Cień góry

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To trochę jak dom wariatów, tylko z normalnymi ludźmi – dokończyła Karina.

– Z trzema szczęśliwymi rodzinami, hinduistami, muzułmanami i parsami, żyjącymi pod jednym dachem.

Otaczający mnie ludzie – członkowie trzech rozległych rodzin o trzech wyznaniach – wzruszyli ramionami z uśmiechem.

– Tu nie ma ważnych i mniej ważnych – powiedział cicho Arszan. – Jesteśmy w tym razem. Uznaliśmy, że podzielimy skarb na trzy równe części.

– Jeśli go znajdziecie – zauważyłem.

– Kiedy go znajdziemy – poprawiło mnie parę głosów.

– I od kiedy się to ciągnie?

– Już prawie pięć lat– odpowiedział Farzad. – Zaczęliśmy tuż po znalezieniu pergaminu. Khanowie dołączyli do nas rok później, a Malhotrowie – pół roku po nich. Poszedłem na uczelnię, potem na Wall Street i wróciłem, a oni ciągle szukali.

– Ale to nie jest nasza jedyna prawdziwa praca – zapewniła Karina Malhotra. – Mój tata jest doktorem. Tata Alego, wujek Sulejman, wykłada prawo na Uniwersytecie Bombajskim. Wujek Arszan jest architektem, dzięki czemu możemy przeprowadzać te renowacje tak, żeby domy nie runęły. A wszyscy ci, którzy nie pracują na pełny etat albo nie siedzą z dziećmi w domu, studiują.

– Poszukiwania skarbu trwają głównie w nocy i święta – dodał Ali. – Albo w dni wolne, jak ten, gdy wszyscy się zwolnili z pracy, bo tak się martwili zniknięciem Farzada na całą noc. Dzięki za wolne, kuzynie.

– Do usług – odparł Farzad z uśmiechem.

– I mamy dwie kuchnie – oznajmiła triumfalnie Anahita. – Wegańską i niewegańską, więc nie ma problemów.

– Rzeczywiście – włączyła się cioteczka Dżaja. – Widzisz, wiele różnic między społecznościami sprowadza się do ghobi i gosht, kalafiorów i kebabów. Mając dwie kuchnie, jemy to, co się nam podoba i wszystko jest tip i to takie...

– Top – dopowiedziała Anahita, i obie uśmiechnęły się do siebie.

– I jesteśmy w tym wszystkim razem, na dobre i na złe – dodał Ali – więc nie mamy powodów się kłócić.

– Chyba że w sprawie filozofii – sprzeciwiła się Anahita.

– Co prawda to bardzo interesujące... – zacząłem, ale Farzad mi przerwał.

– A nie mówiłem, że będzie interesujące?

– Hm... no tak. Ale nadal musimy dotrzeć do tego, po co mi to mówicie.

– Mamy problem – oznajmił Arszan z prostotą, spoglądając mi prosto w oczy. – I liczymy, że nam w nim pomożesz.

– Dobrze. Mówcie.

– Parę tygodni temu przyszedł tu inspektor z rady miejskiej – wyjaśnił Ali – i zobaczył niektóre nasze działania.

– Oczywiście nie wie, co robimy – dopowiedział Farzad. – Zapewniliśmy, że przerabiamy domy na oddzielne mieszkania.

– Co go tu sprowadziło? – spytałem.

– Chyba sąsiad – wyznał Arszan. – Parę miesięcy temu widział, jak dostarczają nam ciężkie stalowe filary. Podpieraliśmy nimi łuki, gdy wyburzaliśmy część ścian.

– Parę lat temu chciał kupić nasz dom – odezwał się Anahita. – Ten drań próbował wszystkich sztuczek świata, żeby nas do tego zmusić. Gdy odmówiliśmy, wściekł się bardziej niż oparzony kot.

– Skrzywdzenie kota przynosi pecha – oznajmiła Zahira, kiwając mądrze głową.

– Nawet w przenośni? – spytała Anahita z przejęciem.

– Mówię tylko, że z kotami trzeba uważać. Pewnie nawet w przenośni.

Cała grupa pokiwała głowami.

Po paru chwilach milczenia znowu się odezwałem.

– No, więc... pomijając koty... czego ode mnie chcecie?

– Pozwolenia na budowę – oznajmił Arszan, przytomniejąc. – Rada miejska oficjalnie wyraziła zgodę – po długich negocjacjach – na przyjęcie łapówki za dalsze prowadzenie... renowacji. Ale inspektor uparł się, żebyśmy zdobyli prawdziwe pozwolenie na budowę albo jego cholernie dobrą kopię.

– Żeby mógł kryć swój tyłek – dodał Ali.

– On nie potrafi go sfałszować i nie może ukraść – podjął Farzad. – Ale jeśli je podrobimy, obiecał, że dochodzenie na tym się zakończy.

– Jeśli ty je podrobisz – poprawił go Arszan.

– Tak, jeśli zdołasz je podrobić, inspektor je podpisze i pozwoli nam prowadzić poszukiwania, jak zawsze. Nie będzie problemu. Możesz na to liczyć.

– Więc o to właśnie chodzi – westchnął Arszan, opierając łokcie na długim stole. – Jeśli nie zdołasz nam pomóc, będziemy musieli przestać. Jeśli zdołasz, będziemy mogli szukać tak długo, aż znajdziemy skarb.

– Sam potrafisz robić bardzo dobre dokumenty – zwróciłem się do Farzada. – Jesteś całkiem niezły. Nie potrzebujesz mnie.

– Dziękuję za komplement – odparł z uśmiechem – ale jest parę problemów. Po pierwsze, nie mam żadnych kontaktów w radzie miejskiej. A po drugie, chłopcy z wytwórni nie przyjmą ode mnie zlecenia i pewnie powiedzą o nim Sanjayowi. Natomiast ty...

– Dlaczego zawsze jestem natomiast?

– Natomiast ty możesz to zrobić dyskretnie albo pozwolić, żebym ja to zrobił, bo jesteś szefem wytwórni. Z twoją pomocą możemy to zrobić i nikt się o tym nie dowie.

– Możecie uznać, że to dziwne pytanie – powiedziałem, wodząc wzrokiem po wpatrzonych we mnie wyczekująco twarzach – ale pewnie byłoby dziwniej, gdybym go nie zadał. Dlaczego myślicie, że nie powiem Sanjayowi?

– Masz prawo pytać – przyznał Arszan – i mam nadzieję, że się nie obrazisz, kiedy powiem, iż to pytanie nie padło po raz pierwszy. Rzecz w tym, że potrzebujemy twojej pomocy i wierzymy, że możemy ci zaufać. Wujek Keki wyrażał się o tobie w samych superlatywach. Wiele razy powtarzał, że byłeś z Kadirbajem do samego końca i że jesteś człowiekiem honoru.

Słowo „honor” uderzyło mnie w samo serce, zwłaszcza że prosili mnie, żebym zataił coś przed moim szefem. Ale polubiłem ich. Już w tej chwili czułem do nich większą sympatię niż do Sanjaya. A Sanjay i tak był bogaty. Nie potrzebował udziału w ich skarbie – gdyby kiedykolwiek go znaleźli.

– Dostarczę wam dokumenty w tym tygodniu – oznajmiłem. – Powiem Sanjayowi, że to przysługa dla przyjaciela, bo tak jest. Już robiłem zlecenia na boku. Ale chcę, żeby na tym się skończyło. Nie życzę sobie, żeby Sanjay miał do mnie pretensje. Jasne?

Stojący wokół mnie ludzie zaczęli klaskać i wiwatować. Kilkoro podbiegło, żeby poklepać mnie po plecach, objąć lub uścisnąć mi rękę.

– Dziękuję, bardzo dziękuję! – powiedział rozradowany Arszan. – Tak bardzo się martwiliśmy o tę radę miejską. To pierwsza prawdziwa przeszkoda w naszych planach. To... to poszukiwanie skarbu zaczęło nam się podobać i... no... chyba byśmy się zagubili tak samo jak ten skarb, gdyby rada miejska nam to uniemożliwiła.

– I nie spodziewamy się, że zrobisz to za darmo – dodał Farzad. – Powiedz mu, tato!

– Jeśli się zgodzisz, chcemy ci dać jeden procent skarbu – oznajmił Arszan.

– Jeśli go znajdziecie – odparłem z uśmiechem.

– Kiedy go znajdziemy – poprawiło mnie parę głosów.

– No, to może jeszcze troszkę roti? – spytała Dżaja.

– I kurczaczka – zaproponowała Zahira.

– I kanapeczkę z jajkiem i curry – dodała Anahita – z dużą szklanką malinowej lemoniady.

– Nie, nie, dziękuję – odparłem szybko, wstając od stołu. – Jestem najedzony. Może następnym razem.

– Na pewno będzie następny raz – oznajmiła Anahita.

– Jasne, oczywiście.

– Odprowadzę cię – rzucił Farzad, gdy ruszyłem do długiej zasłony, która odgradzała hol od reszty domu. Cała grupa poszła za nami do drzwi.

Gdy w końcu nadszedł koniec pożegnań, chwytania się w objęcia i ściskania dłoni, wyszedłem z Farzadem na ulicę.

Monsunowy deszczyk zwilżył ulice, ale ciężkie chmury przepłynęły i w gorących słonecznych promieniach ze wszystkich lustrzanych powierzchni zaczęła unosić się para.

Nie wiem dlaczego, ale w pierwszej chwili ta ulica wydała mi się dziwna, nieznajoma, jakby ten osobliwy kosmos krużganków i tuneli w gigantycznej czaszy domu Farzada był prawdziwym światem, a lśniąca, parująca ulica – złudzeniem.

– E... miałem nadzieję, że moja mieszana rodzina cię nie wystraszy – wymamrotał Farzad.

– Nie wystraszyła.

– Nie sądzisz, że to... no wiesz... wariactwo, na? To, co robimy?

– Każdy czegoś szuka. A z tego, co widzę, jesteście szczęśliwi.

– Tak – zgodził się szybko.

– Trzeba by być wariatem, żeby nie lubić być szczęśliwym.

Młody pars bez namysłu chwycił mnie w swe mocne objęcia.

– Wiesz, Lin – powiedział, kiedy się rozłączyliśmy – właściwie to chciałem cię poprosić o coś jeszcze.

– Coś nowego?

– Tak. Wiesz, jeśli kiedykolwiek dostaniesz numer tej dziewczyny, tej piękności z niesamowitym spojrzeniem, tej Divyi, tej, którą spotkaliśmy dziś przed posterunkiem, to...

– Nie.

– Nie?

– Nie.

– Naprawdę nie?

– Nie.

– Ale...

– Nie – powiedziałem łagodnie, uśmiechając się do jego zdziwienia.

Farzad pokręcił głową, odwrócił się i wszedł do budynku ula, kopca termitów, domu. Skierowałem twarz do słońca i przez jakiś czas stałem na ulicy pachnącej deszczem.

Pieniądze też są narkotykiem – oczywiście – ale nie martwiłem się o złożoną rodzinę Farzada. Nie byli opętani. Na razie. Oczywiście rozebrali swoje domy, ale zastąpili je wspólną przestrzenią. Postawili swoje życie na głowie, ale to była przygoda, podróż w głąb siebie. Marzenie, którym żyli, miało dla nich sens. Nadal ich bawiło i bardzo ich za to lubiłem. Stałem z twarzą zwróconą ku słońcu, wyglądałem na spokojnego, bardzo spokojnego, a w środku płakałem. Czasem widok tego, co się straciło, widok cudzej miłości, przerasta nasze siły.

Rodzina, dom, skromne słowa, które wznoszą się jak atole podczas trzęsień serca. Strata, samotność, skromne słowa w powodzi samotności. Na wyspie teraźniejszości traciłem Lisę, a wszystko to spowodowało jedno imię: Karla. Karla.

 

Głupotą jest starać się znaleźć miłość, gdy jedyna osoba, którą naprawdę kochamy, przepadła gdzieś w labiryntach miasta. To głupie i desperackie – starać się pokochać kogoś innego. Miłość to nie staranie. Miłość jest natychmiastowa i nieunikniona. Wspomnienie Karli wznieciło we mnie ogień, o którym ciągle przypominało mi moje serce. Byliśmy rozbitkami, Karla i ja, ponieważ oboje nas odrzucono. Lisa i wszyscy piękni ludzie, których kochaliśmy – lub staraliśmy się kochać – byli ochotnikami płynącymi na statkach marzeń do Miasta Wysp. Karla i ja wyczołgaliśmy się na piasek, gdy już sami zatopiliśmy nasze statki.

Byłem zepsuty. Samotny i zepsuty. Może Karla też, na swój sposób.

Obejrzałem się na ten wydrążony dom – osobne wejścia na zewnątrz, wspólne życie w środku. Czy znajdą ten skarb, czy nie, i tak był to cud, ziszczenie modlitw.

Znowu odwróciłem się do słońca po burzy i ruszyłem w świat uchodźców, który był moim domem.

16

Odjechałem motocyklem sprzed domu Farzada, kierując się na szeroki, wielopasmowy bulwar, który biegł wzdłuż wybrzeża Miasta Wysp na północ. Ciasno upchane, brzemienne deszczem chmury sunęły nad moją głową, rzucając cień na ulicę. Na widok szerokiej, osłoniętej zatoczki zwolniłem.

Długie drewniane łodzie rybackie, pomalowane na jaskrawy błękit, czerwień i zieleń, wyciągnięto na brzeg, żeby je wyremontować. Skromne chaty rybaków tłoczyły się obok siebie, osłonięte folią przytwierdzoną do dachów z blachy falistej i kawałków cementu.

Między tyczkami rozciągnięto sieci. Mężczyźni naprawiali je, przewlekając szpulki nylonowych nici przez oczka. Dzieci bawiły się w piasku, nie bojąc się nadciągającej burzy, i goniły się między łodziami i pajęczynami sieci.

Od świtu zatoczka pełniła małą, lecz ważną funkcję w miejscowej rybackiej społeczności. Po północy zaczynała pełnić małą, lecz ważną funkcję w miejscowej społeczności przemytników, którzy przywozili tu papierosy, whisky, walutę i narkotyki.

Mijając tę piaszczystą plażę, za każdym razem wypatrywałem na niej znajomych twarzy i oznak nielegalnego handlu. Nie robiłem tego dla siebie; zatoczką rządził Farid Złota Rączka, a dochody i wszystkie możliwości z nią związane należały do niego. Kierowała mną zawodowa ciekawość.

Wszyscy działający na czarnym rynku znaliśmy te miejsca w południowym Bombaju, w których kwitła działalność przestępcza. Wszyscy kontrolowaliśmy je dyskretnie, zawsze gdy je mijaliśmy. „My, kryminaliści, zaczynaliśmy w jaskiniach i ciemnych zaułkach – powiedział kiedyś Didier – i nadal straszliwie za nimi tęsknimy”.

Znowu skierowałem wzrok na szeroki bulwar i zobaczyłem mijających mnie trzech Skorpionów na motocyklach. W środku jechał Danda. W drugim rozpoznałem Hanumana, tego wielkiego faceta, który spuścił mi w magazynie profesjonalne manto.

Zatrzymałem motocykl, wrzuciłem jałowy bieg i przekrzywiłem lusterko wsteczne tak, żeby ich widzieć. Stali na światłach nieco przede mną. Westchnąłem i na chwilę spuściłem głowę.

Nie chciałem z nimi walczyć, ale byłem na swoim terenie i nie zamierzałem ich doprowadzić do miejsc działalności firmy. Zbyt dumny, żeby uciekać, nie chciałem, żeby ścigali mnie, dopóki nie schronię się w ramionach moich przyjaciół parę ulic dalej.

Wrzuciłem bieg, puściłem sprzęgło, dodałem gazu i ostro zawróciłem. Pomknąłem pod prąd w stronę zbliżających się Skorpionów.

Nie miałem nic do stracenia. Było ich trzech, a gdyby numer z szarżą na nich się nie udał, i tak miałbym kłopoty. Już zdarzało mi się spadać z motocykli i wolałem wypadek od masakry. A mój motor towarzyszył mi we wszystkim, tak jak ja jemu.

Tamci pewnie mieli coś do stracenia – albo mniej lojalne motocykle – bo w ostatniej chwili skręcili.

Dwaj wpadli w spiralny poślizg, usiłując opanować swoje pojazdy. Trzeci wjechał w mur na poboczu.

Zahamowałem ostro, obróciłem się, jedna noga ześliznęła mi się na mokrą jezdnię, oparłem motocykl na stopce i wyłączyłem silnik.

Powalony Skorpion już wstawał z trudem. Był to Danda. No proszę, a ja nie wziąłem płynu po goleniu. Zaatakowałem go lewym i prawym sierpowym, które na nowo powaliły go na ziemię.

Pozostałe Skorpiony zostawiły motory i rzuciły się na mnie. Zrobiło mi się szkoda. Motorów.

Uskakując przed ciosami i zadając je, kiedy tylko mogłem, odpędziłem dwa Skorpiony na pobocze, za ich porzucone motocykle. Mijające nas samochody zwalniały, ale żaden się nie zatrzymał. Danda oprzytomniał i pobiegł do nas. Potknął się o swoich koleżków i wpadł na mnie, chwytając mnie za kamizelkę.

Pośliznąłem się na mokrej drodze i runąłem na wznak. Danda wylądował na mnie, warcząc jak zwierzę. Usiłował mnie ugryźć. Poczułem jego usta na szyi, wilgoć jego języka, tępy nacisk jego głowy, gdy starał się zbliżyć na tyle, żeby wgryźć mi się w gardło. Nadal ściskał moją kamizelkę. Nie mogłem go z siebie strząsnąć. Dwa pozostałe Skorpiony kopały mnie, usiłując nie trafiać w Dandę. Nie zawsze im się udawało; parę razy oberwał i nawet tego nie zauważył.

Nie odniosłem poważnych obrażeń, nikt mnie nawet porządnie nie uderzył. Czułem na plecach ucisk moich dwóch noży. Miałem pewną zasadę: nigdy nie wyciągałem ich, jeśli przeciwnik nie był uzbrojony lub jeśli moje życie nie było zagrożone.

Udało mi się odwrócić, odczepiłem Dandę od mojej kamizelki i szybko wstałem. To był błąd. Hanuman znalazł się za moimi plecami. Zarzucił mi muskularne ramię na szyję i zaczął dusić.

Danda znowu rzucił się na mnie z wyszczerzonymi zębami. Lubił gryźć. Znałem takiego jednego w więzieniu: w gniewie potrafił odgryźć przeciwnikowi kawałek ciała. Któraś jego ofiara w końcu wybiła mu zęby i wszyscy mogliśmy odetchnąć. Zamierzałem zrobić to samo z Dandą.

Danda naparł na mnie, wsuwając głowę pod ramię Hanumana. Wgryzł mi się w ramię. Nie mogłem mu zadać ciosu, który by go zniechęcił.

Wyciągnąłem rękę, chwyciłem go za ucho i szarpnąłem za nie. Poczułem, że cała małżowina odrywa się od ciała. Gdy przestał gryźć, ja przestałem ciągnąć. Krzyknął i odskoczył, trzymając się za krwawiącą ranę.

Odwróciłem rękę. Usiłowałem ją wcisnąć między ciało moje i Hanumana. Chciałem dosięgnąć swojego noża albo jego jądra – obie opcje mnie zadowalały.

Rzucił się na mnie trzeci Skorpion. Zaczął mnie bić po głowie. Stanął za blisko. Kopnąłem go w jaja. Upadł, jakbym do niego strzelił. Zamknąłem dłoń na rękojeści mojego noża, a ciemność zamknęła rękę na moim gardle. Nóż wysunął się z pochwy. Usiłowałem dźgnąć wielkiego Skorpiona w nogę. Nie trafiłem. Ostrze się ześliznęło. Spróbowałem znowu. I znowu pudło. Potem nóż wbił się w ciało, drasnął zewnętrzną stronę uda Hanumana. Wielki Skorpion drgnął.

To wystarczyło, żebym oprzytomniał. Uderzyłem znowu, przeszywając jego udo. Hanuman odskoczył, wyrywając mi z dłoni nóż.

Dusząca mnie ręka nie osłabła. Pamiętając wyuczone manewry, wbiłem brodę w zgięcie jego łokcia, żeby nieco rozluźnić chwyt. Nie udało się. Zacząłem tracić przytomność.

Wydawało mi się, że słyszę jakiś grzmiący głos, który woła moje imię. Obróciłem głowę, na ile pozwalały mi miażdżące moją krtań nabrzmiałe mięśnie Hanumana. A jednak słyszałem ten głos.

– Odwróć się, chłopaku.

Coś zobaczyłem, pięść spadającą na mnie z nieba. Ależ była ogromna, jak kula ziemska... Ale w chwili, gdy byłem pewny, że roztrzaska mi twarz, uderzyła w coś innego, coś tak bliskiego, że poczułem wibracje ciosu. A potem następnego. I kolejnego.

Ramię zaciskające się na mojej szyi rozluźniło chwyt. Hanuman upadł na kolana, a potem runął twarzą naprzód, jakby jego głowa zmieniła się w ołów.

Przetoczyłem się na bok i wstałem, szybko się otrząsając i odkasłując, z pięściami osłaniającymi twarz, zdyszany. Odwróciłem się. Concannon stał z założonymi rękami obok powalonego Hanumana. Uśmiechnął się do mnie i ostrzegawczo poruszył głową. Odwróciłem się szybko. Danda – zakrwawione zęby, przekrwione oczy, krwawiące ucho – biegł na mnie. A ja nie miałem płynu po goleniu.

Zamachnął się dziko. Nie trafił. Uderzyłem pięścią w krwawiącą ranę, z której na pasku skóry zwisał strzęp ucha. Danda krzyknął. Nagle lunął deszcz. Potoki wody chlusnęły na nas.

Danda uciekł, trzymając się za ucho; spływający z jego głowy deszcz barwił mu koszulę na czerwono. Odwróciłem się i ujrzałem Concannona, który wymierzał kopniaka uciekającemu Skorpionowi. Mężczyzna wrzasnął i razem z Dandą pobiegł do czekających taksówek.

Deszcz ocucił Hanumana, który jęknął. Dźwignął się na kolana, wstał chwiejnie i uświadomił sobie, że został sam. Zawahał się przez chwilę. Zerknąłem przelotnie na Concannona. Irlandczyk uśmiechał się z zaciśniętymi zębami.

– O, Panie – powiedział cicho. – Spraw, by ten człowiek był zbyt głupi, żeby uciec.

Hanuman pospieszył za swoimi ziomkami, kuśtykając.

Mój nóż leżał na deszczu, nadal krwawiąc na asfalt. Nieco dalej Skorpiony władowały się do taksówki, która ruszyła z piskiem opon. Podniosłem nóż, wytarłem go, zamknąłem i schowałem do pochwy.

– Aleśmy im zajebiście zajebali! – oznajmił Concannon, klepiąc mnie po ramieniu. – Chodźmy się najebać.

Nie chciałem, ale miałem u niego dług wdzięczności.

– Dobrze.

Pod wielkim drzewem nieopodal miejsca, w którym się znajdowaliśmy, działała herbaciarnia. Przetoczyłem motocykl pod gałęzie drzewa. Wytarłem go szmatą pożyczoną od właściciela straganu. Gdy skończyłem, wróciłem na jezdnię.

– A ty, kurwa, dokąd?

– Zaraz wracam.

– Pijemy tu jebaną herbatę jak cywilizowani ludzie, ty australijski barbarzyńco.

– Zaraz wracam.

Opuszczone motocykle Skorpionów nadal leżały w deszczu na poboczu, krwawiąc benzyną i olejem. Podniosłem je, postawiłem na stopkach pod osłoną kamiennego muru i wróciłem do Concannona akurat w chwili, gdy przyniesiono herbatę.

– Twoje szczęście, że się nawinąłem – powiedział, pociągając czaj.

– Radziłem sobie.

– Gówno prawda – rzucił ze śmiechem.

Spojrzałem na niego. Nie było co udawać.

– Gówno prawda – przyznałem i również się roześmiałem. – Naprawdę jesteś popierdolony. Co tu w ogóle robiłeś?

– W okolicy był mój ulubiony sklep z haszem – odparł Concannon, wskazując kciukiem okolice Cuffe Parade. – Ale ktoś wyrzucił jakiegoś gościa z budynku obok i biedak wylądował akurat na sklepie. I na Lśniącym Patelu, właścicielu.

– Nie gadaj.

– Plus tej sytuacji jest taki, że ucierpiał też jeden wyjec, dzięki czemu sporo zaoszczędziłem. Płaciłem mu regularnie. Tylko tak mogłem go skłonić do zamknięcia paszczy. Dlaczego ja o tym mówię?

– Tłumaczyłeś, jak się tu znalazłeś.

– A, myślałeś, że cię śledziłem? Tak? Musisz mieć o sobie niezłe zdanie, chłopaku. Przyjechałem tu z powodu haszu.

– A, no.

Na jakiś czas zapadła cisza, ta dziwna cisza między ludźmi, których myśli biegną w zupełnie odmiennych kierunkach.

– Dlaczego mi pomogłeś?

Concannon spojrzał na mnie z autentycznym bólem, jak mi się wydawało.

– A po chuj jeden biały mężczyzna pomaga drugiemu białemu mężczyźnie w takim pogańskim kraju?

– Znowu zaczynasz.

– Dobra, dobra – rzucił szybko, klepiąc mnie uspokajająco po kolanie. – Wiem, masz miękkie serce. Jesteś z tych współczujących. Na tym polega twój urok. Współczujesz nawet motocyklom, niech Bóg się nad tobą zlituje. Ale nie lubisz, jak gadam szczerze. Nie lubisz, kiedy człowiek mówi, że czarny to czarnuch, a pedał to ciota.

– Chyba to już zakończyliśmy.

– Wysłuchaj mnie, stary. Wiem, że urażam twoją wrażliwość. Rozumiem. Naprawdę. To mi się w tobie nie podoba i tego nie szanuję. Mówię ci to wprost. Nie można szanować dobroci. Nie tak w głębi serca. Chyba rozumiesz. Siedziałeś, byłeś po drugiej stronie, tak jak ja. Ale zachowałeś współczucie, choć jesteśmy do siebie bardziej podobni, niż ci się zdaje.

– Concannon...

– Czekaj. Nie skończyłem. Współczucie to dziwna rzecz. Pochodzi z wnętrza. Ludzie je rozpoznają, bo tego nie można podrobić. Wiem. Próbowałem. Nie wyszło. Rzygać mi się chciało, kiedy udawałem. Musiałem wrócić do bycia prawdziwym tępym chujem, żeby znowu się dobrze poczuć. Bo to jest szczerość, nawet jeśli to oznacza, że się jest tępym chujem, a mnie ciągnie do szczerości, nawet jeśli jej nie lubię. Rozumiesz, do czego zmierzam?

– Nie znasz mnie – oznajmiłem, patrząc mu w oczy.

– No i tu się mylisz – odparł z uśmiechem. – Jestem w Bombaju od jakiegoś czasu, wiesz? I parę dni po przyjeździe jakieś mętne typy w palarni opium wymieniły twoje imię. Potem usłyszałem je znowu, dwa razy z rzędu. Początkowo myślałem, że mówią o dwóch różnych kolesiach. Dopiero potem dotarło do mnie, że Lin i Shantaram to ten sam burak. Ty.

 

– Więc jednak mnie śledziłeś.

– Tego nie powiedziałem. Ale mnie zaintrygowałeś. Zacząłem się o ciebie rozpytywać. Zacząłem poznawać ludzi, których znałeś, i ludzi, z którymi robiłeś interesy. Nawet znam twoją dziewczynę.

– Co?

– Nie powiedziała?

Concannon wyszczerzył zęby. Ten uśmieszek zaczął mnie wkurzać.

– Ciekawe, dlaczego ci nie powiedziała? Może mnie lubi.

– Co to ma, kurwa, znaczyć?

– Nic się nie stało. Poznałem ją w galerii.

Moje uniesienie brwi go sprowokowało.

– No co? Nie mogę się interesować sztuką, bo jestem wielkim irlandzkim pyrojadem? O to chodzi?

– Do rzeczy.

– Nie ma żadnej rzeczy, chłopaku. Poznałem Lisę – tak się nazywa? – w galerii. Porozmawialiśmy i tyle.

– Dlaczego?

– Nawet nie wiedziałem, że to twoja dziewczyna, dopóki jedna z jej koleżanek nie wymieniła twojego imienia. Wtedy dodałem dwa do dwóch, że tak powiem. Daję słowo.

– Nie zbliżaj się do niej, Concannon.

– Dlaczego? Chyba mnie polubiła. Coś zaiskrzyło. Tak trochę. Ja na pewno polubiłem ją. Pewnego dnia będziesz musiał pozwolić jej odejść – ale to już na pewno wiesz, prawda?

– Dość tego – rzuciłem, wstając.

– Zaczekaj! – poprosił, wstając ze mną i delikatnie kładąc mi rękę na ramieniu. – Proszę. Nie chcę się z tobą kłócić. Nie chciałem... No... Nie chcę cię zdenerwować. Taki mam charakter. Wiem, popierdolony. Ale nie umiem inaczej. Tak jak powiedziałem wcześniej: nawet jeśli ci się to nie podoba, musisz widzieć, że to jest szczere. Taki jestem prawdziwy ja. Naprawdę nie chciałem urazić twoich uczuć. I naprawdę chciałbym porozmawiać.

Nie zmiękłem; usiłowałem odczytać jego spojrzenie. Źrenice miał maleńkie: główki szpilek znikające w fali lodowatego błękitu. Odwróciłem wzrok. Na drodze nieopodal ciężarówka straży miejskiej zatrzymała się przy motocyklach Skorpionów. Wyskoczyli z niej mężczyźni i dźwignęli pojazdy na pakę ciężarówki, rzucając je między inne zgarnięte z nieprzepisowych miejsc.

Concannon poszedł za moim spojrzeniem.

– Gdybym się nie zjawił – powiedział cicho – to twojego trupa wnosiliby teraz do samochodu.

Miał rację. Nie lubiłem go i byłem pewien, że jest obłąkany. Ale pojawił się w idealnym momencie i mnie uratował.

Znowu usiadłem. Concannon zamówił kolejne dwie szklaneczki czaju. Grubymi paluchami zwinnie skręcił małego jointa.

– Zapalisz ze mną?

Wziąłem papierosa i zapaliłem go od zapałki, którą Concannon podsunął mi w stulonych dłoniach. Po jakimś czasie oddałem mu jointa.

– Ponieważ ciągle się tak obrażasz, zrywasz z miejsca i chcesz ze mną walczyć albo gdzieś uciec, przejdę od razu do rzeczy – oznajmił, wydmuchując strumień szarobłękitnego dymu.

– Do jakiej rzeczy?

– Zakładam własny gang i chcę, żebyś do niego dołączył.

Teraz to ja się roześmiałem.

– Co cię tak bawi?

– Na przykład... Ale dlaczego?

– Dlaczego zakładam gang? – spytał, oddając papierosa. – Ze zwykłych powodów. Żebyśmy nakupili sobie broni, narobili rozpierduchy, wystraszyli ludzi tak, żeby oddali nam ciężarówki pełne pieniędzy, żebyśmy mogli wydawać całe ciężarówki pieniędzy i przy okazji umrzeć.

– Przy okazji umrzeć? To ma mnie zachęcić?

W tej samej chwili podszedł do mnie niejaki Dżibril, hodowca koni ze stajni w pobliskim slumsie. Wstałem, żeby się z nim przywitać.

Dżibril był łagodnym człowiekiem, nieśmiałym i trochę speszonym w obecności ludzi, lecz gadatliwym i kochającym swoje konie. Parę tygodni temu jego najstarsza córka dostała gorączki i ciężko zachorowała. Dżibril zadzwonił do mnie i zgodził się, żeby córkę przebadano na obecność najróżniejszych wirusów. Zapłaciłem za badanie w prywatnej klinice. Wyniki wykazały, że córka cierpi na leptospirozę – czasem kończącą się śmiercią chorobę przenoszoną przez szczurzy mocz. Ponieważ została wykryta wcześnie, dziewczynka dobrze reagowała na leczenie.

Dżibril wziął moją rękę w dłonie i zapewnił mnie, że jego córka czuje się o wiele lepiej. Zaprosił mnie na herbatę do swojego domu.

Ja również mu podziękowałem i poprosiłem, by usiadł z nami przy szklaneczce czaju. Odmówił, przepraszając, i odszedł pospiesznie na spotkanie ze sprzedawcą ziarna, który dostarczał mu paszę dla koni.

– Widzisz, o co mi chodzi? – odezwał się Concannon, gdy znowu usiadłem. – Ci ludzie cię lubią. A mnie nie. I nie chcę, żeby mnie lubili. Nie chcę z nimi jeść przy jednym stole. Nienawidzę tego ich żarcia. Nie chcę oglądać ich filmów. Nie chcę mówić ich zasranym językiem. A ty tak. Ty ich rozumiesz. Ty się z nimi porozumiewasz, a oni cię za to szanują. Pomyśl o tym. Będziemy niepokonani. Moglibyśmy przejąć tę część miasta, ty i ja.

– Po co mielibyśmy to zrobić? – spytałem ze śmiechem.

– Bo możemy – rzucił, pochylając się do mnie.

Bo możemy: motto władzy, od kiedy myśl o władzy nad innymi zrodziła się w głowach naszego gatunku.

– To nie powód, to pretekst.

– Rozejrzyj się! Dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludzi wykonuje rozkazy. Ale ty i ja należymy do tego jednego procenta. Bierzemy to, co chcemy. Reszta bierze to, co jej dają.

– Ludzie się buntują.

– O, tak – przyznał z błyskiem jasnych oczu. – Od czasu do czasu. I wtedy ten jeden procent odbiera im wszystkie przywileje, a przy okazji także dumę i godność, a oni wracają do bycia niewolnikami, którymi się urodzili.

– Wiesz – westchnąłem, odwzajemniając jego spojrzenie. – Nie chodzi tylko o to, że się z tobą nie zgadzam, ale brzydzę się tym, co powiedziałeś.

– W tym tkwi całe piękno tej sytuacji! – zawołał, uderzając się rękami w uda.

Przez chwilę przyglądał się mojemu grymasowi, a potem podjął łagodniej:

– Słuchaj... moja mama umarła, kiedy byłem niemowlęciem. Tata starał się jak umiał, ale nie dał rady. Było nas pięcioro, wszyscy poniżej dziesięciu lat, a on chorował. Wysłał nas do domu dziecka. Byliśmy protestantami. Dziewczynki trafiły do protestanckich sierocińców, ale dla nas, chłopców, nie było miejsca, więc wylądowaliśmy u katolików.

Przez jakiś czas milczał ze spuszczoną głową. Znowu lunął deszcz, bębniąc w plastikową folię nad herbaciarnią jak w weselne bębny. Concannon zaczął powoli grzebać nogą w ziemi. Podeszwa jego sportowego buta rysowała esy-floresy w rozmiękłym podłożu.

– Widzisz, był taki ksiądz.

Podniósł wzrok. Fraktale tęczówek jego lodowato błękitnych oczu zalśniły wokół źrenic jak łebki szpilek. Białka nagle poczerwieniały, jakby spaliły się nad morzem.

– Nie mówię o tym – dodał i znowu zapadł w ciężkie jak ołów milczenie.

Oczy wypełniły mu się łzami. Zacisnął szczękę, przełknął ślinę z wysiłkiem, jakby zmuszał łzy, żeby wyschły. Ale popłynęły mu po policzkach, a on odwrócił głowę.

– Ale z ciebie pizda, wiesz – warknął, wycierając oczy wierzchem dłoni.

– Ze mnie?

– Tak, kurwa, z ciebie! To właśnie robi z ludźmi to twoje miłe, rozsądne podejście. Zmieniasz ich w słabe pizdy. Pierwszy raz od wielu długich lat pozwoliłem sobie na łzy i pierwszy raz, od nie wiem kiedy, mówiłem o tym chuju księdzu. I to... to właśnie dowodzi, że razem jesteśmy dobrzy, nie rozumiesz?

– Właściwie... nie bardzo.

– Wyszedłem z sierocińca, kiedy miałem szesnaście lat. Zanim skończyłem osiemnaście, zabiłem już sześciu ludzi. Jednym z nich był ten jebany ksiądz. Szkoda, że nie widziałeś, jak błagał o życie, żałosny pojeb.

Concannon znowu zrobił pauzę. Jego wargi zacisnęły się w zmarszczkę goryczy. Miałem nadzieję, że przestanie mówić. Nie przestał.

– Wybaczyłem mu, wiesz, zanim go zabiłem.

– Concannon, ja...

– Wysłuchasz mnie czy nie?

W jego głosie brzmiała desperacja.

– Dobrze.

– Potem już nikomu nie wybaczyłem – zaczął, rozjaśniając się na tę okrutną myśl. – Byłem stuprocentowym ochotnikiem w UVF. I dalej rozbijałem łby, strzelałem katolikom w kolana, wysyłałem schwytane przez nas cipy z IRA w kawałkach do ich żon. Robiłem wiele więcej. Współpracowaliśmy z psami i wojskiem. Oczywiście nieoficjalnie, ale mieliśmy, kurwa, zielone światło. Atakowaliśmy, zabijaliśmy i okaleczaliśmy na rozkaz, żadnych pytań.

Inne książki tego autora