmniej nie z taką samą negatywną konotacją, choć przecież poziom testosteronu też wzrasta i spada zgodnie z cyklem dobowym, a nie miesięcznym). Może to brzmi odrobinę obyczajniej niż zwrot „ma ciotkę”, lecz wydaje się, że do kobiet na dobre przylgnęła ta hormonalna łatka.

A oto problem – tłumaczenie sobie kobiecego zachowania (zwłaszcza uważanego za jawnie agresywne, niezrównoważone lub w jakiś sposób niezgodne z osobowością danej dziewczyny lub kobiety) przez przypisanie go działaniu hormonów płciowych jest rażącym i szkodliwym uproszczeniem. To w zasadzie znaczy, że kobiety nie panują albo tylko słabo panują nad swoim postępowaniem, gdyż rządzi nimi biologia. Taka uproszczona interpretacja usuwa jednak w cień coś cennego, ważnego i odmieniającego życie tak kobiet, jak i mężczyzn.

Cykle hormonalne kobiet faktycznie ucieleśniają pół miliarda lat mądrości ewolucyjnej. Chociaż hormony z całą pewnością wpływają na kobiece zachowania – napisałam w końcu całą książkę na ten temat – w kobiecym cyklu płodności tkwi ukryta inteligencja, pradawna wiedza, którą kobiety mogą wykorzystać do podejmowania najlepszych decyzji we współczesnym życiu. Za codziennymi zachowaniami interpretowanymi często po prostu jako „działanie hormonów” kryje się proces biochemiczny, który pomagał miliardom samic z tysięcy gatunków wybierać partnerów, unikać gwałtu, konkurować z rywalkami, walczyć o zasoby i wydawać na świat potomstwo o korzystnych genach oraz dobrych perspektywach. Żeby sprostać tym wyzwaniom, kobiece mózgi w toku ewolucji sprzymierzyły się z hormonami, zamiast ulegać zaburzeniom pod ich wpływem.

To głównie dzięki hormonom przetrwaliśmy i mamy się dobrze.

Biologia nie jest przeznaczeniem (choć ma znaczenie polityczne)

Jako naukowiec oraz feministka przekonałam się, że wszelkie dyskusje o kobiecych hormonach i roli, jaką odgrywają w kształtowaniu zachowań, mogą stanowić niebezpieczny teren dyskusji, nawet w kręgach ludzi o podobnych poglądach. Najpierw mnie to zaskakiwało – sądziłam, że wszyscy będą chcieli skorzystać z tej wiedzy, zwłaszcza kobiety. Mamy prawo rozumieć, jak działają nasze ciała oraz umysły i dlaczego. Dostrzegłam jednak, że fakty najpierw są dobierane wybiórczo, a następnie gubią się w zmiennym nurcie polityki dotyczącej płci. Źle poinformowani seksiści wciąż znajdują sposoby naginania prawdy i wykorzystywania różnic biologicznych jako przeszkody zbyt wysokiej, by kobiety mogły ją pokonać. Feministki słusznie nie chcą do tego dopuścić. Wskutek takiej dynamiki oddzielenie mitu od rzeczywistości staje się trudne.

 

Weźmy na przykład wysoce kontrowersyjny reportaż CNN z wyborczego roku 2012, kiedy to – jak mogło się wydawać – same hormony poszły na wybory. Dwa tygodnie przed głosowaniem stacja nadała materiał na temat pochodzącego z internetu doniesienia, że według oczekujących na rychłą publikację wyników pewnego badania3 żyjące w stanie wolnym kobiety będące w okresie owulacji (i szczytowej płodności) faworyzują prezydenta Baracka Obamę i jego politykę, a nie gubernatora Mitta Romneya. W materiale w ten oto sposób wyjaśniono spostrzeżenia badaczy: „W okresie owulacji kobiety «czują się seksowniejsze», bardziej skłaniają się więc ku liberalnym postawom wobec przerywania ciąży i równości w małżeństwie”4. Tymczasem kobiety zamężne lub żyjące w wiernych związkach, twierdzono w reportażu, skłaniają się ku bardziej konserwatywnemu Romneyowi.

Materiał dzięki pisanym błyskawicznie blogom oraz internetowym serwisom z wiadomościami spotkał się z szybką i wściekłą reakcją. Katie Baker pisała w „Jezebel”: „CNN uważa, że zwariowane damulki głosują waginami”. „Zadowolona z siebie mężatka napalona na Obamę, lecz tylko wtedy, kiedy nie ma owulacji” – takim nagłówkiem Kate Clancy opatrzyła swoją odpowiedź na stronie internetowej czasopisma „Scientific American”. „Dokładnie taki koszmarny obraz Kobiet Szalejących Podczas Wyborów i Oceniających Kandydatów Według Mocno Zarysowanego Podbródka tak długo nękał kandydatów płci żeńskiej”, pisała na łamach „Washington Post” Alexandra Petri. Sieć CNN po kilku dniach zdjęła reportaż z anteny, dziennikarza wyśmiano, a głównego autora wspomnianego badania zasypano lawiną nienawistnych e-maili.

Wycofanie materiału przez CNN oceniono jako zwycięstwo kobiet, znak ich politycznego awansu oraz odejście świata od polityki z lat siedemdziesiątych XX wieku, kiedy pewien prominentny polityk stwierdził, że „szaleńczy wpływ hormonów” dyskwalifikuje kobiety jako kandydatki na stanowiska przywódcze. Doktor Edgar Berman był członkiem Komitetu Demokratycznej Partii Narodowej ds. Priorytetów Narodowych, głównym doradcą wiceprezydenta Huberta Humphreya oraz jego osobistym lekarzem. Kiedy w 1970 roku pewna członkini Kongresu zaproponowała objęcie przez partię najwyższym priorytetem kwestii praw kobiet, Berman udzielił odpowiedzi odmownej w lekceważącym i jawnie wiktoriańskim stylu. Podał cykl miesięczny i menopauzę jako powody, dla których kobiety nigdy nie uzyskają równości.

„Jeśli ktoś zainwestuje w akcje banku – dowodził – nie zechce, żeby prezes tego banku udzielał kredytów pod owym szaleńczym wpływem hormonów w tym konkretnym okresie”. Po czym ciągnął: „Przypuśćmy, że urzędujący w Białym Domu prezydent – kobieta w okresie menopauzy – musiałby w tym czasie podjąć decyzję w sprawie Zatoki Świń, która oczywiście była kiepską decyzją, albo jakiejś innej scysji z Rosjanami w związku z Kubą”. Berman w zasadzie sugerował, że chimeryczna przywódczyni wolnego świata podniosłaby w Gabinecie Owalnym słuchawkę czerwonego telefonu i ochrzaniła lokatora Kremla, rozpętując tym nuklearny holokaust. (Piszę te słowa – o ironio! – po wyborach prezydenckich z 2016 roku).

Pewne fakty świadczą o tym, że Berman – zagorzały demokrata i orędownik takich spraw kobiet, jak żłobki i przedszkola oraz łatwiejszy dostęp do antykoncepcji – starał się zwrócić dyskusję ku kwestiom w rodzaju Wietnamu i próbował obrócić problem w żart; jeśli tak, to srodze brakowało mu umiejętności słuchania, a także wyczucia czasu przy kabaretowych popisach. Działo się to w kluczowym dla ruchu kobiet momencie, kiedy jego przywódczynie starały się zwrócić uwagę na sprawy takie jak równa płaca i budowały poparcie dla uchwalenia poprawki do Konstytucji w kwestii równości praw obu płci. A tu zjawia się Berman, który wypowiada puentę potwierdzającą pogląd seksistów, że miejsce kobiety jest w domu. W 1970 roku, tym samym, w którym Berman uznał kobiety za istoty zbyt podległe wpływom hormonów, na antenie zadebiutował program The Mary Tyler Moore Show z udziałem nastawionej na zrobienie kariery Mary Richards. Jednakże konkurs piękności Miss America nadal przyciągał więcej widzów niż Mary, a Samantha – bohaterka serialu Ożeniłem się z czarownicą – mimo swojej dzielności spędzała mnóstwo czasu na sprzątaniu domu (jak zwykła śmiertelniczka).

Chociaż nie było jeszcze internetu, nie upłynęło dużo czasu, a o uwagach Bermana dowiedziała się opinia publiczna i w ciągu paru miesięcy złożył on rezygnację ze stanowiska w komitecie. Zakwestionowano nie tylko jego poglądy polityczne, lecz także wiedzę naukową. „Mówienie o «szaleńczym wpływie hormonów» jest nonsensem lub przynajmniej grubą przesadą”, powiedział endokrynolog z Harvardu, doktor Sidney Ingbar, wyrażając opinię profesjonalisty, którą podchwycili inni. „Każdy, kto się autorytatywnie tak wypowiada – dodał psychiatra, doktor Leon J. Epstein z Uniwersytetu Kalifornijskiego – stoi na pewnym gruncie uprzedzeń albo niepopartego dowodami przekonania”5.

Jednak w przeciwieństwie do CNN Berman nie wycofał swoich stwierdzeń, a faktycznie poszedł w zaparte. Pisał później w obronie swoich komentarzy: „Żaden lekarz (ani większość kobiet) nie może zaprzeczyć, że w pewnych okresach życia u wielu kobiet występują stres i zaburzenia emocjonalne dalece wykraczające poza te, których doświadcza przeciętny mężczyzna. Wyraziłem w zasadzie tylko to, że w okresach napięcia cenię sobie męską zdolność oceny sytuacji przy podejmowaniu kluczowych decyzji. […] Nie mogę cofnąć i nie cofnę naukowo potwierdzonej prawdy”6.

Oczywiście za uwagami doktora Bermana nie stoi żadna „naukowo potwierdzona prawda”. Wyrażał on jednak rozpowszechniony pogląd o kobietach, utrzymujący się przez pokolenia, a nawet stulecia – że kobiece hormony to coś chaotycznego i problematycznego, coś, co wymaga „naprawy”. Menstruację i menopauzę uznawano za tematy żenujące, a lekarze nie udzielali kobietom zbyt wielu informacji o ich organizmach. Mówiono o „niedyspozycji” i „zmianie”, a pomiędzy nimi mętnie napomykano o takich sprawach, jak seks, ciąża i poród.

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Berman wygłaszał te oburzające stwierdzenia, w Bostonie zebrała się grupa kobiet. Właśnie opublikowały broszurkę, liczącą 193 połączone zszywaczem strony, poświęconą zagadnieniom zdrowia reprodukcyjnego kobiet, obrazowo ukazującą tematykę życia seksualnego, ciąży, porodu, przerywania ciąży oraz inne zagadnienia stanowiące wówczas tematy tabu. Później wprowadziły w tej skromnej, wydanej na papierze gazetowym, lecz śmiałej broszurze poprawki i przekształciły ją w pierwsze wydanie książki Our Bodies, Ourselves7, przebojowej pozycji stanowiącej biblię kobiecego zdrowia, która zmieniła sytuację, przekazując wiedzę o kobiecym ciele – i wiążącej się z nią władzy – bezpośrednio w ręce kobiet8.

Przeszłyśmy długą drogę, kochana. Mimo to warto pamiętać, jak dużo jeszcze jest przed nami. Nie zapominajmy, co w 2015 roku powiedział kandydat na prezydenta Donald Trump, narzekający na dziennikarkę naciskającą go w sprawie jego obraźliwych wypowiedzi o kobietach; sugerował, że to dlatego, iż „krew wypływała z niej wszędzie”.

Innymi słowy, choć minęło czterdzieści pięć lat, to wszystko nadal przez hormony.

Błędne koło (hormonów)

Przed zagłębieniem się w obszerne materiały poświęcone hormonom i zachowaniom kobiet powstrzymuje nas nie tylko męska tendencyjność. Czasem największe bariery stawiają same kobiety, w tym te, które poświęciły się sprawie równości mężczyzn i kobiet w miejscu pracy.

Zgodnie z tym tokiem myślenia, kiedy tylko uznamy istnienie różnic między płciami, oddamy w tej batalii teren przeciwnikowi i nigdy nie będziemy traktowane na równi z mężczyznami. Zamiast tego będziemy postrzegane jako słabsze, mniej odporne, mające mniejsze możliwości. O kobiecie w ciąży będzie się myśleć, że usłucha hormonalnego zewu macierzyństwa i nie będzie chciała wrócić do pracy, więc nie ma sensu jej awansować. Starsza kobieta po menopauzie nie zdoła zaś dać z siebie wszystkiego, gdyż bezsenne, wypełnione uderzeniami gorąca noce i roztargniony kobiecy mózg pogorszą jej sprawność w pracy, ponadto w niektórych dniach naprawdę trudno będzie z nią wytrzymać. Jej też zatem nie warto awansować.