W rajskiej dolinie wśród zielskaTekst

Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W rajskiej dolinie wśród zielska
W rajskiej dolinie wśród zielska
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80  47,84 
W rajskiej dolinie wśród zielska
W rajskiej dolinie wśród zielska
W rajskiej dolinie wśród zielska
Audiobook
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


WYDAWNICTWO CZARNE S.C.

www.czarne.com.pl

SEKRETARIAT: ul. Kołłątaja 14, III p.

38-300 Gorlice, tel./fax +48 18 353 58 93

e-mail: arkadiusz@czarne.com.pl, mateusz@czarne.com.pl

REDAKCJ A: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

tel./fax +48 18 351 02 78, tel. +48 18 351 00 70

e-mail: redakcja@czarne.com.pl

DZIAŁ PROMOCJI: ul. Andersa 21/56, 00-159 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: anna@czarne.com.pl, agnieszka@czarne.com.pl, stanislaw@czarne.com.pl

DZIAŁ SPRZEDAŻY: Beata Motyl, MTM Firma

ul. Zwrotnicza 6, 01-219 Warszawa, tel./fax +48 22 632 83 74

e-mail: mtm-motyl@wp.pl

Skład: D2D.pl

ul. Morsztynowska 4/7, 31-029 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

e-mail: info@d2d.pl

Wołowiec 2011

Wydanie III

Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / PRACOWNIA PAPIERÓWKA

Fotografia na okładce © by THOMAS DWORZAK / MAGNUM PHOTOS / EK PICTURES

Fotografie w środku tomu: s. 8 - © AP, Agencja Gazeta; s. 22 - © S. Kamiński, Agencja Gazeta; s. 286 - Archiwum Floty Północnej Federacji Rosyjskiej; s. 326 - Państwowe Archiwum Dokumentacji Naukowo-Technicznej; s. 344 -Archiwum Zinaidy Azarch; pozostałe fotografie © by JACEK HUGO-BADER.

Copyright © by JACEK HUGO-BADER, 2002

Redakcja JAN KOŹBIEL

Projekt typograficzny, redakcja techniczna i skład ROBERT OLEŚ / D2D.pl

Korekta MAŁGORZATA POŹDZIK / D2D.PL

ISBN 978-83-7536-306-7

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Spis treści

  Seria REPORTAŻ

  Wprowadzenie

  ROSJA Towarzysz Kałasznikow

  KRYM Księga powrotu z niewoli sowieckiej

  CZECZENIA Babska krucjata

  ROSJA Wieczór generała

  ROSJA A rewolucja to przecież miała być przyjemność

  ROSJA Widok ze stuletniej morwy

  MOSKWA Mauzoleum i stu pięćdziesięciu uczonych

  ROSJA Cały zbudowany jestem z ran

  ROSJA Zjednoczony emirat Radziecki

  SYBERIA Chantyjska kniaziówna

  KIRGIZJA W rajskiej dolinie wśród zielska

  KAZACHSTAN Magazyn pomocy naukowych

  ROSJA „Komsomolec” z głębin

  ROSJA W Workucie pod tablicą ogłoszeń

  ROSJA Walentyna twist

  ROSJA Archipelag złotego deszczu Witajcie w NKWD

  ROSJA Zona Lube

Seria REPORTAŻ

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie

Mariusz Szczygieł Gottland

Włodzimierz Nowak Obwód głowy

Maciej Zaremba Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji

Renata Radłowska Nowohucka telenowela

Martin Pollack Dlaczego rozstrzelali Stanisławów

Jacek Hugo-Bader Biała gorączka

Klaus Brinkbäumer Afrykańska odyseja

Jean Hatzfeld Strategia antylop

Włodzimierz Nowak Serce narodu koło przystanku

20. 20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła

W serii ukażą się m.in.:

Wojciech Górecki Toast za przodków

Witold Szabłowski Zabójca z miasta moreli

Peter Fröberg Idling Uśmiech Pol Pota

Wojciech Górecki Planeta Kaukaz

Chloe Hooper Wysoki

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma twarzy kobiety

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wiem, że w dniu, kiedy otwieram gazetę z reportażem Jacka Hugo-Badera, a jeszcze lepiej jego książkę reporterską, nie będę się nudzić. Ale gdy zaczynał dopiero świetną karierę w dziale reportażu „Gazety Wyborczej”, który wtedy prowadziłam, i przynosił nowy brawurowy tekst, czułam od czasu do czasu lekki niepokój. Za mało wtedy znałam Jacka, nie wiedziałam jeszcze, z jaką pasją tropi życie, aby je opisać.

Tak było już przy pierwszej stronie reportażu z rajskiej doliny, gdzie Jacek podgląda nagie dziewczęta oblepione pyłkiem anaszy. Zaniepokoiłam się.

Reporter może czasem podkolorować opis swoją emocją, jeśli rzeczywistość grozi nudą. Może zagęścić jakieś sytuacje, przyśpieszyć rytm wydarzeń. Może z paru postaci zrobić jedną albo losami jednej obdzielić parę - jeśli to konieczne, by chronić bohaterów lub siebie. Ale wszystkie te zabiegi nie mogą dotykać istotnej treści tekstu. Jednym słowem, reporter musi znać miarę. Utrata miary jest groźna dla reportażu.

Te gołe dziewczyny oblepione pyłkiem anaszy - wizja po prostu nieprawdopodobna! Czytałam dalej, i do obawy, czy Jacka nie poniosło, dołączył się niepokój o moje własne kwalifikacje. Gotowa jestem wątpić w niesamowity balet nagusek, a przecież nie wiem nic o kraju, z którego Jacek przywiózł ten obraz.

Zaczęłam szukać Kirgizji w encyklopediach. Od połowy XIX wieku podlegała kolonizacji rosyjskiej, po rewolucji została wydziedziczona ze stad, jurt i własnych sposobów życia.

Dowiedziałam się, że liczebność owiec i kóz spadła między 1928 a 1935 rokiem z sześciu milionów do niespełna miliona. Ale ani Encyklopedia Brytyjska z 1991 roku, ani polska PWN-owska z 1996 roku nie wspominały o kirgiskim narkobiznesie, zbudowanym na nędzy i zachwianiu równowagi życiowej. Rola Kirgizji w tym biznesie jest dziś znana i brak tego sygnału raczej dziwił (rolę Kolumbii w tej dziedzinie obie encyklopedie odnotowały).

Hasła w encyklopediach przypomniały mi jednak o Czyngisie Ajtmatowie. Dawno zabierałam się do tego, by przeczytać jego książkę Golgota (1986 r.).

Zapytałam Jacka, czy nie ma tej książki. Dowiedziałam się ze zdumieniem, że jej nie czytał. Owszem, słyszał o niej, ale była dostępna tylko w czytelni. Wyjeżdżał jak zawsze w pośpiechu, potem w pośpiechu pisał reportaż, i zaniedbał lekturę.

Nie omieszkał dodać, że nie lubi sugerować się lekturami. Jak się za bardzo naczyta, traci energię i ciekawość.

Wobec tego poszłam do biblioteki i zamówiłam Golgotę. Jej bohaterem jest Abdiasz, wrażliwy reporter obwodowej gazety, który wyrusza do Azji Środkowej zbadać szlaki narkotykowe i przyłącza się do grupy kurierów. I cóż się z nim dzieje, zanim go zamęczą bandyci, którym stanął na drodze?

Czyngis Ajtmatow pisze: „Trzeba było rozebrać się do naga i biegać wśród traw, żeby pyłek z kwiatów konopi przylepił się do ciała [...] tylko w panamie, okularach, kąpielówkach i trampkach Abdiasz Kallistratow - białoskóry cherlak z Północy, odurzony pyłkiem, biegał po stepie jak nakręcony, to w przód, to w tył, wybierając najwyższe i najgęstsze trawy. Wokół unosiła się chmura pyłku...”.

Jacku, wybacz, że podejrzewałam cię o nadmiar fantazji. Jeśli można mieć do ciebie jakąś pretensję, to tylko o to, że nie lubisz przesiadywać w czytelni. Ale nie o to, że zawsze wytropisz coś takiego, na co nam, mniej ruchliwym, nie starcza wyobraźni.

Małgorzata Szejnert


Michaił Timofiejewicz Kałasznikow, konstruktor

ROSJA Towarzysz Kałasznikow

Nie znalazłem go w czerwonej „Księdze radzieckich geniuszy nauki” z 1954 roku, w biurze meldunkowym, na liście lokatorów, wśród przodowników pracy w fabrycznej gablocie. W najnowszej radzieckiej encyklopedii nie napisali nawet, w jakiej mieszka republice, nie zamieścili zdjęcia. Portrieta niet - znaczy tajny.

 

W 1949 roku Kałasznikow otrzymuje Nagrodę im. Stalina. Odbiera ją z rąk samego generalissimusa. W 1971 roku zostaje doktorem nauk technicznych, członkiem Leningradzkiej Akademii. Nigdy nie ukończył żadnego instytutu.

Iżewsk to brzydkie miasto na Uralu. W centrum ogromna wieża z żelaznych belek - iżewska odmiana wieży Eiffla. Do puczu w 1991 roku miasto było zamknięte. To taka radziecka specjalność. W środku kraju miasto, ale z jakichś powodów nie wolno tam wjechać, jakby otoczone było granicą. W tym kraju do tej pory są takie miasta.

Iżewsk to stolica rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. Rzecz jasna nie ma fabryki czołgów, karabinów czy samochodów pancernych. To kolejna radziecka specjalność. Czołgi składa się tutaj w fabryce snopowiązałek, rakiety w fabryce samochodów, armaty w zakładach wytwórczych maszyn dziewiarskich (w Tule np. karabiny produkują w fabrykach samowarów). W jednej z iżewskich fabryk broni pracuje, mimo emerytury, 74-letni Michaił Timofiejewicz Kałasznikow, konstruktor.

Garnitur konstruktora

- Jak by tu zacząć, Michaile Timofiejewiczu? Może tak: który automat jest najlepszy na świecie?

- Niech pan zapyta matkę, które dziecko jest najmądrzejsze. Oczywiście, że jej.

- A jak będzie wyglądał automat XXI wieku?

- Nie wiem. Amerykanie twierdzą, że do 2025 roku najlepszy będzie kałasznikow, a potem się zobaczy. Ciągle pracuję. A wie pan, dlaczego mój automat jest taki popularny? Bo jego idea to dar żołnierza dla żołnierza. Najważniejsza jest prostota, ale nie dlatego, że byłem niegramotny, nie. Cała trudność w pracy konstruktora to zrobić coś nieskomplikowanego. Konstrukcje skomplikowane są łatwe do zaprojektowania.

- Dlaczego w 1974 roku przystosował pan swój karabinek do amunicji o kalibrze 5.45?

- Dlatego, że Amerykanie zaczęli używać takiego w Wietnamie.

- Ale wtedy w całym ZSRR podniosły się protesty przeciwko niemu. Sami mówiliście, że to barbarzyńska, niehumanitarna broń. Jej pociski rozrywają się w ciele ofiary, straszliwie okaleczają...

- O, już pan widzi, dlaczego nie chcę rozmawiać z dziennikarzami? Bo głupoty piszecie.

Kałasznikow się zdenerwował. On rzeczywiście prawie nigdy nie rozmawia z dziennikarzami. Zrobił wyjątek dla „Ogonioka” i teraz dla „Gazety Wyborczej”.

- Jak pojechałem do Ameryki, napisali, że sam w domu sprzątam. To coś złego, że nie mam służby? Albo że nie mam porządnego garnituru. Wielki bohater, laureat tylu nagród, a nie ma garnituru. I po co o tym pisać? Pan, kiedy jechał do mnie, kupił nowe ubranie? O, widzę, że nie. Miał pan rację.

Spojrzenie konstruktora

- W jakich warunkach pracował pan przed laty?

- Nie nosili mnie na rękach. Szedłem ciernistą drogą. Wyobraźcie sobie. Jest rozpisany konkurs na automat i staje do niego taki Diegtariew - generał, Simonow - także generał, Szpagin - sławny konstruktor i w tym towarzystwie sierżancina jakiś plącze się pod nogami.

- Sam pan planował pracę?

- Tak. Nie miałem żadnych pomocników, wiele prototypów zrobiłem własnoręcznie, podobnie jak AK-47. Pracę rozumiałem zawsze jako pracę dla narodu - mówi Kałasznikow i poważnieje.

Ojczyzna, naród, praca to dla niego święte słowa. Kiedy je wymawia, spogląda jakoś tak po proletariacku. Chociaż mały, w kapciach i wciśnięty w kąt przy pianinie, dumnie wstrząsa zaczesanymi do góry siwymi włosami i patrzy na mnie trochę z góry.

- Jak czuł się pan w latach stalinowskich? Jak wolny człowiek?

- Nagroda stalinowska to było wielkie wyróżnienie. Kto ją dostał, z tym się liczyli.

- Mógł pan wypowiadać swoje zdanie?

- Zrozumcie, głównym konstruktorem mógł być tylko ten, który swoją ideą umiał zarazić cały kolektyw. Mnie się to udało.

- Na litość boską, Michaile Timofiejewiczu, mówię o tym, że w tamtych czasach rządzili politrucy, komisarze. W waszym biurze pewnie też.

- Partia sprawowała kierowniczą funkcję w każdej dziedzinie, nie widzę niczego złego w kierowniczej roli naszej partii. Wierzyliśmy w nią. Tak nas wychowano, no i jestem komunistą do dzisiaj.

- Widzę, że pracował pan w innych warunkach niż konstruktorzy samolotów z lat Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

- No nie, gdzie mi się równać z konstruktorami samolotów.

Kałasznikow bardzo źle słyszy. Choroba zawodowa. Ogłuchł od ciągłego strzelania. Siedzimy przy stole naprzeciw siebie, a wrzeszczymy, jakbyśmy byli w innych pokojach. Często, gdy czegoś nie rozumie albo nie chce zrozumieć, udaje, że nie słyszy.

- Oni pracowali w łagrach - naciskam. - W ekskluzywnych, ale łagrach. W takich złotych klatkach. Nie słyszał pan o tym?

- Ja tam u nich nie bywałem - ucina.

Polując na konstruktora

Siedzimy tak z Michaiłem Timofiejewiczem i czaj pijemy. A ileż to ja musiałem się nagimnastykować, żeby do niego dotrzeć. Bo to człowiek tajny. Do niedawna nikt w mieście nie wiedział, że Kałasznikow mieszka w Iżewsku, a rodzina dowiedziała się, czym się zajmuje, dopiero wtedy, gdy broń zaczęła nosić jego imię.

Dwa dni oblegałem fabrykę maszyn, w której pracuje Kałasznikow. Wiele godzin pod bramą, na korytarzach, w pokojach, gabinetach, biurach przepustek. Cztery godziny sterczę przy telefonie i czekam na Wiktora Nikołajewicza, głównego inżyniera. Co chwila dzwonię - „Już do was wyszedł, towarzyszu korespondencie”.

Nie marnowałem czasu. Obserwowałem. Jakież tam typy chodzą. Choćby ten. Wielki jak góra, kusy garniturek wypchany mięchem. Gęba ciemna, sztywna czupryna, nos złamany, brwi krzaczaste - gość z Kaukazu. Od razu widać, że garnitur pożyczył od kolegi, a na co dzień nosi panterkę. Łazi po pokojach i załatwia interesy. Ma wielką torbę z szarego papieru. Podchodzę i zagaduję:

- Co tam masz?

- Pieniądze - odpowiada niewinnie i w uśmiechu pokazuje zęby.

O Boże! Wszystkie złote! A już myślałem, że to żelazny człowiek.

Mówią mi: „Iżewsk, miasto mafii”. Dlaczego? Bo tutaj broń produkują. A choćby ten odpicowany goguś w skórce, który przed chwilą podjechał fordem i łazi teraz drogą, którą przebył już mój złotousty Azer. Też go zagaduję. Jest z Odessy. Przyjechał z Tadżykistanu, jedzie do Moskwy. W Polsce też bywał, zna nawet kilka słów. Czym się zajmuje?

- Biznesem.

Dobrze w Rosji znają tych biznesmenów. Po Moskwie chodzi taki kawał: „Jakie jest najgroźniejsze zwierzę na świecie? Biznesmen w BMW”.

Dochody konstruktora

- Na tym zdjęciu - pokazuję paluchem - stoi pan obok prawdziwego amerykańskiego milionera.

W 1991 roku Kałasznikow był w USA.

- To Stoner, konstruktor M16. On mnie zaprosił. Wielu ludzi sądzi, że ja też jestem milionerem. Owszem, ale tych milionów nie mam na koncie, tylko w Układzie Warszawskim. Te moje miliony to egzemplarze kałasznikowa, w które jest uzbrojony cały Układ, a za które nie dostałem ani kopiejki.

- Powiedział pan kiedyś, że gdyby za każdego wyprodukowanego kałasznikowa dali panu jednego rubla, byłby pan milionerem.

- Łatwo obliczyć, że byłoby tego co najmniej pięćdziesiąt pięć milionów. A co ja z tego mam? Nic! Gdy byłem w Ameryce, czułem się jak nędzarz, nie stać mnie było na lody. Kierownictwo powiedziało, że to podróż prywatna, i nic nie dało. Stoner ma własny samolot, a mnie nie stać na bilet lotniczy z Iżewska do Moskwy. Jeżdżę pociągiem - dwadzieścia godzin.

- Ile pan zarabia?

- Trudno powiedzieć. Co miesiąc się zmienia, ale emerytury ostatnio dostałem ze czterdzieści tysięcy rubelków.

- Średnia pensja w pańskiej fabryce - zaczynam głośno liczyć - to czterdzieści tysięcy, w takim razie pan musi mieć jakieś sześćdziesiąt, do tego dochodzi emerytura i już mamy sto tysiączków, czyli sto dolarów. Kto w Rosji ma takie pieniądze? Nawet w Ameryce za te pieniądze mógłby pan sobie kupić taczkę lodów, a tutaj trzy razy lecieć do Moskwy i z powrotem. O, jeszcze miał pan diety deputowanego. W Rosji są bardziej poszkodowani od pana.

- Niech pan nie myśli, że się skarżę. W moim kraju nie zapomniano o mnie. Nagradzano wieloma orderami. Jestem dwukrotnym Bohaterem Pracy Socjalistycznej, a muszę wam powiedzieć, że te odznaczenia dają tylko za wyjątkowe zasługi. Poza tym przez sześć lat byłem deputowanym Rady Najwyższej Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, więc myślę, że byłem stosownie, po naszemu, wynagradzany.

- Wszedł pan do Rady Najwyższej, kiedy jeszcze żył Stalin.

- Tak. Potem miałem przerwę i znowu kilka kadencji... Ale niech pan przypadkiem nie pomyśli, że u nas był taki porządek, że nasi konstruktorzy - nie tylko ja tak myślę, ale wszyscy twórcy radzieckiej myśli technicznej - domagali się za ich pasję, zaangażowanie, ideę jakichś przywilejów.

Łzy konstruktora

- O czym pan marzy, Michaile Timofiejewiczu?

- Serce mnie boli, kiedy widzę w telewizji, że moja broń zmienia się w argument w dyskusjach. Marzę o tym, żeby skończyła się anarchia w naszej Rosji, i myślę, że to jest marzenie naszego całego pracującego rosyjskiego narodu.

Głos konstruktora się załamuje. Pozwalam mu dojść do siebie.

- Narody Związku Radzieckiego walczą ze sobą pańską bronią.

- Co robić? Ale chyba nie można powiedzieć, że gdyby nie było mojej broni, nie byłoby tych wojen. Prawda? Ja przecież zrobiłem tę broń dla ochrony granic naszej ojczyzny, a teraz dawni bracia do siebie strzelają.

- A pan ciągle pracuje, pracuje, pracuje i wymyśla coraz to nowe i doskonalsze rodzaje broni.

- Tandety nie umiem robić.

- Zapewne uważa pan siebie za patriotę, tak? Czego, jeśli można wiedzieć?

- Rozumiem, o co panu chodzi. Całe życie pracowałem dla Związku Radzieckiego, więcej powiem, dla Układu Warszawskiego, i dlatego nie jest mi obojętny rozpad naszego państwa.

Ja się z tego nie cieszę. Jestem patriotą swojej ojczyzny, a ojczyznę swoją widzę ogromną...

- To znaczy?

- Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Pauza. Bardzo długa.

- Wszystko rozwalili politycy.

- Inne narody cieszą się z tego rozpadu - mówię. - Litwini, Ukraińcy, Gruzini...

- Tak wam powiem. Wielkie granice Związku Radzieckiego objechałem dwa razy dookoła, wszystkie przygraniczne okręgi wojskowe. Chciałem mieć kontakt z żołnierzami. W okopach byłem. Obejmowałem Kazachów, Gruzinów, Czeczeńców i wszystkie nasze dzieci. I łzy miałem w oczach od radości, że tak razem byliśmy. Teraz, jak widzę, że ci sami chłopcy do siebie strzelają, też płaczę.

Michaił Timofiejewicz łka.

- Teraz niech pan sam oceni. Jestem patriotą czy nie jestem.

Samotność konstruktora

Michaił Timofiejewicz budzi ambiwalentne uczucia. Raz jest to niechęć, złość, nawet agresja, innym razem zwykła litość. Stary, samotny, otoczony zgrają chciwych, zachłannych, żarłocznych ludzi, takich choćby jak Wiktor Nikołajewicz Sz., główny inżynier fabryki, który chciał się pożywić kosztem Kałasznikowa i na jego konto wyłudzić ode mnie kilkaset dolarów za wywiad.

Kałasznikow mieszka sam. Żona umarła 15 lat temu, przed paru laty w wypadku samochodowym zginęła ukochana córka Natasza. Ma jeszcze dwie córki i syna.

Na pewno jest to człowiek na swój sposób uczciwy, dumny i honorowy. Posługuje się bardzo ubogim słownictwem. Nie rozumie wielu słów z tych nieużywanych na co dzień, nie mówiąc już o różnych honoris causa. W rozmowie co chwila zbacza, a nawet na siłę ciągnie na grunt techniczny. Chce mówić tylko o swojej broni, o modernizacjach, wersjach, odrzucie półswobodnego zamka, sile spustu i odprowadzaniu gazów prochowych z przewodu lufy. O bieżącej polityce mówi tchórzliwie, a już na pewno nie odważy się ocenić dostojnika, powiedzieć, co sądzi o przemianach Gorbaczowa albo kto ma rację - Jelcyn czy Chasbułatow.

W latach osiemdziesiątych do Kałasznikowa przyszedł list z Ameryki. Jakiś historyk wojskowości, który pisał książkę o broni, prosił o kilka informacji. Michaił Timofiejewicz odniósł list do kierownictwa zakładu. Po roku zadzwonili z MSZ.

- Pytają, czy dostałem list z USA. Dostałem. A czy odpisaliście. Niby nie wiedzą. Nie było pozwolenia, odpowiadam. No to odpiszcie. Odpisałem.

 

Lustracja konstruktora

Najbardziej dramatyczny dla Kałasznikowa był rok 1956, kiedy na XX Zjeździe potępiono Stalina.

- Okazało się, że do mnie mogą być różne pretensje. Do człowieka, który na imieniu Stalina nie zrobił żadnej kariery. Ni stąd, ni zowąd na zebraniu fabrycznej organizacji partyjnej, na którym rozprawialiśmy się z kultem jednostki, zamieniono mnie w worek treningowy - kopał, kto chciał.

Konstruktor do dzisiaj przechowuje numer zakładowej gazetki z tego zebrania.

Konstruktor towarzysz Drodonow przytoczył niemało przykładów na to, jak niektórzy osobnicy przypisują sobie wszystkie zasługi należne kolektywowi. W szczególności mówił o wysokim mniemaniu o sobie towarzysza Kałasznikowa, który nie ustosunkował się do zarzutów przedmówcy i zignorował jego wnioski.

- Kierownictwu nie podobała się moja twórcza niezależność i to, że nad ich głowami kontaktowałem się z ministerstwem i ludźmi składającymi zamówienia. Tak więc pod pozorem walki z resztkami kultu jednostki zaczęli mnie atakować. Gdziekolwiek się pokazałem, byłem traktowany jak parszywa sobaka. Przerwałem wszystkie prace i powiedziałem, że nie zacznę pracować, dopóki jakaś tam komisja partyjna nie sprecyzuje, co to ja sobie przypisałem. Przecież przyjechałem do Iżewska z gotowym automatem, który zrobiłem zupełnie sam. Z kim się więc miałem dzielić? Myśleli, że jestem skończony, ale ja znowu wygrałem konkurs na uniwersalny karabin maszynowy, który w 1961 roku Rada Ministrów wprowadziła do produkcji. I znów się zaczęło, że jestem nieznośny.

- A może kwalifikował się pan do destalinizacji?

- Pan żartuje. Byłem tylko konstruktorem.

- Nie tylko. Sześć kadencji, czyli dwadzieścia cztery lata w Radzie Najwyższej. Przeżył pan wszystkich sekretarzy generalnych.

- No i co z tego?

Jest zdenerwowany. Spogląda na zegarek.

- A choćby to, że naród nie mógł pana wybrać, bo był pan tajny. Nikt pana nie znał, nie wolno było wymieniać pańskiego nazwiska. Ile, Michaile Timofiejewiczu, odbył pan spotkań z wyborcami? Nie oszukujmy się. Nie był pan wybrańcem ludu, ale władzy.

Kałasznikow nie podejmuje dyskusji, w takich sytuacjach woli się obrażać, pokazywać, że rozmowa go męczy.

Pamiątki konstruktora

Konstruktor mieszka w ładnym, trzypokojowym, 70-metrowym mieszkaniu na drugim piętrze niewielkiego bloku. Nie jest to byle jaki blok z płyty leningradzkiej, ale solidny dom z cegły.

Mieszkanie z pianinem i sztucznym kominkiem, umeblowane solidnym „zestawem” kupionym jeszcze za nagrodę stalinowską. Kuchnia wielka. Liczę lodówki. Dwie. I jeszcze jedna w przedpokoju. Dużo, jak na kraj, w którym obywatele mieli kłopoty z zapełnieniem jednej. Sprawdzam. Dwie są wyłączone.

Szokuje gabinet, prawdziwy skansen komunizmu, mauzoleum marksizmu-leninizmu, izba proletariackiego internacjonalizmu. Na ścianach dyplomy, Lenin na polowaniu, flaga radzieckich pograniczników, dalej Kirow, Che Guevara; Amerykanie podarowali indiański pióropusz, Chińczycy gustowny zegar obwiedziony taśmą do karabinu maszynowego.

Doliczyłem się 23 głów, biustów i całych postaci Lenina, poza tym tuzina Dzierżyńskich; wszędzie ramki ze zdjęciami konstruktora w towarzystwie sławnych ludzi, miniaturki czołgów, okrętów, samolotów, medale pamiątkowe, ogromny zbiór metalowych znaczków okolicznościowych wpiętych w czarne sukno, ozdobny kindżał, kordzik oficerski i dziesiątki „drobiazgów” z motywem AK-47: na skałce, cokoliku, w szklanej kuli lub zielonym krysztale.

Duma konstruktora

- Porozmawiajmy o wojnie, Michaile Timofiejewiczu - próbuję skierować rozmowę na tematy miłe dla weteranów.

- O wojnie? Czort z wojną!

- Do wojska powołali pana w 1938 roku. Był pan czołgistą. Na jakim froncie? W Polsce w 1939 roku był pan?

- Gdzie? W Polsce...? - Znowu nic nie słyszy.

- Wasza armia weszła do Polski!!! - wrzeszczę.

- Zaraz, zaraz. A jest w Polsce takie miasto... Jak mu tam?... Stryj!

- Przed wojną było. Teraz jest na Ukrainie.

- Ja tam służyłem.

- A z Polakami pan walczył?

- A ja tam wiem, kto to był. Prostym, młodym żołnierzem byłem. Dwadzieścia lat miałem, ale pamiętam, dziewczyny ładne były, tylko że nas z koszar nie puszczali.

- A hasło „Za rodinu, za Stalinu” było dla pana żywe? Wierzył w nie pan, rozumiał?

- Ja byłem dzieckiem rewolucji. W tamtych latach uważałem, że to wspaniałe, górnolotne hasło. Popatrzcie na stare filmy dokumentalne, ile narodu szło za tym hasłem. Szli i łzy wycierali, i nie tylko takie żołnierzyki jak my, ale wielcy tego świata.

Kałasznikow nie chce pokazać swoich orderów, bo nie są przypięte do garnituru. Wreszcie ulega. Z gabinetu przynosi zawiniątko. Zdejmuje gumkę, odwija szmatkę.

- Trzy Ordery Lenina, Order Rewolucji Październikowej, dwa Ordery Pracy Socjalistycznej, Order Przyjaźni Narodów, Czerwona Gwiazda I stopnia... - Głos mu się łamie, ale bierze się w garść. - Nie myślcie sobie, że oni dawali to ot tak. Na to trzeba było zapracować wielkim wysiłkiem.

Zabrania fotografować odznaczenia. Oburza się, mówi, że to nie na pokaz - tym się nie handluje.

- Trochę się pan sprzedaje - gniotę bez litości. - Na targi broni w Abu Dabi pojechał pan z orderami, jak reklamowy breloczek. Osobiście wręczał pan arabskim szejkom automaty Kałasznikowa.

Chyba wzruszenie odbiera mu głos. Z nabożeństwem zawija odznaczenia w serwetkę i wychodzi do pokoju-muzeum.

Historia konstruktora

Michaił Timofiejewicz urodził się w Kraju Ałtajskim w chłopskiej, wielodzietnej rodzinie. Ukończył dziesięciolatkę. Miał 19 lat, kiedy w 1938 roku wzięli go do wojska.

- Całe moje wcześniejsze konstruktorskie doświadczenie - mówi - to zaprojektowanie mechanizmu do kontroli pracy czołgowego podnośnika, czym wygrałem w konkursie pułkowych racjonalizatorów.

Był dowódcą czołgu T-34, gdy na Związek Radziecki napadli Niemcy. Widział, jak cierpiała piechota uzbrojona w przestarzałe pięciostrzałowe karabiny. Ciężko ranny trafia do polowego szpitala, a tam wszyscy mówią o jednym: gdyby tak mieć broń taką jak faszyści. Michaił Timofiejewicz kupuje więc książkę o budowie broni i zeszyt w kratkę. Po wyjściu ze szpitala nie jedzie do domu na rekonwalescencję, tylko do zajezdni kolejowej, w której pracował przed wojną. Koledzy robią pierwszy pistolet maszynowy według jego rysunków.

Z tym prototypem oraz rekomendacją zastępcy naczelnika Kolei Turkiestańsko-Syberyjskiej ds. Komsomołu pojechał do Ałma Aty, do Komitetu Centralnego Kompartii Kazachstanu. Przyjęto go życzliwie i skierowano do Wydziału Wynalazczości Ludowego Komisariatu Obrony w Moskwie.

Pozwolono mu pracować, przydzielono miejsce w hotelu, zaprowiantowano, wyznaczono płacę. Pistolet maszynowy Kałasznikowa został jednak odrzucony. Do uzbrojenia Armii Czerwonej weszła słynna pepesza.

Następnym dziełem był karabinek automatyczny przystosowany do strzelania nabojem pośrednim. Broń stanęła do konkursu. Sławny potem na całym świecie AK-47 pokonał automaty wielkich twórców radzieckiej broni: Diegtariewa, Szpagina, Simonowa. Kałasznikow miał wtedy 28 lat.

Dobranoc, konstruktorze

- To może na koniec warto porozmawiać o Stalinie, Michaile Timofiejewiczu. Wiedział pan o jego zbrodniach?

- Nic nie wiedziałem.

- Wszyscy dziś mówią, że nie słyszeli o łagrach.

- Powiem wam tak: trudno się w tym połapać. To się rozgrywało gdzieś het, na górze, my byliśmy od tego daleko.

- W wywiadzie dla „Ogonioka” powiedział pan, że trudno jest panu jednym machnięciem ręki przekreślić siedemdziesiąt lat historii Związku Radzieckiego.

- Oczywiście...

- Pytał pan, czy ktokolwiek potrafi udowodnić, że popełniliście błąd. Ja mogę to udowodnić. Komuniści odpowiadają za śmierć dziesiątków milionów obywateli ZSRR. Półtora miliona moich rodaków straciło życie w pańskiej ojczyźnie.

- Ja byłem daleko od tych rzeczy.

Piotr, który przyjechał ze mną sfotografować Kałasznikowa, ma skrupuły. Błaga - nie tak brutalnie. Przecież nie jestem brutalny, nie powiedziałem, że w Niemczech też potem wszyscy mówili, że nie wiedzieli, co narodowi socjaliści wyprawiali w obozach. Tydzień później byłem na Krymie i widziałem, jak komuniści przewalali się przez Symferopol w demonstracji pod czerwonymi sztandarami. Niech wam się nie wydaje, że komuniści w Rosji wymarli albo że polecieli na Marsa. Nic z tych rzeczy, oni tam ciągle są.

- Czy wiecie, Michaile Timofiejewiczu, że wasz automat nazywają bronią terrorystów? - pytam.

Ale Michaił Timofiejewicz już nie słucha. Stoi na środku pokoju i demonstruje, że skończyliśmy rozmowę. Włącza telewizor, a tam idą ormiańscy chłopcy. Trzymają ręce na głowach. Za nimi idą chłopcy azerscy. W rękach mają kałasze.

Z karabinka AK kaliber 7,62 mm można przestrzelić:

7-milimetrowy pancerz z odległości do 300 m;

każdy NATO-wski hełm z odległości do 900 m;

każdą kamizelkę kuloodporną z odległości do 600 m;

30-centymetrową przeszkodę z piasku z odległości do 500 m;

25-centymetrową belkę drewnianą z odległości do 500 m;

15-centymetrowy mur z cegieł z odległości do 100 m.

MAGAZYN nr 30, dodatek „Gazety Wyborczej” nr 224, 24.09.1993


Dawne osiedle Tatarów w Sewastopolu