Biała gorączkaTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Biała gorączka
Biała gorączka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,80  46,24 
Biała gorączka
Biała gorączka
Audiobook
Czyta Jacek Hugo-Bader
29,90  22,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Projekt okładki i stron tytułowych AGNIESZKA PASIERSKA

Fotografia na okładce © by ABBAS / MAGNUM PHOTOS / EK PICTURES

Fotografie w środku tomu © by JACEK HUGO-BADER, 2009

Mapa © by SEBASTIAN KULLMANN / AGENCJA GAZETA

Copyright © by JACEK HUGO-BADER, 2009

Cytaty zamieszczone w tekście pochodzą z: M. Wasiljew, S. Guszczew, Reportaż z XXI wieku, przeł. W. Kulicki, Warszawa: Wiedza Powszechna, 1960

Redakcja MAGDALENA BUDZIŃSKA

Projekt typograficzny i redakcja techniczna ROBERT OLEŚ / D2D.PL

Skład MAŁGORZATA POŹDZIK / D2D.PL

Korekta MAŁGORZATA POŹDZIK / D2D.PL

MAŁGORZATA UZASOWICZ / D2D.PL

ISBN 978-83-7536-296-1

Skład wersji elektronicznej MAGDALENA WOJTAS

Virtualo Sp. z o.o.


Spis treści

  Zamiast wstępu

  CZĘŚĆ I – ZNIKAJĄCY PUNKT Maską w stronę wiatru Egzamin na świra, czyli mały i niepraktyczny rusko-polski słownik slangu hipisowskiego… Wściekłe psy Pole minowe Miss HIV Skrawek nieba Czarny kwadrat Warkocz Anioła Stróża Biała gorączka Szamanka od pijaków 296 godzin

  CZĘŚĆ II – PUŁAPKA NA ANIOŁY Symfonia kurewska c-moll Wiśniowy sad Pułapka na myszy Dola dla aniołów Zmartwychwstanie nad Morzem Karskim Święte morze Syberii Szesnasta ekspedycja Bomżycha Magellan 2008

Zamiast wstępu

Pojechałem do ZSRR kilka razy w 1991 i 1992 roku i więcej nie chciałem. Fantastyczni ludzie i obraza rozumu. Wielka sztuka i poniżające poszukiwania z opuszczonymi spodniami choć kawałka papieru toaletowego. Wspaniała architektura i okno wychodzące na górę śmieci na wysokość drugiego piętra. Zabrakło mi wtedy reporterskiego zrozumienia, zabrakło determinacji. I oto Jacek Hugo-Bader wchodzi w imperium dla mnie. Bo kiedy czytam jego reportaże, mam wrażenie, że specjalnie dla mnie, czytelnika przeżywa te wszystkie przygody. Przeżywa je niejako w moim imieniu. Wiem, że inni też mają takie wrażenie: czytają i czują, że to jest ich człowiek tam. I włazi, gdzie ja bym się bał wleźć.

Ryszard Kapuściński opisywał imperium z lotu ptaka; uchwycił mechanizmy myślenia, zachowań, procesów.

Hugo-Bader opisuje imperium z perspektywy wałęsającego się psa; chwyta mechanizmy myślenia, zachowań, procesów i na dodatek szczura za ogon.

Mariusz Szczygieł



CZĘŚĆ I – ZNIKAJĄCY PUNKT


Czin Li. Wędrowny Chińczyk gdzieś pod Nowosybirskiem

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Maską w stronę wiatru

Modliłem się tylko, żeby nie nawalił mi w nocy w tajdze i żebym nie spotkał bandytów. Na pierwsze z tych nieszczęść byłem przygotowany, na drugie – nie. Byłem chyba jedynym wariatem, który przez ten straszny ocean lądu podróżował bez broni, do tego samotnie.

Ulubionym sportem miejscowych jest strzelectwo. Jadą normalnie, po prawej stronie drogi, ale kierownicę też mają z prawej, bo to samochody z Japonii. Trzymają ją w lewej ręce, więc prawą mogą bardzo łatwo wystawić przez okno i walić w biegu z tego, w co są uzbrojeni, do tablic informacyjnych, znaków drogowych i reklam.

Na wschodzie Syberii nie widziałem jednego drogowskazu, żeby nie był podziurawiony jak durszlak. Małe i duże kalibry, ogień pojedynczy, serie, a czasem ogromne wyrwy po śrutowej „armacie”.

A co kilkadziesiąt kilometrów wrak spalonego samochodu. Na pewno zepsuły się w zimie, i to nocą, a ich zrozpaczeni właściciele podpalali je, żeby się ogrzać.

Jest mała szansa, że dzięki temu przeżyli.

Noc

Partacze.

Przed wyjazdem powinni się byli dowiedzieć, jak przetrwać zimową noc w tajdze.

Zawsze stawiam samochód maską w stronę wiatru. Na wszelki wypadek. Jeśli wieje z innej strony, może tłoczyć trujące spaliny do środka.

Zostawiam samochód na wolnych obrotach, żeby grzał. Paliwa nie zabraknie, bo zużywa tylko około jednego litra na godzinę, a mam przecież co najmniej pół zbiornika.

To najświętsza zasada podróżowania w zimie samochodem po Syberii. Tankować tak często, żeby zawsze było co najmniej pół zbiornika. Jednak przed ułożeniem się do snu zawsze wyłączam silnik. Za duże ryzyko. Wiatr zmieni w nocy kierunek, i już się nie obudzę. Ale włączam budzik w telefonie. Co dwie godziny zrywam się i odpalam samochód, żeby popracował dziesięć, piętnaście minut. Nie chodzi nawet o to, żeby podgrzać kabinę, tylko silnik i miskę olejową. I podładować akumulator. Już przy trzydziestu stopniach mrozu nie ma szans, żeby bez tych manewrów auto rano odpaliło, bo olej silnikowy robi się gęsty jak plastelina. Raz przy takiej temperaturze dolewałem go do silnika i przy okazji uzupełniałem płyn hamulcowy i do wspomagania. Wszystkie były tak gęste, że nie chciały wylecieć z butelki.

Ale załóżmy, że rozładował się telefon i nie obudziłem się aż do rana. Trzeba rozpalić ognisko. Oczywiście nikt rozsądny nie podróżuje przez Syberię bez siekiery. Rąbiesz drewno i ustawiasz stos, ale nie podpalisz go nawet benzyną, bo jest straszny mróz, wiatr i wszystko uwalane w śniegu. Woziłem ze sobą w bańce gotową mieszankę benzyny z olejem silnikowym w proporcjach jeden do jednego. Od tego zajmie się nawet mokre drewno.

Ale załóżmy, że utknąłem na zabajkalskich stepach, a nie w tajdze. Nie ma opału. Ale ja mam go ze sobą. Z Europy wiozę na Sybir karton drewna. Rzecz jasna nie chodzi o to, żeby pogrzać ręce. Trzeba wziąć ognisko na łopatę (jest tak samo ważna jak siekiera) i wsunąć je pod samochód, ogrzać silnik, a przede wszystkim miskę olejową. Równie dobrze mogę to zrobić palnikiem benzynowym. To bardzo proste urządzenie podobne do małego miotacza płomieni, które kupiłem w sklepie z żelastwem za sześćset rubli (sześćdziesiąt złotych).

Ale załóżmy, że mróz jest tak straszny, a ty spałeś tak długo, że akumulator rozładował się do zera. Ja mam drugi. W kabinie, gdzie jest znacznie cieplej. Nie muszę go nawet przenosić, bo połączony jest z pierwszym kablami. Wystarczy przestawić przełącznik.

Ale załóżmy, że zepsuł się silnik, który cię grzeje. Musisz przetrwać co najmniej do rana. Wprawdzie Sybiracy mają powiedzenie, że u nich nawet wroga nie zostawia się samego w tajdze, ale nie dotyczy to sytuacji drogowej i nocy. Ruch wtedy bardzo maleje, choć nie zamiera, lecz nie ma takiej siły, która zmusiłaby rosyjskiego kierowcę, żeby zatrzymał się po zachodzie słońca. Boją się bandytów.

Najlepszym rozwiązaniem jest webasto, autonomiczne ogrzewanie napędzane małym silnikiem spalinowym, które grzeje niezależnie od pracy samochodu. Kosztuje tysiąc euro, więc poskąpiłem sobie, ale mam małą maszynkę turystyczną do gotowania, którą rozpalam w kabinie, a przed pójściem spać gaszę, żeby oszczędzać gaz. W nocy grzeje mnie jedna albo dwie świece, które ustawiam na podłodze. Najniższa temperatura, przy której spędziłem noc w samochodzie, nad ranem spadła do minus trzydziestu sześciu stopni, a w kabinie było tylko piętnaście stopni mrozu.

 

Oczywiście mam wspaniały puchowy śpiwór i puchową kurtkę, i zawsze zapas picia i jedzenia na kilka dni.

Marzenie

W marcu 1957 roku, być może dziewiątego o godzinie trzynastej, w sobotę, bo w soboty odbywały się cotygodniowe zebrania działu nauki „Komsomolskiej Prawdy”, dwóch reporterów dostało od redaktora naczelnego niezwykłe polecenie. (Tego dnia i o tej godzinie na podłodze z pastowanych desek między kuchnią a sypialnią w mieszkaniu mojej babci przy ulicy Warszawskiej 62 w Sochaczewie niespodziewanie przyszedłem na świat).

– Trzeba opowiedzieć naszym czytelnikom o przyszłości – mówił naczelny „Prawdy”. – Opiszcie, jak będzie się żyło w Związku Radzieckim za jakieś pięćdziesiąt lat, powiedzmy w dziewięćdziesiątą rocznicę Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej.

To znaczy w 2007 roku.

Książka Michaiła Wasiljewa i Siergieja Guszczewa, dziennikarzy „Komsomołki”, nosi tytuł Reportaż z XXI wieku. Autorzy pisali, że na co dzień będziemy używali mózgów elektronowych (nazywamy je dzisiaj komputerami), miniaturowych stacji nadawczo-odbiorczych (komórek), bibliotransmisji (czyli internetu), samochody będziemy otwierali na odległość (a więc pilotem), zdjęcia robili aparatem elektrycznym (cyfrowym) i oglądali telewizję satelitarną na płaskich ekranach.

Pisali o tym w czasie, kiedy w domu, w którym przyszedłem na świat, nie było nawet czarno-białego telewizora, toalety i telefonu, żeby zadzwonić po lekarza.

Wasiljew i Guszczew najwięcej czasu spędzili w moskiewskich pracowniach Akademii Nauk ZSRR, a potem myślami przenieśli się w przyszłość i wspaniałym odrzutowcem ruszyli w podróż na Syberię 2007 roku.

Postanowiłem zrobić sobie prezent na pięćdziesiąte urodziny i ruszyć z tą książką przez całą Rosję, z Moskwy do Władywostoku. Ale nie polecę przecież samolotem tak jak autorzy Reportażu z XXI wieku. Pociągiem z kolei jeździłem tam już kilka razy.

Boże kochany! Toż nadarza się jedyna okazja, żeby powtórzyć wyczyn Kowalskiego! Amerykańskiego mechanicznego wojownika, półboga, samotnego jeźdźcy, ostatniej na tej planecie bohaterskiej duszy, dla której prędkość oznaczała wolność. Tak o nim mówili w Znikającym punkcie, głośnym amerykańskim filmie, który w latach siedemdziesiątych stał się buntowniczym manifestem mojego pokolenia. Wreszcie jest okazja, żeby zrealizować młodzieńcze marzenie i tak jak on samotnie przeskoczyć samochodem cały kontynent, tylko że mój jest dwa i pół razy większy od Ameryki, za Czytą kończy się droga, a ja uparłem się, że pojadę zimą. Koniecznie chciałem posmakować jej na Syberii.

– Ziiiimąąąąą?! Jeśli nie wrócisz na Boże Narodzenie, możesz w ogóle nie wracać – powiedziała żona i wiem, że nie żartowała.

Cholera! To znaczy, że muszę się spieszyć. Tak jak Kowalski! Tylko że ja na święta, a on, bo założył się o działkę speeda. I miał dodge’a challengera rocznik siedemdziesiąty z silnikiem cztery i cztery dziesiąte litra, który wyciągał do dwustu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę.

Sponsor

Problemy mieli z nimi wszyscy podróżnicy, nie wyłączając Kolumba, Amundsena, Livingstone’a czy Nansena.

Szef działu reportażu powiedział, że nie ma mowy, żeby wysłał mnie za granicę na kilka miesięcy, bo pożarłbym budżet na delegacje dla całego działu.

Osobiście więc zadzwoniłem i wysłałem pisemną propozycję współpracy do szefów marketingu polskich przedstawicieli koncernów samochodowych, których znalazłem w książce telefonicznej. Potrzebowałem pieniędzy i samochodu, argumentując, że nie będzie dla niego lepszej reklamy, niż jeśli przetrwa ze mną drogę na drugi koniec euroazjatyckiego kontynentu, zimą, przez całą Rosję – z Warszawy do Władywostoku.

Toyota, Nissan, Honda, Hyundai, Suzuki, Subaru, Mitsubishi, kia, wszystkie azjatyckie marki, a także Volvo nawet nie odpowiedziały na moje zaproszenie. Do Francuzów, Fiata i Forda nie dzwoniłem, bo mój brat, który zna się na samochodach, powiedział, że autem na literę „f” mnie nie puści. BMW, Mercedes i Land Rover nie miały „wolnych mocy samochodowych”. Jeep gotów był dać samochód, ale bez pieniędzy. Na wszystkie warunki przystała tylko firma Kulczyk Tradex, importer audi, volkswagenów i porsche.

Zaproponowali potężną, luksusową terenówkę Audi Q7. Napęd na cztery koła, benzynowy silnik cztery i dwie dziesiąte litra, trzysta pięćdziesiąt koni mechanicznych, do setki w siedem sekund, maksymalna prędkość dwieście czterdzieści kilometrów na godzinę – dwie i pół tony burżujstwa za trzysta pięćdziesiąt tysięcy złotych. Oczyma wyobraźni zobaczyłem siebie, jak podjeżdżam na piwo pod sklep w zrujnowanym kołchozie Mieczta Ilicza i gadam z miejscowymi chłopakami o życiu.

Zima się zbliża, a ja ciągle odwlekam podpisanie umowy ze sponsorem. Całą filozofię mojej pracy dziennikarskiej mogę streścić w dwóch słowach – wtopić się. Zlać z tłem, nie wyróżniać, nie rzucać w oczy, przemykać niepostrzeżenie, a w kołchozie Mieczta Ilicza biłbym moim Q7 po oczach jak kosmita. Poza tym mój system pracy jest bardzo bezpieczny, bo nie przyciąga uwagi złych ludzi.

Zadzwoniłem do sponsora i oznajmiłem, że wezmę pieniądze, a samochód nie będzie mi potrzebny.

Tak się rozstaliśmy.

Zdesperowany poszedłem do naczelnych. Rzuciłem mapę na stół, opowiedziałem o moich marzeniach, że jestem po rozwodzie z doktorem Kulczykiem i jak nie dadzą mi pieniędzy, wezmę od żony (bo ona trzyma kasę), ale to wstyd, żeby biedna kobieta sponsorowała „Wyborczą”. I dali. Ale na samochód nie starczyło, więc dwadzieścia pięć tysięcy złotych musiała wyłożyć żona.

Postanowiłem, że kupię w Moskwie rosyjski samochód na miejscowych numerach, i w ten sposób, nie rzucając się w oczy, spokojnie dotrę nad Ocean Spokojny. Z ruskich aut napęd na cztery koła mają tylko łady niwy, ale miejscowi fachowcy mówią, że za Uralem nie potrafią ich porządnie naprawiać, i łaziki, które w każdym kołchozie nawet traktorzysta zreperuje mi młotkiem, bo to podobno najmniej skomplikowane auta na świecie.

Kruzak

UAZ-469 (Ulianowskij Awtomobilnyj Zawod), którego dla siebie szukałem, nazywany jest sowieckim jeepem albo ruskim kruzakiem, bo tak od japońskiego land cruisera mówią tutaj o wszystkich samochodach terenowych. Najczęściej mówi się krótko „ułaz” albo „łazik”, bo wszędzie wejdzie. Ten model produkowany jest w niezmienionej formie od 1972 roku, a z taśmy ciągle schodzi także terenowy mikrobus zwany, z racji kształtu, buchanką, czyli bochenkiem. Za Uralem nazywają go tabletką. Nie zmienił się ani na jotę od 1958 roku. Oba modele ważą po dwie i pół tony, mają benzynowe silniki o pojemności dwa i cztery dziesiąte litra, czterostopniowe skrzynie biegów i moc zaledwie siedemdziesięciu dwóch koni mechanicznych.

Ułazy były sprzedawane do osiemdziesięciu krajów, przeważnie Trzeciego Świata. Do dzisiaj w Polsce zarejestrowanych jest siedemnaście tysięcy łazików pamiętających rwpg i Układ Warszawski. W latach siedemdziesiątych Rosjanie pokonali na tych samochodach Saharę i po lodowcu wspięli się na Elbrus do wysokości czterech tysięcy dwustu metrów. Po rosyjskich drogach jeżdżą dwa miliony łazików.

– Lubisz majsterkować? – zapytał Grisza, kiedy poprosiłem, żeby mi pomógł kupić jednego z nich.

– Nienawidzę – odpowiedziałem szczerze.

– To polubisz.

Griszę znalazłem w internecie. Jest członkiem klubu miłośników ułazów. Czterech jego kolegów przypłaciło tę namiętność życiem, bo próbowali spać w swoich autach przy włączonym silniku. Na peryferiach Moskwy Grisza prowadzi maleńki warsztacik dla członków klubu.

Bardzo trudno znaleźć w Moskwie porządnego łazika, bo to samochody tylko dla wojska, do pracy w lesie i dla rolnictwa, na szczęście w trakcie poszukiwań okazało się, że jeden z członków klubu chce sprzedać swoje auto. Nie było tanie. Jak dla mnie sto siedemdziesiąt tysięcy rubli (siedemnaście tysięcy złotych), ale Grisza wie, że jest w dobrym stanie. To samochód z 1995 roku na archaicznych resorach jak w konnej bryczce, ale trzy lata temu Grisza wymienił w nim całe nadwozie wraz z karoserią na fabrycznie nowe, dał większe koła, kierownicę z eleganckiej wołgi, zamienił hamulce na tarczowe i dołożył luksus niespotykany w tych topornych jak taczki samochodach – wspomaganie kierownicy.

Najważniejsze, że Andriej, właściciel łazika, zgodził się sprzedać mi go na notarialne pełnomocnictwo, a więc przez trzy lata będę mógł jeździć na jego numerach. Gdybym chciał przerejestrować samochód na swoje nazwisko, w różnych urzędach spędziłbym w kolejkach co najmniej dwa tygodnie.

Urwałem Andriejowi jeszcze dziesięć tysięcy rubli, wypiliśmy po kielichu i przewiozłem samochód do warsztatu Griszy, żeby go przygotował do warunków arktycznych. Osiem tysięcy rubli kosztował mnie notariusz, przegląd techniczny i nowe ubezpieczenie OC. Dwadzieścia cztery tysiące (dwa tysiące czterysta złotych) dałem Griszy na zapasowe części i potrzebne materiały.

Mój ułaz nie miał pasów bezpieczeństwa, więc kazałem je założyć. W europejskiej części Rosji nikt, z milicją włącznie, nie przestrzega obowiązku jazdy w pasach, podobnie jak jazdy na światłach przez całą dobę.

Chciałem też mieć radio z odtwarzaczem CD, skoro planowałem spędzić za kierownicą kilka tygodni, a zamiast tylnej kanapy miejsce do spania. Trzeba było zainstalować drugi akumulator, dodatkowy grzejnik (wzięliśmy z wołgi), wyłożyć blaszaną podłogę ciepłą pianką, ocieplić maskę i zasłonić nawiew zimnego powietrza od spodu silnika. Grisza zastosował też patent z łady, dzięki któremu silnik mojego samochodu miał oddychać ciepłym powietrzem, i założył nowy rozrusznik, bo psują się na potęgę. Stary wziąłem na zapas. I dodatkową pompę paliwową.

Samochód miałem odebrać w środę, ale nawet nie zaczęli go robić, a gdy pojechałem do warsztatu w piątek, z podwórka wygonił mnie kolos o rozmiarach filara mostowego i z bandycką mordą, który wygramolił się z małej, czerwonej wyścigówki. Dzwonię do Griszy, a ten płacze, że jest tragedia i nie może ze mną rozmawiać. Tłumaczy, że zalega gangsterom z haraczem, a teraz jeździ po mieście i próbuje pożyczyć pieniądze.

Samochód odebrałem w niedzielę w nocy. Grisza wziął za robotę dziewięć tysięcy rubli (dziewięćset złotych), więc gotowe do drogi auto kosztowało mnie dwieście jeden tysięcy (dwadzieścia tysięcy i sto złotych).

Na koniec udzielił mi instrukcji obsługi łazika. Każdy dzień zaczynam od sprawdzenia poziomu oleju, płynu hamulcowego i chłodzącego. Codziennie jadę na innym akumulatorze, żeby się na przemian ładowały, i nie zwracam uwagi na to, że nie można wyłączyć ogrzewania („Przecież jest zima”), nie działają wskaźniki paliwa („Trzeba poświecić latarką do zbiornika”), koło zapasowe jest dużo mniejsze od pozostałych („Do wulkanizacji jakoś dojedziesz”), bardzo źle wchodzi trzeci bieg przy redukcji z czwórki i nie działa klakson, bez którego czuję się jak ułomny.

Wiecie co to jest mikrosekunda?

Odcinek czasu między pojawieniem się żółtego światła a klaksonem za plecami. Tak cudzoziemcy żartują z rosyjskich kierowców, którzy trąbią jak opętani.

Łyżwy

I nie włączają świateł, dopóki cokolwiek widać, a długich nie wyłączają, nawet kiedy ty to zrobisz. Pierwszeństwo ma większy. A jak zmieniają koło, rozerwaną oponę lubią podpalić. Śmierdzące ognisko zamiast trójkąta. Bardzo często nie rozbierają się w samochodzie i cały dzień jadą w palcie i futrzanej czapce.

Rosjanie giną na drogach jak muchy. W 2007 roku życie straciło ponad trzydzieści trzy tysiące osób, tyle co w całej Unii Europejskiej, która ma trzy i pół razy więcej mieszkańców i sześć razy więcej samochodów. Na poboczu co parę kilometrów symboliczne nagrobki. To najczęściej żelazny cokolik z gwiazdą na szczycie albo zespawany z drutu zbrojeniowego ażurowy postument podobny do stojaka na kwiaty z lat sześćdziesiątych. Rosyjskim zwyczajem przy wielu nagrobkach stoi ławeczka i stolik z przyśrubowanym wazonem. W wazonie sztuczne kwiaty. Czasami zatrzyma się tam jakiś szoferak, zostawi koledze zapalonego papierosa, dwa, trzy na zapas i zapałki, a bywa, że małą buteleczkę z resztówką wódki, od której chłopak zapewne zginął.

 

Z Moskwy wyruszyłem dwudziestego czwartego listopada. Już pierwszego dnia zepsuł się odtwarzacz cd. Nie wytrzymał potwornych wstrząsów, bo im dalej na wschód, tym droga gorsza. Potem był Kazań, Ufa, a na Uralu zaczęła się Azja i radykalnie zmienił się klimat. Temperatura spadła o kilkanaście stopni. Objechałem Czelabińsk, przeciąłem Omsk, Nowosybirsk i stanąłem w Krasnojarsku. Skręciłem prosto na południe do Chakasji i Tuwy. Po dwóch tygodniach wróciłem tą samą drogą do Krasnojarska i pomknąłem na południowy wschód do Irkucka.

Przejechałem już siedem tysięcy siedemset kilometrów. Za kilka dni święta, więc łazika zostawiam na parkingu, akumulatory u Loszy, mojego irkuckiego przyjaciela, i lecę do kraju.

Wróciłem po miesiącu. Przede mną najtrudniejszy, najbardziej lodowaty fragment drogi, a raczej bezdroży. I luty – najzimniejszy miesiąc.

Jadąc wokół Bajkału, dotarłem do Ułan Ude. Chciałem to święte morze Syberii, w którym jest więcej wody niż w Bałtyku, przeskoczyć po lodzie, ale zamarza dopiero w połowie stycznia. Ja dotarłem tam drugiego lutego. Miejscowi stanowczo odradzili przeprawę przez Bajkał, ale za to założyłem łyżwy, które wiozłem przez pół świata, i z chłopakami ze Sludianki pograłem w hokeja. A na tafli zobaczyłem najbardziej niezwykłego łazika na świecie. W podłodze miał wyciętą dziurę do łowienia ryb spod lodu, a z dachu wystawała dymiąca rura od węglowego piecyka. Sybirskie webasto, można powiedzieć.

Z Ułan Ude pojechałem do Czyty, za którą kończy się normalna droga, asfalt, ludzkie siedziby i cywilizacja. Ponad dwa tysiące kilometrów do Chabarowska tylko góry, bagna, śnieg i tajga.

W 2007 roku na blogu „Dark Roasted Blend” internauci z całego świata wybierali najbardziej niebezpieczne i pochłaniające najwięcej ofiar drogi na naszej planecie. Z sześciu wytypowanych trzy znajdują się w Rosji. Jedna na kaukaskiej granicy między Gruzją a Rosją, natomiast dwóch pozostałych miałem okazję posmakować. Najpierw w Moskwie, bo to czteroipółkilometrowy tunel Lefortowo, który przebiega pod rzeką i przecieka, a gdy przychodzą mrozy, robi się ślisko jak na lodowisku do hokeja na Łużnikach.

Druga droga śmierci, którą jechałem, odłącza się od mojej trasy za Czytą, ale urodą niczym się od niej nie różni. To biegnąca na północ autostrada do Jakucka. „Autostrada” to stanowczo za dużo powiedziane. To wąski, kręty, w lecie błotnisty, a w zimie zawalony śniegiem trakt biegnący po wiecznej zmarzlinie bez odrobiny asfaltu. Dotarłem nim do miasta Tynda, skąd dalej, przez tajgę, wędrowałem do zaprzyjaźnionych pasterzy reniferów.

Wiosną 2006 roku w środkowym odcinku drogi do Jakucka roztopy uwięziły kilkaset samochodów. W straszliwym błocie ugrzęzły nawet gąsienicowe pojazdy wysłane na ratunek. Po kilku tygodniach zdesperowani ludzie z bronią w ręku zaczęli walczyć między sobą o żywność.

Do Chabarowska dotarłem pod koniec lutego, stamtąd miałem już tylko siedemset siedemdziesiąt kilometrów niezłej drogi do Władywostoku, gdzie kończyłem podróż.

Śnieg

Zjeść po drodze można w barze albo w kawiarni, ale słowo to nie znaczy, że są tam ciastka, likiery, kawa i herbata – raczej kotlety, barszcz, śledzie i wódka. Słowo „blinnaja” na szyldzie nie znaczy, że podają tam bliny, „bułocznaja” że bułki, a „szaszłycznaja” że szaszłyki, ale jest to możliwe.

W zakusocznej z zakąskami może być problem, ale zupę i drugie podadzą.

To najczęściej obskurne budy, baraki, większe kioski. Im dalej na wschód, tym bardziej paskudne. Brudna cerata, tłuste widelce, nie ma gdzie umyć rąk, a za potrzebą trzeba wyjść na zewnątrz.

Ot, choćby zakusocznaja koło miasteczka Jerofiej Pawłowicz na Syberii. Z tyłu budynku ogromny, kipiący śmietnik i beczka przecięta na pół. W obu połówkach bez przerwy tlą się śmieci. Obok kibel, z którego nikt nie korzysta. Z dwojga złego wolą obok śmietnika.

Kto tutaj nie przystanął! Ten mało dzisiaj pił, bo zostawił w śniegu bardzo żółtą dziurę. Pewnie pieriegonszczik, który we Władywostoku kupił japoński, używany samochód i teraz gna nim na zachód, do domu. Zawsze bardzo się spieszą, rzadko stają, żeby coś zjeść i wypić, śpią w samochodach. Ten z kolei długo jechał i długo nie sikał, bo jego dziura jest wielka i głęboka. Pewnie dalnobojszczik, człowiek dalekiego boju, długiej trasy, po naszemu – tirowiec. To zawodowcy, jedzą i piją w biegu i też nie lubią stawać.

Ten był tu w czasie wiatru albo artysta, bo lubi zrobić wzorek. Najpewniej jednak był na bani i chwiał się na nogach. Prawie każdy kierowca lubi tutaj wypić do obiadu. W dziczy między Czytą a Chabarowskiem na sto procent nie spotka się milicjanta na służbie. Chyba że jedzie prywatnie. To jest jego ślad. Równy, zdyscyplinowany, a jeśli z zakrętem, to pod kątem prostym.

Nikt przez Syberię nie podróżuje samotnie. Pieriegończycy jadą grupami po kilka samochodów, żeby sobie pomagać w razie awarii. Często, jeśli któryś ma znajomego żołnierza albo milicjanta, opłacają go, żeby jechał z nimi pod bronią i w mundurze. Chroni ich przed bandytami i milicją, bo mundurowi, wiadomo, zawsze się dogadają.

A tutaj z pewnością przykucnęła kobieta, bo dziura zrobiona pod dużym kątem. Kobieta tutaj to rzadkość. Czasami towarzyszy mężowi, żeby nie usnął w trasie. Pieriegończycy, szczególnie ci zawodowi, którzy kupują samochody na handel, to przeważnie bardzo młodzi, nieżonaci mężczyźni. To jego ślad. Swoją dziurę zrobił ze dwa i pół metra od miejsca, gdzie stał.

A ten odwrotnie. Ma problem z prostatą i jeszcze nasikał sobie na buty. Pewnie ma siedzącą pracę albo niemłody już człowiek. Może zawodowy kierowca albo reporter.

Wszyscy ludzie drogi wożą ze sobą żelazną rację żywnościową. Ja od lat stosuję kiełbasę myśliwską, ale wysuszoną do przesady. Jest twarda jak patyk, nie da się jej normalnie ugryźć, ale można wolno żuć. Rosjanie przepadają za suszoną rybą, która nadaje się do jedzenia przez kilka lat. Widziałem na Syberii kierowców ciężarówek, którzy zapas kalorii i białka wozili w postaci struganiny. Przechowują ją w schowku z narzędziami albo kołem zapasowym, bo to wielka, surowa, zamrożona ryba, którą w miarę potrzeby struga się dużym nożem jak klocek drewna, a wióry macza w soli z pieprzem i szybko zjada. Rozmrożona struganina jest nie do przełknięcia, a bez wódki żrą ją tylko psy.

Wyrko

Każdy dzień starałem się kończyć w większym mieście, gdzie mogłem znaleźć hotel. Jeśli noc zastawała mnie na odludziu, spałem w samochodzie albo jechałem do najbliżej wioski, szukałem domu, w którego oknach były kwiaty, i prosiłem o nocleg. Rosjanie lubią pomagać, jeśli się ich o to poprosi. Sami z siebie prawie nigdy tego nie robią.

Na wschód od Uralu nie ma przyzwoitych przydrożnych moteli. Byłem w trzech. Wynajmują łóżka w dwu – lub czteroosobowych pokojach na godziny. Jedna kosztuje czterdzieści rubli (cztery złote), ale trzeba zapłacić z góry co najmniej za sześć.

Jeśli śpisz więcej, dopłacasz później. Swoje bagaże i akumulator samochodowy chowasz do kanapy, na której leżysz, więc jesteś spokojny, że we śnie cię nie okradną.

Łazik w tym czasie stoi na parkingu. Trzy miesiące był w podróży i tylko jedną noc spędził na ulicy bez ochrony, nie licząc tych kilku, kiedy ja w nim spałem. Zawsze ktoś go pilnował.

Tak jak większości samochodów w Rosji. Jaka to armia ludzi jest potrzebna, żeby pilnować wszystkich, wszystkiego i wszędzie! Bo nie tylko samochodów. Pilnują domów, ludzi, ogrodów, upraw, lasów, zwierząt leśnych, hodowlanych… Dziesiątki, setki tysięcy, miliony mężczyzn nie robi nic, tylko dogląda, ma baczenie, pilnuje, strzeże i czuwa, by inni mężczyźni nie ukradli tego, czego oni pilnują. Miliony ochroniarzy, cieciów, stróżów, pilnowaczy, goryli – urodzonych, wychowanych, wykształconych tylko po to, żeby pilnować przedmiotów.

Kiedy zapytam pięciu rosyjskich mężczyzn, czym się zajmują, prawie na pewno jeden odpowie, że jest kierowcą, a dwóch, że pracuje w ochronie.

Nie licząc milicjantów.

Mienty

To półtoramilionowa armia ludzi. Statystycznie na stu obywateli Rosyjskiej Federacji przypada jeden milicjant. Cztery razy więcej niż w Polsce.

A gaisznicy (GAI – Gosudarstwiennaja Awtomobilnaja Inspiekcja), czyli drogówka, to profesja bardziej znienawidzona i pogardzana niż biblijni celnicy w państwie żydowskim.

Prokuratura generalna obliczyła, że dochody urzędników państwowych z korupcji równają się trzeciej części budżetu Rosji. Oznacza to, że wysysają ze społeczeństwa około stu dwudziestu pięciu miliardów dolarów w ciągu roku. Ogromny w tym udział ma milicja, zwłaszcza drogowa. O jej niewiarygodnej bezkarności, pazerności i korupcji krążą legendy.

W mieście albo poza nim, na skrzyżowaniu, rondzie albo na prostej drodze bardzo często można spotkać samotnego milicjanta, który podjechał prywatnym samochodem, nierzadko po godzinach pracy, żeby kontrolować kierowcom dokumenty. Zwykle jest jegomościem w podeszłym wieku, oficerem, nawet pułkownikiem, ale wydaje córkę za mąż, zmienia samochód lub kupuje mieszkanie i gwałtownie potrzebuje pieniędzy.

Nie ma takiej siły na świecie, która pozwoliłaby wyrwać się z jego łap. Jeśli mient postanowi, że zabulisz – jesteś bez szans. (Mient to gliniarz i w języku rosyjskim znaczy mniej więcej to samo co polskie „męty”). Możesz być trzeźwy, mieć sprawny samochód, porządek w dokumentach i nie popełnić żadnego wykroczenia, ale zapłacisz za nieschludnie wyglądający samochód albo brudną rejestrację.

Jeśli właśnie wyjechałeś z myjni, milicjant bierze twoje dokumenty, każe czekać w samochodzie i idzie kontrolować inne auta. Po kwadransie diabli cię biorą, więc interweniujesz, a on, że przecież miałeś siedzieć w samochodzie. Na poboczu czeka już kilku takich. Po kolejnym kwadransie wyjmujesz z portfela pięćset rubli i dajesz w łapę „na pożegnanie”.

Bardziej finezyjne sposoby trzeba zaaranżować. Przed policyjnym posterunkiem stoi znak STOP, żeby zatrzymać się do kontroli dokumentów. Kontrolujący milicjant stoi dziesięć metrów dalej. Posłusznie przy nim stajesz.

– Dlaczego naruszyliście? – pyta zawsze, mając na myśli przepisy.

– Broń Boże! Niczego nie naruszyłem – tłumaczysz się.

– Nie stanęliście przy znaku STOP.

– Przecież stoję.

– Ale znak był wcześniej – pokazuje palcem.

Łapówka za takie wykroczenia kosztuje tysiąc rubli (sto złotych). Nie wiem, ile wynosiłby oficjalny mandat, ale nikt ich w Rosji nie płaci. Kiedy się temu dziwię, nawet kierowcy, ofiary milicjantów, mówią, że tak być musi, bo oni bardzo mało zarabiają. To prawda. Władza utrzymuje ich płace na najniższym poziomie, bo wie, że sobie radzą.