Ludzkie potwory

Tekst
Z serii: Amerykańska
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
SERIA AMERYKAŃSKA
Patti Smith Poniedziałkowe dzieci
Jack Kerouac Allen Ginsberg Listy
Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero
Geert Mak Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki
Johnny Cash Cash. Autobiografia
Allen Ginsberg Listy
Bob Dylan Kroniki. Tom pierwszy
William S. Burroughs Jack Kerouac A hipopotamy żywcem się ugotowały
Lawrence Wright Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary
S. C. Gwynne Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów
David Ritz Respect. Życie Arethy Franklin
Alysia Abbott Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu
Jon Krakauer Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija
Kim Gordon Dziewczyna z zespołu
Dennis Covington Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach
Rick Bragg Jerry’ego Lee Lewisa opowieść o własnym życiu
Scott Carney Śmierć na Diamentowej Górze. Amerykańska droga do oświecenia
Hampton Sides Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu
James Grissom Szaleństwa Boga. Tennessee Williams i kobiety z mgły
Patti Smith Pociąg linii M
Billie Holiday William Dufty Lady Day śpiewa bluesa
Dan Baum Dziewięć twarzy Nowego Orleanu
Jill Leovy Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce
Brendan I. Koerner Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego
Hampton Sides Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę
Paul Theroux Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji
S. C. Gwynne Wrzask rebeliantów. Historia geniusza wojny secesyjnej
Jon Krakauer Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim
James McBride Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul
Dan Baum Wolność i spluwa. Podróż przez uzbrojoną Amerykę
Legs McNeil Gillian McCain Please kill me. Punkowa historia punka
David McCullough Bracia Wright
Lawrence Wright Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę
Linda Polman Laleczki skazańców. Życie z karą śmierci
Sam Quinones Dreamland. Opiatowa epidemia w USA
Jan Błaszczak The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side
Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki (wyd. 3)
Charlie LeDuff Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje
Tom Clavin Bob Drury Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów (wyd. 2)
Andrew Smith Księżycowy pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na Ziemię
NIKKI MEREDITH
LUDZKIE POTWORY
Kobiety Mansona i banalność zła
Przełożył Maciej Kositorny

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w  internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i  koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.



Tytuł oryginału angielskiego The Manson Women and Me. Monsters, Morality, and Murder


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by AP Images / EastNews


Copyright © 2018 by Nikki Meredith

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2019

Copyright © for the Polish translation by Maciej Kositorny, 2019


Redakcja Ewa Polańska

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl


Skład wersji elektronicznej / d2d.pl


ISBN 978-83-8049-896-9

Książkę dedykuję:

synowi za konsultację w kwestiach technicznych

córce za pomoc w redakcji

mężowi za to, że jest dla mnie wszystkim



Przedmowa

Prowadzę kursy dziennikarstwa w lokalnym więzieniu w Austin w stanie Teksas – mieście, w którym mieszkam. Zajęcia odbywają się w blokach męskim i żeńskim oraz na oddziałach o zaostrzonym i złagodzonym rygorze. Co semestr otrzymuję przed pierwszymi ćwiczeniami imienną listę uczestników, ale zwracam się do nich wyłącznie po pseudonimach, które sami proponują. Wynika to z przyjętej przeze mnie zasady, że dopóki moi uczniowie nie złożą prac zaliczeniowych, nie szukam w internecie żadnych informacji o nich. W ten sposób nie narażam ich na uprzedzenia, których mogłabym nabrać już pierwszego dnia znajomości, gdybym dowiedziała się, co zrobili w najmroczniejszych dniach swojego życia. Nie wystawiam też na niepotrzebną próbę swojego przekonania o potencjale i nadziei tkwiących w idei resocjalizacji dla wszystkich. To dobra metoda, która pozwala wydobyć z uczniów to, co najlepsze, niezależnie od tego, jaką mają przeszłość.

Okazuje się, że część najciekawszych, tryskających energią i elokwentnych uczestników zajęć to osoby z morderstwami lub usiłowaniem zabójstw na koncie. Wśród użytych przez nie narzędzi zbrodni można wymienić ogień, noże czy samochody, a same przestępstwa popełniano nieumyślnie lub z wielką, ale to wielką premedytacją. Szczególnie utkwiła mi w pamięci jedna z więźniarek, która wyróżniała się lśniącymi ciemnobrązowymi włosami, zebranymi na czubku głowy w kucyk. Przychodziła codziennie, zawsze pełna pomysłów i kipiąca entuzjazmem. Kiedy podczas odczytywania zadanych prac – przeglądu wiadomości, artykułu wstępnego lub czyjegoś portretu – prosiłam o zabranie głosu właśnie ją, po sali przechodził szmer i wszyscy razem szykowaliśmy się na coś, co wywoła uśmiech, westchnienie lub refleksję. Za każdym razem pytałam samą siebie, jakim cudem ta kobieta znalazła się w więzieniu. (Nie twierdzę, że z innymi kursantami sprawa była oczywista, jednak jej obce było to wszystko, co tak często doprowadza za kraty: bieda, narkotyki lub choroba psychiczna).

Po ostatnich zajęciach sprawdziłam ją. Tajemnica jej sukcesów od razu wyszła na jaw: na wolności prowadziła blog dla matek, a według prokuratora pisała „błyskotliwie, zajmująco i autoironicznie, co przyciągało dużą grupę czytelników”. Niemniej pewnego dnia wyjątkowo zamiast opublikować kolejny wpis, wsiadła do samochodu i jechała przez siedem godzin, by włamać się w środku nocy do mieszkania byłego męża, skrępować mu kończyny opaskami zaciskowymi, zawinąć jego ciało w plastikową folię i roztrzaskać mu pałką głowę. Z jakiegoś powodu wydało jej się to najlepszym sposobem na uzyskanie pełnej opieki nad dziećmi, o co toczyła się zażarta batalia sądowa. Uff. W każdym razie napisała świetną relację ze zorganizowanej w więzieniu okręgowym w Travis kolacji z okazji Święta Dziękczynienia.

Moja mama przyjęła odwrotną strategię, gdy zajmowała się niesławnymi członkiniami tak zwanej Rodziny Mansona, czyli Leslie Van Houten i Patricią Krenwinkel. Zamiast wystrzegać się informacji o groteskowości ludzkich zachowań w ich najgorszych przejawach, przed spotkaniami z Leslie i Pat zapoznała się z jak najdokładniejszymi opisami (a także zdjęciami) ohydnego bestialstwa, którego dopuściły się na swoich ofiarach – a były to czyny tak okrutne, że większość Amerykanów nie miałaby najmniejszej ochoty przebywać z tymi kobietami w jednym pomieszczeniu, nie mówiąc już o rozmawianiu z nimi. Musiała przy tym lawirować między instynktownymi uczuciami niechęci i gniewu do osób zdolnych w pełni świadomie popełnić takie zbrodnie. Inaczej niż ja w swoim modelu pracy nie odwracała wzroku i patrzyła wprost w rany, które zostały zadane, pytając wciąż i na nowo „dlaczego?”, „jak?”.

Przepełniająca mamę chęć zrozumienia, co przywiodło kobiety Mansona do popełnienia zbrodni, była zaraźliwa. Podczas zbierania materiałów do tej książki rozmawiała w więzieniu Frontera z Leslie i Pat, jeździła po całej Kalifornii i przeprowadzała wywiady z ich bliskimi, znajomymi z liceum i psychologami, a ja potem wysłuchiwałam jej relacji przez telefon, bo akurat podjęłam studia humanistyczne na Wschodnim Wybrzeżu. Urodziłam się już po zbrodni i nie czytałam Helter Skelter, więc wiedzę o Mansonie i spuściźnie po jego Rodzinie czerpałam z odtworzonych przez mamę rozmów z Pat i Leslie. Kiedy je poznała, miałam dwadzieścia lat – mniej więcej tyle, ile omamiona przez Mansona Leslie – więc z pewną podejrzliwością podchodziłam do pomysłu wgłębienia się w narkotykową scenerię Los Angeles z końca lat sześćdziesiątych. Było (i nadal jest) coś głęboko niepokojącego w seksualnej dynamice związku Leslie z Mansonem, coś, co przeniknęło do mojej podświadomości. Miałam nawracający koszmar z udziałem przypominającej Mansona postaci, która przejmowała nade mną kontrolę, kiedy prowadziłam samochód. Sen przybierał formę zniekształconej i realistycznej wersji gry komputerowej Pole Position, choć nie było w nim nic rozrywkowego. Zmanipulowana przez tę postać, rozjeżdżałam przechodniów, a w miarę jak rosła liczba ofiar, wzbierał we mnie lęk, który ostatecznie mnie budził. Czy ten koszmar był przebłyskiem tkwiącej we mnie zdolności do wyrządzania innym krzywdy, która uruchamiałaby się, o ile tylko zawładnęłaby mną jakaś ciemna siła? Czy zawarte w nim było przesłanie, że w pewnych okolicznościach być może nie okazałabym się inna od Leslie i Pat?

 

Przez dwadzieścia lat moja mama mierzyła się z tym pytaniem na jawie. Ciekawość doprowadziła ją w dość nieprzyjemne rejony. Jednak im lepiej poznawała Leslie i Pat, tym trudniej jej było widzieć w nich, jak chciałaby tego większość z nas, mroczne demony, które nie są w stanie powiedzieć nam niczego o nas samych. Kiedy napotykamy zło, odruchowo uznajemy jego sprawców za potwory. W istocie jednak mama miała do czynienia z dwójką bardzo ludzkich ludzi – z osobami na tyle do niej podobnymi, że nie mogła uciec od porównań z własnym życiem i z podejmowanymi przez nią samą wyborami. Tam, gdzie zazwyczaj szukałoby się różnic, moja matka nasłuchiwała ech, które mogłyby wokół rozbrzmiewać… I w końcu je odnajdowała.

Ponad wszelką wątpliwość zbrodnie popełnione w imieniu Charlesa Mansona przez Leslie i Pat nie mieściły się i nigdy nie będą się mieścić w kontinuum „normalnego” ludzkiego doświadczenia. Ich ofiary oraz rodziny ofiar doznały trwałej krzywdy. Niemniej odwracanie oczu od tego, co współdzielimy z tymi dwiema kobietami, służy tylko utrwalaniu mitu, że reszta z nas jest w jakiś sposób odporna na oddziaływania, które mogłyby skazić naszą naturę.

W 1995 roku mama rozpoczęła pewien eksperyment. Przyświecała jej intencja zrozumienia obrzeży ludzkiej psychiki. Spędziła długie godziny na próbach zgłębienia odmętów życia Leslie i Pat, starając się dociec, jak te dwie kobiety były zdolne zadawać śmiertelne ciosy nożem. Zarazem jednak równie dużo czasu poświęciła analizie tych czynników w sobie samej, które chroniły ją – lub też czasami przestawały chronić – w chwilach słabości. Niewielu z nas chciałoby wiedzieć, jak blisko przepaści można się zapuścić. Mamy szczęście, że zaproszono nas do uczestnictwa w tym fascynującym studium.


Caitlin Meredith

kwiecień 2017

Wstęp

W dwie kolejne noce sierpnia 1969 roku grupa młodych ludzi wkroczyła do dwóch domów w Los Angeles i metodycznie wymordowała wszystkich, których w nich zastała – w sumie siedem osób. Nie da się wyolbrzymić strachu, jaki tamtego lata ogarnął miasto. Z początku panikę potęgował brak informacji o motywach zbrodni. Nie było żadnych dowodów na istnienie powiązań między ofiarami i zabójcami i choć zamordowano osoby majętne, to – poza drobiazgami – nikt nie został obrabowany. Wydawało się, że jedynym celem sprawców było sianie terroru – i go osiągnęli.

Ten lęk dało się wyczuć od Westside po South Central, od plaż Pacyfiku po dolinę San Fernando. Morderstwa pozostawiły nieusuwalny ślad w zbiorowej psychice Amerykanów. Później będzie się mówić, że przełamujący ograniczenia, twórczy duch lat sześćdziesiątych zginął wraz z ofiarami tych dwóch sierpniowych nocy.

Kiedy w końcu ustalono sprawców zbrodni – Charlesa Mansona, Texa Watsona, Susan Atkins, Patricię Krenwinkel i Leslie Van Houten – zgroza tylko się nasiliła. Manson, czyli pomysłodawca rzezi, przerażał, ale w przewidywalny sposób. Wiele wydarzeń z jego życiorysu mogło wytłumaczyć zwichrowania jego psychiki. Jednak zmanipulowane przez niego młode osoby, a zwłaszcza dziewczyny, zupełnie nie przypominały ludzi wzbudzających postrach. Wyglądały jak nasze siostry, córki, znajome – my same wreszcie – ale przepełniająca je żądza krwi była wzięta wprost z horrorów.

Już w samych zbrodniach tkwiło dość zła, niemniej zachowanie sprawców podczas procesu sądowego okazało się wręcz nie do zniesienia. Mordercy naśmiewali się z żalu rodzin ofiar, a także okazywali jawną pogardę dla lęków i oburzenia, które przenikały społeczeństwo.

Dwadzieścia lat temu zaczęłam spotykać się w więzieniu z dwiema z tych kobiet – Leslie Van Houten i Patricią Krenwinkel – gdyż chciałam sprawdzić, czy zmieniły się na tyle, by znacząco różnić się od dziewcząt, które w 1969 roku wykonywały barbarzyńskie rozkazy Charlesa Mansona. A jeśli do tego doszło, to jak postrzegały ówczesne wydarzenia z perspektywy osiągniętego wieku średniego.

Ponieważ mam profil demograficzny zbliżony do profilu zabójczyń, kusiło mnie, by przeanalizować, na ile w moich losach działały te same siły, którym zostały poddane te dwie kobiety. Otóż były w moim życiu momenty, w których dokonanie innych wyborów mogłoby skutkować dramatycznym zboczeniem z kursu.

Chodziłam do liceum z dwiema osobami uwikłanymi w tę sprawę: Catherine Share, która odpowiadała za pozyskiwanie kandydatek do Rodziny Mansona, oraz Stephenem Kayem, zastępcą prokuratora okręgowego i współpracownikiem Vincenta Bugliosiego podczas procesu w sprawie zabójstw Tate–LaBianca. Gdy prześledziłam życie Catherine Share i moje z nią relacje, które nawiązałam jako piętnastolatka, zdałam sobie sprawę, że okazały się one – z wielu różnych przyczyn – kluczowe dla mojego rozwoju moralnego. Z kolei Stephen Kay pomógł mi zrozumieć zasady działania wymiaru sprawiedliwości. Przy nim mogłam przyjrzeć się temu, co w tym systemie jest sprawiedliwe i zdecydowanie niesprawiedliwe.

Droga do znalezienia odpowiedzi była wyboista, pełna dziur, objazdów i ślepych uliczek. Nieraz się poddawałam, ukrywałam okropny i sfatygowany bagaż, by wyruszać na wycieczki tam, gdzie krajobraz był bardziej widowiskowy, a ścieżki mniej kręte.

Od początku napotykałam przeszkody, a było ich tyle, że raz na jakiś czas ogarniał mnie lęk przed nieuchronnym fiaskiem tego projektu. Pierwsze kłopoty pojawiły się już wtedy, gdy zdecydowałam się przeprowadzić z obiema kobietami oficjalne wywiady. Dowiedziałam się wówczas, że obowiązujące od niedawna w Kalifornii prawo pozbawiło dziennikarzy takiej możliwości. Mogłam odwiedzać je jako osoba prywatna, ale nie pozwolono mi zrobić żadnych notatek ani nagrań.

Wprowadzenie nowych przepisów było jak zły omen, podobnie jak utrata osoby, na której fachową wiedzę liczyłam przy rozpatrywaniu kluczowych kwestii związanych z tą sprawą. Dość wcześnie próbowałam nawiązać kontakt z doktorem Chrisem Hatcherem, światowej sławy psychologiem kryminalistycznym, który występował jako biegły w wielu głośnych procesach, na przykład Davida Koresha (Waco) i Jima Jonesa (Jonestown). Przez lata śledziłam jego karierę, czytałam jego artykuły i uczestniczyłam w prowadzonych przez niego obchodach w Centrum Medycznym Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco. Przez długie tygodnie nie udawało mi się złapać go przez telefon, aż kiedy w końcu się do niego dodzwoniłam, nie tylko zgodził się ze mną spotkać, ale także entuzjastycznie podszedł do mojego projektu i obiecał, że pomoże ogarnąć zbierany przeze mnie materiał. Byłam podekscytowana. Niestety, dwa dni przed wyznaczoną datą naszego spotkania zmarł w wieku pięćdziesięciu trzech lat na tętniaka mózgu.

Bywało, że przesądna część mojej natury brała górę i zaczynałam myśleć, że ktoś lub coś nie chce, bym ukończyła tę książkę. Kluczowe narzędzia pracy przestawały funkcjonować w zatrważającym tempie. Dyski twarde odmawiały posłuszeństwa, monitory gasły na amen, klawiatura szwankowała. Rozbolała mnie prawa ręka, drętwiały palce i w pewnym momencie ból tak się nasilił, że nie byłam w stanie pisać ani na komputerze, ani ręcznie. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to wszystko szło nie tak, jak powinno.

Za mnóstwo napotykanych przeze mnie problemów odpowiadałam ja sama. W kilku początkowych latach realizacji tego przedsięwzięcia działałam wbrew zdrowemu rozsądkowi i strzelałam na oślep, zamiast koncentrować się na rzeczach ważnych. Każdy dziennikarz ma świadomość niebezpieczeństw związanych z uganianiem się za materiałem, który najpewniej będzie miał żadne lub marginalne znaczenie. Przeprowadzałam wywiady ze wszystkimi, którzy chcieli ze mną rozmawiać, odwiedzałam odległe miejsca, gdzie członkowie bandy wykolejeńców pozostawili swój ślad, i kompletowałam własną biblioteczkę poświęconą Rodzinie Mansona. Jednak pogoń za „kolorytem” i kontekstem może prowadzić na manowce.

To niezaspokojone pragnienie dotarcia do najdrobniejszego nawet szczegółu podsycała jeszcze nadzieja, że w połączeniu z innymi detalami pozwoli on odtworzyć jakiś sensowny wzorzec ludzkich zachowań. Przychodzi mi tu na myśl wymowny przykład: szukałam gościa, który znał faceta, który miał kumpla, którego babcia znała w latach sześćdziesiątych Mansona. To był stracony czas, nigdy już go nie odzyskam.

Historia tych dwóch kobiet stanowiła główny wątek mojej pracy, ale było w tym też coś bardziej osobistego. Kiedy mój brat był w wieku Leslie, napadł na dom starszego małżeństwa, a to było ciężkim przestępstwem. Nikt nie zginął, ale brat trafił za kratki; co ciekawe, wylądował w więzieniu położonym niedaleko zakładu, w którym karę odsiadują Leslie i Pat. Miałam świadomość, jak to wydarzenie wpłynęło na życie mojej rodziny. Brat nie był psychopatą, choć miał w sobie coś, co pozwoliło mu zdystansować się emocjonalnie od horroru, jaki urządził swoim ofiarom. Pytania dotyczące tego zobojętnienia, na które zresztą nie znajdowałam odpowiedzi, podsycały moje zainteresowanie Patricią i Leslie.

Oprócz miriadów realnych lub wyimaginowanych przeciwności na postępy w mojej pracy – lub ich brak – wpływały także wydarzenia, które trafiały na pierwsze strony gazet. Po atakach terrorystycznych z 11 września 2001 roku na jakiś czas porzuciłam ten projekt. W obliczu tamtej tragedii śmierć siedmiu osób zamordowanych przez Rodzinę Mansona wydawała się niemal błaha. Abu Ghraib miało odwrotny skutek. Ujrzane w 2004 roku zdjęcia uśmiechniętej Lynndie England upokarzającej więźniów przywiodły mi na myśl drwiny, na które Leslie i Pat pozwalały sobie po popełnionych zbrodniach. Jeśli zaś chodzi o drugą stronę tego konfliktu, to w doniesieniach o młodych dżihadystkach dostrzegłam wiele zbieżności z przypadkami Pat i Leslie: była mowa o osobach raczej wykształconych, pochodzących z klasy średniej i zauroczonych lub zmanipulowanych przez złowrogiego przywódcę „duchowego”.

Paradoksalnie w przypadku większości tych kobiet (a także Pat i Leslie) za popełnionymi przez nie aktami przemocy stały przede wszystkim względy ideologiczne – chęć naprawienia zła – oraz niepowstrzymane pragnienie uczestnictwa w czymś większym i ważniejszym od ich zwykłego życia. Jednak podobieństwem, które najbardziej mroziło krew w żyłach, był ten sam całkowity brak współczucia dla rzeczywistych lub potencjalnych ofiar. Dostrzegłam również analogie w tym, jak media skupiają się na szczególnego rodzaju kobietach dopuszczających się szczególnego rodzaju aktów przemocy.

Po strzelaninie w San Bernardino w 2015 roku Amerykę ogarnęło oburzenie, że uczestniczyła w niej matka półrocznego dziecka, Tashfeen Malik (Hatred More Powerful Than a Mother’s Love [Nienawiść silniejsza niż matczyna miłość] w londyńskim „Timesie”). Wśród ogółu naszych lęków można wyróżnić jeden szczególny, a mianowicie ten odczuwany w stosunku do agresywnych kobiet – zwłaszcza tych wyglądających niczym księżniczki na balu, jak w przypadku Leslie Van Houten, lub matek, jak Tashfeen Malik. Mężczyzna uczestniczący w strzelaninie był ojcem tego samego dziecka, ale o tym rzadko wzmiankowano w poświęconych mu doniesieniach medialnych.

Nawet wtedy, gdy odkładałam ten projekt na bok, podtrzymywałam znajomość z Pat i Leslie – korespondowałam z nimi i odwiedzałam je, jeśli nadarzała się ku temu okazja. Pragnienie zrozumienia rozbieżności między tym, kim były w przeszłości, a kim są obecnie, nigdy we mnie nie osłabło, a kiedy chciałam na chwilę odpocząć od tych zagadnień, nie pozwalała mi na to kultura masowa. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że od momentu, w którym zajęłam się tą tematyką, zarówno Manson, jak i jego Rodzina byli obecni w mediach niemal każdego dnia i w wielu różnych kontekstach – od żartów przez metafory po poważne dyskusje o złu.

Dręczyło mnie też pytanie, które kazało mi wracać do pracy nad tą książką: jeśli obie kobiety nie były psychopatkami czy – używając innych określeń na osoby pozbawione sumienia – socjopatkami, osobowościami narcystycznymi ani osobowościami borderline, to co się stało z ich człowieczeństwem w te dwie sierpniowe noce? W dalszych partiach tekstu znalazły się podane przez Leslie i Patricię opisy okrutnych cierpień, które stały się udziałem ich ofiar. Przemoc była bardzo bezpośrednia i osobista. Sprawczynie nie tylko słyszały krzyki, ale także czuły, jak pod ich rękami trzeszczały kości i rozpadały się narządy. Co powstrzymywało je przed zareagowaniem na tak przerażający ból? Dlaczego zajęło im pięć lat, by dopuścić do siebie jakiekolwiek uczucia w stosunku do ofiar?

 

Szukając odpowiedzi na te pytania, wertowałam teksty poświęcone agresywnym zachowaniom zwykłych ludzi, zarówno tym przejawianym w ramach eksperymentów naukowych, jak i w świecie rzeczywistym – masowo w Rwandzie, Gwatemali, Bośni czy na mniejszą skalę w Abu Ghraib. U mnie samej, i to na wczesnym etapie życia, potrzebę zrozumienia tego rodzaju barbarzyństwa wywołał los sześciu milionów Żydów na terytoriach okupowanych przez Niemców podczas II wojny światowej. Niemniej przed przystąpieniem do pisania tej książki nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo moja mieszana krew żydowska – naziści nazywali takich mieszańców terminem Mischling – wpływała na moje losy i jaką rolę odegrała w rozbudzeniu we mnie zainteresowania kobietami z Rodziny Mansona.

W dzieciństwie miałam ulubiony, zrobiony na drutach szalik. Dominowały w nim kolory antracytowy, jasnoniebieski i liliowy, ale w materiał wpleciona była również delikatna złota nić. Kiedy zastanawiam się nad swoim żydostwem, do głowy przychodzi ten ciągnący się przez całą długość szalika złoty wątek. Choć subtelny, zawsze dało się go dostrzec i zawsze lśnił, gdy padały na niego promienie słońca.

Gdy uświadomiłam sobie, jak silnie żydowskie dziedzictwo wpłynęło na moje życie, odniosłam wrażenie, że jest ono niczym zjawa unosząca się nad wszystkimi i wszystkim, co napotykałam po drodze. Początkowo jego oddziaływanie wydawało się dziwnie nieproporcjonalne. Ostatecznie jestem tylko ćwierćkrwi Żydówką, a Żydzi stanowią zaledwie dwa procent naszej populacji.

W jaki sposób wiązało się to z zainteresowaniem kobietami Mansona? Otóż dorastanie w cieniu Holokaustu, wiedza, że Żydów zabijano tylko dlatego, że byli Żydami, i uświadomienie sobie faktu, że nawet płynąca w moich żyłach mocno rozcieńczona krew żydowska mogłaby narazić na rzeczywiste niebezpieczeństwo mnie samą i moją rodzinę, już w młodym wieku kazały mi stawiać pytanie „dlaczego?”. Dlaczego rządzeni przez Hitlera zwykli Niemcy metodycznie zabijali osoby pochodzenia żydowskiego – dzieci, dorosłych czy starców – które nie zrobiły niczego złego?

Kwestia ta dręczyła mnie, gdy byłam dziewczynką, wpłynęła na moje życie, kiedy wkraczałam w dorosłość, a nieco później doprowadziła do kluczowego pytania tej książki, czyli „dlaczego?”. Dlaczego dwie zwykłe kobiety na życzenie Charlesa Mansona brutalnie zamordowały obcych sobie ludzi? Zgodnie z jednym z wątków poruszanych w niniejszej książce (to jest wszystkie drogi prowadzą do żydostwa) zawsze pamiętałam, że trójka dorosłych ofiar – Abigail Folger, Jay Sebring i Wojtek Frykowski – była Żydami. Nie uważałam, by był to główny motyw tych zbrodni, ale przyjmowałam, że fakt ten odegrał pewną rolę, choć nie potrafię wyjaśnić jaką. Nie jestem pewna, w jaki sposób doszłam do wniosku, że ich pochodzenie etniczne jest istotne, nie byłam również w stanie zweryfikować jego ważności.

Wiadomo, że jedna z ofiar, czyli nienarodzone dziecko Sharon Tate, była w połowie Żydem. Ojciec, Roman Polański, nie dość, że jest Żydem, to na dodatek jego matka i siostra trafiły do Auschwitz – siostra przeżyła, mama zginęła. Ponadto w problemie żydowskości jest jeszcze jedno dręczące mnie „dlaczego”: dlaczego Catherine Share, która została sierotą w wyniku zorganizowanego przez Hitlera Holokaustu, związała się z wycinającym sobie na czole swastykę Mansonem? Przez jakiś czas wyglądało to tak, że czymkolwiek bym się zajmowała w ramach tego projektu, wszędzie symbolicznie lub naocznie widziałam gwiazdę Dawida lub swastykę. Czasami nawet mnie samej wydawało się, że takie skojarzenia szły za daleko, i czułam się jak Alvy Singer grany przez Woody’ego Allena w filmie Annie Hall, który widzi lub słyszy odniesienia do Żydów tam, gdzie nikt inny ich nie rozpoznaje.

Jak mogę wytłumaczyć, że swastyka, którą Manson wyrył sobie na czole, była dla mnie niemal równie szokująca co jego zbrodnie? Jak to się stało, że wstrząsnęła mną niemal tak mocno jak wiadomość o zbrodni dokonanej na tak wielu niewinnych istnieniach?

Kiedy zrozumiemy, że pewne rzeczy w nas samych wzbudzają w innych nienawiść tak wielką, że możemy za to zostać zabici, wtedy taka świadomość rzutuje na wszystko. Jak to zatem możliwe, że coś we mnie, co nie jest wytworem moich działań, wyłącza u innych najsłabsze nawet przejawy empatii? Jak działa mechanizm wykluczający empatię w reakcji na czyjeś pochodzenie etniczne, kody kulturowe lub kolor skóry? Co dzieje się w głowach osób, które przestają odczuwać cierpienie innych ludzi?

Kwestia żydowska może wydawać się nieistotna dla zrozumienia fenomenu kobiet Mansona, ale nie dla mnie; co więcej, dla mnie nigdy taka nie będzie.

Rezultatem mojej podróży jest mozaika skojarzeń, z których część bezpośrednio odnosi się do kobiet Mansona, część jest luźno z nimi powiązana, a jeszcze inne mają drugoplanowe znaczenie, niemniej wszystkie one służą mi pomocą w uczynieniu niezrozumiałego nieco bardziej zrozumiałym.

Przez ostatnich dwadzieścia lat borykałam się z brutalnością wydarzeń z tych dwóch sierpniowych nocy 1969 roku i z odsłoniętymi przez nie ciemnymi stronami natury ludzkiej. Niniejsza książka stanowi świadectwo podejmowanych przeze mnie prób zgłębienia tej mrocznej tajemnicy, w czym pomocne było przyjmowanie różnych perspektyw. Dowiedziałam się wiele o kondycji człowieka, w większości rzeczy przygnębiających, choć czasami też budujących i świadczących o tkwiącej w nas – także tych, którzy popełnili okropieństwa – zdolności do przemiany. Niemniej mimo upływu czasu pozostał we mnie nieukojony smutek wywołany cierpieniem ofiar, którym odebrano życie w tak okrutny sposób, i ich bliskich, rozpaczających nad tą nieodwracalną stratą.