Kajtuś czarodziej

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

Dziwny jest świat i tajemniczy –

Zegar czarodziejski –

Kajtuś sam się nauczył czytać

Lubi Kajtuś to, co wesołe.

Lubi, jeżeli trudne.

Ale najwięcej lubi – tajemnicze.

Pierwsza bajka tajemnicza, którą mama opowiadała – o „Czerwonym Kapturku”.

Dowiedział się z tej bajki, że są wilki. Dzikie zwierzęta.

Widział wilka na obrazku. Podobny do psa.

Już potem wilka zobaczył w klatce żelaznej.

Chciał włożyć rękę między kraty; chciał spróbować. Ale mama nie pozwoliła.

Druga bajka – o „Śpiącej Królewnie”.

Dowiedział się, że są wróżki.

Trzecia – o „Kopciuszku”.

Wróżka dotknęła Kopciuszka laseczką i biedna sierota stała się księżniczką.

Później Kajtuś widział prawdziwą laskę czarnoksięską.

To było na przedstawieniu w parku.

Pan uderzył laską w wodę i woda zamieniła się w wino.

Potem pan pokrajał chustkę do nosa, włożył kawałki chustki do kapelusza. Stuknął laską w kapelusz. Powiedział:

– Fokus-pokus.

I chustka do nosa znowu cała.

Ojciec mówi, że to są – sztuki magiczne.

– Ale jak się to robi?

Bardzo był Kajtuś ciekawy.

– Mamo, bajkę – prosi.

Bajka o „Kocie w butach”.

Tam wilk rozmawia z Kopciuszkiem, tu kot rozmawia z synem młynarza.

– Czy można z kotem rozmawiać?

Mama mówi, że przecież bajka.

Babcia mówi, że pustelnik rozmawia ze zwierzętami.

Tata mówi, że są ptaki gadające. Nazywają się papugi. A dziadek miał srokę gadającą.

Potem Kajtuś słyszał, jak papuga mówi ludzkie wyrazy.

Myślał Kajtuś, że tylko w bajce jest złota rybka, a tu nagle widzi rybki złote w sklepie na wystawie.

Pomieszana jest w bajkach prawda i nieprawda.

Więc może jest pierścień czarodziejski, który wywołuje ducha?

Kajtuś chce mieć taki pierścień, jaki miał Aladyn.

Tyle różnych dziwów na świecie.

Dorośli wiedzą, ale nie chcą wytłumaczyć.

Babcia mówi, że jej się Helenka pokazała po śmierci. A ojciec nie wierzy w duchy.

Babcia mówi, że można wyczytać z ręki przyszłość człowieka.

– Kiedy byłam młodą dziewczyną, Cyganka wszystko powiedziała, co będzie.

– Kłamią Cyganki – mówi ojciec – ludzi tumanią.

Chce Kajtuś wiedzieć, co będzie. A ojciec nie lubi, żeby opowiadać Kajtusiowi o rzeczach tajemniczych; bo potem nie może zasnąć i śpi niespokojnie, i rozmawia we śnie.

To dziwne.

Jak można spać i mówić?

A są ludzie, którzy chodzą nawet we śnie.

Nawet chodzą.

Wyjdzie taki z łóżka w noc księżycową, potem przez okno na dach. Oczy ma zamknięte, a widzi i nie spada z dachu.

Zapomniał Kajtuś, jak dziwnie się jakoś nazywają.

Dziwny jest świat i tajemniczy.

Bo co? Ojciec był małym chłopakiem, babcia bawiła się lalką, a mama też miała babcię.

Czy nie dziwne, że Kajtuś urośnie i także będzie tatusiem?

Trudno jakoś zrozumieć.

Jedno było, ale dawno. Drugie dopiero będzie. Trzecie jest, ale daleko.

Są dalekie kraje. Tam ludzie są czarni. I dzieci czarne, i nauczyciel w szkole czarny.

Widział Kajtuś na ulicy takiego Murzyna, ale nie ludożercę.

Mówi babcia, że są oczy uroczne; jak spojrzy złym okiem, to człowiek zachoruje.

Ojciec mówi, że nie. A Kajtuś widział pana, który miał szklane oko, prawdziwe oko ze szkła.

Mówi ojciec, że nie ma czarodziejów, ale jest fakir indyjski. Można go zakopać w ziemi, a on będzie żył. Czytał ojciec o fakirach w gazecie.

Czasem i gazeta kłamie.

Żeby tak wiedzieć wszystko zupełnie na pewno.

Wydaje się Kajtusiowi, że przedtem ciekawiej było na świecie.

Gdzie teraz domy i Warszawa, były wtedy lasy i bagna, i niedźwiedzie.

W lasach ukrywali się zbójcy.

Byli rycerze.

Byli królowie w koronach.

Sześć białych koni ciągnie złotą karetę królewską.

Było na co popatrzeć.

Napadali Tatarzy. Brali w jasyr. Porywali dzieci i sprzedawali Turkom w niewolę.

Były tajemnicze zegary.

W domu babci był zegar tajemniczy. Duży był i wisiał nad komodą. Rodzice babci mieli ten zegar. Mieszkali nie w Warszawie.

– Niech babcia opowie o zegarze – prosi Kajtuś.

– Kiedy się ojciec gniewa, że cię straszę, a potem śpisz niespokojnie.

– Tylko ten jeden raz, moja kochana. Przecież już wiem i tak. Przecież się nie boję.

– Ano, zegar był stary, bardzo stary.

– Złoty był – podpowiada Kajtuś.

– Nie złoty, a złocony. Z drzewa. Pozłacany. Rzeźbiony.

– Na tym zegarze była ręka, a pod ręką klucz – mówi Kajtuś.

– Tak, właśnie. Tu na dole tarcza zegara z numerami godzin, a wyżej ręka i klucz.

– I zegar nie chodził – mówi Kajtuś.

– Ani chodził, ani bił. Żaden majster nie umiał go naprawić. Wisiał na ścianie i czekał czasu.

Kajtuś przysuwa się bliżej.

– Czy duży był?

– Jak obraz. Wisiał nad komodą.

– A ręka była duża?

– Jak twoja.

– No, dalej – niecierpliwi się Kajtuś.

– Ano, zegar wisi, ani chodzi, ani bije. Ale kiedy miało być jakie nieszczęście w rodzinie, ręka brała ten klucz i zegar bił, dzwonił.

– Którą godzinę? Dwunastą?

– Nie. Nie pamiętam. Byłam wtedy młoda, a twoja mama była maleńka. Jeszcze ząbków nie miała.

– No i co?

– Raz ręka wzięła klucz i zegar bił na śmierć dziadka. Raz przed pożarem. A ostatni raz sama widziałam i słyszałam.

– Czy głośno dzwonił?

– Zwyczajnie, jak zegar.

– A długo ręka ten klucz trzymała?

– Cóż ci będę mówiła, kiedy nie pamiętam.

– A palce ręki się ruszały?

– Nie wiem, Antosiu.

Kajtuś też wiele zapomniał – nie pamięta, jak sam był mały.

– Babciu, niech babcia opowie, jak złodzieje truli Azora.

– Już tyle razy mówiłam. Mieliśmy dwa psy. Azor wtedy był młody, a Kado stary i mądry.

– Czujny był – dodaje Kajtuś.

– Wierny, mądry pies.

– A złodzieje podrzucili zatrutą kiełbasę – podpowiada Kajtuś.

– Ano tak. Ale Kado poznał od razu. Wącha kiełbasę, szczeka i nie rusza.

– Oj, babciu. Z tym felczerem. Taka śmieszna historia.

– I śmieszna, i nie. Twoja mama zachorowała. I dziadek wezwał felczera.

– Kado na łańcuchu.

– No tak. Silny pies. Mógł poszarpać obcego człowieka.

– Ale się zerwał z łańcucha.

– Zerwał się i skoczył do tego felczera.

– A on parasol otworzył.

– Tak. Wskoczył na śmietnik i parasol otworzył.

– A Kado w nogi.

– Poczekaj. Nie spiesz się. Więc Kado ogon podwinął, odskoczył. Stoi jak głupi i woła na pomoc.

– Pewnie myślał, że parasol strzela?

– Kto tam wie, co pies myśli.

Kajtuś ziewa. Nie śpiący, ale się zmęczył.

– Śmieszne było – mówi babcia – jak to wielkie psisko jadło z szaflika z małą kotką.

– Z Kicią?

– Nie. Kicia wcześniej była.

– Więc niech babcia opowie.

– A to tak. Nalejemy do szaflika jedzenie dla psa, a kotka zaraz już jest. Niegłodna, tylko przychodzi się drażnić. A Kado czeka, żeby wybrała sobie, co chce.


Niecierpliwi się, złości, chce łapą odsunąć. A ona jeszcze parska. Sto pociech było.

Śmieje się babcia, choć to dawne dzieje.

Śmieje się Kajtuś, choć tego nie widział.

– Jeszcze, babciu, o szczurach.

– Ale już koniec.

– Dobrze – zgadza się Kajtuś.

– Ano, stary był nasz domek, ale czysty. Ani robactwa, ani myszy. A niedobrego mieliśmy sąsiada. Tu stoi nasz domek, tu płotek – i zaraz jego rudera.

– Pijak był – mówi Kajtuś.

– Pijak i awanturnik.

– Żonę bił.

– Bił. Więc siedzimy raz z twoim dziadkiem. Dziadek czyta książkę, a ja szyję. Siedzimy sobie na ganeczku przed domem. Taka była altanka.

– Obrośnięta dzikim winem.

– No tak. Twoja mama i wujo już spali. Dawniej dzieci wcześnie spać chodziły. Ano, siedzimy – każdy swoim zajęty. Cicho. Nagle krzyk: „Ratujcie, ludzie – ratunku!” Dziadek jeszcze nic – słucha. Ale ona, ta jego żona, tego sąsiada, krzyczy: „Ratunku, bo mi dziecko zabije!”

– I dziadek skoczył.

– W mig skoczył, Antosiu. Twój dziadek był w gorącej wodzie kąpany. Dobry bo dobry, ale sprawiedliwy.

– Złapał laskę.

– Grubą lachę i skoczył przez płotek.

– I w łeb pijaka.

– A co? Nie miał bronić dziecka?

– Pijak się zemścił – przypomina Kajtuś.

– Zemścił się. Znał jakiś sekret, że szczury nam naprowadził. Dużej szkody nie zrobiły, bo i dziadek miał swoje sposoby. Tylko jeden został – wielkie takie szczurzysko.

– Był taki duży jak kot?

– Tyle nie. Ale nie można go było złapać – tego szczura.

„Pewnie zaczarowany” – pomyślał Kajtuś, ale nic nie mówi.

Dziadek zwabił tego szczura do kuchni. Jest. Dobrze. Zamknął wszystkie drzwi i szuka. Nie ma. I tu, i tam, i tu, i tam. Nie ma i nie ma.

– Schował się pod schodek.

– Nie pod schodek wcale. Nieuważnie słuchałeś. Owszem, był schodek z kuchni do sieni. Dziadek odwalił ten schodek siekierą, ale szczura nie ma. No, przypomnij sobie, Antosiu.

 

– Wiem. W kieszeni fartucha się schował.

– I to nie. Wisiał w kącie fartuch. Ale szczur powiesił się zębami, tak skoczył i wisiał na zębach, w płótno się wgryzł. No już.

– Babciu, jeszcze o beczce do wody deszczowej.

– I co ciekawego? Że w beczce znalazłam ropuchę?

– A pożar, babciu?

– Nie, nie. Już późno. Ojciec będzie się gniewał.

– No, to o kurach, które się niosły w drewutni.

– Nie. Śpiący jesteś. Ziewasz.

– Wcale mi się spać nie chce.

Ale widzi Kajtuś, że babcia nie ma ochoty, więc się do snu rozbiera.

Najwięcej babcia opowiadała, kiedy mama była w szpitalu.

Leży Kajtuś w łóżku.

Oczy ma zamknięte.

Myśli:

„Co to znaczy, że dziadek był w gorącej wodzie kąpany? Dlaczego babcia mówi, że nie można wiedzieć, co pies myśli? Dlaczego dzikie wino? Mówiła babcia, że dzikie wino to zwyczajne liście – nietrujące, nawet nie pokrzywa, więc dlaczego dzikie?”

Nieprzyjemnie zawsze prosić, żeby wytłumaczyli. Czasem chcą, czasem nie chcą powiedzieć. A jak nie chcą, to tak pokręcą, poplączą, że nie można zrozumieć.

Aż złość bierze.

– Trzeba nauczyć się czytać. Sam dowiem się z książki. Po co czekać, aż zacznę chodzić do szkoły?

W książkach wszystko napisane. Kto czyta, ten wie. I sam wszystko może. Z książek wie doktor, jak leczyć choroby. Tak mówi ojciec.

Gdyby Kajtuś umiał czytać, mama byłaby zdrowa.

Trzeba tylko wyszukać w książce dobre lekarstwo.

Zna już Kajtuś cztery litery. Umie pisać jedynkę i czwórkę.

– Spróbuję!

Kiedy Kajtuś był mały, ojciec mu dawał gazetę.

– Masz, czytaj.

Kajtuś patrzy na gazetę i plecie, co mu ślina do ust przyniesie:

– Etle, fetle, metle.

Nie rozumie, co znaczy „czytać”.

A wszyscy się śmieją.

Albo smaruje ołówkiem na papierze i zdaje mu się, że pisze.

Teraz wie, że to były żarty.

– Babciu!

– Jeszcze nie śpisz?

Wyskoczył z łóżka i niesie swoją książkę.

„Kot w butach”.

Patrzy:

Kot. Trzy znaczki. Przeliczył: trzy. W środku: „O”. Kółko – litera.

Gdzie tu kot? Skąd znowu kot?

– Babciu, prawda, że we środku w kocie jest litera „O”?

– Prawda, prawda. Już śpij. Ojciec będzie się gniewał.

Wcześnie obudził się Kajtuś.

Zaraz na podwórko.

Prosi chłopca, który chodzi do szkoły:

– Pokaż litery.

– A tobie na co? I tak nie zrozumiesz.

Obiecał Kajtuś fundę: ananasowy cukierek.

– No to uważaj. Patrz.

Przygląda się, patrzy. Uważa.

Ale nie rozumie.

A ten się śmieje.

– Za mały jesteś. Za głupi.

Zawstydził się Kajtuś.

Potem nie pytał się chłopców. Bo dziewczynki cierpliwsze.

Troszkę wytłumaczyły.

A ojciec resztę.

– Widzisz. Tak jest „kot”, tak jest „kos”, tak będzie „koń”.

Nareszcie wie.

Sam się domyślił, dlaczego: „rak” i „rok”, dlaczego „bat” i „but”.

Przeczytał na ulicy: „K i n o”.

Przeczytał: „Piwo – Ser – Masło”. „Apteka”.

Czyta szyldy sklepowe, nazwy ulic, bilety tramwajowe, pudełka od papierosów.

Raz łatwo, więc sobie śpiewa i pogwizduje; to znów zły, bo nie może dać rady.

– Kupię książkę szkolną. Co się mam ciągle prosić.

Zaczął zbierać pieniądze. Zebrał trzydzieści groszy i zgubił, bo dziurę ma w kieszeni.

Aż ojciec się ulitował i kupił.

– Masz. Czytaj. Może nie będziesz tak latał po podwórku.

Ojciec zgadł. Kajtuś siedzi i czyta. – Prędko mu się znudzi. Ojciec nie zgadł. Nie znudziło się Kajtusiowi.

Budzi się rano, zaraz książka. Kładzie się spać, książka pod poduszkę.

Ale najlepiej czytać nad Wisłą.

Czyta – czyta, zmęczył się – oczy bolą – patrzy na wodę, na chmurę, na łódki. Odpocznie – i znów łatwo.

Już niby wie i umie, a tu dwie litery czyta się razem, jak jedną.

Są znaki, których się wcale nie czyta.

Są litery małe i duże, pisane i drukowane.

Nagle przy łatwych wyrazach stoi wyraz trudny.

Albo wyraz drukowany niepodobny do tego, co się mówi.

Bo mówi się „ japko”, a pisze się „jabłko”. Dlaczego?

Niby znajomy wyraz, a trzeba się dopiero domyślać, co znaczy.

Są w książkach i takie wyrazy nowe, których Kajtuś jeszcze nie słyszał.

Bo dorośli trudniej mówią między sobą.

Chce już Kajtuś czytać napisy w kinie.

Aleee... Za dużo od razu.

Mama wróciła ze szpitala i bardzo się zdziwiła.

– Antoś czyta. No – no. To niespodzianka dopiero.

– Ma chłopak charakter – pochwalił go ojciec.

– Będą z niego ludzie – mówi babcia.

– Ucz się. Ucz się, synu, żeby tobą nie poniewierali.

Ojciec nie mówił:

– Ucz się, Antosiu.

Nie powiedział: – Antosiu ani Kajtusiu.

A powiedział: – synu.

Tak ładnie, tak uroczyście.

Synu. Cztery litery.

Ssss – y – nnn – u.

Teraz w szkole Kajtuś nie tylko bajki czyta, ale i grube książki bez obrazków.

Dużo czyta.

Zapomniał już nawet, że mu kiedyś trudno było czytać.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Smok, rusałka, syrena – Wiedza tajemna –

Kajtuś chce być czarodziejem –

Trzynaście czarów w szkole

Kajtuś czyta.

Czyta o wojnach.

O pożarach.

Czyta o krajach i ludziach. O zwierzętach i o gwiazdach. I jak innym ludziom dzieje się na świecie.

No i...

Zdaje się, że wszystko dobrze.

Niby wie coraz więcej. Niby wie coraz lepiej. Już prawie rozumie. Ale nie tak, jak chce. Nie wszystko dokładnie. Zawsze jakaś tam tajemnica.

Aż doczekał się.

Pani akurat zastępowała chorego nauczyciela. Była wesoła. Chętnie odpowiadała. Można się było dokładnie rozpytać.

Dawno już czekał Kajtuś na taką godzinę.

A zaczęło się jakoś od smoka na Wawelu – od Krakusa.

– Były smoki czy nie? Ile głów miały? Czy ziały ogniem? Czy były rusałki i syreny?

Pani tłumaczy:

– Były zwierzęta skrzydlate. Ptaki przedpotopowe. Były słonie-mamuty. Są wykopaliska.

– A król? A paź, a giermek królewski? Książęta i rycerze? Czy trefniś musiał być garbaty? Dlaczego astrolog i alchemik, i sennik egipski?

Pani odpowiada o wróżbach i przepowiadaczach.

– Astrolog z gwiazd odczytywał przyszłość. Alchemik robił złoto i lekarstwa: na starość i wszystkie choroby.

Usłyszał Kajtuś:

– Kamień filozoficzny. Perpetuum mobile. Wiedza tajemna.

Od dawna już czeka na taką godzinę.

– A magik, proszę pani? A hypnotyzer? A duchy? Czy Cyganki kradną dzieci i sprzedają do cyrku?

– Poczekaj, nie wszystko od razu.

Roześmiał się któryś, niby że to dziecinne pytania. Ale go pani ostro skarciła i dalej mówi:

– Tak było, tak jest, tak może będzie. To wiemy, tego nie wiemy. A śmiać się nie należy.

I już jakby z jednym tylko Kajtusiem rozmawia. Tak zrozumiale tłumaczy.

Czy żyli siłacze: Samson i Herkules? I Madej? I mistrz Twardowski? I Boruta? Jaka jest różnica między czarodziejem i czarnoksiężnikiem.

Nagle...

Nieznośny dzwonek. Już się zrywają szczeniaki. Dzwonek ostry, natrętny hałas.

– Nie chcemy przerwy! – woła Kajtuś. – Niech pani dalej mówi.

Pani się uśmiechnęła.

– Dlaczego to cię tak zajmuje?

– Bo on jest, proszę pani, Kajtuś i kurzy jak stary.

– Bo on chce być czarodziejem.

Zerwał się Kajtuś.

Przyskoczył. Zamierzył się. Będzie awantura.

Nie!

Pani zmarszczyła brwi. Tak jakoś dziwnie spojrzała.

I tylko:

– Antoś, proszę cię! Zostań! Wyjdźcie wszyscy z klasy.

Kajtuś czerwony zacisnął zęby. Stoi – czeka.

Zostali we dwoje.

– Dziękuję ci, Antosiu – mówi pani.

– Dlaczego mnie drażnią? Dlaczego przeszkodzili?

– Zastanów się. Jesteś rozumny człowiek.

Zdziwił się: „Człowiek”.

A pani mówi:

– Ty chciałeś słuchać po dzwonku, a oni nie. Mieli prawo nie chcieć. A ty nie przeszkadzasz nigdy? Nie trzeba być takim porywczym.

Powiedziała pani:

– Porywczy – nie: złośnik. Dziadek też był porywczy.

Pani wyszła.

Kajtuś został sam w klasie.

Stało się.

Już wie.

Już wie teraz.

Ten chłopak prawdę powiedział!

Już wie zupełnie na pewno.

Chce być czarodziejem!

Nie paziem królewskim, nie rycerzem, nie cyrkowcem i nie kowbojem. Nie magikiem, co sztuki pokazuje. Ani Ali Babą, ani detektywem.

A właśnie czarnoksiężnikiem.

Teraz już wie stanowczo. A przeczuwał dawno.

Już nawet wtedy, gdy był mały, gdy mama czytała bajki, gdy ojciec o dawnych dziejach prawił, a babcia opowiadała o dzikim winie, o szczurach i o starym zegarze.

Nawet nie siłaczem jak Herkules, i nie gwiazdą filmową. Ani bokserem, ani lotnikiem.

Chce i musi poznać wszystkie zaklęcia.

Chce być potężny...

Ten chłopak prawdę powiedział...

Mówi pani, że nie ma zaklęć ani czarów.

Nieprawda. Muszą być. Są. Pani ich nie zna. Bo co innego książki szkolne, a co innego wiedza tajemna.

Sam Mickiewicz pisał o Twardowskim. I królowie wierzyli. Więc musi być prawda.

Pewnie astrolog tak czytał gwiazdy jak Kajtuś w książce litery. Jest. Musi być eliksir na wszystkie choroby, tylko go zwyczajni doktorzy nie znają.

Mylił się Kajtuś, gdy myślał, że się dowie w szkole, że z książek wyczyta.

Nie. Musi sam.

Będzie trudno. Nic nie szkodzi.

Zacząć trzeba. A gdy zacznie, to skończy.

Tak.

Chce mieć czapkę niewidkę i buty siedmiomilowe. I dywan, i torbę, i pierścień, i kurę, co znosi złote jaja. Nie zwyczajne, a złote. Będzie mógł zaczarować, kogo zechce, każdego nieposłusznego. Będzie władcą najpotężniejszym. Muszą go się słuchać.

Musi ćwiczyć wzrok. Znajdzie jakoś pierwsze zaklęcie – jeden wyraz magiczny, indyjski albo grecki. Postanowił. Ślubował. Zaczął i kończy.

Od tej pory ma Kajtuś dwa różne życia.

Jedno zwyczajne: w domu, w szkole, na ulicy.

Drugie życie inne: własne, tajemnicze, wewnętrzne.

Niby nic.

Bawi się, goni, zakłada się, wygrywa i przegrywa zakłady i drażni się, przeżywa i błaznuje.

Ale naprawdę – rozmyśla o czarach i próbuje. Różnie próbuje – i czeka.

Ćwiczy wzrok i myśli. Myślą i spojrzeniem rozkazy wydaje.

Patrzy z całej siły na chłopca, który przed nim siedzi na ławce. Patrzy i rozkazuje:

„Każę ci się odwrócić. Odwróć się”.

Oczami i myślą woła, nie głosem.

Albo patrzy na nauczyciela.

„Chcę do tablicy. Żądam: niech mnie pan wywoła. Chcę odpowiadać!”

Albo na ojca.

„Chcę pięćdziesiąt groszy. Na kino. Żądam. Proszę. Chcę być w kinie!”

Ano, raz się uda, wiele razy się nie udaje.

Nic dziwnego. Czary są trudne. Zaczyna dopiero.

Kajtuś czeka cierpliwie.

Aż się doczekał.

Pierwszy czar był taki.

Pan chciał postawić zły stopień. Nie Kajtusiowi, nawet nie dobremu koledze, a zwyczajnemu chłopcu.

Kajtuś mocno pomyślał:

„Niech pióro zginie”.

I zaraz pan się pyta:

– Gdzie pióro? Przed chwilą leżało.

Chłopcy i pan szukają.

– Nie ma. Kto zabrał?

– Nie ja... I nie ja.

Tymczasem dzwonek. Pan wychodzi, a pióro leży na stole jakby nigdy nic.

Drugi czar.

Pan pisze na tablicy. A Kajtuś: „Niech się kreda zamieni w mydło”.

Chce pan pisać dalej – nie może. Ogląda kredę. Zły, mruczy coś pod nosem.

– Co się stało? – dziwi się klasa. – Co takiego? Czego pan chce?

Ale zaraz pan kredę mocno zacisnął i pisze. Tylko się skrzywił.

I tak samo na geografii.

Pan stoi przed mapą i tłumaczy. Nudna była lekcja.

A Kajtuś krótko tylko i prędko pomyślał:

„Niech się mapa przekręci do góry nogami”.

Pan zamrugał. Zmarszczył czoło. Potarł oczy. Chłopcy nawet nie zauważyli, bo po chwili mapa znów równo wisi.

 

Kiedy potem liczył Kajtuś, ile mu się czarów udało, nie wiedział nawet, czy liczyć, czy to były czary prawdziwe.

Bo co?

Mogło się zdawać.

Może zasnął na chwilę znudzony i tak się przyśniło. Czasem trudno odróżnić, co sen, a co prawda.

A pióro, które znikło? Często tak się zdarza.

Zginie coś. Szukasz, szukasz – nie ma i nie ma. Potem patrzysz: leży. Aż dziw. Aż złość bierze.

Kajtuś chciał mieć pewność, że to nie przypadek, nie sen, nie omyłka, że naprawdę czar, a nie coś innego.

To tylko liczył, co bez czaru w żaden sposób nie mogło się zdarzyć.

Więc był w klasie chłopiec niezdara. Aż dokuczali, aż żartowali z niego.

Najgorzej na gimnastyce. A już najgorzej szło mu ze skokami przez linkę.

Mówią:

– Czego się boisz? Jak linka spadnie, przecież nie zabije.

Żal się Kajtusiowi zrobiło. Bo czego od niego chcą? Dobry, cichy chłopak.

Rozkazał czarodziejskim sposobem.

Udało się. Oferma skoczył ponad linką. Cały ogromny kawał. Tak lekko – chyba metr dwadzieścia.

– Zuch!

Chłopcy gęby pootwierali. Sam on skulił się przestraszony.

Krzyczą:

– Jeszcze raz. Jeszcze raz!

A ten w bek. Nie chce, nie będzie drugi raz skakał. Nie wie, co go podrzuciło.

Kajtuś uśmiecha się. Pomyślał:

„Ot, głupi naród”.

Bo przyjemnie wiedzieć, czego nikt nie wie, rozumieć, czego nikt nie rozumie, i móc, czego inni nie mogą.

Tak. To był czar.

Ale co tam: niech będzie, że się udało nie na rozkaz Kajtusia.

Miał ważniejsze dowody.

Zadała pani ćwiczenie. Nie chciało mu się, nie napisał. Ściągnie na pauzie od kolegi.

Ale nie lubi się prosić.

Może pani nie będzie sprawdzała?

Pani wywołała tego i owego. Wreszcie kazała Kajtusiowi pokazać zeszyt.

Przykro. Przecież postanowił zawsze dla pani lekcje odrabiać. Bo lubi panią i wie, że pani go lubi.

„Co będzie, to będzie. Chcę – żądam – rozkazuję. Niech będzie napisane”.

Idzie śmiało. Nawet nie otworzył zeszytu. Ale czuje, że musi się udać.

Zeszyt gorący taki, potem zimny, potem już zwyczajny. Oddaje.

Pani zeszyt otwiera, czyta.

– Na miejsce. Bardzo dobrze.

Wraca Kajtuś – siada.

Patrzy: jest ćwiczenie w zeszycie.

Pismo czarne, zwyczajne, potem blade – już ledwo znać – i znikło.

Westchnął. Zmęczony się czuje. W głowie mu się kręci.

Czar z rowerami.

Na pauzie.

Chłopaki gonią się, krzyczą, tłoczą i popychają. Nudzi się. Plątanina.

Kajtuś zły pomyślał: „Niech będą wszyscy na rowerach”.

Przestraszył się, kiedy zobaczył.

– Już dosyć!

Gdyby trwało dłużej, byliby się pokaleczyli, ręce i nogi połamali.

Nie umieją przecież, a zresztą, jak się zmieszczą, w dodatku rozpędzeni?

Cisza zapanowała.

Groźna.

Kajtuś blady, spocony.

„Niech zapomną” – rozkazał.

Skończyło się szczęśliwie.

Jeden tylko leży na podłodze, za głowę się trzyma. Nie wie, czy go kto popchnął, czy się sam przewrócił.

Tylko jeden spadł z roweru i nabił guza.

Zapomnieli wszyscy, tylko woźny rozgląda się niespokojnie. Może dla tego, że stary. Widać, że coś podejrzewa.

Potem siedzi Kajtuś w ławce i myśli, co by się stało, gdyby nie powiedział od razu, że dosyć. Jak by to się skończyło.

Wygląda tak, że trudniejsze są czary, które długo trwają.

Dlaczego jedno uda się od razu, a drugie wcale?

Może i prawdziwi czarodzieje chcą czasem, a nie mogą? Może czasem inaczej wychodzi, niż chcieli? W bajkach mówi się o czarach, które się udały.

Kajtuś jest jakby uczniem dopiero. Bada, uczy się, próbuje.

Było tak:

Była klasówka z rachunków.

Pan podyktował zadanie.

– Za trudne – wołają chłopcy. – Nie wiemy! Nie możemy!

A Kajtuś: „Niech się atrament zamieni w wodę”.

I zaraz.

– Proszę pana. Atrament nie pisze. To woda.

Zawołał pan woźnego.

– Wczoraj nalałem – mówi woźny. – Taki sam atrament, jak w całej szkole. Musieli chłopcy coś wsypać.

Dyżurny nie wie, nie widział. Był atrament. Nikt kałamarzy nie ruszał. Jakżeby nie zauważył?

Pan polizał raz i drugi, wypluł, wzruszył ramionami. Udaje, że rozumie.

– Poczekajcie. Powiem panu kierownikowi. Cała klasa będzie odpowiadała. Dosyć tej łobuzerki. Nie uda wam się. Ołówkami pisać.

Ale nie mają ołówków. I klasówki nie było.

Jeszcze więcej zamieszania wywołał dziewiąty czar Kajtusia.

Były roboty.

Owszem, roboty mogą być przyjemne, jeżeli nauczyciel się stara, a chłopcy się słuchają. Bo jak nie, to roboty jeszcze się więcej przykrzą niż zwyczajna lekcja.

Widzi Kajtuś, że do końca godziny daleko.

Już tydzień cały żaden czar się nie udał. Więc myśli: spróbuję.

„Chcę. Rozkazuję. Niech już będzie dzwonek”.

Jest. Ale inny niż zwykle. Rozległ się jakby z góry, jakby fruwał w powietrzu i dzwonił.

Wysypali się chłopcy z klas, ciekawi, dlaczego tak prędko – uradowani są niespodzianką.

Pan kierownik zły wyszedł z kancelarii.

– Co tu się dzieje? Dlaczego? Kto?

– Ja nie dzwoniłem – mówi woźny.

– Więc kto?

– Nie wiem.

Stoi stary i łzy ma w oczach.

– Panie kierowniku, niech mi pan wierzy albo nie. Nie jestem pijany. Nie pierwszy rok w szkole pracuję. Znam figle chłopców. I mówię: tu w szkole duchy jakieś gospodarują.

– Dobrze, dobrze. Duchy. Proszę do kancelarii. A chłopcy do klasy!

Przeciągnął się Kajtuś, ziewnął zniechęcony.

Że też nie można zrobić czegoś, co by naprawdę było ciekawe. Zawsze się skończy jakoś głupio.

Niby czarodziej – no i co z tego?

Żal mu woźnego. Bo co stary winien? A wziął go kierownik do siebie i pewnie ruga.

Nie chciał Kajtuś naprawdę martwić nikogo.

Znów dwa ważne czary udały się Kajtusiowi – jeden zaraz po drugim.

Był w klasie bogaty kolega.

Przynosi na śniadanie różne przysmaki. Łakomy i chytry – nigdy nie poczęstował nikogo. Przyniesie ciastko z kremem, potem papier wylizuje jęzorem.

Zaraz rano widzi Kajtuś, że żarłok wyjmuje swoją paczkę. Kajtuś spojrzał ostro, chwycił głęboko powietrze – i:

„Niech ma żabę zamiast śniadania”.

Krzyk zaraz.

– Żaby w klasie!

Żarłok oczy wybałuszył, stoi jak nieprzytomny. Żaba skacze, a oni się śmieją.

– Patrzajcie! Żabę przyniósł na śniadanie.

– Pewnie zagraniczna!

– Z kremem!

– Kiedy przyniósł, niech zjada!

Wchodzi pani do klasy.

Miała długą przemowę.

– Żart niemądry. Ale gorzej, że ktoś zabrał dwie bułki z wędliną, ciastko i pomarańczę.

Widzi Kajtuś, że panią zmartwił, więc chce pocieszyć.

– Niech na stoliku przed panią leży róża.

Pożałował, że to powiedział, bo go coś w sercu kolnęło, coś szarpnęło we środku boleśnie. Jak iskra elektryczna albo jak ząb się wyrywa. Jakby się u niego ta róża wyrwała z piersi.

I leży na stoliku.

Wtedy pan się pytał:

– Kto zabrał pióro? Przed chwilą było.

Teraz pani: – Kto tu różę położył? Nie chcę. Za wiele sobie pozwalacie.

Chłopcy proszą:

– Niech paniusia powącha. Niech pani weźmie. Już my odkupimy śniadanie.

Jedni proszą naprawdę, drudzy błaznują. Bo lubią, jak się coś takiego wydarzy.

Po lekcji składkę zrobili.

– Daj grosik do czapki na głodnego żarłoka.

Dwanaście bułek, tuzin, kupili – całą torbę.

– Masz. Jedz. Na zakąskę. Po żabie.

Dumny stał się Kajtuś. Nieprzystępny i niecierpliwy.

Byle co, zaraz mówi:

– Chcesz w zęby? Głupi! Patrzcie go: osioł, udaje mądrego.

Już nikt go nie lubi. Bo rozbija się. Już nawet starszych zaczepia.

A pokłócił się z chłopcem z szóstego oddziału. Wyraźnie się narywa.

Otoczyli ich kołem. Dziwią się. Czekają na bójkę.

– Może i mnie przezwiesz osłem?

– Owszem. I ośle uszy ci przyprawię.

Miał Kajtuś w kieszeni lusterko, którym puszczał zajączki słoneczne pościanie; nawet w klasie na lekcji.

Podaje mu lusterko i mówi:

– Masz. Patrz.

Natężył myśl – napiął jak łuk czarodziejską wolę. Zażądał. Rozkazał.

Ten patrzy: wydłużyły się uszy, urosły w górę. I znikło.

Co takiego? Czy naprawdę, czy się tylko zdawało?

– Skąd masz to lusterko? Sprzedaj. Naucz, jak się to robi.

Zapomnieli o kłótni. Myślą, że jakaś sztuka.

– Oddaj – mówi Kajtuś leniwie, z wysiłkiem.

Zlękli się. Widzą, że stoi blady, wargi mu posiniały. Oparł się o ścianę.

Rozbiegli się. Kajtuś sam został.

„Trudny być musi czar zmieniać ludzi w zwierzęta, jeżeli same uszy tak mnie zmordowały”.

Samotny się czuje i słaby.

Inaczej sobie to wszystko wyobrażał, gdy pragnął zostać czarodziejem.

Aż trzynasty czar i ostatni w miesiącu: muchy.

Pan objaśnia. Kajtuś nie słucha. Myśli o tym i owym. Nie wie nawet, gdzie jest i co się dzieje wokoło.

„Czy róża, którą dałem pani, też zaraz znikła? Może przeciwnie: nie zwiędnie, nie uschnie, bo czarodziejska, bo wyczarowana”.

Patrzy na piec, na sufit, na ściany.

Widzi na piecu muchę.

Mucha idzie w górę, prędko, jakby się spieszyła i bała się spóźnić. Potem przystanęła, jakby sobie coś przypomniała, i wraca. I tak trzy razy: w górę, na dół, w górę, na dół – po piecu. Potem frunęła i znikła.

Czego szukała na piecu, dlaczego się obraziła?

Rozgląda się Kajtuś, a mucha siedzi na ścianie. I tak samo: trzy razy w górę, trzy razy w dół. Więc chyba ta sama?

A na suficie cztery muchy: dwie duże, dwie małe. Tak śmiesznie maszerują parami. Przyleciała piąta.

Pan odwrócił się i patrzy na klasę.

– Zrozumieliście?

Przestraszył się Kajtuś, bo pan każe powtórzyć.

Nagle myśl: „Żeby mucha siadła panu na nosie”.

I mucha już siedzi i czeka na dalsze rozkazy.

„Niech trzy muchy...”

„Niech pięć!”

Siedzą. Wszystkie na nosie.

Pan zamachnął się. Wróciły.

Bo muchy są natrętne.

Byłoby się na tym skończyło.

Ale Kajtuś nawet nie sam, a jakby ktoś inny za niego rozkazuje: „Niech tysiąc much”.

„Dziesięć tysięcy... Na nosie”.

Od razu wali przez otwarte okna cała gromada, cała wataha tych much.