KłamstewkaTekst

Autor:Dana Mele
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

PODZIĘKOWANIA

Tytuł oryginału: People Like Us

Przekład: Andrzej Goździkowski

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Dorota Szatańska

Korekta: Karolina Pawlik, Natalia Jóźwiak

Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska / KATAKANASTA

Zdjęcia na okładce: © Alekhin Roman, Inga Ivanova,

Kiselev Andrey Valerevich / Shutterstock

Copyright for the Polish edition and translation © Wydawnictwo JK, 2019

Copyright © 2018 by Dana Mele

This edition published by arrangement with G.P. Putnam’s Sons, an imprint of Penguin Young Readers Group, a division of Penguin Random House LLC.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-66380-24-0

Wydanie I, Łódź 2019

Wydawnictwo JK Wydawnictwo JK, ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dedykuję Luke’owi, Samowi, Mali, Floydowi, Evie, Felixowi oraz wszystkim innym postaciom, które ostatecznie nie znalazły się w tej historii. Mam dla was dobrą wiadomość: wasze imiona i tak pojawiają się w druku. Żyjecie.

Dedykuję też Benjiemu, który istnieje naprawdę i dzięki któremu napisanie tej książki stało się możliwe

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Nasza skóra lśniła w srebrzystym blasku księżyca. Kąpiel nago w lodowatej wodzie North Lake tuż po potańcówce halloweenowej należało do tradycji Bates Academy. Jednak niewielu uczniów miało odwagę ją podtrzymywać. Trzy lata temu byłam pierwszą uczennicą z nowego rocznika, która nie tylko znów wskoczyła do wody, ale też pozostała pod nią tak długo, aż wszyscy zaczęli podejrzewać, że utonęłam. Wcale nie planowałam tego skoku.

Skoczyłam, bo po prostu mogłam. Zrobiłam to z nudów, a także, by popisać się przed jedną z czwartoklasistek, która nabijała się z mojego tandetnego kostiumu. Zanurkowałam do samego dna, prześlizgując się przez gęstwinę mchów i jedwabistych w dotyku kosmyków wodorostów. Zatopiłam palce w miękkim, sypkim mule i na chwilę przylgnęłam do podłoża. Moje spragnione tlenu płuca rozsadzał palący ból, lodowata woda zdawała się ranić skórę jak ostrzem noża. Mimo to chciałam zostać na dnie jak najdłużej. Było tam cicho i spokojnie. Czułam się, jakbym znalazła się we wnętrzu wielkiej bryły lodu. Chroniona przed całym światem. Gdybym mogła, być może zostałabym tam na zawsze. Ale moje ciało miało inne plany. Wynurzyłam się na powierzchnię ku uciesze dziewczyn ze starszych klas, które zaczęły wywrzaskiwać moje imię, a po chwili podały mi butelkę zwietrzałego szampana. Niedługo potem musiałyśmy dać nogę, bo nakryła nas straż działająca na terenie kampusu. Tak mniej więcej wyglądało moje oficjalne powitanie w prywatnym liceum Bates. Po raz pierwszy znalazłam się daleko od domu. W nowym miejscu byłam nikim. Przybyłam z mocnym postanowieniem, że wymyślę siebie na nowo. Jak tylko dałam nura do jeziora, zrozumiałam w najdrobniejszych szczegółach, jakiego typu dziewczyną się stanę. Taką, która skacze pierwsza, a potem nie wynurza się z głębiny wcześniej, niż to konieczne, tylko jakieś dziesięć sekund później.

No a teraz to my byłyśmy czwartoklasistkami, tym razem jednak żadne dziewczyny z pierwszej klasy nie miały odwagi zabrać się z nami.

Przodem gnała moja najlepsza przyjaciółka Brie Matthews. Jej zgrabne ciało biegaczki przecinało nocne powietrze, pozostawiając nas wszystkie w tyle. W normalnych okolicznościach rozebrałybyśmy się pod osłoną kolczastych krzaków, którymi obrośnięty był brzeg jeziora w pobliżu akademików Henderson. Najpierw krótki biforek w pokoju jednej z nas, a następnie bieg slalomem po trawniku w kierunku brzegu, bez zrzucania ciuchów. Tego wieczoru Brie dowiedziała się, że przyjęto ją na studia na Uniwersytet Stanforda w ramach wczesnej rekrutacji, no i z radości całkiem jej odbiło. Zapowiedziała, że wszystkie spotykamy się dziesięć minut przed północą. Oznaczało to, że między potańcówką a pływaniem w jeziorze miałyśmy tylko chwilę, by zostawić wartościowe rzeczy w pokojach, porwać coś do przekąszenia nad jeziorem, no i poinformować naszych partnerów, że tej nocy nie spędzimy z nimi. Brie oczekiwała nas na skraju pasa zarośli, ubrana tylko w szlafrok. Szczerzyła zęby w uśmiechu, policzki jej płonęły, oddech pachniał cydrem. Już po chwili zrzuciła szlafrok na ziemię i zawołała: „Ścigamy się!”.

Tuż przede mną biegła Tai Carter, dłońmi zasłaniając sobie usta, żeby zdusić śmiech. Na plecach wciąż powiewały jej anielskie skrzydła, których nie zdjęła po imprezie. W nocnym powietrzu tańczyły jej rozwiane na wietrze długie srebrzyste włosy. Pozostałe dziewczyny z naszej paczki biegły za nami. W pewnym momencie Tricia Parck potknęła się o wystający z ziemi korzeń i mało brakowało, byśmy na siebie powpadały. Cori Gates zatrzymała się, po czym przewróciła na ziemię, zanosząc się od śmiechu. Ja też zwolniłam, uśmiechając się od ucha do ucha. Momentalnie jednak dostałam gęsiej skórki – powietrze było lodowate. Nocne kąpiele w jeziorze wciąż dawały mi mnóstwo frajdy. Moją ulubioną częścią rytuału stało się teraz jednak co innego – zakopanie się razem z Brie pod stertą ciepłych koców i pękanie ze śmiechu.

Miałam właśnie pokonać sprintem ostatni, porośnięty mchem, odcinek między wyjściem ewakuacyjnym z akademika Henderson a brzegiem jeziora, gdy usłyszałam krzyk Brie. Tai przystanęła, a ja wyminęłam ją szybko, kierując się tam, skąd dobiegał teraz gwałtowny chlupot. Krzyk Brie narastał z każdą sekundą, przechodząc w ogłuszający pisk. Dopiero po chwili zorientowałam się, że przyjaciółka woła mnie po imieniu, powtarzając je coraz szybciej. Zaczęłam przedzierać się przez zarośla. Kolce żłobiły w mojej skórze białe i czerwone pasy. Po chwili dopadłam Brie, chwyciłam ją za ręce i wywlekłam z wody na brzeg.

– Kay – wydyszała, przyciskając usta do mojej szyi. Jej ociekającym wodą ciałem wstrząsały dreszcze. Szczękała z zębami. Próbując opanować narastającą panikę, omiotłam spojrzeniem ciało Brie w poszukiwaniu krwi i ran. Jej gęste czarne włosy oblepiały czaszkę. Gładka brązowa skóra, w przeciwieństwie do mojej, nie nosiła żadnych śladów skaleczeń.

Nagle poczułam, jak Tai chwyta mnie za rękę. Ścisnęła tak mocno, że niemal straciłam czucie w palcach. W jej twarzy, na której zazwyczaj widniał albo szczery szeroki uśmiech, albo ironiczny półuśmieszek, teraz dostrzegłam coś nowego – spoglądała przed siebie nieobecnym, pustym wzrokiem. Kiedy podążyłam za nią spojrzeniem, poczułam, jak dzieje się ze mną coś dziwnego, jakby moja skóra obracała się w kamień, przy czym działo się to powoli, komórka po komórce.

 

Na powierzchni jeziora unosiło się ciało.

– Przynieście nasze ciuchy – zarządziłam szeptem.

W tej samej chwili rozległ się szelest suchych liści – któraś z dziewczyn posłusznie popędziła ku akademikom.

Oświetlona księżycem tafla jeziora wyglądała, jakby przysypano ją drobinami rozbitego szkła. Wystające z ziemi korzenie drzew rosnących nad brzegiem gdzieniegdzie nurzały się w płyciźnie. Niedaleko miejsca, w którym stałyśmy, na powierzchni wody unosiło się ciało dziewczyny. Jej zanurzona na parę centymetrów blada twarz, z otwartymi oczami i zbielałymi rozchylonymi ustami, zwrócona była ku górze. Wyraz jej twarzy przywodził na myśl człowieka odurzonego, choć w rzeczywistości nie wyrażała już nic. Unosząca się na wodzie wspaniała biała suknia balowa otaczała dziewczynę niczym płatki kwiatu. Na odkrytych rękach denatki, w okolicach nadgarstków, widniały długie cięte rany. Mimo woli zaczęłam obmacywać swoje nadgarstki, kiedy nagle ktoś położył mi dłoń na ramieniu. Niemal podskoczyłam.

Była to Maddy Farrell, najmłodsza dziewczyna z naszej grupy, która przyniosła mi ubranie. Podziękowałam jej sztywnym skinięciem głowy, po czym wciągnęłam przez głowę luźną czarną sukienkę. Tego dnia przebrana byłam za Daisy Buchanan z Wielkiego Gatsby’ego, ale kieckę przerobiłam z kostiumu, który w zeszłym roku miała na sobie Brie, przez co była o rozmiar na mnie za duża. Pożałowałam teraz, że nie przebrałam się za astronautę. Dokuczał mi chłód, a co gorsza w zwiewnej sukience czułam się nieosłonięta i bezbronna.

– I co teraz zrobimy? – spytała mnie Maddy.

Ja jednak wciąż nie mogłam odwrócić spojrzenia od jeziora.

– Zawołajcie doktor Klein – poradziła Brie. – Ona powiadomi rodziców tej dziewczyny.

Dopiero wtedy zmusiłam się, by spojrzeć na Maddy. Jej szeroko rozstawione oczy błyszczały od łez. Na policzkach widniały ciemne, nierówne ślady rozmazanego makijażu. Pogłaskałam ją uspokajająco po miękkich złocistych włosach, nie okazując cienia wzruszenia. Miałam wrażenie, jakby coś wzbierało w mojej piersi i chciało rozerwać ją od środka. W głębi umysłu zaczynała wyć syrena, jednak zdołałam zdusić ją przywołanym z wyobraźni obrazem: pomieszczenia wykutego w lodzie. Absolutnie cichego. Bezpiecznego. Nie czas na płacz. Jedna łza może okazać się płatkiem śniegu, który zapoczątkuje lawinę.

– Najpierw trzeba zawiadomić dyrekcję szkoły. Potem dopiero policję – powiedziałam.

W przeciwnym razie istniało ryzyko, że rodzice denatki dowiedzieliby się z Internetu, że ich dziecko nie żyje, zanim skontaktuje się z nimi szkoła. Właśnie w taki sposób moja mama dowiedziała się o śmierci mojego brata: z Internetu.

Maddy wybrała na telefonie numer dyrektorki szkoły. Pozostałe dziewczyny, zbite w gromadkę, stały ze spojrzeniem utkwionym w ciele denatki. Ta, z otwartymi oczami i rozchylonymi ustami, które zdawały się wypowiadać jakieś zdanie, wydawała się niemal żywa. Niemal, choć nie do końca. Widywałam już wcześniej ciała nieżywych ludzi, nigdy jednak, jak w tym przypadku, nie miałam poczucia, że patrzy wprost na mnie.

– Ktoś ją znał? – wykrztusiłam w końcu.

Żadnej odpowiedzi. Niewiarygodne. Nasza szóstka zapewne wydawała się lepiej ustawiona towarzysko niż pozostali uczniowie liceum. Podejrzewałam wręcz, że nie było uczennicy, której byśmy nie znały.

Na Bal Kościotrupów wstęp miały wyłącznie uczennice naszego liceum. Na inne imprezy wolno było nam zapraszać osoby spoza kampusu. Dziewczyna w jeziorze była ewidentnie w naszym wieku, a przy tym wystrojona i umalowana. Jej twarz wydawała mi się znajoma, ale nie mogłam jej skojarzyć, zwłaszcza w obecnym ułożeniu. Skrzyżowałam ramiona na piersi, żeby powstrzymać dygotanie, i nachyliłam się, próbując jeszcze raz przyjrzeć się jej nadgarstkom. Przedstawiały straszny widok, ale po chwili znalazłam to, czego szukałam: cieniuteńką neonową bransoletkę na jednym z nich.

– Ma opaskę. Musiała być na potańcówce. To jedna z naszych. – Jak tylko wypowiedziałam ostatnie zdanie, przeszedł mnie dreszcz.

Tricia prześlizgiwała się wzrokiem po marszczącej się powierzchni jeziora, nie mając odwagi ponownie zerknąć na ciało.

– Kojarzę ją. To uczennica z naszej szkoły – bąknęła w końcu. W zamyśleniu bawiła się swoimi lśniącymi czarnymi włosami, a już po chwili pozwoliła, by opadły swobodnie na jej perfekcyjną podróbkę sukni balowej, jaką Emma Watson miała na sobie w Pięknej i Bestii.

– Już nie – mruknęła Tai.

– To nie jest śmieszne – spiorunowała ją wzrokiem Brie.

Wydawało się jasne, że ktoś prędzej czy później musiał rozładować napięcie. Dzięki temu ja również odzyskałam, przynajmniej w pewnym stopniu, przytomność umysłu. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie, jak lodowe ściany stają się dwu-, a po chwili trzykrotnie grubsze. Rosły tak, dopóki całkiem nie zagłuszyły syren wyjących w głębi mojego umysłu i bicia serca, chaotycznego i pozbawionego wszelkiego rytmu.

Wyprostowawszy się, obrzuciłam spojrzeniem kostium Maddy – była przebrana za Czerwonego Kapturka, przy czym jej kusa sukienka więcej odkrywała niż zakrywała; na ramionach miała ciepłą pelerynkę.

– Pożycz mi pelerynę – poprosiłam, wskazując ją palcem.

Maddy posłusznie strząsnęła ją z bladych kościstych ramion i podała mi. Nie czułam zbyt wielkich wyrzutów sumienia z tego powodu. Panował ziąb, a tak się składało, że byłam od niej o rok starsza. Niedługo Maddy będzie na moim miejscu.

Wkrótce ciszę zmąciło wycie syreny, a w ciemności kampusu wdarło się wirowanie czerwonych i niebieskich świateł.

– Szybko im poszło – zauważyłam półgłosem.

– Wygląda na to, że Klein postanowiła najpierw wezwać gliny – stwierdziła Brie.

Z ciemności wynurzyła się Cori. Ściskała oburącz butelkę szampana, a jej zielone kocie oczy zdawały się świecić w półmroku.

– Mogłyście mi powiedzieć, tobym przedzwoniła do doktor Klein.

Dla Cori każda okazja była dobra, żeby przypomnieć o znajomości jej rodziny z dyrektorką szkoły.

– Przepraszam, nie myślałam o tym, co robię – powiedziała Maddy, krzyżując ramiona na piersi.

– Typowe dla Notorious – warknęła Tai, potrząsając z niedowierzaniem głową.

Maddy w odpowiedzi popatrzyła na nią wilkiem.

– To i tak bez znaczenia. Klein i tak niedługo się tu zjawi – zapewniła Brie, obejmując Maddy ramieniem. Szlafrok Brie wydawał się teraz kusząco puszysty i miękki. Maddy zaczęła pocierać policzkiem o materiał. Obserwowałam przez chwilę tę scenę zmrużonymi oczami, po czym odrzuciłam z powrotem jej pelerynę. Wykonałam jednak za duży zamach i peleryna wylądowała w wodzie.

Tai wzięła do ręki długi patyk i wymacała nim w jeziorze nasiąkniętą wodą, bezkształtną masę materiału. Wydobyła ją i rzuciła na ziemię pod moimi stopami.

– Ja też ją sobie przypominam. Jak ona mogła mieć na imię? Julia? Jennifer? Gina?

– A może Jemima? Albo Jupiter? – przerwałam jej ze złością.

Podniosłam pelerynę z ziemi i próbowałam wykręcić ją w rękach.

– Nie znamy jej imienia. I w pierwszej chwili w ogóle nie mogłyśmy jej skojarzyć – odezwała się przytomnie Brie. – Jeśli powiemy gliniarzom, że ją znałyśmy, wprowadzimy ich tylko w błąd.

– Ja nie potrafię spojrzeć na jej twarz. Przepraszam, po prostu nie mogę. No to co zrobimy… – Maddy zawiesiła głos i wsunęła ramiona do wnętrza sukni. Ze swoją kredowobiałą skórą i ciemnymi smugami na twarzy po rozmazanym makijażu wyglądała teraz jak jakaś straszna bezręka lalka. – Mamy kłamać?

Brie zerknęła na mnie pytająco.

– Brie chodzi o to, byśmy niepotrzebnie nie komplikowały zeznań. Powiemy, że jej nie rozpoznajemy, i tyle.

Brie podziękowała mi, ściskając mnie za rękę.

Jako pierwsi na miejscu zjawili się pracownicy agencji ochrony pracujący na terenie kampusu. Zatrzymali się przed akademikiem Henderson, wyskoczyli z samochodu i natychmiast pobiegli w naszą stronę. Nigdy dotąd nie widziałam, żeby poruszali się tak szybko. Był to dziwny, a zarazem żałosny widok. Wiedziałam, że w sumie żadni z nich gliniarze. Ich podstawowym zajęciem było rozwożenie nas po kampusie i ewentualnie robienie nalotów na imprezy.

– Proszę odsunąć się na bok – poleciła Jenny Biggs, młoda agentka ochrony, która nie raz zapewniała nam obstawę, gdy chciałyśmy się przedostać po godzinach z jednego końca kampusu na drugi, a także przymykała oko na organizowane przez nas potajemnie pijatyki. Tuż obok biegł jej mocno zbudowany partner. Wyminął nas i wskoczył do wody. W ustach poczułam coś gorzkiego, zacisnęłam pięści, zatapiając paznokcie we wnętrzu dłoni. Mimo że teoretycznie nie miałam ku temu żadnych podstaw, czułam, że powinnam chronić ciało martwej dziewczyny. Nie chciałam, żeby ten dupek dotykał jej tymi włochatymi łapami.

– Wydaje mi się, że nie powinniście niczego zmieniać na miejscu zbrodni do przyjazdu policji – szepnęłam do Jenny, licząc na to, że powstrzyma kolegę. Na przestrzeni lat zawsze była dla nas niczym starsza siostra – chętnie żartowała, no i naginała zasady.

Teraz jedynie obrzuciła mnie lodowatym spojrzeniem. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, na miejsce zajechali prawdziwi gliniarze, a także karetka pogotowia. Ratownicy medyczni dobiegli na brzeg przed policjantami. Jeden z nich wskoczył do wody za partnerem Jenny.

– Nie zbliżać się do ofiary – warknął jeden z gliniarzy, biegnąc w stronę brzegu. Po chwili zorientowałam się, że to kobieta. Wysoka policjantka z wyraźnym bostońskim akcentem.

Barczysty ochroniarz, któremu woda sięgała już do pasa, odwrócił się gwałtownie, zderzając się z nadbiegającym sanitariuszem.

– Wygląda to jak zawody olimpijskie w niekompetencji – mruknęła Tai.

Inny z policjantów, niski facet w typie Tony’ego Soprano, zwrócił się do Jenny lekceważącym tonem, jakby była jego służącą:

– Zabierz stąd tego gościa – polecił.

Jenny poczuła się chyba dotknięta, ale tak czy inaczej gestem przywołała swojego partnera, który niechętnie chwycił ratownika medycznego za rękę. Po chwili ratownik wraz z Jenny wciągnęli ochroniarza na brzeg, spoglądając spode łba na gliniarzy z miejskiej komendy.

Policjantka, ta sama, która przed chwilą odwołała akcję ratowniczą, nagle skupiła uwagę na nas. Miała szpiczastą brodę, paciorkowate oczy i wyskubane brwi – przywodziła na myśl porzucony w połowie rysunek z lekcji plastyki.

– To wy znalazłyście ciało?

Nie czekając na odpowiedź, zaprowadziła nas nad samą wodę. Po chwili przyjechało więcej policjantów, którzy zajęli się odgradzaniem taśmami miejsca zdarzenia. Spoglądałyśmy po sobie z Brie. Próbowałam nawiązać kontakt wzrokowy z Jenny, ale była zajęta przy zabezpieczaniu terenu. Tymczasem z kampusu zaczęły schodzić się uczennice. Po chwili wzdłuż oddzielonej strefy zebrały się też dorosłe opiekunki akademików. Wysoka policjantka uśmiechnęła się do nas, nie otwierając ust.

– Nazywam się detektyw Bernadette Morgan. Która z was dzwoniła na policję?

Maddy uniosła rękę.

Detektyw Morgan energicznym ruchem wydobyła z kieszeni komórkę i pokazała nam jej wyświetlacz.

– Mam fatalną pamięć, dziewczyny. Nie pogniewacie się, jeśli to nagram?

– Nie ma sprawy – odparła Maddy, po czym posłała mi przepraszające spojrzenie.

Detektyw Morgan musiała zauważyć jej reakcję, bo uśmiechnęła się do mnie krzywo, po czym znów zwróciła się do Maddy:

– Nie potrzebujesz pozwolenia koleżanki.

Tai zerknęła na telefon policjantki.

– O mój Boże, to iPhone 4? Nie wiedziałam, że w ogóle jeszcze produkują ten model. Ani że prawo dopuszcza nagrywanie na nich zeznań nieletnich.

– Zeznań świadków – poprawiła ją z uśmiechem detektyw Morgan. – To jak będzie? Dacie mi pozwolenie, czy wolicie pojechać ze mną na komendę i zaczekać, aż wezwiemy waszych rodziców?

– Proszę nagrywać – burknęła niechętnie Tai. Skrzyżowała ramiona na piersi, próbując opanować drżenie.

Inne dziewczyny pokiwały głowami, ja jednak zawahałam się na ułamek sekundy. Jenny była w porządku, ale tak w ogóle to nie miałam zaufania do gliniarzy. Połowę ósmej klasy spędziłam na rozmowach z przeróżnymi policjantami, co wspominałam jako piekielny czas w moim życiu. Z drugiej strony byłam gotowa znieść wiele, byle uniknąć włączania do tej sprawy rodziców.

 

– W porządku – rzuciłam w końcu.

Detektyw Morgan wybuchła nosowym, opryskliwym śmiechem.

– Jesteś pewna?

Chłód stawał się coraz bardziej dokuczliwy. Dlatego gdy znów się odezwałam, w moim głosie zabrzmiało wyraźne zniecierpliwienie i zdenerwowanie.

– Jasne. Śmiało, Maddy.

Jednak Bernadette najwyraźniej jeszcze ze mną nie skończyła. Wskazując przemoczoną do cna, zwiniętą w kulkę pelerynę Maddy, którą trzymałam w rękach, spytała:

– Wyciągnęłyście ją z wody?

– Tak. Ale nie było jej tutaj, kiedy tu dotarłyśmy.

– Skąd zatem się tu wzięła?

Mimo chłodu poczułam palenie na twarzy.

– Wrzuciłam ją.

Dostrzegłam, jak policjantka przygryza sobie od środka policzek.

– Tak, zupełnie naturalne – powiedziała, kiwając głową. – Będę musiała zabrać tę odzież.

O cholera. I właśnie tak się to zaczyna: od drobnych rzeczy. Podałam jej pelerynę, ona jednak przywołała przez ramię jakiegoś niskiego faceta stojącego z tyłu. Kiedy zbliżył się do nas, ujął pelerynę dłońmi w niebieskich rękawiczkach i umieścił ją w plastikowej torbie.

– No to zacznijmy od początku – rzekła detektyw, odwracając się do Maddy.

– Przyszłyśmy popływać. Brie pobiegła przodem. Nagle usłyszałam, jak krzyczy, i wtedy…

– Która z was to Brie? – przerwała jej detektyw Morgan. Nakierowywała kamerę aparatu po kolei na twarze nas wszystkich. Po chwili Brie uniosła rękę.

– …i wtedy zobaczyłyśmy, że w wodzie obok niej pływa ciało. Kay kazała mi zadzwonić do doktor Klein, zanim wezwiemy policję – dokończyła Maddy.

– Nieprawda – zaprotestowałam chrapliwym, drżącym głosem. – To był pomysł Brie.

Detektyw Morgan odwróciła się w moją stronę i powoli zlustrowała mnie kamerą aparatu od głowy ku stopom. Prześlizgnęła się po zadrapaniach na mojej skórze.

– To ty jesteś Kay – powiedziała z dziwnym uśmiechem.

– Tak, ale to Brie chciała, żeby najpierw zawiadomić doktor Klein.

– A jakie to ma znaczenie?

Jej pytanie zupełnie zbiło mnie z tropu.

– A nie ma?

– Ty mi powiedz.

Zacisnęłam usta. Z doświadczenia wiedziałam, że policja może wysłuchać zeznań, a potem tak przekręcić słowa przesłuchiwanego świadka, by wynikało z nich coś, czego wcale nie chciał powiedzieć.

– Przepraszam, czy coś nam grozi?

– Czy któraś z was rozpoznała denatkę?

Powiodłam spojrzeniem po twarzach dziewczyn, ale żadna nie kwapiła się z odpowiedzią. Maddy sztywno kiwała się na boki. Ręce nadal trzymała wsunięte do wnętrza sukni. Cori przypatrywała się pracy policjantów na brzegu jeziora; na jej twarzy odmalowała się dziwna fascynacja. Tricia stała ze wzrokiem wbitym w ziemię, jej gołe ramiona dygotały. Tai wlepiała we mnie nieruchome spojrzenie, a Brie kiwaniem głowy zachęcała mnie, bym mówiła dalej.

– Nie. Czy będziemy mieć kłopoty?

– Mam nadzieję, że nie – odparła detektyw Morgan. Dała jakiś znak ponad naszymi głowami swojemu koledze po fachu. Korzystając z jej nieuwagi, zerknęłam na Brie: wyglądała na autentycznie zaniepokojoną. Ciekawe, czy ja też powinnam się martwić. Brie zbliżyła dłoń do ust i wykonała przy nich gest przekręcania klucza w zamku. Odpowiedziałam jej ledwie dostrzegalnym skinieniem głowy, a potem, unosząc brwi, omiotłam spojrzeniem pozostałe dziewczyny. Tai kiwnęła głową na znak, że się zgadza. Tricia i Cori skrzyżowały małe palce u dłoni na znak, że będą milczeć. I tylko Maddy wyglądała na poważnie wystraszoną.

Właśnie wtedy zauważyłam przepychającą się przez tłum gapiów doktor Klein. Dyrektorka szkoły była niewysoką, lecz budzącą respekt kobietą. Jakimś cudem, mimo nocnej pory i nietypowych okoliczności, była nienagannie ubrana i opanowana. Dyskretnym machnięciem dłoni kazała się odsunąć policjantce i pomaszerowała prosto do nas.

– Ani słowa więcej – poleciła, kładąc jedną dłoń na moim ramieniu, drugą na ramieniu Cori. – Te dziewczęta są pod moją opieką. Pod nieobecność ich rodziców to ja jestem za nie odpowiedzialna. Nie wolno wam poddawać ich przesłuchaniu, kiedy nie ma mnie w pobliżu. Zrozumiano?

Detektyw Morgan otwierała już usta, żeby zaprotestować. Jednak wykłócanie się z doktor Klein, gdy weszła w rolę dyrektorki, mijało się z celem.

– Te uczennice przed chwilą były świadkami strasznej tragedii. Panna Matthews jest przemoczona do suchej nitki; grozi jej wychłodzenie organizmu. Może je pani przesłuchać w budynku albo w innym terminie. Jeśli życzy sobie pani porozmawiać z dziewczynami w godzinach lekcyjnych, nie będę z tego powodu robić problemów.

Detektyw Morgan odpowiedziała jej uśmiechem, znowu nie pokazując zębów.

– W porządku. Dziewczyny, sporo przeszłyście. Wyśpijcie się teraz porządnie, dobra? Nie pozwólcie, żeby jedna mała tragedia popsuła wam superimprezę. – Po tych słowach zaczęła się oddalać. Po chwili jednak odwróciła się jeszcze do nas. – Skontaktuję się z wami.

Doktor Klein, zaprowadziwszy nas do akademika, pognała z powrotem na brzeg jeziora.

– To był wredny tekst – stwierdziłam, zwracając się do Brie.

– No – przyznała zatroskanym głosem przyjaciółka. – W ustach tej gliny zabrzmiało to niemal jak groźba.