Cień góry

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ani umowa, ani nasza. Nie ma „nas”, pamiętasz?

Uśmiechnął się, otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale potem chwycił mnie w ramiona z zaskakującą gwałtownością.

– Wiem, że zawsze postąpisz jak należy. Choćby nie wiadomo co.

Moja twarz znalazła się blisko jego skóry. Poczułem mocny zapach: damskie perfumy, które niedawno przeniknęły jego koszulę. Tanie perfumy. To nie były perfumy Karli.

Był w tym hotelu z jakąś kobietą na chwilę przed tym, jak poprosił mnie o ochronę swojej żony, kobiety, którą nadal kochałem.

I oto ona, prawda, zawieszona na nitce podejrzenia między naszymi oczami, kiedy go odepchnąłem. Nadal kochałem Karlę. Nadal ją kochałem. Trzeba było zapachu innej kobiety na skórze Randżita, żebym w końcu spojrzał w oczy prawdzie, która krążyła wokół mnie od dwóch lat jak wilk wokół ogniska.

Spojrzałem na Randżita. Myślałem o morderstwie i o haniebnej miłości do Lisy – kombinacja nieprzynosząca spokoju. Randżit przestąpił z nogi na nogę, usiłując odczytać moje spojrzenie.

– Tak że... tego – wymamrotał, cofając się o krok. – To ja... już pójdę.

Patrzyłem, jak idzie do drzwi hotelu. Gdy wsiadł na tylne siedzenie swojego mercedesa sedana, rozejrzał się nerwowo – człowiek, który zbyt łatwo, zbyt często robi sobie wrogów.

Obejrzałem się na Lisę, siedzącą przy stoliku pod oknem i ściskającą rękę młodzieńca, który podszedł się przywitać. Wiedziałem, że go nie lubi. Powiedziała, że jest oślizgły jak glista w kieszeni foliowego płaszcza w deszczową noc. Był synem znanego handlarza diamentów i właśnie kupował sobie ważne miejsce w przemyśle filmowym, po drodze łamiąc cudze kariery. Teraz całował jej rękę. Lisa szybko ją cofnęła, ale obdarzyła go olśniewającym uśmiechem.

Kiedyś powiedziała mi, że każda kobieta ma tylko cztery uśmiechy.

– Tylko?

– Pierwszy Uśmiech – mówiła, nie zwracając na mnie uwagi – jest nieświadomy, mimowolny, na przykład wtedy, gdy uśmiecham się do dziecka na ulicy albo odpowiadam uśmiechem komuś na ekranie telewizora.

– Ja nie uśmiecham się do telewizora.

– Wszyscy się do niego uśmiechają. Po to go mamy.

– Nie uśmiecham się do telewizora.

– Drugi Uśmiech – podjęła – jest uprzejmy, taki, którym witamy przyjaciół w domu albo restauracji.

– Kiedy stawiają?

– Chcesz posłuchać czy nie?

– A jeśli powiem, że nie, to przestaniesz mówić?

– Trzeci Uśmiech to ten, którego używamy przeciwko ludziom.

– Przeciwko ludziom?

– Jasne. To dobry uśmiech. W przypadku niektórych dziewcząt ich najlepszy uśmiech służy do trzymania ludzi na dystans.

– Z tego nie skorzystam. Przejdę do czwartego.

– Aaach! Czwarty Uśmiech to ten, który dajemy wyłącznie ukochanym. To uśmiech mówiący: „Jesteś tym jedynym”. Nikt inny nie dostaje takiego uśmiechu. Choćby kobieta była najbardziej szczęśliwa, choćby kogoś nie wiadomo jak bardzo lubiła – nawet jeśli by go lubiła tak bardzo, żeby go kochała, naprawdę za nim przepadała – Czwartego Uśmiechu nie dostanie nikt z wyjątkiem tego, kogo kocha prawdziwą miłością.

– A jeśli zerwiesz?

– Czwarty Uśmiech odchodzi z dziewczyną – powiedziała mi tego dnia. – Czwarty Uśmiech zawsze odchodzi z dziewczyną. Od tej pory były chłopak dostaje Drugi Uśmiech, chyba że jest złym byłym chłopakiem. Źli byli chłopcy dostają tylko Trzeci Uśmiech, bez względu na to, jak bardzo są uroczy.

Spojrzałem, jak Lisa rzuca młodemu aspirującemu producentowi swój najlepszy Trzeci Uśmiech i poszedłem do łazienki, żeby spłukać z siebie nowy brud, pozostałość po rozmowie z Randżitem.

Łazienka wykładana czarno-kremowymi kafelkami była większa, bardziej elegancko oświetlona, lepiej wyposażona i wygodniejsza niż osiemdziesiąt procent domów w mieście. Podwinąłem rękawy koszuli, zwilżyłem wodą moje krótkie włosy, obmyłem twarz, dłonie i ręce. Asystent podał mi świeży ręcznik. Uśmiechnął się, kołysząc głową w geście powitania.

Jedną z wielkich tajemnic Indii – i największą z wszystkich ich radości – jest czułe ciepło najniżej opłacanych. Ten człowiek nie miał nadziei na napiwek; większość z mężczyzn korzystających z łazienki ich nie dawała. Był po prostu życzliwy. Dał mi szczery, dobry uśmiech, jak jeden człowiek drugiemu.

Ta dobroć, płynąca z największych głębin hinduskiego serca, stanowi prawdziwe oblicze narodu indyjskiego i wiąże człowieka z tym krajem raz po raz, by zatrzymać go w nim na zawsze.

Sięgnąłem po pieniądze i wraz z nimi wyjąłem z kieszeni srebrną kopertę z listem Kadirbaja. Wręczyłem mężczyźnie napiwek, położyłem kopertę na szerokim blacie umywalki, a potem oparłem się o nią rękami, spoglądając sobie w lustrze w oczy.

Nie chciałem czytać tego listu. Nie chciałem odsuwać kamienia z wejścia do groty, w której ukryłem tak wiele z mojej przeszłości. Ale Tarik powiedział, że Kadirbaj wspomniał o Sri Lance. Musiałem to przeczytać. Zamknąłem się w kabinie, postawiłem miecz, opierając go o drzwi, i usiadłem na twardej klapie sedesu.

Tego dnia trzymałem w dłoni małą kulkę z niebieskiego szkła i myślałem o Sri Lance oraz tych, którzy wyprawią się tam w moim imieniu, tak jak obiecałeś to zrobić. Bardzo długo patrzyłem na tę leżącą na mojej dłoni niebieską szklaną kulkę, którą znalazłem na ziemi i podniosłem. W tak kruchych rzeczach i w tak subtelny sposób zostaje nam ukazany schemat naszego życia. Jesteśmy zbiorami rzeczy, które znajdujemy, których doświadczamy, które cenimy i chowamy w sobie, czasem świadomie, czasem nie, i ta kolekcja rzeczy stanowi o tym, kim się stajemy.

Ja wziąłem sobie ciebie, Shantaram. Jesteś jedną z ozdób mojego życia. Moim kochanym synem, jak wszyscy moi kochani synowie.

Ręce zaczęły mi drżeć, może z gniewu, może ze smutku, nie wiedziałem. Nie pozwoliłem sobie na jego opłakiwanie. Nie odwiedziłem jego grobu na cmentarzu Marine Lines. Wiedziałem, że jego ciała tam nie ma, ponieważ sam pomagałem je pochować.

Moja twarz tchnęła gorączką, skóra na głowie stała się chłodna.

Mój kochany synu... Pewnie mnie znienawidzisz, kiedy poznasz całą prawdę o mnie. Wybacz mi, jeśli potrafisz. Ta noc mi ciąży. Możliwe, że wszyscy ludzie zostaliby znienawidzeni, gdyby poznano całą prawdę o nich. Ale z całą szczerością, wymaganą w takim liście, pisanym w noc przed naszym wyruszeniem na wojnę, nie mogę powiedzieć, żebym nie zasługiwał na nienawiść niektórych. I mówię im: idźcie do diabła, przeklęci.

Urodziłem się, żeby zostawić po sobie tę spuściznę. Urodziłem się, by to zrobić bez względu na to, ile mnie to będzie kosztować. Czy wykorzystuję ludzi? Oczywiście. Czy nimi manipuluję? Kiedy tylko tego potrzebuję. Czy zabijam? Zabijam każdego, kto mi się brutalnie przeciwstawi. A czyniąc tak, jestem chroniony i rosnę w siłę, podczas gdy wszyscy dokoła upadają, ponieważ podążam za swoim przeznaczeniem. W swoim sercu nie zrobiłem nic złego, a moje modlitwy są szczere. Myślę, że potrafisz to zrozumieć.

Zawsze cię kochałem, od tej pierwszej nocy, kiedy się spotkaliśmy. Pamiętasz? Pamiętasz, jak pokazałem ci Ślepych Śpiewaków? To tak samo prawdziwe jak wszystkie złe rzeczy, których się o mnie dowiesz. Te złe rzeczy to szczera prawda i przyznaję to z własnej woli. Ale dobre rzeczy są równie prawdziwe, choć zawierają się w sercu i się nie urzeczywistniły, które czujemy i pamiętamy. Wybrałem cię, bo cię kocham, a kocham cię, bo cię wybrałem. To cała prawda, mój synu.

Jeśli Allah mnie do siebie wezwie i przeczytasz to po moim odejściu, nie smuć się. Mam wiele pytań, a Allah, jak wiesz, jest odpowiedzią na wszystkie pytania. Moja dusza zrosła się z twoją i ze wszystkimi twoimi braćmi. Nigdy nie zaznasz strachu. Zawsze będę przy tobie. Gdy znajdziesz się gdzieś osamotniony, opuszczony i zagubiony, poczujesz na ramieniu dotyk mojej ojcowskiej ręki i będziesz wiedzieć, że moje serce towarzyszy w walce tobie i wszystkim moim synom.

Proszę, pozwól, by moja dusza mogła uklęknąć przy twojej podczas modlitwy, choć nie jesteś skłonny do modlitw. Postaraj się znaleźć choć chwilę na krótką codzienną modlitwę. Będę cię czasem odwiedzać w jej trakcie.

I zapamiętaj tę moją ostatnią radę: kochaj prawdę, którą znajdziesz w ludzkich sercach. Zawsze słuchaj głosu miłości, który usłyszysz we własnym sercu.

Schowałem list w kopercie do portfela. Słowa: „Tego dnia trzymałem tę...” wyglądały z koperty i moje serce pobiegło na szczyt wzgórza.

Zobaczyłem jego rękę. Zobaczyłem popołudniowe światło, lśniące na jego skórze koloru cynamonu. Zobaczyłem długie, szlachetne palce, które poruszały się, kiedy mówił, delikatne jak podwodne stworzenia. Zobaczyłem jego uśmiech. Zobaczyłem światło jego myśli, promieniejące z jego bursztynowych oczu i odbijające się od tej kulki z niebieskiego szkła. I zacząłem go opłakiwać.

Przez chwilę znaleźliśmy się – mój przybrany ojciec i ja, jego opuszczony syn – w jakimś innym miejscu, gdzie nie istnieją wina i kara, w miejscu wybaczenia, odkupienia.

Nieprzeżyta miłość to grzech przeciwko życiu, a żałoba jest jednym ze sposobów okazywania miłości. Wtedy to poczułem i pozwoliłem na to, na pragnienie, żeby wrócił. Pozwoliłem sobie na tęsknotę za siłą jego spojrzenia, jego dumą, kiedy zrobiłem coś, co mu się podobało, za miłością brzmiącą w jego śmiechu. Tęsknota, tęsknota za utraconym.

Gdzieś rozbrzmiewał łomot krwi. Nagle zrobiło mi się gorąco, oddychanie zaczęło mi sprawiać trudność. Mocno ścisnąłem miecz. Musiałem wyjść. Wstać i wyjść.

Za późno. Smutek, od lat ukryty za wściekłością, wyzwolił się we łzach, krępujących i głośnych.

– Przepraszam... – odezwał się asystent po chwili moich szlochów. – Czy pilnie pożąda pan więcej papieru?

Parsknąłem śmiechem. Bombaj mnie uratował, nie po raz pierwszy.

 

– Wszystko w porządku! – zawołałem. – Dziękuję za zainteresowanie.

Opuściłem kabinę, położyłem miecz na wieszaku na ręczniki, obmyłem twarz zimną wodą. Kontrolne spojrzenie w lustro: okropnie, ale bywało gorzej. Dałem życzliwemu asystentowi drugi napiwek i wróciłem przez hol do stolika Lisy.

Siedziała sama, wpatrując się w ciemne, posrebrzone morze. Jej odbicie patrzyło na nią, jakby ją podziwiało. Potem zobaczyła mnie w szybie.

Trudny dzień. Rowerowi Zabójcy, narada Sanjaya, Randżit i Karla, a także groźba Sri Lanki, raczej wcześniej niż później. Trudny dzień.

Lisa odwróciła się i jednym czujnym spojrzeniem dostrzegła moją rozpacz i zranioną miłość.

Zacząłem mówić, ale mnie uciszyła, kładąc mi palec na wargach, i pocałowała mnie. I znowu było dobrze – na jakiś czas. Połączyła nas dziwna miłość: ona mnie nie kochała, ja nie potrafiłem pokochać jej. Ale wiele razy w naszym życiu świeciło słońce i nigdy nie czuliśmy się wykorzystani ani niekochani.

Wyjrzeliśmy przez wielkie panoramiczne okna na wzburzone fale zatoki. Kelnerzy noszący tace za naszymi plecami odbijali się w szkle. Wyglądali, jakby chodzili po wodzie. Czarne niebo atakowało morze, zacierało horyzont.

Gdy nadejdzie ta godzina i nie możesz mieć pretensji do nikogo oprócz siebie, dowiadujesz się, że mamy niewiele więcej niż to, co kryje się w nas. Tych parę wyjątkowych cech, jakie dodajemy do tego, kim jesteśmy, to nasza jedyna historia, którą opowiadamy my, nie ktoś inny.

Kadirbaj wziął mnie sobie, tak jak napisał. Ale teraz mój właściciel umarł, a ja nadal tkwiłem na wystawie w muzeum zbrodni, które Kadirbaj stworzył i pozostawił światu. Sanjay wykorzystał mnie, żeby przetestować swój nowy kanał przemytu broni; dzięki temu zrozumiałem: muszę opuścić to muzeum i znowu znaleźć własną wolność, najszybciej jak się da.

Lisa wzięła mnie za rękę. Staliśmy przez chwilę, zapatrzeni, dwa blade odbicia na nieskończonej goryczy morza.

II

9

Przez moje biurko w wytwórni fałszywych paszportów przechodziły historie siedmiu wojen i walk o władzę.

Irański profesor, znawca praislamskich tekstów, który uciekł przed czystkami gwardii rewolucyjnej, wymagał całkowitego opracowania: fałszywego aktu urodzenia, fałszywego międzynarodowego prawa jazdy, dokumentów bankowych i fałszywego paszportu wraz z historią podróży z ostatnich dwóch lat oraz ważnymi pieczątkami wizowymi.

Dokumenty musiały być na tyle przekonujące, żeby przeszły wnikliwą inspekcję aż do wejścia pasażera na pokład samolotu. Kiedy nasz klient dotrze tam, dokąd się wybierał, miał wyrzucić papiery i poprosić o azyl.

Ślady tortur na jego ciele rzucały się w oczy, ale musiał zaryzykować wyjazd z fałszywymi dokumentami, ponieważ żadna legalna władza nie wydałaby mu prawdziwych – z wyjątkiem tej władzy, która chciała go znowu uwięzić.

Pewien Nigeryjczyk, działacz plemienia Ogoni, który protestował przeciwko sprzymierzaniu się władzy z koncernami naftowymi, chcącymi wykorzystać należące do plemienia złoża, stał się obiektem prześladowań. Przeżył przygotowany na niego zamach i przybył do Bombaju w ładowni frachtowca, bez dokumentów, ale z pieniędzmi od swoich zwolenników. Przekupił policjantów w porcie, którzy zgodnie z ustaloną procedurą odesłali go do nas. Potrzebował nowej tożsamości – z paszportem stwierdzającym jego przynależność do innego państwa.

Uciekinier z chińskiego obozu pracy, do którego trafił za walkę o suwerenność Tybetu, przeprawił się pieszo przez zasypane śniegiem góry do Indii. Dotarł aż do Bombaju, gdzie tybetańscy uchodźcy dali mu pieniądze i skontaktowali z firmą Sanjaya w celu dostarczenia mu nowych dokumentów.

Byli też inni: Afgańczyk, Irakijczyk, działacz kurdyjski, Somalijczyk i dwóch mężczyzn ze Sri Lanki. Wszyscy usiłowali uciec lub przeżyć krwawą powódź wojen, których nie rozpętali i w których nie mogli walczyć.

Ale wojny wychodzą na dobre podejrzanym interesom, więc nie pracowaliśmy tylko dla porządnych ludzi. Firma Sanjaya wykorzystywała każdą okazję zarobku. Nieuczciwi biznesmeni chcieli ukryć swoje dochody, ludzie od mokrej roboty potrzebowali nowej reputacji do zniszczenia, a byli też zbiegli generałowie i ludzie, którzy upozorowali własną śmierć, zawsze gotowi zapłacić za to, by znaleźć się na początku kolejki.

Był też inny paszport, kanadyjski, z moją fotografią i nową pieczątką wizy ze Sri Lanki, uzupełniony o kartę z agencji prasowej Reutersa.

Podczas gdy innym przygotowywałem dokumenty pozwalające im uciec od wojen i okrutnych reżimów, sobie sporządzałem takie, z którymi mogłem się przedostać w sam środek konfliktu, który kosztował życie dziesiątki tysięcy osób.

– Ty to wszystko przeczytałeś? – spytał mój nowy asystent, biorąc strony z biograficznymi notatkami, przygotowanymi dla nas przez działacza z plemienia Ogoni.

– No.

– Wszyściutko?

– No.

– Serio? Bo to... dość drastyczne, kurde.

– Owszem – przyznałem, nie podnosząc głowy.

– To gorsze niż gazety.

– Wszystko jest w gazetach, pomijając strony z notowaniami giełdowymi i sportem – odparłem, nadal na niego nie patrząc.

– Wcale mnie to nie dziwi. Jakiś cholernie dołujący szit, yaar.

– Aha.

– Można się normalnie nabawić depresji od czytania takich rzeczy, dzień po dniu, bez chwili przerwy. Możesz na to liczyć!

– Dobra – westchnąłem, odsuwając czytane akta. – W czym problem?

– Problem?

– Jeśli na końcu tego strumienia świadomości znajduje się ocean, to lepiej już na niego wypłyń. W tej chwili.

– Ocean? – powtórzył Farzad, autentycznie zdziwiony.

– Do rzeczy. Do rzeczy!

– Aaa... – zrozumiał Farzad. – Do rzeczy. Tak. Faktycznie, jest pewna rzecz. Możesz na to liczyć.

Patrzył na mnie chwilę, po czym spuścił oczy i zaczął rysować palcem kółka na drewnianym blacie.

– No więc... – powiedział wreszcie, unikając mojego spojrzenia – usiłowałem znaleźć sposób, żeby cię zaprosić... do mojego domu... na obiad albo kolację... żebyś poznał moich rodziców.

– To wszystko?

– Tak.

– Dlaczego zwyczajnie nie spytałeś?

– No... – mruknął Farzad, kreśląc coraz mniejsze kółka. – Masz pewną reputację, wiesz?

– Jaką znowu reputację?

– Że potrafisz być zrzędą, yaar.

– Zrzędą? – warknąłem. – Ja?

– O, tak.

Zmierzyliśmy się wzrokiem. W wytwórni pod nami jedna z wielkich maszyn drukarskich ożyła z pomrukiem, który szybko przeszedł w szczęk metalowych rolek i podajników, wysuwających się i cofających, warczących i obracających cylinder.

– Czy ktoś ci już mówił, że kompletnie ci nie idzie zapraszanie gości?

– No – rzucił Farzad ze śmiechem – to pierwszy raz od lat, odkąd zaprosiłem kogoś do domu moich rodziców. Jesteśmy... samotnikami, jeśli mnie rozumiesz.

– Wiem, co to samotnik – westchnąłem. – Byłem nim, zanim tu przyszedłeś.

– To co, przyjdziesz? Moi rodzice strasznie by chcieli cię poznać. Wujek Keki dużo o tobie opowiadał. Powiedział, że jesteś...

– Zrzędą. Wiem.

– No, to też. Ale także to, że znasz się na filozofii. Że Kadirbaj najbardziej lubił prowadzić dysputy i rozmawiać o filozofii właśnie z tobą. Mój tata to uwielbia. O mamie nawet nie ma co mówić. Cała rodzina prowadzi te wielkie dyskusje filozoficzne. Czasem trzydzieści osób spiera się jednocześnie.

– Trzydzieści?

– Mamy... tak jakby... rozległą rodzinę. Nie potrafię tego dobrze opisać. To trzeba zobaczyć. To znaczy... zobaczyć nas. Ale nie będziesz się nudzić, to ci mogę obiecać. Nie ma mowy. Możesz na to liczyć.

– Jeśli zgodzę się odwiedzić twoją niemożliwą do opisania rodzinę, dasz mi spokój i pozwolisz wrócić do pracy?

– Czy to znaczy, że się zgadzasz?

– Tak, kiedyś.

– Naprawdę? Przyjdziesz?

– To pewne. A teraz zjeżdżaj stąd i daj mi załatwić te książki.

– Świetnie! – krzyknął i zatańczył parę kroków w lewo i prawo, kołysząc biodrami. – Porozmawiam z tatą i umówimy się kiedyś w tym tygodniu. Na obiad albo kolację! Świetnie!

Uśmiechnął się do mnie po raz ostatni, zakołysał głową i zamknął za sobą drzwi.

Przysunąłem do siebie akta Nigeryjczyka i zacząłem zestawiać ze sobą podstawowe fakty z jego nowej tożsamości. Na stronie mojego notatnika zaczęło powstawać o wiele lepsze, lecz kompletnie nieprawdziwe życie.

Otworzyłem szufladę z fotografiami klientów ubiegających się o paszporty – tych, którzy ocaleli, szczęściarzy, którzy nie zostali zastrzeleni, nie utopili się ani nie trafili do więzienia podczas prób znalezienia lepszego życia. Te twarze prosto z wojen i tortur – umyte, opatrzone, powleczone fałszywym spokojem na potrzeby fotografii w naszym studiu – przyciągały mój wzrok. Niegdyś wędrowaliśmy po wolnej Ziemi, niosąc wizerunek naszego Boga albo władcy, by zapewnić sobie bezpieczne przejście. Teraz świat jest pocięty ogrodzeniami, a my nosimy własne wizerunki. I nikt nie jest bezpieczny.

A przyszłość firmy Sanjaya zawsze malowała się w czarnych barwach – jak czarny rynek. Na całym świecie czarny rynek jest dzieckiem tyranii, wojny lub niepopularnego prawa. Produkowaliśmy miesięcznie trzydzieści do czterdziestu paszportów, a najlepsze sprzedawaliśmy za dwadzieścia pięć tysięcy dolarów za sztukę.

„Traktuj wojnę jak interes – powiedział mi kiedyś Sanjay z oczami błyszczącymi jak nowo wybite monety – a interesy jak wojnę”.

Gdy zakończyłem wstępne prace nad paszportami dla obecnych klientów, zebrałem akta i zdjęcia, żeby znieść je na dół do wytwórni. Wziąłem też mój nowy paszport, ten, który przygotowałem na podróż na Sri Lankę, i schowałem go do środkowej szuflady biurka. Wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał go wręczyć moim najlepszym fałszerzom, Krisznie i Villu, którzy dzięki kaprysowi losu uciekli właśnie ze Sri Lanki. Ale jeszcze nie byłem gotów na tę podróż.

Kriszna i Villu spali na dwóch tapczanach, które ustawiłem im w cichym kącie, z dala od maszyn drukarskich. Zawsze fascynowały ich trudności przy pracy nad nowym paszportem. Często pracowali całymi nocami bez chwili snu, by wywiązać się z zadania.

Przyglądałem się im przez chwilę, słuchając, jak ich pochrapywanie, to jednoczesne, to na zmianę, czasem niemal w tej samej chwili zmienia się w charkot, by zaraz znowu przejść w chrapnięcia przedzielane spokojnym oddechem. Ich ręce zwisały bezwładnie, z otwartymi dłońmi przyjmując błogosławieństwo snu.

Dwaj inni robotnicy znajdowali się akurat poza wytwórnią, coś załatwiając. Na chwilę zapadła tu zupełna cisza. Przez parę minut stałem w tym spokojnym miejscu, zazdroszcząc śpiącym.

Przybyli do Bombaju jako uchodźcy. Kiedy ich poznałem, mieszkali wraz z rodzinami pod folią rozpiętą nad chodnikiem. Choć praca w firmie Sanjaya zapewniała im dobre zarobki, dzięki którym mogli się przenieść do wygodnych, czystych mieszkań nieopodal wytwórni, i choć mieli idealne dokumenty, sporządzone własnymi rękami, nadal żyli w strachu przed deportacją.

Ukochani, których musieli zostawić, byli dla nich straceni, być może na zawsze. A jednak mimo wszystkich tych przeżyć obaj spali spokojnie jak dzieci.

Ja nie miałem tak twardego, nieświadomego snu. Zbyt często, zbyt gwałtownie śniłem. Zawsze budziłem się, walcząc o wolność. Lisa nauczyła się, że najbezpieczniej jest w nocy trzymać mnie w objęciach i spać w kręgu, z którego mój śpiący umysł starał się wyrwać.

Zostawiłem plik dokumentów na biurku Kriszny i cicho wszedłem po drewnianych schodach. Fałszerze mieli własne klucze, więc zamknąłem za sobą drzwi.

Mieliśmy razem z Lisą odwiedzić klinikę w slumsach, a potem zjeść obiad. Lisa nawiązała kontakt z naszym miejscowym aptekarzem, który dostarczył jej parę pudełek leków. Te leki znajdowały się teraz w sakwach mojego motocykla, a Lisa poprosiła mnie, żebym zawiózł je razem z nią.

Sunąłem w południowym korku, bo czasem samochodów jest tyle, że nawet motocykl porusza się powoli.

W lusterku wstecznym zobaczyłem policjanta na motocyklu podobnym do mojego. Jego spiczasta czapka i rewolwer w skórzanej kaburze świadczyły o wyższej randze. Podniósł rękę i dwoma palcami wskazał krawężnik.

Zjechałem na pobocze za nim. Policjant oparł motocykl na stopce, zszedł z niego i stanął przede mną. Trzymając prawą rękę na kaburze, dwoma palcami lewej przesunął po gardle. Wyłączyłem silnik i zostałem na motocyklu.

 

Byłem spokojny. Policjanci od czasu do czasu mnie zatrzymywali, żeby porozmawiać i wziąć łapówkę. Zawsze na taką okazję trzymałem w kieszeni koszuli zwinięte pięćdziesiąt rupii. I nie miałem nic przeciwko temu. Gangsterzy rozumieją, że policjanci muszą sobie dorabiać – nie dostają wystarczająco wysokiej pensji za pracę, w której ryzykują życiem, więc z powodu tego niedopatrzenia nakładają podatek na społeczeństwo.

Ale coś w spojrzeniu tego policjanta, błysk czegoś groźniejszego od korupcji, obudziło mój niepokój. Policjant otworzył kaburę i wsunął rękę pod jej sztywną klapę, kładąc ją na kolbie rewolweru.

Uniosłem się z siodełka motoru. Moja ręka zaczęła powoli sunąć do noży ukrytych w pochwach pod połą mojej koszuli. W tych czasach policjanci nie tylko przyjmowali łapówki, ale także czasem strzelali do gangsterów.

Tuż za moimi plecami odezwał się czyjś głos:

– Na twoim miejscu bym tego nie robił.

Odwróciłem się i ujrzałem trzech mężczyzn. Czwarty siedział za kierownicą samochodu za nimi.

– Wiesz – powiedziałem, trzymając rękę na nożu pod koszulą – gdybyś był na moim miejscu, pewnie byś to zrobił.

Ten, który się odezwał, oderwał ode mnie wzrok i skinął głową policjantowi, który zasalutował, wsiadł na motocykl i odjechał.

– Niezły sposób – powiedziałem, odwracając się. – Muszę go zapamiętać, na wypadek gdybym stracił jaja.

– Możesz stracić jaja tu i teraz, gora – odparł chudy mężczyzna z cienkim wąsikiem, pokazując mi nóż ukryty w rękawie.

Spojrzałem mu w oczy. Odczytałem w nich bardzo krótką historię, opowiadaną przez strach i nienawiść. Nie chciałem jej czytać drugi raz. Przywódca uniósł rękę zniecierpliwiony. Był krępym mężczyzną pod czterdziestkę i nie podnosił głosu.

– Jeśli nie wsiądziesz do samochodu – powiedział cicho – strzelę ci w kolano.

– A gdzie mi strzelisz, jeśli wsiądę do samochodu?

– To zależy – rzucił, patrząc na mnie nieruchomo.

Był ubrany jak z żurnala: ręcznie szyta jedwabna koszula, luźne spodnie z szarej serży, skórzany pasek, mokasyny od Gucciego. Na środkowym palcu nosił złotą obrączkę, pasującą do rolexa na jego przegubie.

Pozostali mężczyźni rzucali okiem na mijające ich jeden po drugim samochody i pieszych na poboczach. Milczenie zaczęło mi się dłużyć. Postanowiłem je przerwać.

– Zależy od czego?

– Od tego, czy będziesz posłuszny.

– Nie lubię być posłuszny.

– Nikt nie lubi – odparł spokojnie. – Dlatego to daje tyle władzy.

– A to dobre. Powinieneś napisać książkę.

Serce mi łomotało. Bałem się. Żołądek mi się skręcił. To byli wrogowie, a ja znalazłem się w ich rękach. Prawdopodobnie już nie żyłem, jakkolwiek by na to patrzeć.

– Do samochodu – powiedział, pozwalając sobie na lekki uśmiech.

– Do rzeczy.

– Do samochodu.

– Jeśli zrobimy to tutaj, wpadniecie razem ze mną. Jeśli wsiądę do samochodu, przepadnę tylko ja. Rachunek jest prosty. Powinniśmy to zrobić tutaj.

– Kurwa! – rzucił ten z wąsikiem. – Zabijmy tego chudha i niech już raz będzie z tym spokój.

Masywny przywódca zastanowił się nad tym. Trochę to trwało. Nadal trzymałem rękę na nożu.

– Umiesz logicznie myśleć – zaczął. – Powiadają, że toczyłeś dyskusje filozoficzne z Kadirbajem.

– Nikt nie dyskutował z Kadirbajem.

– Mimo to dostrzegasz, że twoje stanowisko jest irracjonalne. Niczego nie stracę, zabijając cię. Ty zyskasz wszystko, ocalając życie do chwili, gdy się przekonasz, czego chcemy.

– Z wyjątkiem tego, że cię zabiję. To bym stracił. A na razie to najbardziej mi się podoba.

– Z wyjątkiem tego – przyznał z uśmiechem. – Ale widzisz, ile kłopotu sobie zadawałem tylko po to, żeby z tobą porozmawiać. Gdybym chciał twojej śmierci, jedna z moich ciężarówek rozjechałaby cię na tym motocyklu.

– Mojego motocykla w to nie mieszaj.

– Twojemu motocyklowi nic się nie stanie, yaar – rzucił ze śmiechem, kiwając głową w stronę chudego z wąsikiem. – Danda nim pojedzie. Wsiadaj do samochodu.

Miał rację. Nie było innego logicznego wyboru. Cofnąłem rękę. Przywódca skinął głową. Danda natychmiast uruchomił motocykl i kopnął stopkę. Warknął silnikiem, niecierpliwiąc się.

– Jak zrobisz krzywdę temu motorowi!... – krzyknąłem za nim, ale zanim zdążyłem dopowiedzieć groźbę do końca, wrzucił pierwszy bieg i pomknął z rykiem ulicą.

– Obawiam się, że Danda nie ma poczucia humoru – powiedział przywódca, patrząc, jak jego człowiek wymija chwiejnym slalomem samochody.

– Dobrze, bo jeśli zrobi krzywdę mojemu motorowi, nie będzie mu do śmiechu.

Przywódca roześmiał się i spojrzał mi prosto w oczy.

– Jak mogłeś filozofować z kimś takim jak Kadirbaj?

– Jak to?

– Tak to, że był szalony.

– Szalony czy nie, nigdy się z nim nie nudziłem.

– Czy jest coś, co nas nie nudzi na dłuższą metę? – spytał, wsiadając do samochodu.

– Poczucie humoru? – podsunąłem, idąc za nim.

Złapali mnie i było tak, jakbym wrócił do więzienia, bo nie mogłem nic na to poradzić. Przywódca znowu się roześmiał i skinął głową szoferowi, którego oczy widziałem w lusterku wstecznym.

– Zawieź nas tam, gdzie jest prawda – zwrócił się do niego w hindi, przyglądając mi się uważnie. – O tej porze dnia to odświeżające.

Inne książki tego autora