Cień góry

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

10

Szofer torował sobie drogę w gęstym, południowym tłumie. Po paru minutach dotarł do magazynu w dzielnicy przemysłowej. Magazyn stał z dala od innych budynków, tak daleko, że nie dobiegłby do nich krzyk. Danda już tam był. Mój motocykl stał na żwirowanym podjeździe przed magazynem.

Szofer zaparkował. Drzwi magazynu uniosły się do połowy.

Weszliśmy do środka, pochylając się; szczęknął łańcuch mechanizmu opuszczającego drzwi.

Miałem dwa wielkie zmartwienia. Pierwsze: nie zawiązali mi oczu, pozwolili mi zobaczyć, gdzie jest położony magazyn i twarze ośmiu mężczyzn, którzy w nim czekali. I drugie: zatrzęsienie elektrycznych narzędzi, lutownic i ciężkich młotków, ułożonych na stołach pod ścianą.

Musiałem bardzo nad sobą panować, żeby się nie gapić. Dlatego skupiłem wzrok na niskim leżaku, znajdującym się na otwartej przestrzeni w głębi magazynu. Jego siedzisko zrobiono z plecionki jadowicie zielonych i cytrynowych winylowych pasków. Pod leżakiem dostrzegłem dużą plamę.

Danda, chudy gość z wąsikiem i oczami, w które nie chciałem spoglądać drugi raz, obszukał mnie dokładnie. Znalazł moje dwa noże i podał je przywódcy, który przyglądał im się przez chwilę, po czym odłożył je na warsztat.

– Siadaj – rzucił, odwracając się do mnie.

Kiedy się nie ruszyłem, założył ręce na piersi i skinął głową wysokiemu, muskularnemu mężczyźnie, który towarzyszył nam w samochodzie. Mężczyzna podszedł do mnie.

„Uderzaj pierwszy, i to mocno”, mawiał pewien stary więzień.

Gdy duży facet podszedł szybko, robiąc zamach, by uderzyć mnie otwartą dłonią w skroń, odskoczyłem i zadałem mu krótki, silny cios, przypadkiem trafiając dokładnie w jego brodę.

Facet zachwiał się i zrobił krok do tyłu. Dwaj inni wyciągnęli broń: staroświeckie wojskowe rewolwery z czasów zapomnianej wojny.

Przywódca znowu westchnął i skinął głową.

Czterej mężczyźni rzucili się na mnie i pchnęli mnie na zielono-żółty leżak. Sznurem z włókna kokosowego przywiązali mi ręce do tylnych nóg mebla. Przewlekli sznur pod leżakiem i związali nim moje nogi.

Przywódca opuścił ręce i podszedł do mnie.

– Wiesz, kim jestem?

– Krytykiem? – spytałem, starając się nie okazywać strachu.

Mężczyzna zmarszczył brwi i zmierzył mnie spojrzeniem.

– W porządku – dodałem. – Wiem. Potrafię rozpoznać Skorpiona.

Przywódca pokiwał głową.

– Nazywają mnie Wisznu – oznajmił.

Wisznu, któremu Sanjay darował życie po wojnie, która zabrała tak wielu. Wisznu, który wrócił z gangiem Skorpionów.

– Dlaczego tylu gangsterów przybiera imiona bogów?

– A może ciebie nazwę trupem, bahinchudh! – warknął Danda.

– Jak się tak zastanowić – oznajmiłem z namysłem – Danda nie jest bogiem. Poprawcie mnie, jeśli się myślę, ale to zaledwie półbóg. Prawda? Bóstwo o mniejszym znaczeniu.

– Milcz!

– Nie denerwuj się, Danda – powiedział Wisznu kojąco. – On tylko stara się zmienić temat. Nie dawaj się prowokować.

– Półbóg – podjąłem w zadumie. – Zastanawiałeś się kiedyś, ile razy cię tu pominięto, Danda?

– Milcz!

– Wiesz co? – Wisznu stłumił ziewnięcie. – Pierdolić to. Śmiało, Danda. Zetrzyj mu ten uśmiech z ryja, jeśli chcesz.

Danda rzucił się na mnie, młócąc pięściami. Szybko odsuwałem głowę na lewo i prawo, więc trafiał raz na trzy uderzenia. Nagle przestał. Gdy udało mi się zerknąć na niego, przekonałem się, że wielki facet, ten sam, którego uderzyłem w brodę, trzyma go za ramię.

Wielki facet uderzył mnie pięścią w twarz. Na środkowym palcu miał mosiężny pierścień. Poczułem, jak wgniata mi nim kości policzka i szczęki. Facet znał się na swoim fachu. Niczego mi nie złamał, po prostu zrobił krzywdę. Potem zmienił taktykę i zaczął mnie uderzać w skronie otwartą ręką.

Kiedy wystarczająco długo bije się kogoś pięściami, to albo się połamie sobie kostki palców, albo się tego kogoś zabije, albo jedno i drugie. Ale jeśli lekko się go zmiękczy uderzeniami pięści tak, żeby mocny klaps sprawiał mu ból, można go bić otwartą dłonią cały dzień.

Tortury. To przestrzeń ciężka i płaska, nabita, z tak wielką siłą dośrodkową, że nie można z niej prawie nic zabrać, więc nie wiesz, że nie panują w niej zupełne ciemności. Ale nauczyłem się jednego: kiedy zaczyna się bicie, zamknij usta. Nic nie mów. Nie odzywaj się aż do końca. I nie krzycz, jeśli możesz wytrzymać.

– Dość – odezwał się Wisznu, gdy upłynęły te długie jak miesiąc dwie minuty.

Wielki facet odstąpił ode mnie, przyjął ręcznik, który podał mu Danda, i wytarł spoconą twarz. Danda zaczął mu masować barki.

– Opowiedz mi o Pakistanie – zażądał Wisznu, wkładając mi papierosa do ust.

Zaciągnąłem się dymem zmieszanym ze strużkami krwi, potem wypuściłem go z płuc. Nie miałem pojęcia, o co mu chodzi.

– Opowiedz mi o Pakistanie.

Odpowiedziałem nieruchomym spojrzeniem.

– Wiemy, że pojechałeś do Goa – powiedział powoli Wisznu. – Wiemy, że przywiozłeś broń. Poproszę jeszcze raz. Opowiedz mi o Pakistanie.

Broń, Goa, Sanjay: wszystko wróciło do mnie z jednym obrotem karmicznego koła. Ale w moim strachu czaił się głos, który wcześniej czy później miał powiedzieć: „Skończmy z tym”.

– Wiele osób uważa, że stolicą Pakistanu jest Karaczi – powiedziałem, z trudem poruszając opuchniętymi wargami – ale to nieprawda.

Wisznu roześmiał się krótko.

– Opowiedz mi o Pakistanie.

– Dobre jedzenie, ładna muzyka.

Wisznu zerknął na czubek papierosa, a potem spojrzał na wielkiego faceta.

I znowu się zaczęło. Brnąłem jak przez gęste błoto, bo każde nowe uderzenie w skroń coraz bardziej zbliżało mnie do mgły. Gdy wielki facet zrobił sobie przerwę, oparłszy ręce o uda, Danda wykorzystał ten czas, żeby mnie wychłostać cienkim bambusowym prętem. Pod koniec opływałem potem cierpienia, ale się obudziłem.

– I jak się czują teraz twoje jaja, madachudh? – krzyknął Danda, klękając tak blisko, że czułem od niego olejek musztardowy i pot strachu bijący spod jego pach.

Zacząłem się śmiać, co czasem się zdarza podczas tortur.

Wisznu machnął ręką.

Nagła cisza, jaka zapadła po tym geście, była tak głęboka, jakby cały świat zatrzymał się na chwilę.

Wisznu coś powiedział. Nie słyszałem go. Uświadomiłem sobie, że cisza dzwoni tylko w moich uszach. Wisznu patrzył na mnie zdziwionym wzrokiem, jakby zauważył bezpańskiego psa i zastanawiał się, czy się z nim pobawić, czy kopnąć go nogą w mokasynie od Gucciego.

Jakiś mężczyzna wytarł mi krew z twarzy szmatą śmierdzącą benzyną i pleśnią. Wyplułem krew i żółć.

– Jak się czujesz? – spytał Wisznu od niechcenia.

Znałem zasady przetrwania. Nie mów. Nie odzywaj się ani słowem. Ale nie mogłem powstrzymać gniewu, który popchnął mnie do wypowiedzenia tekstu, który pojawił się w mojej głowie.

– Islamabad. Stolica Pakistanu. Nie Karaczi.

Wisznu podszedł do mnie, wyjmując z kieszeni kurtki mały półautomatyczny pistolet. W gwiezdnym szafirze jego oczu odbijał się bliźniaczy wizerunek mojej roztrzaskanej czaszki.

Drzwi magazynu się otworzyły.

– Chai wallah. – Chłopiec liczący jakieś dwanaście lat wszedł do środka z jasnego światła ulicy, niosąc sześć szklanek herbaty w jednym drucianym koszyku i sześć szklanek wody w drugim.

– A, czaj – powiedział Wisznu z nagłym uśmiechem, który wygładził mu zmarszczki wściekłości.

Odłożył pistolet i wrócił na swoje miejsce koło ławy.

Chłopiec podał im szklanki. Jego stare jak wieczność oczy dziecka ulicy spojrzały na mnie, ale nie pojawiła się w nich żadna emocja. Może już to widywał – zakrwawionego mężczyznę, przywiązanego do jadowicie zielonego i cytrynowego leżaka.

Gangster, który starł mi krew z twarzy, rozwiązał moje ręce i nogi. Wziął szklankę czaju od chłopca i podał mi ją. Usiłowałem utrzymać ją w zdrętwiałych dłoniach.

Inni gangsterzy ujęli szklaneczki, uprzednio kurtuazyjnie wykręcając się przed poczęstunkiem, a potem godząc się na przyjęcie połowy herbaty, odlanej do opróżnionych z wody szklanek.

Była to uprzejma, sielska scena. Ktoś mógłby nas wziąć za przyjaciół siedzących razem w Nariman Point i podziwiających zachód słońca.

Chłopiec przeszedł przez magazyn, zbierając puste szklanki do drucianego koszyka. Zauważył, że jednej brakuje.

– Szklanka! – ryknął tak drapieżnie, że coś mu zabulgotało w gardle. – Szklanka!

Gangsterzy natychmiast rzucili się szukać zaginionej szklanki, przewracając puste pudła i odsuwając sterty szmat i śmieci. Zgubę znalazł Danda.

– Hain! Hain! – powiedział, prezentując szklankę z dwornym gestem. „Tutaj! Tutaj!”.

Podał ją chłopcu, który wydarł mu ją z ręki, obejrzał podejrzliwie i wyszedł. Danda zerknął na Wisznu ze służalczym błyskiem w oku: „Widziałeś, szefie? Widziałeś, że to ja znalazłem szklankę?”.

Gdy upewniłem się, że mogę się poruszyć bez drżenia, odstawiłem szklankę czaju na podłogę obok siebie. Nie tylko z dumy i gniewu. Wargi miałem popękane i spuchnięte. Wiedziałem, że będę pić własną krew, zmieszaną z herbatą.

– Możesz wstać? – spytał Wisznu, odstawiając pustą szklankę.

Wstałem i straciłem równowagę.

Wielki facet, który wcześniej mnie bił, podbiegł teraz, żeby mi pomóc. Otoczył mnie troskliwym uściskiem potężnych ramion. Z jego pomocą znowu się wyprostowałem.

– Możesz odejść – oznajmił Wisznu.

Spojrzał na Dandę.

– Oddaj mu kluczyki do motocykla, yaar.

Danda odruchowo wyjął kluczyki z kieszeni, ale podszedł do Wisznu, nie do mnie.

 

– Proszę... – odezwał się błagalnie. – On coś wie. Czuję to. Tylko... tylko daj mi trochę czasu.

– W porządku – odparł Wisznu, uśmiechając się pobłażliwie. – Już wiem to, czego chciałem się dowiedzieć.

Odebrał mu kluczyki i rzucił je mnie. Złapałem je w odrętwiałe ręce i przytuliłem do piersi. Spojrzałem mu w oczy.

– Poza tym – dodał Wisznu, mierząc mnie wzrokiem – nic nie wiesz o Pakistanie, prawda? Nie masz pojęcia, o co nam chodzi, tak?

Nie odpowiedziałem.

– Otóż to, mój przyjacielu. Ja! – „Idź!”.

Jeszcze przez chwilę patrzyłem mu w oczy, a potem wyciągnąłem rękę.

– Moje noże.

Wisznu uśmiechnął się i znowu założył ręce na piersi.

– Uznajmy to za grzywnę, dobrze? Twoje noże zostaną oddane Hanumanowi jako grzywna za to, że w niego strzeliłeś. I posłuchaj dobrej rady: idź i nikomu nie mów o tym miejscu. Ani Sanjayowi, ani nikomu innemu.

– Tajemnica?

– Pozwoliłem ci zobaczyć to miejsce, bo możesz tu zostawiać dla nas wiadomości. Dotrą do mnie bardzo szybko.

– Po co miałbym wam wysyłać wiadomości?

– Jeśli się co do ciebie nie pomyliłem – a dobrze mi idzie ocenianie ludzi – pewnego dnia możesz dojść do wniosku, że masz z nami więcej wspólnego, niż ci się wydaje. I możesz zapragnąć z nami porozmawiać. Jeśli jesteś mądry, nikomu nie wyjawisz tego adresu. Zachowasz go na później. Ale na razie, jak mawiają Amerykanie, spierdalaj!

Poszedłem z Dandą do bocznych drzwi i odsunąłem się na bok, kiedy je przede mną otwierał. Odcharknął i splunął mi na nogawkę spodni, po czym głośno zatrzasnął drzwi.

Na ziemi, obok mojego motocykla, znalazłem skrawek papieru i wytarłem nim dżinsy. Włożyłem kluczyk do stacyjki. Już miałem uruchomić silnik, kiedy w lusterku wstecznym zauważyłem odbicie mojej poobijanej twarzy. Nos nie był złamany – chociaż tyle – ale oczy zapuchły i były zasinione.

Włączyłem motor, ale zostawiłem go na jałowym biegu, oparłszy na stopce. Przesunąłem dźwignię na tablicy pod dłuższym bokiem siedzenia. Tablica zjechała w dół, ukazując mój włoski sztylet.

Załomotałem jego rękojeścią do drzwi magazynu. Po chwili usłyszałem gniewny głos; ktoś zbliżał się, przeklinając tego, kto zakłóca jego spokój. Danda. Dobrze.

Drzwi otworzyły się, ukazując okropnie przeklinającego Dandę. Chwyciłem go za koszulę na piersi, rzuciłem na framugę drzwi i przystawiłem mu sztylet do brzucha. Usiłował się wyszarpnąć, ale wbiłem czubek ostrza tak głęboko, że na różowej koszuli pojawiła się plamka krwi.

– Dobra! Dobra! Dobra! – krzyknął. – Kurwa! Arey, pagal hai tum? – „Oszalałeś?”.

Kilku mężczyzn zaczęło się do nas zbliżać. Zwiększyłem nacisk na nóż.

– Nie! Nie! – krzyknął Danda. – Cofnąć się, kurwa! On mnie tu kroi!

Mężczyźni znieruchomieli. Odezwałem się do Wisznu, nie odrywając wzroku od twarzy Dandy:

– Noże. – Wargi miałem zdrętwiałe jak ręce murarza. – Przynieście je. Chcę je odzyskać.

Wisznu przez chwilę nie odpowiadał. Widziałem przerażenie Dandy. Bardziej bał się niechęci swojego pracodawcy niż mojego gniewu.

W końcu Wisznu przyczłapał do nas niechętnie, niosąc noże. Gdy mi je podał, wsunąłem je za pasek na plecach, nadal nie odrywając sztyletu od brzucha Dandy.

Wisznu pociągnął Dandę za koszulę, chcąc go odsunąć ode mnie i wycofać się z nim w głąb magazynu. Mocniej wbiłem sztylet w miękki brzuch Dandy. Pół centymetra ostrza zagłębiło się już w jego ciało. Jeszcze jeden centymetr i przebije jakiś organ.

– Czekaj! Czekaj! – wrzasnął Danda w panice. – Krwawię! On mnie zabije!

– Czego chcesz? – spytał Wisznu.

– Opowiedz mi o Pakistanie – powiedziałem.

Wisznu roześmiał się. Był to dobry śmiech, czysty i klarowny. Innego dnia – zanim poznałem jego leżak – taki śmiech wzbudziłby moją sympatię.

– Lubię cię, a jednocześnie mam ochotę cię zabić – powiedział z błyskiem oczu w ciemnej oprawie. – Masz wyjątkowy talent.

– Opowiedz mi o Pakistanie.

– Naprawdę nic nie wiesz, co? – westchnął Wisznu i jego uśmiech zgasł. – Widzieliśmy, że poszedłeś na zebranie rady, a w związku z twoim wyjazdem do Goa i innymi sprawami założyliśmy, że musisz być zorientowany. Twoi ziomkowie umyślnie trzymają cię w nieświadomości, mój przyjacielu. To dla ciebie niebezpieczne. Nie wspominając już o tym, że to mały... despekt, na?

– Zaraz twój człowiek pogrąży się w nieświadomości, jeśli nie odpowiesz na moje pytanie. Chcę wiedzieć, o co tu chodzi.

– Jeśli ci powiem, ty powiesz to Sanjayowi – odparł, tłumiąc ziewnięcie. Nad prawym okiem miał cienką, ale głęboką bliznę. Potarł ją palcem. – A wtedy Sanjay będzie mieć przewagę. Nie mogę na to pozwolić. Puść Dandę. Wsiadaj na motocykl i znikaj. Jeśli zabijesz Dandę, ja będę musiał zabić ciebie. A nie chcę nikogo zabijać. Nie dzisiaj. To urodziny mojej żony, rozumiesz, będzie przyjęcie.

Przeniósł spojrzenie na ciężkie, nisko wiszące chmury.

– Jedź szybko – dodał, wracając do mnie wzrokiem. – Myśleliśmy, że coś wiesz, ale najwyraźniej nie. Kiedy dowiesz się więcej i zechcesz pogadać, wiesz, jak się ze mną skontaktować. Bez urazy. Takie rzeczy się zdarzają. Jak mawiają Amerykanie, jestem twoim dłużnikiem.

– To raczej ja jestem twoim dłużnikiem – odparłem, zostawiając Dandę i wycofując się do motocykla.

Znowu się roześmiał.

– Uznajmy, że rachunki wyrównane i zacznijmy od nowa. Zostaw tu wiadomość, kiedy będziesz się chciał skontaktować. Dowiem się w ten czy inny sposób.

11

Każdy człowiek przyjmuje bicie na swój sposób. Moim sposobem przez te lata było dowiedzenie się wszystkiego, co się da, o człowieku, który mnie pobił, a potem czekanie, aż los sam mi podsunie okazję.

Kiedy uciekałem z więzienia, przebiłem dziurę w suficie biura, wdrapałem się na dach i w biały dzień przeszedłem przez mur. Towarzyszył mi przyjaciel. Sufit, przez który uciekliśmy, znajdował się w gabinecie dowódcy strażników, z którego rozkazu bito mojego przyjaciela, mnie i dziesiątki innych ponad miarę i dopuszczalne granice.

Obserwowałem go przez wiele miesięcy. Badałem jego nawyki i nastroje. I wiedziałem, że codziennie wychodzi z biura na siedem minut, zostawiając otwarte drzwi. Stanęliśmy na jego biurku, żeby przebić sobie drogę na wolność. Po naszej ucieczce dowódca stracił pracę, a przeznaczenie zrobiło sobie wakacje.

Nie lubię być źle traktowany. Chciałem poznać ludzi, którzy mi to zrobili. Chciałem dowiedzieć się o nich wszystkiego.

Gdy w betonowym pasie rozdzielającym jezdnie pojawiła się przerwa, zawróciłem w stronę, z której przyjechałem. Zaparkowałem w cieniu drzew za rządkiem sklepów, naprzeciwko magazynu.

Wyłączyłem silnik. Przechodnie i sklepikarze gapili się na moją zakrwawioną twarz, ale mijali mnie szybko albo odwracali głowy, gdy odpowiadałem im nieruchomym spojrzeniem. Po chwili podszedł do mnie sprzedawca szmat do motocykli i samochodów. Kupiłem jedną z największych, ale zanim dałem mu pieniądze, poprosiłem o załatwienie dla mnie paru spraw.

Po pięciu minutach wrócił z paczką kodeiny, przylepnymi bandażami, butelką wódki i dwoma czystymi ręcznikami. Zapłaciłem mu, znalazłem rynsztok i obmyłem twarz szmatką zmoczoną w wódce, osuszając krwawiące rany czystym ręcznikiem.

Golibroda, obsługujący klientów pod drzewem rozmów, podał mi lusterko. Przywiązałem je wstążką do gałęzi drzewa i opatrzyłem dwie najgorsze rany. W końcu wziąłem czarną szmatę od sprzedawcy i owinąłem nią głowę jak afgańskim turbanem.

Klienci i przyjaciele, przykucnięci w cieniu wokół krzesła golibrody, kiwali i kołysali głowami z dezaprobatą lub ubolewaniem. Wziąłem pustą szklankę, nalałem sobie wódki i wypiłem. Trzymając butelkę i szklankę w jednej ręce, drugą ująłem paczkę kodeiny, rozdarłem ją zębami i wytrząsnąłem cztery tabletki do szklanki, którą napełniłem do połowy wódką. W klubie golonych poziom aprobaty znacznie wzrósł. Gdy wypiłem wódkę jednym haustem i ofiarowałem mężczyznom resztę wódki, rozległy się okrzyki zachwytu.

Wróciłem na mój stojący na uboczu motocykl i spojrzałem przez wyschłe na pieprz liście spalonych słońcem drzew na magazyn, którego podłogę nadal plamiła moja krew.

Wyszli z niego, śmiejąc się i żartując, szturchając i dogadując chudemu z wąsikiem, Dandzie. Wcisnęli się do dwóch ambassadorów i wyjechali na ulicę w stronę Tardeo.

Dałem im pół minuty i ruszyłem za samochodami, uważając, żeby pozostawać odpowiednio daleko.

Przejechali przez Tardeo i skrzyżowanie przy operze, by dotrzeć do jednej z większych ulic: długiego, ocienionego drzewami bulwaru, biegnącego równolegle do linii miejskiej kolejki.

Samochody zatrzymały się u bram posiadłości nieopodal stacji Churchgate. Wysokie metalowe skrzydła otworzyły się szybko, samochody wjechały, brama zatrzasnęła się za nimi.

Minąłem ją w pędzie, zerkając w wysokie okna dworu z potrójnym frontonem. Wszystkie okna były zasłonięte drewnianymi okiennicami. Nad balustradą balkonu na pierwszym piętrze kołysały się zakurzone, krwistoczerwone pelargonie. Spływały aż do zardzewiałych żelaznych szpikulców na murze osłaniającym parter.

Włączyłem się w nieprzerwany sznur samochodów, zmierzających do stacji Churchgate i jeszcze dalej, za spragnione wody ochrowe boiska Azad Maidan.

Zabrałem moją wściekłość i strach na jezdnię, między samochody. Walczyłem z miastem, rzucając wyzwanie i pokonując wszystkie napotkane motocykle.

Zatrzymałem się nieopodal KC College, blisko posiadłości Sanjaya. Szkoła należała do najlepszych w Bombaju. Ulice miasta zapełniali jej dobrze odziani, zorientowani w ostatniej modzie uczniowie, w których uśmiechach lśniła młodość. To oni byli nadzieją Bombaju, nadzieją świata, choć wtedy niewielu o tym wiedziało.

– A niech mnie – odezwał się jakiś głos za moimi plecami. – Najszybszy biały w Bombaju. Usiłowałem cię złapać od pięciu...

Był to Farid Złota Rączka, młody gangster, który obwiniał siebie za to, że nie towarzyszył Kadirbajowi w tych ostatnich dniach w morderczych śniegach Afganistanu. Urwał gwałtownie, gdy zdjąłem miękką czarną szmatę, która służyła mi za turban.

– O kurwa. Człowieku, co ci się stało?

– Wiesz, czy Sanjay jest w domu?

– Jest. Na pewno. Chodź, wejdźmy.

Kiedy składałem raport, Sanjay siedzący przy szklanym złoconym stoliku w swojej jadalni słuchał mnie spokojnie i niemal obojętnie. Kazał mi powtórzyć imiona, które usłyszałem, i opisać twarze, które widziałem.

– Spodziewałem się tego – powiedział.

– Ach, tak? – rzuciłem.

– Dlaczego nie uprzedziłeś Lina? – spytał Farid. – Albo mnie, żebym z nim pojechał.

Sanjay zignorował nas i zaczął krążyć po długim pokoju. Jego przystojna twarz była przedwcześnie postarzała, przekrwione oczy zapadnięte i podbite ciemnymi sińcami. W ich kącikach pojawiły się promieniste zmarszczki, sięgające aż do posiwiałych skroni. Białe pasma pobłyskiwały w jego czarnych, lśniących włosach. Sanjay pił za dużo i za bardzo sobie pobłażał. Był młodym człowiekiem, stojącym na czele imperium i spalającym swoją młodość.

– Jak sądzisz, o co im naprawdę chodzi? – zwrócił się do mnie po długiej chwili milczenia.

– Może ty mi to powiesz? O co chodzi z Pakistanem? Czego jeszcze mi nie powiedziałeś, wysyłając mnie do Goa?

– Mówię ci tyle, ile musisz wiedzieć! – warknął.

– To jest coś, co musiałem wiedzieć przed dzisiejszym dniem – odparłem spokojnie. – Nie ciebie przywiązali do tego leżaka.

– Ma rację! – poparł mnie Farid.

Sanjay spuścił wzrok na swoje dłonie, spoczywające na szklanym blacie. Najbardziej bał się – co całkiem zrozumiałe – krwawej wojny gangów, która odbierze życie i siłę większości ludzi z jednego gangu i wszystkim z drugiego. Sam fakt, że do tego nie dojdzie, był w jego oczach zwycięstwem. Przez wszystkie misje i walki ostatnich dwóch lat zgadzaliśmy się ze sobą tylko w tym jednym.

– W tej grze idzie o rzeczy, o których nie wiesz i których nie możesz zrozumieć. To ja prowadzę tę firmę. Mówię wam obu tyle, ile musicie wiedzieć, i nic więcej. Więc jeb się, Lin. I jeb się, Farid.

– Ach, tak? – warknął Farid. – Tylko na tyle szacunku zasługuję? A może wyjebię twoje szczęście, tu i teraz?

Zrobił krok w stronę Sanjaya, ale powstrzymałem go, kładąc mu ręce na piersi.

– Spokojnie, bracie – powiedziałem. – Dokładnie tego chcieli, spuszczając mi ten łomot – rozłamu wśród nas.

– Mam się jebać? – wysyczał Farid. – Powtórz to, szefie. Powtórz to jeszcze raz.

 

Przez jakiś czas Sanjay mierzył wzrokiem młodego wojownika. Potem jego zimne oczy spojrzały na mnie.

– Przyznaj się, Lin. Co im powiedziałeś?

Teraz to ja się wściekłem. Wściekłość zapłonęła. Moje wargi napięły się aż do rozerwania pęknięć.

– O co ci chodzi, szefie?

Sanjay zmarszczył brwi, rozdrażniony.

– Daj spokój. To prawdziwy świat. Ludzie mówią. Co im powiedziałeś?

Byłem tak wściekły, że mógłbym pobić go do nieprzytomności – bardziej wściekły niż mężczyźni, którzy mnie tak urządzili.

– To jasne, że nic nie powiedział! – rzucił Farid. – Nie po raz pierwszy przeciwnicy go skopali. Mnie też. I ciebie także, Sanjay. Przestań go tak znieważać. Co ci się stało?

Sanjay rzucił mu spojrzenie tak zdesperowane, że prawie okrutne, zdradzając, jak bliski jest załamania. Farid przez chwilę patrzył mu w oczy, ale potem odwrócił głowę.

Sanjay przeniósł wzrok na mnie.

– Możesz odejść – powiedział. – I jeśli coś powiedziałeś, od tej pory tego nie rozgaduj.

– Czego? Tego, co mi dziś zrobili? Najpierw chcą mnie zabić, potem puszczają mnie wolno. Chcieli, żebym tu wrócił, w tym stanie, i powiedział ci słowo „Pakistan”. To wiadomość. Ja jestem wiadomością. Ten Skorpion Wisznu jest świetny w wiadomościach.

– Ja też – odparł Sanjay z uśmiechem. – I piszę je krwią, tak jak oni. W wybranym przez siebie czasie i na własnych warunkach.

– Cokolwiek robisz, nie rób tego dla mnie.

– Pouczasz mnie? Za kogo ty się, kurwa, uważasz?

W moim wnętrzu krył się smok, cały z ognia, ale nie chciałem, żeby ktoś inny znalazł się na tym leżaku tak jak ja.

– Nie stawaj w mojej obronie, szefie. Gdy przyjdzie czas, sam to załatwię.

– Zrobisz to, co ci każę i kiedy ci każę.

– Sam to załatwię, Sanjay – powtórzyłem. – W wybranym przez siebie czasie i na własnych warunkach. Uprzedzam.

– Wynocha – warknął Sanjay z oczami zwężonymi jak szparki. – Obaj. Nie zbliżaj się do mnie, Lin, dopóki po ciebie nie poślę. Wynocha.

Na ulicy Farid, jeszcze bardziej wściekły niż ja, zatrzymał mnie.

– Lin – powiedział cicho; jego oczy rozszerzała furia – gówno mnie obchodzi, co mówi Sanjay. Jest słaby. Jest zerem. Już go nie szanuję. Znajdźmy Abdullaha. Pójdziemy we trzech, nic nie mówiąc. Zabijemy tego Wisznu, tego, co dowodzi, i innych gandus, Dandę i Hanumana.

Uśmiechnąłem się, ogrzewając się w cieple jego dzielnego serca.

– W porządku, zostaw to. W odpowiednim czasie i miejscu, bracie. Tak czy siak, jeszcze się z nimi spotkam, a jeśli będę cię potrzebował, na pewno do ciebie zadzwonię.

– W dzień lub w nocy, człowieku – powiedział Farid, ściskając mi dłoń.

Odjechał, a ja spojrzałem na posiadłość Sanjaya – kolejny pałac w mieście slumsów. Okna od ulicy były zasłonięte czerwonymi metalowymi okiennicami z zardzewiałymi zawiasami. Do ogrodzenia z kutego żelaza przywarł rachityczny żywopłot.

Dom bardzo przypominał ten, do którego wróciły Skorpiony po skończeniu ze mną. Za bardzo.

Można szanować czyjeś prawa i opinie, wcale go nie znając. Ale jego samego można szanować dopiero wtedy, gdy znajdziemy w nim coś godnego tego uczucia.

Farid nie wielbił Sanjaya i widać było, że inni członkowie rady podzielają jego zdanie. Ja także nie szanowałem Sanjaya, ale pracowałem dla niego, pod ochroną firmy, która nosiła jego imię. Była to dla mnie kwestia sumienia – może także dla niektórych poza mną. Utrata autorytetu oznaczałaby dla Sanjaya wszystko. Każdy gang opiera się na szacunku. Każdy przywódca musi być obiektem kultu.

Gdzie ten deszcz? Czułem się brudny. Pobity i brudny. Upadałem.

Wszystko padało – wszystko z wyjątkiem deszczu. Moje serce było czyimś zakładnikiem, a ja pisałem list z żądaniem okupu.

Światem sprzed tygodni, gdy wyruszyłem do Goa, rządziły inne gwiazdy. Osłabiony przywódca, wspomagany przez afgańskich strażników, czternastoletni chłopiec Tarik, marzący o roli władcy zabójców i złodziei, poranne tortury ze słowem „Pakistan”, Lisa, Karla, Randżit – nic już nie było takie samo, nawet miejsca. Byłem zagubiony. I brudny. I pobity. Musiałem znaleźć drogę. Musiałem przestać upadać. Odwróciłem się od posiadłości Sanjaya i odjechałem, rzucając kolejną tratwę nadziei na ten mały ocean czasu, moje życie.

Inne książki tego autora