Cień góry

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ostatni mężczyzna przy stole, siedzący przed Husseinem i Abdullahem, odkaszlnął uprzejmie. Nazywał się Radżubaj i kontrolował handel walutami. Ten grubas, który dźwigał swoje brzuszysko z niekłamaną dumą, wyglądał jak mędrzec z dalekiej wioski, ale był urodzonym mumbajkarem. Jego głowę przykrywał wspaniały różowy turban, a na tradycyjny strój składało się białe dhoti pod sięgającą kolan serżową tuniką bez rękawów. Radżubaj, który swobodnie czuł się tylko w spokoju swojego kantoru, wiercił się, zerkając na zegarek, gdy Sanjay na niego nie patrzył.

– No dobrze – odezwał się w końcu Sanjay. – Ten gospodarz ma wielki tupet, przyznaję, ale zrobił coś niedopuszczalnego. To stanowiłoby zły przykład, a to niedobry czas na wysyłanie złych sygnałów. Abdullah, Hussein, Farid – weźcie jednego z tych wynajętych przez niego osiłków, największego, najtwardszego, przywódcę. Zabierzcie go na trzecie piętro tego drugiego budynku, nowego apartamentowca, który buduje się w Navy Nagar.

– Ji... – powiedział Abdullah. „Panie...”.

– Posłuż się tym nowym miejscem, które w zeszłym miesiącu zapłaciło Gangowi Skorpionów, a nie nam. Wyrzuć tego madachudha z trzeciego piętra. Byłoby fajnie, gdyby spadł na gabinet dyrektora albo jakieś ważne miejsce, żeby przesłać wiadomość i firmie budowlanej, i tym skurwielom Skorpionom. Ale najpierw pogadaj sobie od serca z gościem. Dowiedz się, co wie. Jeśli przeżyje upadek z okna, daj mu spokój.

– Jarur – rzucił Abdullah, kiwając głową. „Oczywiście”.

– A potem – podjął Sanjay – wyłap resztę tych ludzi i zabierz ich na spotkanie z typem, który ich wynajął. Niech go pobiją. Niech bandyci, którzy pracowali dla niego, zrobią z niego miazgę. Dopilnuj tego. Potem potnij im twarze i wypędź z miasta.

– Jarur.

– Jak gospodarz się ocknie, powiedz mu, że jego podatek zwiększył się dwukrotnie. Potem niech zapłaci za czas i kłopot, który nas kosztował. I za leczenie Lśniącego Patela i Rafika. Nie znam lepszego pieśniarza quawwali. Cholerna szkoda.

– To prawda – zgodził się Mahoud Melbaaf.

– Cholerna szkoda – westchnął Amir.

– Zapamiętałeś wszystko? – spytał Sanjay.

– Tak – powiedział Abdullah.

Sanjay odetchnął, wydymając policzki, i powiódł wzrokiem po pozostałych członkach rady.

– Czy to wszystko? – spytał.

Przez chwilę panowało milczenie. Potem przemówił Radżubaj.

– Czas i pieniądze nie czekają na nikogo – oznajmił, szukając sandałów.

Wszyscy wstali. Po kolei kiwali głową Tarikowi, chłopcu na cesarskim tronie, po czym wychodzili z pokoju. Został tylko Sanjay, a gdy i on ruszył do drzwi, podszedłem do niego.

– Sanjaybaj?

– A, Lin – rzucił, szybko się odwracając. – Jak było w Goa? Dobrą broń przywiozłeś, dobra robota.

– Było... w porządku.

– Ale?

– Ale pod moją nieobecność wydarzyły się dwie rzeczy. Rowerowi Zabójcy i Afgańczycy. Co się dzieje?

Jego twarz pociemniała z gniewu, zacisnął mocno wargi.

– Wiesz, Lin – powiedział Sanjay szeptem, pochylając się do mnie – nie łudź się, że twoja przydatność ma znaczenie. Wysłałem cię do Goa po broń, bo wszyscy moi lepsi ludzie są tam zbyt znani. I nie chciałem, żeby któryś z moich lepszych ludzi wpadł podczas tego pierwszego kursu, gdyby coś się nie udało. Czy to jasne?

– Wezwałeś mnie tutaj, żeby mi to powiedzieć?

– Nie wezwałem cię na to zebranie i nie pozwoliłem ci w nim uczestniczyć. Nigdy bym tego nie zrobił. I nie jestem z tego zadowolony. To Tarik cię wezwał i to on nalegał, żebyś został.

Razem odwróciliśmy się, żeby spojrzeć na chłopca.

– Masz czas, Lin? – spytał Tarik cicho, lecz zdecydowanie.

Nie było to pytanie.

– No – rzucił Sanjay głośniej, klepiąc mnie w ramię. – To ja się zbieram. Nie wiem, po co wracałeś. Ja po prostu kocham Goa. Na twoim miejscu bym zniknął i został na tej plaży na zawsze. Nie miałbym do ciebie pretensji, gdybyś tak zrobił.

Wyszedł, a ja znowu usiadłem koło Tarika. Byłem zły i nie od razu udało mi się spojrzeć w martwe oczy chłopca. Minęła cała minuta ciszy wypełnionej powolnym oddechem.

– Nie spytasz? – odezwał się w końcu Tarik, uśmiechając się blado.

– O co miałbym cię spytać?

– Dlaczego wezwałem cię na zebranie rady.

– Zakładałem, że wcześniej czy później mi to powiesz – odparłem, także się uśmiechając.

Tarik wyglądał, jakby chciał się roześmiać, ale nie stracił surowej pozy.

– Wiesz, Lin, to jedna z cech, które mój wuj najbardziej w tobie lubił. Parę razy powiedział mi, że w głębi duszy jesteś bardziej Inszallah – jeśli wiesz, o co mi chodzi – niż ktokolwiek z nas.

Nie odpowiedziałem. Założyłem, że przez „Inszallah” rozumie zwrot „wola boża” albo „jeśli Bóg pozwoli”, czyli że uważa mnie za fatalistę.

Nie była to prawda. Nie pytałem o to, co zrobiliśmy, bo mnie to nie obchodziło. Obchodzili mnie ludzie – niektórzy – i nic więcej. Nie dbałem o to, co mnie spotkało przez te lata po ucieczce z więzienia. Przyszłość zawsze wyglądała jak ogień, a przeszłość tonęła w zbyt głębokim mroku.

– Po śmierci wuja – podjął Tarik – wszyscy wykonaliśmy jego wolę i podzieliliśmy jego spory majątek.

– Pamiętam.

– Jak wiesz, otrzymałem dom i znaczną sumę pieniędzy.

Zerknąłem na Nazira. Twarz starego żołnierza pozostała niezmiennie groźna, ale jedna jego krzaczasta brew drgnęła z zainteresowaniem.

– A ty... – ciągnął Tarik. – Ty nic nie dostałeś od Kadirbaja. Nie zostałeś wymieniony w jego testamencie.

Kochałem Kadirbaja. Nieudani synowie mają dwóch ojców: tego zranionego, który ich spłodził, i tego, którego wybrały ich zranione serca. Ja wybrałem Kadirbaja i obdarzyłem go miłością.

Ale w tym wewnętrznym pokoju, gdzie prawda jest lustrem, wiedziałem z całą pewnością, że on – nawet jeśli miał dla mnie jakieś uczucia – uważał mnie za pionka w swojej wielkiej grze.

– Nigdy się tego nie spodziewałem.

– Nie spodziewałeś się, że będzie o tobie pamiętał? – spytał Tarik, przechyleniem głowy podkreślając swoją wątpliwość.

Był to dokładnie ten gest, którym posługiwał się Kadirbaj, gdy toczył ze mną dyskusje filozoficzne.

– Choć byłeś mu tak bliski? Choć nieraz mówił, że jesteś jego ulubieńcem? Choć wraz z Nazirem wyprawiliście się z nim w podróż, którą przypłacił życiem?

– Cholernie dobrze mówisz po angielsku – zauważyłem, starając się zmienić temat. – Ta nowa nauczycielka świetnie się spisuje.

– Lubię ją – powiedział Tarik, ale potem drgnął nerwowo i poprawił się pospiesznie. – To znaczy... Szanuję moją nauczycielkę. Jest doskonałym pedagogiem. Lepszym od ciebie, jeśli mogę tak powiedzieć.

Nastąpiła chwila milczenia. Położyłem ręce na kolanach, dając znak, że jestem gotów odejść.

– No, to...

– Czekaj! – rzucił szybko.

Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na niego ostro, ale widząc przyczajoną w jego spojrzeniu prośbę, znowu usiadłem i założyłem ręce na piersi.

– W... w tym tygodniu – zaczął znowu – znaleźliśmy nowe dokumenty wuja. Te dokumenty zaginęły w jego Koranie. Właściwie nie zaginęły, po prostu do tej pory ich nie znaleźliśmy. Mój wuj włożył je tam tuż przed wyprawą do Afganistanu.

Chłopiec urwał, a ja spojrzałem znowu na jego ochroniarza, mojego przyjaciela Nazira.

– Zostawił ci podarunek – rzucił gwałtownie Tarik. – Miecz. Swój miecz, który należał do jego pradziadka i dwukrotnie został użyty w walce z Anglikami.

– To pewnie pomyłka.

– Zapis jest bardzo konkretny – oznajmił Tarik sztywno. – W razie jego śmierci masz odziedziczyć miecz. Nie jako spadek, lecz jako dar, z moich rąk do twoich. Zrobisz mi zaszczyt, jeśli go przyjmiesz.

Nazir przyniósł broń. Rozwinął ją z jedwabnej osłony i podał mi w uniesionych dłoniach.

Był to długi miecz w szerokiej srebrnej pochwie, ozdobionej wzorem w jastrzębie w locie. Na jej czubku znajdował się werset z Koranu. Rękojeść miecza była zrobiona z lapis-lazuli, inkrustowana turkusem maskującym nity. Jelec z kutego srebra zataczał wdzięczny łuk od głowicy aż po wąsy.

– To pomyłka – powtórzyłem, wpatrując się w rodowy skarb. – Ten miecz powinien należeć do ciebie. Musi należeć do ciebie.

Chłopiec uśmiechnął się z wdzięcznością i tęsknotą.

– Masz rację, powinien należeć do mnie. Ale dokument spisany ręką Kadirbaja nie pozostawia wątpliwości. Broń jest twoja. I nawet nie myśl o tym, żeby z niej zrezygnować. Znam cię. Jeśli spróbujesz mi ją oddać, obrazisz mnie.

– Mam jeszcze jeden argument – powiedziałem, nadal wpatrując się w miecz. – Wiesz, że w moim kraju uciekłem z więzienia. W każdej chwili mogę zostać aresztowany i odesłany. Jeśli tak się stanie, miecz przepadnie.

– Nigdy nie będziesz miał problemu z bombajską policją – odparł Tarik. – Jesteś z nami. Nie stanie ci się tu żadna krzywda. A jeśli opuścisz miasto na dłużej, możesz oddać miecz Nazirowi, który będzie go chronić do twojego powrotu.

Skinął głową Nazirowi, który pochylił się w moją stronę, zmuszając mnie w ten sposób do przejęcia miecza z jego rąk. Spojrzałem mu w oczy. Wygiął usta w uśmiechu.

– Przyjmij miecz – powiedział w urdu. – I dobądź go.

Miecz był lżejszy, niż się spodziewałem. Znowu usiadłem, położywszy go na kolanie.

W tej chwili ciszy w porzuconej rezydencji zawahałem się, myśląc, że gdybym teraz dobył miecza, uwolniłbym uwięzione na jakiś czas wspomnienia. Ale tradycja wymagała, żebym to zrobił na znak, że go przyjmuję.

Wyciągnąłem ostrze na światło dzienne i stanąłem, trzymając jego czubek tuż nad marmurową posadzką. I rzeczywiście, poczułem: ten przedmiot miał moc przywoływania wspomnień.

 

Znowu schowałem miecz do pochwy i odwróciłem się do Tarika. Chłopiec wskazał mi głową miejsce obok siebie. Raz jeszcze usiadłem z mieczem na kolanach.

– Co jest napisane na klindze? – spytałem. – Nie znam alfabetu arabskiego.

– Inna Lillahi wa inna... – zaczął Tarik poezję Koranu.

– ...ilayhi raji’un – skończyłem.

Znałem ten cytat. „Należymy do Boga i do Boga powracamy”. Każdy muzułmański gangster wypowiadał te słowa przed bitwą. Wszyscy je wypowiadaliśmy, nawet jeśli wyznawaliśmy inną religię – tak na wszelki wypadek.

Fakt, że nie potrafiłem nawet odczytać arabskiej inskrypcji na rodowym mieczu Kadirbaja, sprawił, że twarz Tarika stężała w gorzkim grymasie. Współczułem mu. Sam przyznawałem, że nie zasłużyłem na ten miecz. Nawet nie mogłem sobie wyobrazić, co oznacza on dla Tarika.

– Wśród dokumentów, które znaleźliśmy w Świętej Księdze, był list – powiedział chłopiec, panując nad każdym oddechem i słowem. – Do ciebie.

Poczułem, że kobra w moim sercu podnosi głowę. List. To mi się nie podobało. Nie lubiłem listów. Mroczna przeszłość jest zawsze jak wampir żywiący się krwią żyjących chwil, a listy to jej zwiastuny.

– Zaczęliśmy go czytać – ciągnął Tarik – nie wiedząc, że jest zaadresowany do ciebie. Dopiero w połowie się zorientowaliśmy. Wtedy przestaliśmy czytać. Nie znamy jego drugiej części. Nie znamy jego zakończenia. Ale wiemy, że zaczyna się od Sri Lanki.

Czasem rzeka życia znosi cię na mieliznę. List, miecz, decyzje podjęte na zebraniu rady, „nie łudź się, że twoja przydatność ma znaczenie”, Rowerowi Zabójcy, broń z Goa, Sri Lanka – strumienie zbiegów okoliczności i konsekwencji. A gdy widzisz zbliżającą się mieliznę, masz do wyboru dwie drogi: zostać w łodzi lub z niej wyskoczyć.

Nazir podał Tarikowi srebrną kopertę. Tarik uderzył nią o dłoń.

– Mój wuj – powiedział jeszcze ciszej – zawsze dawał prezenty pod pewnymi warunkami i nigdy niczego nie przyjmował bez...

– Konsekwencji – dokończyłem.

– Chciałem powiedzieć „oddania”. Ten dom był darem, który Kadirbaj przekazał mi w testamencie, ale pod warunkiem, że nigdy go nie opuszczę, nawet na minutę, dopóki nie skończę osiemnastu lat.

Nie kryłem wstrząsu. Nie miałem pojęcia, co przechodzi i kim się staje Tarik.

– Co?!

– Nie jest tak źle – oznajmił Tarik, zaciskając zęby na widok mojego oburzenia. – Wszyscy nauczyciele przychodzą do mnie. Uczę się wszystkiego. Angielskiego, przyrody, religii, ekonomii i sztuki walki. A Nazir i reszta służby nie odstępują mnie ani na krok.

– Ale masz czternaście lat! Wytrzymasz tak kolejne cztery lata? Spotykasz się z jakimiś dziećmi?

– Mężczyźni z mojego rodu dowodzą ludźmi w bitwach, mając piętnaście lat – odparł Tarik, piorunując mnie wzrokiem. – Już teraz żyję zgodnie z przeznaczeniem. Czy potrafisz powiedzieć to samo o sobie?

Determinacja młodych to najsilniejsza energia, jaką może z siebie wykrzesać samotny człowiek. Nie chciałem go krytykować, zamierzałem mu tylko uświadomić, że ma inne wyjście.

– Tarik... – westchnąłem. – Nie mam bladego pojęcia, o czym mówisz.

– Nie będę wyłącznie naśladować mojego wuja – oznajmił powoli, jakby uważał mnie za dziecko. – Pewnego dnia stanę się Kadirbajem i obejmę rządy nad tymi ludźmi, których tu dzisiaj widziałeś. Także nad tobą. Będę twoim przywódcą. Jeśli nadal jesteś z nami.

Znowu zerknąłem na Nazira, który odpowiedział mi spojrzeniem rozświetlonym cichą dumą. Ruszyłem do wyjścia.

– List! – rzucił szybko Tarik.

Nagle ogarnięty gniewem, odwróciłem się do niego gwałtownie. Już miałem przemówić, ale Tarik uniósł rękę z listem.

– Zaczyna się wzmianką o Sri Lance – powiedział, podając mi srebrną kopertę. – Wiem, że to było jego życzenie. Dałeś słowo, że tam pojedziesz, tak?

– Tak – mruknąłem, przyjmując list z jego smukłych palców.

– Nasi agenci z Trikunamalai mówią, że wkrótce nadejdzie pora, żebyś spełnił swoją obietnicę.

– Kiedy? – spytałem, trzymając dwa spadki: list i miecz.

– Wkrótce – powiedział Tarik, rzucając okiem na Nazira. – Abdullah cię powiadomi. Ale bądź gotów w każdej chwili. Już niedługo.

Rozmowa dobiegła końca. Zimna uprzejmość sprawiała, że chłopiec nadal siedział, ale widziałem, że chciałby już odejść, a jeszcze bardziej – żebym ja odszedł.

Wyszedłem przez drzwi prowadzące na dziedziniec. Towarzyszył mi Nazir. W progu odwróciłem się, by spojrzeć na tego wysokiego chłopca, nadal siedzącego na cesarskim tronie, z głową opartą na ręce. Jego kciuk wpierał się w policzek z dołeczkiem, pozostałe palce obejmowały czoło. Dokładnie w takiej pozie widywałem zamyślonego Kadirbaja.

W drzwiach wyjściowych Nazir wyjął perkalowy pokrowiec z paskiem. Miecz doskonale się w nim zmieścił. Mogłem go przewiesić przez plecy na czas jazdy motocyklem.

Nazir przełożył mi pasek przez ramię i długo układał miecz, aż w końcu uzyskał odpowiednio estetyczny kąt. Potem objął mnie szybko, gwałtownie i wstydliwie, miażdżąc mi żebra obręczą swoich ramion.

Odszedł bez słowa, bez jednego spojrzenia. Dreptał na krzywych nogach najszybciej, jak potrafił, spiesząc się do chłopca, tego młodzieńca, który był jego panem i jedyną miłością: przywróconym do życia Kadirbajem, któremu znowu mógł służyć.

Patrząc za nim, przypomniałem sobie czasy, gdy ta rezydencja była pełna roślin i melodyjnego szmeru wody, a oswojone gołębie chodziły za Nazirem krok w krok po ogromnym domu. Te ptaki go kochały.

Ale teraz ptaki zniknęły, a jedynym dźwiękiem był zgrzyt metalu o metal, jak szczękanie zębów na lodowatym wichrze – odgłosy pocisków wkładanych w magazynki kałasznikowów, jedna skoncentrowana śmierć po drugiej.

8

Na ulicy przedwieczorne światło rozjaśniało twarze, jakby cały świat rumienił się na myśl o tym, co przyniesie noc. Abdullah czekał na mnie na motocyklu zaparkowanym koło mojego. Dał parę rupii dzieciom, które pilnowały naszych pojazdów. Malcy krzyknęli ze szczęścia i pobiegli do sklepu z cukierkami, żeby kupić papierosy.

Abdullah ruszył za mną na ulicę. Odezwałem się dopiero na czerwonym świetle.

– Umówiłem się z Lisą w Maheshu. Idziesz?

– Pojadę tam z tobą – odparł poważnie – ale nie dołączę do was. Mam pracę.

Jechaliśmy w milczeniu bulwarem handlowym Mohammed Ali Road. Uwodzicielskie wonie bazarów z perfumami ustąpiły miejsca słodkim aromatom sklepów z firni, rabri i faludą. Olśniewającą wspaniałość straganów z bransoletkami zaćmiły fantastyczne fraktale perskich dywanów, rozwieszonych jeden za drugim na całą długość przecznicy.

Gdy długa droga zakończyła się w pobliżu wielkiego kompleksu Crawford Market gęstwiną wózków, pojechaliśmy skrótem pod prąd do kolejnego skrzyżowania.

Wróciwszy do właściwego kierunku ruchu, zatrzymaliśmy się na światłach na skrzyżowaniu przy kinie Metro, na którego pierwszym piętrze wisiał wielki plakat. Twarze Złego i Dobrego, skąpane w zieleniach, żółciach i fioletach, zapowiadały historię miłości i krzywdy zza cierni pistoletów i szabli.

Upchnięte w samochodach i taksówkach rodziny gapiły się łapczywie na ten plakat. Chłopiec w samochodzie obok mnie pomachał, wskazał poster i zrobił z dłoni pistolet, który we mnie wycelował. Nacisnął spust. Udałem, że kula trafiła mnie w ramię, a chłopiec się roześmiał. Jego rodzina też. I ludzie w innych samochodach.

Matka chłopca, kobieta o dobrej twarzy, dała mu znak, żeby znowu do mnie strzelił. Mały wycelował, zmrużył oko i strzelił. Odegrałem wielką scenę śmierci Złego Faceta i znieruchomiałem, leżąc na zbiorniku paliwa. Kiedy się wyprostowałem, wszyscy pasażerowie samochodów bili brawo, machali mi i zanosili się śmiechem. Ukłoniłem się i odwróciłem się do Abdullaha, który wpatrywał się we mnie pobladły, ze zgrozą.

Usłyszałem jego myśli: Jesteśmy ludźmi firmy. Szacunek i strach. Jedno lub drugie, nic innego. Szacunek i strach.

Dopiero widok morza w drodze do hotelu Mahesh w końcu złagodził jego surową minę. Abdullah jechał powoli, z jedną dłonią na rączce gazu, drugą opierając o biodro. Zbliżyłem się do niego, położyłem mu lewą rękę na ramieniu. Gdy się żegnaliśmy, zadałem mu pytanie, które gnębiło mnie przez całą jazdę.

– Wiedziałeś o mieczu?

– Wszyscy o nim wiedzą, Lin, mój bracie.

Nasze ręce się rozłączyły, ale nie spojrzenia.

– Niektórzy – dodał ostrożnie Abdullah – zazdroszczą ci go.

– Andrew.

– To jeden z nich. Ale nie jedyny.

Nie odpowiedziałem. Zacisnąłem usta, pełne goryczy po tym, co usłyszałem. Słowa Sanjaya – „nie łudź się, że twoja przydatność ma znaczenie” – poraziły mnie jak letnia błyskawica, a jakiś głos w mojej głowie powtarzał, wołał, żebym uciekał, gdziekolwiek, dokądkolwiek, zanim wszystko to się źle skończy.

A potem pojawiła się Sri Lanka.

– Zobaczymy się jutro, Inszallah – powiedziałem, parkując motocykl.

– Jutro, Inszallah – potwierdził, odjeżdżając. – Allah hafiz! – rzucił, nie oglądając się. „Niech cię Allah strzeże”.

– Allah hafiz – powtórzyłem pod nosem.

Stojący przed drzwiami hotelu Mahesh sikhijscy strażnicy przyjrzeli się z pewnym zainteresowaniem przypasanej do moich pleców paczce w kształcie miecza, ale pozwolili mi przejść, kiwając głowami i uśmiechając się do mnie. Dobrze mnie znali. Paszporty, zostawione przez gości, którzy uciekali, nie płacąc rachunków, docierały do mnie dzięki ochroniarzom lub recepcjonistom z niemal wszystkich hoteli w mieście.

Książki, jak nazywaliśmy nielegalne paszporty, płynęły do mnie ciągłym strumieniem, po piętnaście lub więcej na miesiąc w sezonie. A należały do rodzaju najlepszych z najlepszych – ich straty właściciele nie zgłaszali. W biurach ochrony we wszystkich pięciogwiazdkowych hotelach świata znajduje się ściana pełna zdjęć ludzi, którzy uciekli z hotelu bez płacenia, czasem zostawiając swój paszport. Większość osób spoglądała na tę ścianę, by zidentyfikować przestępców. Ja robiłem to z powodów handlowych.

W hotelowym holu powiodłem wzrokiem po otwartej przestrzeni kawiarni i dostrzegłem Lisę, nadal rozmawiającą z przyjaciółmi obok wysokich, szerokich okien z widokiem na morze.

Postanowiłem spłukać uliczny kurz z twarzy i rąk, zanim pójdę się z nią przywitać, więc ruszyłem do łazienki. Otwierając drzwi, usłyszałem za plecami głos:

– Czy to coś na twoich plecach to miecz, czy tylko nie cieszysz się na mój widok?

Odwróciłem się do Randżita, początkującego giganta mediów, przystojnego sportowca i działacza politycznego – człowieka, za którego wyszła Karla, moja Karla. Uśmiechał się.

– Nigdy się nie cieszę na twój widok, Randżit. Żegnam.

Randżit znowu się uśmiechnął. Wyglądało to jak uczciwy, szczery uśmiech. Nie przyglądałem mu się za długo, bo mężczyzna, który się do mnie uśmiechał, był mężem Karli.

– Żegnaj, Randżit.

– Co? Nie, zaraz! – rzucił szybko. – Chciałbym z tobą porozmawiać.

– Porozmawiałeś. Żegnaj.

– Nie, serio! – Randżit stanął przede mną. Jego uśmiech niemal się nie zmienił. – Właśnie wyszedłem z zebrania i wracałem do domu, ale cholernie się cieszę, że na ciebie wpadłem.

– Wpadnij na kogoś innego.

– Proszę, proszę. Ja... nie używam tego słowa codziennie.

– Czego chcesz?

– Chcę... chcę z tobą o czymś porozmawiać.

Obejrzałem się na Lisę, która siedziała z przyjaciółmi. Podniosła głowę i złapała moje spojrzenie. Skinąłem głową. Zrozumiała i odpowiedziała takim samym ruchem, po czym znowu zajęła się przyjaciółmi.

– O co ci chodzi? – spytałem.

Przez jego nieskazitelną twarz przebiegł skurcz zaskoczenia.

– Jeśli to niewłaściwy moment...

– Między nami nie ma właściwych momentów, Randżit. Do rzeczy.

– Lin... Na pewno moglibyśmy być przyjaciółmi, gdybyśmy tylko...

– Nie udawaj, że to dotyczy nas. Nie ma nas. Wiedziałbym, gdyby było inaczej.

– Mówisz, jakbyś mnie nie lubił, a przecież mnie nie znasz.

– Nie lubię cię. I to wystarczy. Gdybym cię znał, na pewno byłoby gorzej.

– Dlaczego?

– Co „dlaczego”?

– Dlaczego mnie nie lubisz?

– Wiesz co, jeśli zamierzasz stać w tym holu i pytać wszystkich, dlaczego cię nie lubią, lepiej wynajmij sobie pokój, bo spędzisz tu całą noc.

– Ale, czekaj... ja... nie rozumiem.

–Twoje ambicje narażają Karlę – oznajmiłem cicho. – A to mi się nie podoba. I ty mi się nie podobasz, ponieważ to robisz. Czy to jasne?

 

– Chciałem z tobą porozmawiać o Karli – odparł, patrząc na mnie uważnie.

– O czym?

– Chcę mieć pewność, że jest bezpieczna, to wszystko.

– Jak to „bezpieczna”?

Randżit zmarszczył brwi. Westchnął, na chwilę opuszczając głowę.

– Nawet nie wiem, od czego zacząć...

Rozejrzałem się i zaprowadziłem go do dwóch pustych foteli w holu. Zdjąłem miecz i usiadłem, trzymając na kolanach owiniętą w perkal broń. Natychmiast podszedł do nas kelner, ale odprawiłem go z uśmiechem. Randżit przez jakiś czas siedział ze zwieszoną głową, wpatrując się w dywan. W końcu wzruszył ramionami i wziął się w garść.

– Wiesz, że ostatnio mocno się zaangażowałem w politykę. Prowadzę pewne ważne kampanie. Wszystkie gazety, których nie jestem właścicielem, dobierają mi się do skóry. Pewnie słyszałeś.

– Słyszałem, że kupujesz głosy. To denerwuje ludzi. Wracaj do tematu Karli.

– Czy... czy z nią rozmawiałeś?

– Dlaczego o to pytasz?

– Rozmawiałeś?

– Koniec rozmowy.

Podniosłem się, ale zmusił mnie, żebym znowu usiadł.

– Pozwól mi to wytłumaczyć. Prowadziłem intensywną kampanię prasową przeciwko Włóczni Karmy.

– Włóczni, która uderzy w Karlę, jeśli nie przestaniesz prowokować ludzi.

– Właśnie... właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać. Widzisz... wiem, że nadal ją kochasz.

– Żegnam – rzuciłem, znowu wstając.

Randżit chwycił mnie za nadgarstek. Spojrzałem na jego rękę.

– Nie radzę.

Cofnął dłoń.

– Proszę, zaczekaj. Usiądź i wysłuchaj tego, co mam do powiedzenia.

Usiadłem. Gardło mi się ściskało – ale to jego gardło chciałem ścisnąć.

– Pomyślisz, że to nietakt, ale chyba zechcesz się dowiedzieć, że Karla jest w niebezpieczeństwie.

– Ty jesteś dla niej niebezpieczeństwem. Powinieneś się wycofać. Jak najszybciej.

– Grozisz mi?

– Tak. Bardzo się cieszę, że sobie porozmawialiśmy.

Patrzyliśmy na siebie przez tę przestrzeń, która dzieli drapieżnika i ofiarę: gorącą, naładowaną elektrycznością, przeszywającą.

Karla. Ta chwila przed laty, gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy mojego pierwszego dnia w Bombaju, a moje serce sfrunęło na jej rękę jak ptak łowczy.

Wykorzystała mnie. Kochała mnie, dopóki jej nie pokochałem. Zwerbowała mnie do pracy dla Kadirbaja. Kiedy krew spłynęła wraz z nienawiścią i chęcią zemsty, a rany zmieniły się w plątaninę blizn, Karla – patrząc mi prosto w oczy – wyszła za przystojnego, uśmiechniętego milionera. Karla.

Zerknąłem na Lisę, piękną i jaśniejącą, w towarzystwie przyjaciół artystów. Poczułem gorycz w ustach, serce zabiło mi mocniej. Nie rozmawiałem z Karlą od dwóch lat, ale czułem, że siedząc tutaj i słuchając Randżita, zdradzam Lisę. Znowu wróciłem wzrokiem do Randżita. Nie byłem zadowolony.

– Widzę to – oznajmił. – Nadal ją kochasz.

– Chcesz oberwać? Bo jeśli tak, to już to sobie załatwiłeś.

– Nie, nie. Jestem pewien, że nadal ją kochasz – powiedział szczerze, jak mi się wydawało – bo, wiesz, ja na twoim miejscu nadal bym ją kochał, nawet gdyby mnie zostawiła, żeby wyjść za innego. Istnieje tylko jedna taka kobieta jak Karla. Istnieje tylko jeden szalony sposób, żeby ją kochać. Obaj o tym wiemy.

W garniturach najlepsze jest to, że zawsze jest je za co chwycić. Ja chwyciłem go za marynarkę, koszulę i krawat.

– Przestań mówić o Karli – rzuciłem. – Bo będzie za późno.

Otworzył usta, chyba po to, żeby krzyknąć, ale zmienił zdanie. Był człowiekiem u władzy, aspirującym do jeszcze większej władzy, i nie mógł robić scen.

– Proszę, proszę, nie chcę cię denerwować – powiedział. – Chcę, żebyś pomógł Karli. Jeśli cokolwiek się ze mną stanie, obiecaj...

Puściłem go, a on cofnął się szybko, wyprostował się i wygładził garnitur.

– O czym ty mówisz?

– W zeszłym tygodniu był zamach na moje życie – oznajmił ze smutkiem.

– Ty sam dokonujesz zamachu na swoje życie – za każdym razem, gdy otwierasz usta.

– Ktoś podłożył bombę w moim samochodzie.

– Opowiedz mi o tym.

– Mój kierowca oddalił się od samochodu tylko na parę minut, żeby kupić paan. Na szczęście po powrocie zauważył wystający drucik i znalazł bombę. Wezwaliśmy policję, która odholowała samochód. To nie była prawdziwa bomba, ale w liście napisali, że następnym razem będzie. Udało mi się zataić to przed prasą. Jak wiesz, mam pewne możliwości.

– Zmień kierowcę.

Randżit roześmiał się bez przekonania.

– Zmień kierowcę – powtórzyłem.

– Kierowcę?

– To słabe ogniwo. Możliwe, że znalazł bombę, bo sam ją tam podłożył. Zapłacono mu, żeby cię przestraszyć.

– E... żartujesz. Pracuje dla mnie od trzech lat...

– I dobrze. Daj mu hojną odprawę. Ale się go pozbądź.

– Jest tak lojalny...

– Karla o tym wie?

– Nie. I nie chcę, żeby się dowiedziała.

Teraz to ja się roześmiałem.

– Karla jest dorosła. I inteligentna. Nie ukryjesz tego przed nią.

– Ale...

– Zmarnujesz swoje najlepsze źródło, jeśli jej nie powiesz. Jest od ciebie inteligentniejsza. Jest inteligentniejsza niż którykolwiek z nas.

– Ale...

– Powiedz jej.

– Może. Może masz rację. Ale ja chcę tylko jakoś to opanować, rozumiesz? Chyba sobie poradzę. Mam dobrą ochronę. Martwię się tylko o nią. To moje jedyne prawdziwe zmartwienie.

– Już ci powiedziałem, wycofaj się. Zostaw na jakiś czas politykę. Powiadają, że ryba psuje się od głowy. Ta ryba jest cała zepsuta. Za długo w tym siedzisz.

– Nie wycofam się, Lin. Ci ludzie... ci fanatycy... właśnie tak zwyciężają. Zastraszają wszystkich.

– Teraz będziesz mnie uczyć polityki?

Uśmiechnął się; pierwszy jego uśmiech, który niemal mi się spodobał, bo przeświecało przez niego coś milszego od blasku zwycięstwa.

– Myślę... myślę, że jesteśmy na skraju prawdziwie wielkiej zmiany myślenia i postępowania, a może nawet marzeń o tym kraju. Jeśli wygrają lepsze umysły, jeśli w Indiach zapanuje prawdziwie nowoczesna, świecka demokracja, z prawami i wolnością dla wszystkich, następny wiek będzie należał do naszego państwa, które stanie na czele świata.

Spojrzał w moje oczy i dostrzegł w nich sceptycyzm. Miał rację co do przyszłości Indii, wszyscy w Bombaju wiedzieli to i czuli, ale jego słowa były przemową, i to już kiedyś wygłaszaną.

– Wiesz co – powiedziałem – wszyscy politycy ze wszystkich partii tak mówią.

Otworzył usta, żeby zaprotestować, ale powstrzymałem go, unosząc rękę.

– Nie zajmuję się polityką, ale potrafię rozpoznać nienawiść i wiem, że kiedy się ją rozjuszy, może zaatakować.

– Cieszę się, że to rozumiesz – westchnął, opuszczając ramiona.

– Nie o moje zrozumienie powinieneś walczyć.

Znowu się wyprostował.

– Nie boję się ich!

– To była bomba, Randżit. Oczywiście, że się boisz. Ja boję się choćby o tym z tobą rozmawiać. Wolałbym, żebyś był daleko stąd.

– Gdybym wiedział, że zaopiekujesz się nią razem z... ze swoimi przyjaciółmi, mógłbym stawić czoło sytuacji ze spokojnym sercem...

Zmarszczyłem brwi. Ciekawe, czy wiedział, że w jego prośbie kryje się wiele powodów do ironicznego uśmiechu.

Postanowiłem przypomnieć mu o jednym z nich.

– Parę tygodni temu twoja popołudniówka zamieściła dość napastliwy artykuł o bombajskiej mafii. Wymieniono z nazwiska jednego z tych moich, jak mówisz, przyjaciół. Autor nawoływał do aresztowania go lub wygnania z miasta. A to człowiek, któremu nie postawiono żadnych zarzutów. Co się stało z zasadą domniemania niewinności? Co się stało z dziennikarstwem?

– Wiem.

– O ile sobie przypominam, w innym artykule w twojej gazecie nawoływano do kary śmierci w sprawie innego mojego przyjaciela.

– Tak...

– A teraz prosisz mnie...

– O to, by ci sami ludzie ochronili Karlę. Wiem, że jestem hipokrytą. Po prostu nie mam się do kogo zwrócić. Ci fanatycy wdarli się wszędzie. Do policji, wojska, szkół, związków, agencji rządowych. Jedynymi ludźmi w Bombaju, którzy się im nie dali, są...

– Moi przyjaciele.

– Właśnie.

Właściwie było to na swój sposób całkiem zabawne. Wstałem, trzymając miecz w ręce. Randżit wstał ze mną.

– Powiedz Karli o wszystkim – oznajmiłem. – O wszystkim, co przed nią ukrywałeś. Powiedz jej to. Niech sama zdecyduje, czy zostanie.

– Tak... tak, oczywiście. A nasza umowa? W sprawie Karli?

Inne książki tego autora