Cień góry

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Od Leopolda do mojego mieszkania miałem blisko. Zjechałem z zatłoczonej turystycznej ulicy, minąłem posterunek policji w Kolabie i dotarłem do zakrętu, znanego wszystkim kierowcom taksówek w Bombaju jako Elektryczny Dom.

Po skręcie w prawo z obsadzonej drzewami ulicy za posterunkiem ujrzałem narożnik wiezienia. Siedziałem w tych celach. Gdy przejeżdżałem powoli, moje oczy zdradziły mnie i spojrzały na wysokie zakratowane okna. Mała kaskada wspomnień, smród otwartych latryn, kłębowisko mężczyzn, walczących o odrobinę czystsze miejsce przy kratach. Przy następnym narożniku skręciłem w bramę prowadzącą na dziedziniec budynku Beaumont Villa, gdzie zatrzymałem rower. Skinąłem głowę strażnikowi i pobiegłem na trzecie piętro, przeskakując po trzy schodki naraz.

Otworzyłem drzwi, zadzwoniwszy parę razy. Wszedłem przez salon do kuchni, rzuciłem w przelocie torbę i klucze na stół. Nie znalazłem jej ani tam, ani w sypialni, więc wróciłem do salonu.

– Cześć, skarbie – zawołałem z amerykańskim akcentem. – Wróciłem.

Jej śmiech wpadł do pokoju przez powiewające firanki na tarasie. Rozgarnąłem je i zobaczyłem ją, klęczącą z rękami w ziemi ogródka wielkości walizki. Wokół niej kręciło się małe stadko gołębi, dziobiących okruszki i przeganiających się nawzajem.

– Zadajesz sobie tyle kłopotu, żeby zrobić tu ogród – odezwałem się – a potem pozwalasz, żeby ptaki ci go rozdziobały.

– Nic nie rozumiesz – powiedziała Lisa, zwracając na mnie oczy w kolorze akwamaryny. – Urządziłam ogród, żeby przyciągnąć ptaki. To na nich mi zależało.

– Ty jesteś moim stadkiem ptaków – powiedziałem, kiedy wstała, żeby mnie pocałować.

– Cudownie – rzuciła przekornie. – Pisarz znowu wrócił do domu.

– I jest cholernie zadowolony, że cię widzi. – Zacząłem ciągnąć ją w stronę sypialni.

– Uświniłam sobie ręce! – zaprotestowała.

– Mam nadzieję na świństwa.

– Nie, serio! – Cofnęła się ze śmiechem. – Weźmiemy prysznic...

– Mam nadzieję.

– Ty weźmiesz prysznic – powtórzyła, omijając mnie z daleka – i natychmiast się przebierzesz.

– Przebiorę? A po co nam jakieś ubrania?

– Potrzebne. Wychodzimy.

– Lisa, dopiero wróciłem. Po dwóch tygodniach.

– Po prawie trzech. I będzie mnóstwo czasu, żeby się przywitać, zanim powiemy sobie „dobranoc”.

– Przywitanie brzmi jakoś podobnie do pożegnania.

– Powitanie jest zawsze pierwszą częścią pożegnania. Idź się zmoczyć.

– Dokąd idziemy?

– To ci się spodoba.

– Czyli bardzo mi się nie spodoba, tak?

– Galeria sztuki.

– O, świetnie.

– Odwal się – rzuciła ze śmiechem. – Są dobrzy. Kontrowersyjni. Prawdziwi artyści. Będziesz zachwycony. I to naprawdę ważne wydarzenie. Jeśli się nie pospieszysz, spóźnimy się. I bardzo się cieszę, że wróciłeś na czas.

Zmarszczyłem brwi.

– No, weź. – Roześmiała się. – Co nam zostanie, gdy zabraknie sztuki?

– Seks. Jedzenie. I znowu seks.

– W galerii będzie mnóstwo jedzenia – oznajmiła, popychając mnie w stronę prysznica. – I pomyśl, jak wdzięczne będzie twoje stadko ptaków, kiedy wrócimy z tej galerii, do której stadko bardzo, bardzo chce iść i do którego się spóźnimy, jeśli nie wleziesz pod ten prysznic natychmiast!

W kabinie zdjąłem koszulę przez głowę. Lisa odkręciła wodę, która smagnęła moje plecy i dżinsy.

– Hej! – krzyknąłem. – To moje najlepsze spodnie!

– W których chodziłeś przez wiele tygodni! – zawołała Lisa z kuchni. – Dziś włożysz drugie najlepsze.

– I jeszcze nie dałem ci prezentu! Mam go w kieszeni tych dżinsów, które przemoczyłaś!

Lisa stanęła w drzwiach.

– Przyniosłeś mi prezent?

– Oczywiście.

– Dobrze. To słodkie. Spojrzę na niego później.

Znowu zniknęła mi z oczu.

– Dobrze! – rzuciłem za nią. – Tak zróbmy. Jak już się ubawimy w galerii.

Wychodząc spod prysznica, usłyszałem, jak Lisa śpiewa piosenkę z indyjskiego filmu. Przypadkiem, a może za sprawą tej synchroniczności, która przeplata się przez spiralne komnaty miłości, była to ta sama piosenka, którą śpiewałem zaledwie parę godzin temu na ulicy, idąc z Vikramem i Naveenem. A później, kiedy zabieraliśmy nasze rzeczy, nuciliśmy tę piosenkę razem.

Zasady ruchu w Bombaju obmyślili akrobaci z myślą o małych słoniach. Po dwudziestu minutach motocyklowych wyczynów dotarliśmy do Cumballa Hill, bogatej dzielnicy na najbardziej prestiżowym bombajskim wzgórzu.

Zaparkowałem motocykl przed modnie kontrowersyjną galerią Backbeat u wylotu modnie ortodoksyjnej Carmichael Road. Przed galerią stały drogie zagraniczne samochody i bogate miejscowe osoby.

Lisa wprowadziła mnie do środka, lawirując w gęstym tłumie. Ciżba stłoczona w podłużnym pomieszczeniu pewnie dwukrotnie przekraczała dopuszczalne normy stu pięćdziesięciu osób, widniejące na znaku ostrzegawczym straży pożarnej przy wejściu.

„Jeśli nie znosisz gorąca, wyjdź z płonącego budynku”.

Lisa w końcu odszukała swoje przyjaciółki i przystąpiliśmy do poznawania się z niemal anatomiczną dokładnością.

– To Rosanna – oznajmiła Lisa, wciśnięta koło niskiej dziewczyny z dużym, ozdobnym złotym krzyżykiem; stopy przybitego do niego Zbawiciela znajdowały się tuż między jej piersiami. – A to Lin. Właśnie wrócił z Goa.

– W końcu się poznajemy – powiedziała Rosanna, wpierając się we mnie piersią, kiedy podniosła rękę, żeby przesunąć nią po krótkich, najeżonych włosach. Mówiła z amerykańskim akcentem, ale z indyjskimi samogłoskami. – Co cię sprowadziło do Goa?

– Listy miłosne i rubiny.

Rosanna zerknęła na Lisę.

– Nie patrz na mnie – westchnęła Lisa, wzruszając ramionami.

– Ale z ciebie dziwak, kurde! – zawołała Rosanna głosem przerażonej papugi. – Chodź ze mną! Musisz poznać Tadża. On uwielbia dziwaków, yaar.

Rosanna przepchnęła nas przez tłum do wysokiego, przystojnego młodzieńca o sięgających ramion włosach, lśniących od perfumowanego olejku. Stał przed wielką, prawie trzymetrową kamienną rzeźbą, przedstawiającą dzikiego człowieka.

Na tabliczce obok rzeźby widniała jej nazwa: ENKIDU. Artysta powitał Lisę pocałunkiem w policzek, a potem podał mi rękę.

– Tadż – powiedział, przyglądając mi się z życzliwą, nieskrywaną ciekawością. – A ty musisz być Lin. Lisa wiele mi o tobie opowiadała.

Uścisnąłem mu rękę i pozwoliłem sobie zajrzeć mu w oczy, a potem przeniosłem wzrok na wielką rzeźbę za jego plecami. Tadż lekko odwrócił głowę, idąc za moim spojrzeniem.

– Co sądzisz?

– Podoba mi się. Kupiłbym go, gdybym miał trochę wyższe mieszkanie z mocniejszą podłogą.

– Dzięki – rzucił ze śmiechem.

Położył rękę na piersi kamiennego wojownika.

– Właściwie nie wiem, kto to. Poczułem, że chcę go zobaczyć, stojącego naprzeciwko mnie. Tak po prostu. Żadnych metafor, psychologii, nic.

– Goethe powiedział, że wszystko jest metaforą.

– A to dobre – powiedział Tadż, znowu ze śmiechem. Jego łagodne, brązowe jak kora oczy zalśniły. – Mogę użyć tego cytatu? Mógłbym go wydrukować i umieścić obok tego oto pana. Może wtedy łatwiej się sprzeda.

– Oczywiście. Pisarze nie umierają, dopóki ludzie ich cytują.

– Wystarczy tego dobrego – przerwała Rosanna, chwytając mnie za ramię. – Teraz chodź zobaczyć moje prace.

Zaprowadziła Lisę i mnie przez pijący, palący, śmiejący się i krzyczący tłum pod ścianę naprzeciwko wysokiej rzeźby. Na wysokości oczu przez połowę pokoju ciągnęły się gipsowe płaskorzeźby. Pomalowano je tak, że imitowały brąz, a każda z nich opowiadała kolejną część historii.

– Chodzi o zabójstwa Sapny – wyjaśniła Rosanna, krzycząc mi do ucha. – Pamiętasz? Parę lat temu? Jeden szaleniec namawiał służących, żeby się zbuntowali i zabili swoich bogatych panów. Pamiętasz? Pisały o tym wszystkie gazety.

Pamiętałem morderstwa Sapny. I znałem prawdę o nich lepiej od Rosanny i lepiej niż ktokolwiek w Bombaju, Mieście Wysp. Szedłem powoli od płaskorzeźby do płaskorzeźby, przyglądając się długim szeregom postaci z historii Sapny. Zakręciło mi się w głowie. Widziałem historie ludzi, których znałem – ludzi, którzy zabijali i umierali, a w końcu stali się malutkimi figurkami, zaklętymi przez artystkę we fryzie.

Lisa pociągnęła mnie za rękaw.

– Co się dzieje?

– Chodźmy do zielonej sali! – krzyknęła.

– Dobrze, dobrze.

Poszliśmy za Rosanną przez dżunglę pocałunków i wyciągniętych rąk. Rosanna pokrzykiwała i wrzeszczała przez całą drogę. Wystukała rytmiczny sygnał na drzwiach. Kiedy nam otworzono, wepchnęła nas do ciemnego pomieszczenia, oświetlonego czerwonymi motocyklowymi reflektorami zawieszonymi na grubych kablach. W pomieszczeniu znajdowało się około dwudziestu osób, siedzących na krzesłach, sofach i podłodze. Było tu o wiele ciszej. Dziewczyna, która podeszła do mnie, by podać mi blanta, mówiła ochrypłym szeptem, który zadziałał na mnie jak ręka pieszcząca moje krótkie włosy.

– Chcesz się sponiewierać? – spytała retorycznie, podając mi jointa w nadnaturalnie długich palcach.

– Spóźniłaś się – powiedziała Lisa szybko, przejmując blanta. – Los cię uprzedził.

Wzięła bucha i oddała papierosa dziewczynie.

– To Anuszka – wyjaśniła.

Długie palce Anuszki zamknęły moją dłoń w uścisku.

– Artystka performatywna – dodała Lisa.

– Co ty nie powiesz – powiedziałem.

Anuszka pochyliła się, żeby pocałować mnie lekko w policzek, przytrzymując jedną ręką tył mojej głowy.

– Powiedz, kiedy przestać – szepnęła.

Kiedy doszła do szyi, powoli odwróciłem głowę, aż napotkałem spojrzenie Lisy.

 

– Wiesz co, miałaś rację. Faktycznie lubię twoje przyjaciółki. I naprawdę dobrze się bawię w tej galerii, choć w życiu bym nie pomyślał.

– Dobra – rzuciła Lisa, odciągając Anuszkę. – Koniec występu.

– Bis! – zaryzykowałem.

– Nie ma bisów. – Lisa pociągnęła mnie w kierunku jakiegoś trzydziestoletniego mężczyzny, przy którym usiedliśmy na podłodze.

Mężczyzna miał ogoloną, błyszczącą głowę i nosił kurtkę i spodnie w kolorze brudnej pomarańczy.

– To Risz. To on zorganizował tę wystawę. Sam też pokazuje swoje prace. Risz, to Lin.

– Siema. – Risz uścisnął mi dłoń. – Jak ci się tu podoba?

– Performance jest rewelacyjny – odpowiedziałem, patrząc, jak Anuszka pochyla się, by ukąsić nieprotestującą ofiarę.

Lisa klepnęła mnie mocno w ramię.

– Żartuję. Wszystko jest fajne. I przyciągnęliście tłum. Gratulacje.

– Mam nadzieję, że będą mieli ochotę kupować – powiedziała Lisa.

– Jeśli nie, Anuszka ich przekona.

Lisa znowu uderzyła mnie w ramię.

– A Lisa może ich zdzielić.

– Mieliśmy szczęście – powiedział Risz z uśmiechem, podając mi jointa.

– Nie, dziękuję. Nie palę, kiedy prowadzę. Szczęście w czym?

– O mało nic z tego nie wyszło. Widziałeś ten duży portret Rama? Ten pomarańczowy?

Wielkie, w większości pomarańczowe malowidło wisiało tuż koło kamiennej rzeźby Enkidu. Nie od razu uświadomiłem sobie, że znajdująca się na jego środku uderzająca postać to hinduski bóg.

– Moralna policja z obłąkanej religijnej prawicy – wyjaśnił Risz. – Nazywają się Włócznią Karmy. Dowiedzieli się o tym obrazie i usiłowali doprowadzić do zamknięcia wystawy. Skontaktowaliśmy się z ojcem Tadża. To znany prawnik, mający dojścia do sekretarza generalnego. Zdobył nakaz sądowy, dzięki któremu mogliśmy jednak otworzyć.

– Kto to namalował?

– Ja – oznajmił Risz. – A co?

– Dlaczego postanowiłeś namalować taki obraz?

– Twierdzisz, że istnieją tematy, których nie powinienem poruszać?

– Pytam, dlaczego wybrałeś właśnie ten.

– Ze względu na wolność artystycznej wypowiedzi.

– Viva la revolution – zamruczała Anuszka, siadając przy Riszu i kładąc mu się na kolanach.

– Jaką wolność? – spytałem. – Waszą czy ich?

– Włóczni Karmy? – prychnęła Rosanna. – Obłąkane faszystowskie pojeby, jeden w drugiego. Nic nie znaczą. To peryferyjna grupa. Nikt ich nie słucha.

– Peryferyjne grupy przeważnie torują sobie drogę do centrum, które je ignoruje lub obraża.

– Co? – rzuciła się Rosanna.

– To prawda – zgodził się Risz. – Już dopuścili się paru aktów przemocy. Nie ma co do tego wątpliwości. Ale działają głównie w centrach regionalnych i wioskach. Tam pobiją księdza, gdzie indziej spalą kościół, takie rzeczy. Nigdy nie zdobędą w Bombaju rzesz zwolenników.

– Zasrani obłąkani fanatycy – rzucił zapalczywie brodaty młodzieniec w różowej koszuli. – Najgłupsi ludzie świata!

– Nie możesz tak mówić – odezwałem się cicho.

– Powiedziałem! – odpalił młodzieniec. – Więc się pierdol. Powiedziałem. Więc mogę.

– W porządku. Chodziło mi o to, że nie możesz tak mówić, bo to stwierdzenie bez pokrycia. Na tej samej zasadzie możesz powiedzieć nawet, że księżyc to ozdoba na Diwali. Nie można twierdzić, że wszyscy ludzie, którzy mają inne zdanie niż ty, są głupi.

– To jacy są? – spytał Risz.

– Pewnie znasz ich i ich sposób myślenia lepiej niż ja.

– Nie, wyjaśnij mi to.

– No dobrze. Moim zdaniem są wierzący. I to wierzący żarliwie. Pewnie kochają Boga, są w nim rozkochani, a kiedy przedstawia się go w niepobożny sposób, to obraża ich wiarę.

– Więc twierdzisz, że nie powinniśmy zorganizować tej wystawy?

– Tego nie chciałem powiedzieć.

– Co to za kolo? – rzucił młody brodacz w pustkę.

– Proszę – nie rezygnował Risz. – Powiedz, co chciałeś powiedzieć.

– Szanuję twoje prawo do tworzenia i prezentowania swojej sztuki, ale uważam, że prawo łączy się z obowiązkami i że jako artyści mamy obowiązek nie ranić nikogo w imię sztuki. Może to dopuszczalne w imię prawdy, sprawiedliwości i wolności. Ale nie sztuki.

– Dlaczego?

– Gdy wyrażamy siebie, sięgamy do osiągnięć artystów, którzy żyli przed nami. Musimy pozostać wierni tym, co w nich najlepsze. To nasz obowiązek.

– Co to za kolo? – spytał młody brodacz szeregu motocyklowych reflektorów.

– Więc jeśli ktoś się poczuje urażony, to będzie moja wina? – spytał Risz cicho i poważnie.

Zaczynałem go lubić.

– Powtarzam – upierał się młody brodacz – co to za kolo?

Jego już nie lubiłem.

– Kolo, który ci przetrzepie gramatykę – powiedziałem cicho – jeśli jeszcze raz zwrócisz się do mnie w trzeciej osobie.

– To pisarz – rzuciła Anuszka, ziewając. – Kłócą się, bo...

– Bo mogą – przerwała Lisa, ciągnąc mnie za rękę. – Chodź, Lin. Pora zatańczyć.

Ze stojących na podłodze głośników buchnęła muzyka.

– Uwielbiam tę piosenkę! – mruknęła Anuszka. Poderwała się i podniosła Risza. – Zatańcz ze mną!

Przez chwilę trzymałem Lisę w objęciach. Pocałowałem ją w szyję.

– Śmiało – uśmiechnąłem się. – Wytańcz się. Ja jeszcze raz rzucę okiem na wystawę. Do zobaczenia na dworze.

Lisa pocałowała mnie i dołączyła do tańczących. Ja przedarłem się przez tłum, brnąc pod prąd fal muzyki.

W galerii stanąłem znowu przed brązowymi gipsowymi płaskorzeźbami, opowiadającymi historię morderstw Sapny. Usiłowałem rozstrzygnąć, czy był to koszmar artysty, czy mój.

Straciłem wszystko. Odebrano mi prawo do opieki nad córką. Pogrążyłem się w uzależnieniu od heroiny i napadach z bronią w ręku. Złapano mnie i skazano na dziesięć lat ciężkich robót w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Mógłbym powiedzieć, że byłem bity przez pierwsze dwa i pół roku. Mógłbym podać pół tuzina innych racjonalnych przyczyn, dla których uciekłem z tego obłąkanego więzienia, ale prawda wyglądała tak, że pewnego dnia wolność stała się dla mnie droższa od własnego życia. I tego dnia przestałem się zgadzać na uwięzienie. Od tamtego dnia na zawsze. Uciekłem i stałem się ściganym banitą.

Uciekając, opuściłem Australię i przez Nową Zelandię trafiłem do Indii. Po pół roku w wiosce na odludziu w Maharasztrze nauczyłem się języka wieśniaków. Półtora roku w miejskich slumsach pozwoliło mi opanować język ulicy.

W Bombaju znowu trafiłem do więzienia, jak to się czasem zdarza uciekinierom. Człowiekiem, który wykupił mnie z więzienia, był szef mafii, Kadirbaj. Wiedział, jak się mną posłużyć. Potrafił znaleźć rolę dla każdego. A kiedy pracowałem dla niego, żaden bombajski policjant mnie nie niepokoił i żadne więzienie nie proponowało mi swoich usług.

Fałszowanie paszportów, przemyt, złoto z czarnego rynku, nielegalny handel walutami, wymuszanie haraczu, wojny gangów, Afganistan, wymierzanie sprawiedliwości – mafia wypełniła mi całe lata. I nic z tego nie miało dla mnie większego znaczenia, ponieważ most w przeszłość, do mojej rodziny i przyjaciół, nazwiska, narodowości i wszystkiego, co przed Bombajem stanowiło o mojej tożsamości, zniknął, jak ci nieżyjący ludzie zastygli na malowanej na brąz płaskorzeźbie Rosanny.

Wyszedłem z galerii, utorowałem sobie drogę w rzednącym tłumie i dotarłem do motocykla, na którym usiadłem. Znajdowałem się po drugiej stronie ulicy naprzeciwko wejścia.

Na ścieżce koło mnie zebrała się spora grupa ludzi, w większości miejscowych z okolicznych kwater dla służących. Stanęli w chłodzie nocy, by podziwiać piękne samochody i eleganckich gości wchodzących i wychodzących z wernisażu. Słyszałem ludzi mówiących w marathi i hindi. Komentowali samochody, biżuterię i ubrania z prawdziwym podziwem i przyjemnością. Nikt nie odzywał się zazdrośnie czy niechętnie. Byli to biedacy żyjący w trudzie i strachu, zawierających się w słowie „bieda”, ale na klejnoty i jedwabie bogaczy patrzyli z radosną, pozbawioną zawiści niewinnością.

Gdy z galerii wyłonił się znany przemysłowiec i jego żona, gwiazda filmowa, zebrani westchnęli z podziwem. Kobieta miała na sobie iskrzące się drogimi kamieniami żółto-białe sari. Odwróciłem głowę, by spojrzeć na ludzi uśmiechających się i szepczących z podziwem, jakby kobieta była ich sąsiadką – i zauważyłem stojących na uboczu trzech mężczyzn.

Patrzyli przed siebie kamiennym, nieruchomym wzrokiem. Z ich ciemnych, martwych oczu złość biła tak intensywnymi falami, że czułem ją na skórze jak wodny pył.

I nagle, jakby poczuli, że ich obserwuję, odwrócili się jednocześnie i spojrzeli mi prosto w oczy z oczywistą bezpodstawną nienawiścią.

Wpatrywaliśmy się w siebie, gdy radosny tłum wzdychał z zachwytu, limuzyny przejeżdżały obok nas, a flesze błyskały. Pomyślałem o Lisie, która nadal znajdowała się w galerii. Ci mężczyźni prowokowali wzrokiem czający się we mnie mrok. Powoli sięgnąłem po dwa noże w płóciennych pochwach, przymocowanych do paska na plecach.

– Hej! – zawołała Rosanna, klepiąc mnie w ramię.

Odruchowo chwyciłem ją jedną ręką za przegub, drugą popychając do tyłu.

– No co! Spokojnie! – rzuciła zaskoczona.

– Przepraszam – burknąłem, puszczając jej rękę.

Szybko odwróciłem się, szukając tych nienawistnych oczu. Trzej mężczyźni zniknęli.

– Wszystko w porządku? – spytała Rosanna.

– Jasne – powiedziałem, znowu odwracając się do niej. – Jasne. Przepraszam. Już skończyliście?

– Mniej więcej. Skończymy po wyjściu wielkich gwiazd. Lisa powiedziała, że nie przepadasz za Goa. Dlaczego? Ja stamtąd pochodzę, wiesz?

– Domyśliłem się.

– To co masz przeciwko Goa?

– Nic. Po prostu za każdym razem, kiedy tam jadę, ktoś prosi mnie o niewygodną przysługę.

– To nie jest moje Goa – odparła.

Nie broniła się. Po prostu stwierdzała fakt.

– Może i nie – zgodziłem się z uśmiechem. – I Goa jest duże. Znam tylko parę plaż i miast.

Przyglądała się uważnie mojej twarzy.

– Powiedziałeś, że co to było? Rubiny i co?

– Rubiny i listy miłosne.

– Ale nie pojechałeś tam tylko po to, prawda?

– Tylko po to – skłamałem.

– Gdybym stwierdziła, że załatwiałeś tam interesy czarnego rynku, bardzo bym spudłowała?

Pojechałem na Goa, żeby odebrać dziesięć pistoletów. Zostawiłem je u człowieka mafii w Bombaju, zanim poszedłem do Vikrama, żeby mu oddać naszyjnik. Podejrzenia o czarnorynkową działalność były bliskie prawdy.

– Słuchaj...

– Przyszło ci do głowy, że to wy stanowicie problem? Ludzie tacy jak ty, którzy przyjeżdżają do Indii, przywożąc problemy, których nam nie potrzeba?

– W Indiach było dość problemów, zanim się tu zjawiłem, i będzie ich równie wiele, kiedy odjadę.

– Mówimy o tobie, nie o Indiach.

Miała rację; dwa noże uwierające mnie w plecy przypominały mi o tym.

– Masz rację – ustąpiłem.

– Tak?

– Tak. Oznaczam kłopoty. Ty w tej chwili też, jeśli mogę zauważyć.

– Lisa nie potrzebuje kłopotów przez ciebie – powiedziała, marszcząc brwi.

– Nie – powiedziałem spokojnie. – Nikt nie potrzebuje kłopotów.

Przyglądała mi się jeszcze przez chwilę; jej piwne oczy szukały czegoś na tyle szerokiego czy głębokiego, żeby nadać kontekst rozmowie. W końcu się roześmiała i odwróciła wzrok, przeciągając ciężką od pierścieni ręką przez nastroszone włosy.

– Przez ile dni będzie otwarta wystawa? – spytałem.

– Dali nam jeszcze tydzień – powiedziała, patrząc na gości opuszczających galerię. – Jeśli oczywiście wariaci nie doprowadzą do jej zamknięcia.

– Na waszym miejscu zapłaciłbym za ochronę. Postawiłbym paru dużych, groźnych facetów w drzwiach. Podkupiłbym ochroniarzy z pięciogwiazdkowych hoteli. Niektórzy są bardzo dobrzy, a ci, co nie są, wyglądają, jakby byli.

– Wiesz coś?

– Nie. Widziałem tu paru facetów. Bardzo serio niezadowolonych. Myślę, że są niezadowoleni z tego, co jest w galerii.

– Nienawidzę tych zasranych fanatyków! – syknęła.

– Chyba z wzajemnością.

Zerknąłem w stronę galerii, gdzie Lisa całowała Risza i Tadża na pożegnanie.

– Jest Lisa.

Usiadłem na motocyklu i uruchomiłem silnik, który ożył z warknięciem i podjął cichy, bulgoczący pomruk. Lisa podeszła, żeby uściskać Rosannę, i usiadła za mną.

– Phir milenge – powiedziałem. „Do następnego spotkania”.

 

– Chyba że ja spotkam cię pierwsza.

Zjechaliśmy długim zboczem nad morze, a kiedy zatrzymaliśmy się na światłach, za nami stanęła czarna furgonetka. Odwróciłem się i ujrzałem mężczyzn z nienawistnymi spojrzeniami. Kłócili się.

Światła się zmieniły, a ja ich przepuściłem. Na tylnym oknie mieli nalepki o politycznej treści i symbole religijne. Przy pierwszej okazji skręciłem z głównej szosy.

Przez jakiś czas jechaliśmy bocznymi drogami, a ja martwiłem się zmianami, które dostrzegłem. Niby-brązowe płaskorzeźby Rosanny opowiadały brutalną historię Bombaju, ale mniej brutalną niż w rzeczywistości i mniej brutalną niż czyny fanatyków. Dawna przeszłość była tylko piaskiem niesionym przez nową falę, która już dopływała do brzegów Miasta Wysp. Uzbrojeni w pałki fanatycy polityczni napływali całymi transportami, a mafijne gangi, niegdyś składające się z dwudziestu–trzydziestu mężczyzn, zwiększyły liczebność do setek wojowników. Jesteśmy tym, czego się boimy, a wielu z nas, mieszkańców tego miasta, bało się okrutnego dnia sądu.

Inne książki tego autora