Bob Honey robi swoje

Tekst
Autor:Sean Penn
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

CZĘŚĆ PIERWSZA

PROLOG

STACJA PIERWSZA: Poszukując homeostazy w immanentnej hipokryzji

STACJA DRUGA: Wspomnienia o nastoletnim młotkowym

STACJA TRZECIA: Efemerycznie rozbrojony

STACJA CZWARTA: Program Scottsdale

STACJA PIĄTA: Wielki fiut

STACJA SZÓSTA: Obraz entropii

STACJA SIÓDMA: Seksualne kazamaty

STACJA ÓSMA: Zagłada owada 2016

STACJA DZIEWIĄTA: Turystyka religijna 2015

CZĘŚĆ DRUGA

STACJA DZIESIĄTA: Ballada o rozbitku

STACJA JEDENASTA: Mein Drumpf

STACJA DWUNASTA: Retrospekcja: ratunek i rozkład

INTERLUDIUM

STACJA TRZYNASTA: Opiaty i kazirodztwo

STACJA CZTERNASTA: Przecząc Camusowi

STACJA PIĘTNASTA: Buziaczek

EPILOG

Podziękowania

Materiały wykorzystane w książce

Przypisy

Tytuł oryginału: BOB HONEY WHO JUST DO STUFF

Copyright © 2016, 2018 by Clyde Is Hungary Films, Inc.

All rights reserved.

Wydanie pierwsze w języku angielskim Atria Books – Oddział Simon & Schuster

Copyright © for the Polish translation by Robert Sudół

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, 2019

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Redakcja: KAMIL BOGUSIEWICZ

Korekta: BIANKA DZIADKIEWICZ, MARIA ROLA, JACEK BŁACH

Projekt graficzny wnętrza książki: AMY TROMBAT

Projekt okładki i stron tytułowych: June Park/Rodrigo Corral Studio

Opracowanie okładki na podstawie oryginału: ROBERT KLEEMANN

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06786-4

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla

A, B i C

Anonymous, Boodi-nut i Charliego Joe

Przeżyć jak bóg,

Pewny nieśmiertelności, choć ty o niej wątpisz (...).

Jeśli wtedy Bóg nie będzie z ciebie dumny,

to Bóg jest tylko grawitacją

I złotą metą jest sen.

Edgar Lee Masters, Antologia Spoon River, „Davis Matlock”,

tłum. Michał Sprusiński

Krążymy w koło, tak spętani naszymi lękami, że nie potrafimy już odróżnić prawdy od fałszu, kaprysu gangstera od najczystszego ideału.

Ingmar Bergman


Sformułuję rzecz tak prosto

i przejrzyście, jak potrafię.

Jack Kerouac, Włóczędzy Dharmy,

tłum. Marek Obarski

PROLOG

Zapis zgłoszeń

Z KAPOWNIKA SZERYFA – WOODVIEW COUNTY,

KALIFORNIA, 15 WRZEŚNIA 2001.

– Dziewięćset jedenaście, słucham. W czym problem?

– Halo. Nazywam się Helen Mayo. Mieszkam przy Sweet Dog Lane numer tysiąc pięćset trzydzieści jeden. Nie wiem, czy jest problem, ale jest nowy sąsiad i przepraszam, jeśli wydaje mi się, że on [głośne szczekanie zagłusza słowa]. Nicky, spokój! Przepraszam, to moja psinka, no więc wydaje mi się, że on się dziwnie zachowuje, i może policja powinna do niego zajrzeć, może nawet wejść do środka, no wie pan, zbadać sprawę. Zbadać, pogadać, no, co tam wy robicie [znowu szczekanie].

– Ledwo panią słyszę. Może pani dokładniej opisać to dziwne zachowanie?

– No więc on chyba owija dom taśmą izolacyjną.

– Taśmą izolacyjną?

– No nie wiem, może sznurem na pranie. Rozwija toto z szopy. Nie znam dokładnego numeru, ale to dwa domy dalej po drugiej stronie, widzę go z okna w kuchni i, no... Sama nie wiem. Wydaje mi się, że policja powinna interweniować.

– Dobrze, proszę pani. Dziękuję. Przyjąłem zgłoszenie. Zostanie przekazane służbie patrolowej.

– Dziękuję, do widzenia [coraz głośniejsze szczekanie]. Bądźże grzecznym pieskiem!

Z KAPOWNIKA SZERYFA – WOODVIEW COUNTY,

KALIFORNIA, 7 GRUDNIA 2003.

Mieszkańcy domów przy Sweet Dog Lane składają doniesienia o zapuszczonym trawniku u sąsiada. Wysłano monit z nieprzekraczalnym trzydziestodniowym terminem.

Z KAPOWNIKA SZERYFA – WOODVIEW COUNTY,

KALIFORNIA, 23 GRUDNIA 2003.

Lokatora domu przy Sweet Dog Lane 1528 postanowiono wezwać do stawienia się w związku z nielegalnym wywieszeniem plakatu reklamującego „Makabryczne manekiny w ofercie sklepów bezcłowych w międzynarodowych portach lotniczych”.

O 22.00 radiowóz służby patrolowej został wysłany pod wskazany adres w celu doręczenia wezwania. Lokator był nieobecny lub nie zareagował na pukanie do drzwi. Funkcjonariusze zostawili wezwanie we framudze.

Z KAPOWNIKA SZERYFA – WOODVIEW COUNTY,

KALIFORNIA, 24 GRUDNIA 2003.

O 6.43 do biura szeryfa zatelefonował wspomniany lokator.

– Biuro szeryfa, słucham.

– Dzień dobry pani. Jestem lokatorem domu przy Sweet Dog Lane numer tysiąc pięćset dwadzieścia osiem i otrzymałem wezwanie w sprawie nielegalnego wywieszania plakatów. To nie ja wywiesiłem.

(Z braku dowodów wezwanie anulowano).

Z KAPOWNIKA SZERYFA – WOODVIEW COUNTY,

KALIFORNIA, 29 GRUDNIA 2003.

Mieszkańcy uskarżają się na dotkliwy warkot kosiarki – o trzeciej nad ranem. Gdy patrol przybył na miejsce zdarzenia, panował tam spokój. Pachniało świeżo skoszoną trawą.

Z KAPOWNIKA SZERYFA – WOODVIEW COUNTY,

KALIFORNIA, 1 GRUDNIA 2004.

– Dziewięćset jedenaście. Słucham, w czym problem?

– Dzień dobry, mówi Helen Mayo ze Sweet Dog Lane.

– Dzień dobry pani. W czym problem?

– Właściwie to ja nie wiem. Ale ten mój sąsiad, dzwoniłam wcześniej w jego sprawie. Obciął sobie włosy, i to dość dziwnie.

– Obciął włosy?

– No tak, chociaż nie chcę pana zanudzać kwestiami fryzury.

– Słusznie, proszę pani. Proszę mi jednak wyjaśnić, co panią niepokoi.

– No te jego włosy. Wygląda jak nazista albo nauczyciel zajęć praktyczno-technicznych. Jak panu wiadomo, nie tylko ja zgłaszałam problemy z tym człowiekiem. Dziwię się, że pomimo tylu skarg i doniesień jak dotąd nie porozmawialiście z tym panem. Że nie skontaktowaliście się z nim, w końcu jesteście stróżami prawa. Proszę mi wybaczyć, jeżeli... Uwaga, nie twierdzę, że wygląda na Araba. To biały. Każdy to widzi, ale nadal sądzę, że policja powinna, no wie pan... Tak, powinniście ustalić, no, ustalić, co to za człowiek!

STACJA PIERWSZA

POSZUKUJĄC HOMEOSTAZY

W IMMANENTNEJ HIPOKRYZJI

LATO 2016

Cactus Field, tani dom seniora w ramach mieszkalnictwa wspomaganego, majaczy jak wielka cegła w kolorze khaki, wyraźnie ukazany na tle dalekiego, rozmazanego światła. Zasłonięte okna i samotna bryła na niby bezkresnym pustynnym tableau. Wydaje się, jakby nawet pustynia pustynniała.

Oto są, niemarkowe bestie dnia wczorajszego. Zapadnięte wilgotne oczy, rozjaśnione rozrzedzonym stroboskopowym światłem samochodu jadącego międzystanówką. Za oknami otynkowanego na beżowo budynku, usytuowanego za zapuszczonym, rzadko używanym parkingiem, gdzie przez szczeliny w popękanej nawierzchni buchają brązowe chwasty, ośmioro seniorów zbudziła przerwa w dostawie prądu. Tłoczą się wszyscy na plastikowych krzesłach. Portretowa galeria obwisłych twarzy w ostrym światłocieniu. Partia bezbarwnych plamistych maseczek. Ostatnia iskierka życia wydobyta z zapomnienia, świadomość bezużyteczności w świecie, w którym marka to życie. Naznaczeni nieznośną nudą. I nagle...

 

nadchodzi miłosierdzie.

PAM! PAM! PAM!

Trzech wybranych do piachu.

Starcy zostają zlikwidowani przez zręczną tępą siłę.

Dłonie w rękawiczkach podłączają z powrotem kable w puszce elektrycznej na zewnątrz. Ósemka zredukowana do piątki, dla której taki dzień też nadejdzie. W matowobiałym pontiacu ożywa silnik, koła toczą się po szczelinach zarośniętych chwastami na międzystanówkę, a kierowca mruczy pod nosem:

– To nie byłem ja.

STACJA DRUGA

WSPOMNIENIA

O NASTOLETNIM MŁOTKOWYM

Mamy jesień epoki rozumu.

Poznajmy Boba Honeya, mieszkańca domu przy Sweet Dog Lane 1528, człowieka, który najczęściej mówi o sobie w trzeciej osobie. Dawniej operator lotów stałopłatów, dostawca fajerwerków na pokazy pirotechniczne urządzane na barkach oraz człowiek, który zbił fortunę w branży zbiorników septycznych dzięki skupieniu się na ekskluzywnej klienteli w postaci świadków Jehowy. Po krótkotrwałym zmonopolizowaniu wysyłkowej sprzedaży peruk łonowych i piastowaniu stanowisk kierowniczych w Ordnance Maintenance Company i Western Test Range Bob pożałował, że nigdy nie zdobył licencji agenta nieruchomości, bo nie miał okazji wykorzystać swojej wyimaginowanej nawijki: „Każda osoba zadowolona z domu od Boba”. Uważał, że wyszłoby z tego dobre hasło na T-shirt, wciągany na jego misiowatą posturę, gdyby upodobanie do noszenia etui na długopisy nie komplikowało sprawy. Teraz, jako pięćdziesięciopięciolatek, Bob jest samotnym mężczyzną. Jeśli nie cierpliwy, to na pewno powściągliwy z niego obywatel.

Mieszka sam, lecz w swej wyobraźni budzi się co rano u boku byłej żony, spętany więzami ich milczącego małżeństwa. Każdego wieczoru kładzie się spać, recytując w myśli: „A-B-C/C-B-A... A-B-C/C-B-A...”. Pierwsze trzy litery alfabetu powtarzane do przodu i wspak zamiast liczenia baranów. Potem najczęściej przychodzi sen bez śnienia. A z nadejściem poranka wydaje się, że ona tu jest, zawsze. Jego cicha eks. Jej tłuszczyk i rude włosy. Przy każdym wdechu i wydechu w dziurce od nosa drga, drży, dygocze mały smark jak zawór w gaźniku. Kobieta tak cyniczna, że nie rozumie przesłania swoich ulubionych piosenek. Taka, która w zakamarkach swego ciała przechowywała stężone cukierkowe wonie, dążąc do uprzedmiotowienia siebie w reakcji na każde przypadkowe męskie pożądanie. Ta skłonność brała górę nawet nad jej własnym istnieniem w rzeczywistych uniesieniach, podsuwanych przez życie. Niemożliwe, żeby Bob o tym nie pomyślał, budząc się co rano w obecności jej bezsłownej mizoandrii i łże-feministycznych snów o superbohaterach. Niemożliwe, aby nie pomyślał o uduszeniu za pomocą linki. Krople benzyny, zapalone jedna po drugiej, odór jej spalonego ciała i potwierdzenia w postaci przerażających wrzasków. Och, dopiero gdy rozmyślania te otrą się o zgiełk czynu, Bob może wyrzec się ich rozkosznej grozy i poczuć orzeźwiającą swobodę pozwalającą oddalić się od niewątpliwie pustego łóżka.

Doskonale wie, jak zacząć dzień. W spodnie idzie jedna noga, potem druga. Kolej na świeżo wypraną koszulę. Otworzyć sejf w garażu i przełożyć użyty poprzedniego wieczoru młotek o drewnianej rączce z kubła z chlorexem do chluśniętego wodą koksownika. Zamknąć sejf na klucz, ubić puszyście jajka ze śmietaną. Usmażyć to w tłuszczu ze skwierczącego bekonu i jazda. Tak, Bob to człowiek poukładany jak Pan Bóg przykazał. Wie, jak wstać rano i... zrobić swoje.

Tak naprawdę była żona, którą jego wyobraźnia co rano powierza nienawiści, opuściła go wiele lat wcześniej, lecz nie odeszła szczególnie daleko. Za pieniądze uzyskane z rozwodu kupiła furgonetkę z lodami. Taką, która krąży powoli po osiedlach, wabiąc dzieci cyrkową muzyką z głośników. Tymi raz kuszącymi, raz irytującymi dźwiękami, które wyczarowują klaunów, karłów i wypchane zwierzęta. Związała się z innym mężczyzną, tym samym eutanastą współczucia, który reprezentował ją w sądzie. O dziwo, a w przekonaniu Boba także złośliwie, zamieszkali na pagórku tuż nad osiedlem upatrzonym przez niego, przycupnięci zaledwie kilka małych przecznic od jego porozwodowego domostwa. A jednak wydaje się, że eks wystrzega się krążenia w pobliżu górnego krańca Sweet Dog Lane, aby uniknąć bezpośredniego kontaktu. Zimą po lekcjach, a latem przez cały dzień opyla swój mrożony towar. Na Woodview jest taka akustyka, że odległa muzyczka cyrkowa sączy się boleśnie Bobowi do ucha przez niekończące się godziny. Dlatego jego życie jest bez przerwy wypełnione tożsamością-niewiernością byłej żony i jej wstrętnym szczytowaniem w seksualnych pasjansach, które były wyrazem troski o siebie. W umyśle Boba furgonetki lodziarza stały się upiorami.

Nie zawsze tak było.

Wychowany w dolinie San Joaquin na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych Bob pedałował często na czerwonym schwinn stingrayu. Na rodzinnym osiedlu zamieszkanym przez jasnoniebieskie kołnierzyki ścigały go przelotne spojrzenia, gdy przejeżdżał obok otwartych warsztatów samochodowych, w których mnogość podrasowanych aut świadczyła o upływie czasu. Wsparte na klockach nad rynienkami olejowymi, wskazywały jednoznacznie na nieobecność młodych mężczyzn, wysłanych do Indochin. Mijając domy swoich bohaterów, Bob często się zastanawiał, czy wcieleni do woja starsi bracia jego kumpli z dzieciństwa przeżyją i upomną się o swoje fury, czy też wrócą okaleczeni, bezmózdzy, w drewnianej jesionce, owinięci flagą, będą pogrzebani albo zdradzeni, jak to przedstawiano w wieczornych wiadomościach. Kwintesencja lat chłopięcych przygotowała Boba na odseparowanie się od czasu, synergii i konwenansów społecznych, wiodąc go do mało delikatnych zachowań, raniących słów i żałosnych kaprysów, o których sam zaczął myśleć z obawą.

Wabiony syrenim śpiewem młody Bob czasem pedałował chyżo za furgonetką z lodami (dość podobną do furgonetki jego eks), kupował truskawkowego lizaka, następnie dołączał na tyły bandy przedpokwitaniowych punków, częściej jednak krążył po dzielnicy. Kiedy indziej szedł nad dorzecze, żeby zrzucać ładunki własnej roboty z mostu nad trasą 180. Preferował koktajle Mołotowa. Benzyna zamknięta w szkle, zapalony lont. Cel, rzut, jaskrawy łuk trajektorii. Gdy trafiło się w podmurowany brzeg na skraju wody, roztrzaskująca się butelka uwalniała nad taflą wspaniały deszcz przyśpieszacza wysokooktanowego. Tam i wtedy nawet mali chłopcy mogli wywołać niewiarygodny rozbłysk, zmącić zdrowy rozsądek, podpalić rzekę, zdumieć świat.

Przy rozjeździe I-5 znajdowało się osiedle starych przyczep kempingowych i tam właśnie Jedenastoletni Bobby nauczył się palić szlugi na ganku chybotliwego domu na kółkach, w którym mieszkała młoda czarna niunia z Kowbojem. Chociaż niski jak na swój wiek, B-11 był uważany za łobuza z przedmieść i miał problemy z nawiązywaniem przyjaźni z rówieśnikami. Kowboj zawsze z co najmniej godzinnym opóźnieniem wychodził z przyczepy. On i jego małoletnia Jemima mieli w planach „regulowanko”, żeby ta cholerna przyczepa stała równo na żwirze. Gdy Kowboj w końcu się pojawiał, był postacią spoconą i zarazem gotową, by zabrać sumiennego chłopca z sąsiedztwa na objazd po zbiornikach septycznych. Uczył „małego matoła sztuczek w tym fachu”.

Rozsiadali się w kabinie cysterny, wrzucona jedynka chrzęściła, a czarna niunia ukazywała się w drzwiach z moskitierą, stała tam smętnie, z potarganymi włosami i zadowolonym uśmiechem. Ubrana w za dużą kowbojską koszulę, wysyłała ich serdecznym machaniem ręki do roboty na basenie przedłukowym[1]. Taa. Z Kowboja to był ogarnięty facet, co wszystko miał poukładane...

A przynajmniej tak myślał wtedy jego młody przydupas.

Pewnego rześkiego i wietrznego poranka w listopadzie w amerykańskich latach sześćdziesiątych chłopiec patrzył, jak ubrany na niebiesko oddział taktyczny zgarnia jego idola, przygważdżając go do ziemi jak posąg. Gdy Kowboj wylądował w mamrze, aby odsłużyć przewidziany prawem stanowym wyrok za kontakty seksualne z małolatą, Jedenastoletni Bobby skupił myśli na niuni. Na tej pięknej czarnej dziewczynie, którą sąsiedzi napiętnowali jako kurwę. Myślał o jej urodzie i powabie ogolonych kształtnych gir, gdy tak stała w drzwiach przyczepy. W ten czy inny sposób chciał zastąpić Kowboja. Lecz obiekt jego westchnień prysnął z miasta, uciekł przed złą reputacją, a wraz z nim prysnęły jego marzenia rodem z Lata roku 1942, obumierając jak wraki przeznaczenia.

W tym swoim dzieciństwie czcił Anarchistyczną książkę kucharską, wydaną w 1971 roku biblię społecznie nieprzystosowanych, będącą instruktażem konstruowania ładunków wybuchowych i siania zamętu. Zwiodła Boba na manowce samych dobrych rzeczy. Azotan potasu. To, co ranczerzy nazywają saletrą. Dodają tego do lizawki, gdy nie chcą, żeby konie się reprodukowały. Saletra to diabeł wcielony. Jak się tego najesz, siurek odmówi ci posłuszeństwa. Ale zmieszaj to z odrobiną siarki i węgla drzewnego, może jeszcze szczyptą cukru, i masz co trzeba, by zrobić śliczną rurobombkę. Taśma magnezowa, zapalona od płomienia palnika Bunsena, rozbłyskiwała jasno dla oczu dziecka. Większe wrażenie mogłeś wywrzeć, gdy odcinałeś kawałek, wrzucałeś do probówki z kwasem chlorowodorowym, nakładałeś balon na wylot probówki i patrzyłeś, jak rośnie napełniany czystym gazem wodorowym. Następnie podwiązywałeś skurwiela, brałeś długi kij z zapaloną zapałką doczepioną na końcu, doprowadzałeś do kontaktu i rozpalałeś ognistą kulę, która przywodziła na myśl Hiroszimę. Wyposażony w takie instrumenty (i podarowany na Gwiazdkę mikrofon paraboliczny) każdy gorącokrwisty młody Amerykanin mógł z całą pewnością uratować świat. Świat Charliego Mansona. Świat Wietkongu. Świat Zodiaka z okolic San Francisco. Świat Boba.

Aby sfinansować swoje pożądanie pożogi, Bob zatrudniał się w okolicznych wesołych miasteczkach i lunaparkach. To właśnie ta praca rozwinęła w nim zamiłowanie do młotka. Naganiał klientów do wieży, często zwanej „siłomierzem”. Składała się z mocnej podstawy i pionowego słupa. W słupie od dołu do góry biegła szczelina. U podstawy, pod dźwignią, znajdował się krążek, a u góry dzwonek. Gdy ktoś uderzy dźwignię młotkiem z odpowiednią siłą, krążek pofrunie szczeliną i potrąci dzwonek. W przypadku Boba wieżą był wysoki na cztery i pół metra smok, a krążek ważył całkiem sporo. Bob doskonalił swoje umiejętności po godzinach. Być może wystarczyło dysponować brutalną siłą, żeby dzwonek zadzwonił, jednak największa frajda polegała na znalezieniu tej słodkiej styczności siły uderzenia z momentem obrotowym, bo wtedy młotek okazywał się najbardziej szatańskim narzędziem. Mały młotkowy nawoływał:

Łotr z ciebie czy rycerz,

Przybywaj, przybywajcie wszyscy.

ZABIĆ SMOKA!!!

Wkraczając w dorosłość, Bob – jak każdy mężczyzna – zetknął się z aktami ewoluującej nemezis, które zaczęły się dość niewinnie starciami z pochodzącą z sąsiedniej dzielnicy milicją złożoną z przygłupich wojowników, a później przerodziły się w manipulacje umysłu stosowane przez chciwe media. Sporym wyzwaniem okazało się dla niego wchodzenie w każde nowe stadium bez zauważenia stręczycielskiej uczty złożonej z ochłapów kapitalizmu, oferowanej w ramach społecznego przystosowywania. Bob zdawał sobie sprawę, że media mają ograniczone możliwości mówienia krajowi, jak myśleć, ale są niedoścignione w mówieniu, o czym myśleć i debatować oraz co cenić. Jeśli nadzieja jednostki poszukującej ludzkiej więzi polega na połączeniu dążeń jej umysłu z powszechnym interesem społeczeństwa, to wkrótce taki biedak może się zorientować, że został ogolony na łyso, wciąż zawodząc: Beee-Beee-Bilderberg.

W zasadzie bombiarz z mlekiem pod nosem marzący o tym, aby zostać geologiem, Bob zawsze potrafił znaleźć sobie coś do roboty, dokonać sprawiedliwego, szlachetnego lub silnie terapeutycznego pod innym względem czynu, a nawyk ten wprowadził w dorosłe życie. W kategoriach geologicznych troszczył się tylko o połysk, jaki prawie każdemu znalezionemu kamieniowi mógł nadać za pomocą swego szlifierskiego sprzętu. Jednak w wyniku refleksji przyszło mu do głowy, że w pyle, kościach i skamielinach skał osadowych paleocenu zawiera się wolna od egoizmu prawdziwa historia. Wydawało się, że gdzieś w przestrzeni czasu, niczym rozszerzające się i kurczące rozpadliny w stwardniałej ziemi ostro ścieranej przez millenia wilgoci, ludzkość zamieniła prawdę na zdradę, zarówno w wymiarze religijnym, jak i handlowym.

 

Nie ma marki, nie ma człowieka! Nie ma marki, nie ma człowieka! Algorytm współczesnego binarnego egzystencjalizmu.

Lęki z dzieciństwa przed wojnami na obcej ziemi i mesjanistycznymi maniakami, rzeczywistymi i wyimaginowanymi, przemieniły się w skrajnie agresywny sceptycyzm wobec komunikatów i mierności czasów współczesnych. A w dziedzinie moralności, religii, polityki i nauki coraz częściej Bob brał pod uwagę możliwość, że...

WSZYSCY

...INNI

...SIĘ

...MYLĄ.

Do trzydziestki zdążył zdobyć stopień naukowy. Fizyka, inżynieria i wojskowe CV. Ale górę nad Bobem wzięła miłość. Miłość do kobiet. Miłość do niewinności. I uwielbienie dla zwątpień własnego umysłu popadającego w obłęd.

Spędził trochę cennych lat w wyspecjalizowanej branży zbiorników septycznych, tak pełnej patogenów, robactwa i pierwotniaków, że gdyby odmówiono mu leczenia, byłby dziś ucieleśnieniem obecnego kryzysu służby zdrowia. Podobnie jak miłość i niewinność, nie jest to branża, w której łatwo zdobyć przyczółek. Już sam grunt, na którym stoimy, to czterdzieści milionów komórek bakteryjnych przypadających na jeden gram ziemi. Jest zapchany mikrobami, które przy odpowiednim użyciu rozłożą patogeny. I gdy higieniści opracowywali kolejne projekty, Bob znalazł swoją silną stronę w handlu częściami zamiennymi do pomp i przegród. Pomimo głębokiego rozumienia separacji wertykalnej podglebia na dnie pola irygacyjnego, następnie u góry warstwy oporowej wód gruntowych, a także dość wyrazistego wyczuwania parcia warstw szlamu na warstwy osadowe i przenikania ścieków do szamba, w niedzielnym kazaniu o podstawowych nakazach religijnych świadków Jehowy Bob usłyszał jedno zdanie, które do niego przylgnęło: „System wierzeń i praktyk stworzony z surowca”.

To wyrażenie wywołało w nim jako w dostawcy pomp do zbiorników septycznych niecodziennie przedsiębiorcze pragnienie, aby skupić się na członkach tego zboru. Dlatego pozostał z dala od etykietującego tłumu i zaawansowanej techniki hedonistycznego społeczeństwa pokrętnie zniewalającego tych o bardziej jędrnej skórze. Bob dbał o jędrność swojej skóry w miejscu pracy za pomocą rękawiczek lateksowych.

W połączeniu z nadzwyczajną efektywnością nadwrażliwości słuchowej, która objawiała się u Boba po równo jako cecha przydatna i niepokojąca (o tym nieco później), jego bystrość inżynierska okazała się niezrównana. Wiedza i doświadczenie, zagwarantowane dzięki iście chirurgicznemu wyczuciu swego powołania, dopełniały specyficznie ukształtowanego drygu Boba do inżynierii na opak. Niemal bez wysiłku potrafił zsyntetyzować architekturę publiczną. Określając, gdzie trafiają uryna i odchody, a także wielkość, układ i usytuowanie systemów ich składowania (zwłaszcza w przypadku stosowania systemów grawitacyjnych), potrafił mentalnym rentgenem prześwietlić wnętrze budynku. Uznał, że to znajdzie także zastosowanie w analizie systemów ludzkich. Podobne myślenie może ducha i osobowość człowieka naznaczyć srogością. Umiejętności te nie nadawały się do wykreowania marki, ale w końcu to był Bob, Bob Honey. Człowiek z bliskowschodnią misją w głowie.