Cień góry

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zdjęcia jej niskiego, atletycznie umięśnionego ciała, otulonego w fałdy drogich dizajnerskich sukienek, pojawiały się w relacjach ze wszystkich pierwszorzędnych wydarzeń w mieście.

Oto, co mnie zmyliło: skromne ubranie, które miała na sobie tego ranka. Prosty niebieski podkoszulek, naszyjnik z kuleczek lapis-lazuli i dżinsy nie pochodziły z tamtego innego świata, w którym urodziła się na władczynię. Przede mną stała dziewczyna, a nie kobieta ze stron magazynu.

– Miło mi panią poznać – powiedziałem.

– Masz haszysz? – spytała.

Zerknąłem na Naveena.

– Długa historia – rzucił z westchnieniem.

– Nieprawda – zaprzeczyła dziewczyna. – Mój tata, Mukesh Devnani – zakładam, że słyszeliście o Mukeshu Devnanim?

– To taki facet, którego szalona córka chce kupić narkotyki przed posterunkiem policji, prawda?

– Zabawne. Bo się zsikam w majtki.

– Miałaś mi opowiedzieć, dlaczego to nie jest długa historia.

– Teraz już nie chcę – oznajmiła naburmuszona.

– Jej ojciec wynajął mojego znajomego prawnika – zaczął Naveen.

– Który potem wynajął tego gościa – wtrąciła szybko – jako mojego ochroniarza na parę tygodni.

– Jesteś w bardzo dobrych rękach.

– Dziękuję – powiedział Naveen.

– Wal się – rzuciła ona.

– Było mi miło – zakończyłem. – Na razie, Naveen.

– A to wszystko dlatego, że poznałam tego początkującego gwiazdorka z Bollywood – podjęła Divya, nie zwracając na mnie uwagi. – To nawet nie jest prawdziwy gwiazdor. Dopiero zaczyna! I ten jebany gnojek zaczął mnie szantażować, kiedy nie chciałam się z nim spotykać. Uwierzysz?

– Ten świat to dżungla – oświadczyłem z uśmiechem.

– Mnie to mówisz? No więc, masz ten hasz czy nie?

– Ja mam! – wtrącił szybko Farzad. – Możesz na to liczyć!

Wszyscy odwróciliśmy się do niego w osłupieniu.

A on sięgnął za pazuchę, gmerał w niej przez chwilę, by wyciągnąć rękę z dziesięciogramową kostką kaszmirskiego haszyszu, zapakowaną w przezroczystą folię.

– Proszę – powiedział, podając ją Divyi. – To dla ciebie. Proszę, przyjmij to jako... eee... prezent czy coś.

Divya patrzyła na niego ze zgrozą.

– Czy ty to wyjąłeś z... z majtek? – spytała, lekko się krztusząc.

– E... no tak.. ale... zmieniałem je zaledwie wczoraj! Możesz na to liczyć!

– Kto to, kurwa, jest? – poinformowała się Divya.

– Jest ze mną – oznajmiłem.

– Przepraszam! – Farzad cofnął rękę. – Nie chciałem...

– Stój! Co robisz?

– No... bo myślałem...

– Rozwiń tę folię – zażądała. – A potem nie dotykaj haszu. Niech leży na folii. Nie dotykaj go palcami. I nie dotykaj mnie. Nawet nie myśl o tym, że mógłbyś mnie dotknąć. Wierz mi, poznam, jeśli będziesz myśleć. Umysły takie jak twój są dla mnie niczym zabawka. Dla każdej kobiety. Więc nie myśl o mnie. I dawaj w końcu ten pierdolony hasz! Ale z ciebie chudh.

Farzad drżącymi palcami zaczął rozwijać kostkę haszyszu. Zerknął na drobną gwiazdę z wyższych sfer.

– Myślisz! – rzuciła ostrzegawczo Divya.

– Nie! Nie myślę!

– Jesteś obrzydliwy.

Farzad w końcu uporał się z folią i położył kostkę haszu na dłoni. Divya wzięła ją w dwa palce, odłamała kawałeczek, a resztę wrzuciła w rozdziawiony srebrny rybi pyszczek torebki.

Wyjęła papierosa, wydłubała z jego końca trochę tytoniu i wepchnęła w puste miejsce haszysz. Z papierosem w ustach odwróciła się do Naveena po ogień. Zawahał się.

– Myślisz, że to dobry pomysł?

– Nie pójdę gadać z policjantami, dopóki sobie nie zapalę. Nie gadam nawet z pokojówką z parteru, dopóki pokojówka z piętra nie da mi fajki.

Naveen zapalił jej papierosa. Zaciągnęła się, przez parę chwil trzymała dym w płucach, a potem wydmuchnęła go długim strumieniem. Naveen odwrócił się do mnie.

– Zanim zacząłem dla niej pracować, jej ojciec wniósł skargę na tego początkującego aktora – powiedział. – Aktor się stawiał. Złożyłem mu wizytę. Pogadaliśmy. Zgodził się zniknąć i nie wracać. Teraz musimy wycofać skargę, ale Divya musi to zrobić osobiście. Chcę to załatwić wcześnie, zanim dziennikarze coś zwąchają i...

– No, kurwa, idziemy czy nie? – warknęła Divya, rozgniatając papierosa stopą.

Naveen uścisnął mi dłoń. Trzymałem ją mocno przez chwilę.

– Ten facet, który chodzi za Zodiakalnymi George’ami – powiedziałem. – Nazywa się Wilson. Mieszka w...

– Hotelu Mahesh – dokończył Naveen. – Wiem. Przez to wszystko zapomniałem ci powiedzieć. Wyśledziłem go wczoraj w nocy. A jak ty się dowiedziałeś?

– Przyszedł tu, szukając informacji.

– I znalazł?

– Dilip, oficer dyżurny... znasz go?

– Tak. Dilip Błyskawica. Przeżyliśmy razem to i owo.

– Mówi, że pan Wilson nie chciał płacić, więc wyleciał na bruk.

– Wierzysz mu?

– Przeważnie nie.

– Chcesz, żebym spotkał się z tym Wilsonem?

– Jeszcze nie. Nie beze mnie. Sprawdź go. Dowiedz się o nim, ile możesz. I daj mi znać, dobra?

– Thik – powiedział z uśmiechem Naveen. – Zajmę się tym i...

– W całym moim jebanym życiu – przerwała nam Divya gniewnie – nie stałam tak kurewsko długo, na nogach, na miłość boską, w tym samym jebanym miejscu, na miłość boską! Jak ci się wydaje, możemy w końcu iść?

Naveen rzucił nam pożegnalny uśmiech i poprowadził biedną bogatą dziewczynkę przez łukowate wejście.

– Farzad! – zawołał za nią Farzad. – Mam na imię Farzad!

Kiedy stracił ją z oczu, odwrócił się do mnie, uśmiechnięty od ucha do ucha.

– A niech mnie wszyscy diabli, yaar! Co za piękna dziewczyna! I jaki miły charakter! Niektóre z tych supermegabogatych dziewczyn potrafią być strasznie zarozumiałe i w ogóle, tak słyszałem. Ale ona jest taka naturalna i...

– Przestaniesz w końcu?

Farzad otworzył usta, żeby zaprotestować, ale na widok mojej miny słowa zamarły mu na ustach.

– Przepraszam – powiedział pokornie. – Ale... widziałeś kolor jej oczu? O mój Boże! Jak kawałki czegoś świecącego, no wiesz, zanurzone w czymś... no, pełnym tego, no... czegoś bardzo fajnego, jakby w wiadrze... śliczności... i miodu...

– Farzad, ja cię bardzo proszę. Jeszcze nie jadłem śniadania.

– Przepraszam. Hej, to jest to! Chodźmy na śniadanie! Możesz mnie odwiedzić? Możesz pojechać do mojego domu? Obiecałeś, że przyjdziesz w tym tygodniu!

– Nie da rady.

– Proszę cię, chodź! Muszę zobaczyć się z rodzicami, wziąć kąpiel i przebrać się, zanim pójdę do pracy. Chodź ze mną. Niektórzy jeszcze jedzą śniadanie i będą zachwyceni, że cię poznają. Zwłaszcza że uratowałeś mi życie i wszystko.

– Nie uratowałem ci...

– Proszę, baba! Zaufaj mi, uwierz mi, oni czekają, żeby cię poznać, i to bardzo ważne, że przyjdziesz, a w moim domu będzie cholernie interesująco!

– Słuchaj, ja...

– Proszę! Proszę, Lin!

Cztery motocykle zaparkowały gwałtownie obok nas. Byli to ludzie z firmy Sanjaya. Dowodził nimi Rawi, młody żołnierz z grupy Abdullaha.

– Cześć, Lin – powiedział z oczami ukrytymi za srebrnymi lustrzankami. – Słyszeliśmy, że Skorpiony jedzą śniadanie w naszej knajpie w Forcie. Jedziemy skopać im dupy. Chcesz się dołączyć?

Zerknąłem na Farzada.

– Już jestem umówiony na śniadanie.

– Serio? – spytał Farzad z niedowierzaniem.

– Dobra. – Rawi wrzucił bieg. – Przywiozę ci upominek.

– Nie, dziękuję – rzuciłem, ale już odjechał.

Fort znajdował się zaledwie pół godziny spaceru od miejsca, w którym się znajdowaliśmy, i mniej więcej tyle samo od posiadłości Sanjaya. Jeśli Skorpiony prowokowały bójkę tak blisko domu, to wojna, której Sanjay usiłował uniknąć, już pukała do jego drzwi.

– Myślisz, że pewnego dnia zabiorą mnie ze sobą? – spytał Farzad, patrząc, jak cztery motocykle znikają wśród innych pojazdów. – To by było super, skopać komuś tyłek razem z nimi.

Spojrzałem na niego. Zaledwie wczoraj skopano go do nieprzytomności, a już dziś myślał o tym, żeby kopać kogoś innego. Nie było to okrucieństwo ani bezmyślność; to chłopięca brawura podpowiadała mu takie historie o braterstwie i krwi. Farzad nie był gangsterem. Po paru godzinach w areszcie znajdował się na skraju załamania. Był grzecznym chłopcem, który znalazł się w grzesznej firmie.

– Jeśli kiedykolwiek z nimi pojedziesz, a ja się o tym dowiem, osobiście skopię ci tyłek – oznajmiłem.

Zastanowił się nad tym przez chwilę.

– Ale przyjdziesz na śniadanie?

– Możesz na to liczyć – mruknąłem, obejmując go i prowadząc do mojego motocykla.

15

Bombaj – nawet ten dzisiejszy – jest miastem słów. Wszyscy mówią, wszędzie, bez przerwy. Kierowcy pytają innych kierowców o drogę, obcy rozmawiają z obcymi, policjanci gadają z przestępcami, lewica z prawicą, a jeśli chcesz, żeby dostarczono twój list lub paczkę, musisz załączyć parę słów o punktach orientacyjnych: naprzeciwko Heera Panna albo koło Miedzianego Komina. A słowa w Bombaju, nawet małe słowa, jak „proszę”, „proszę, przyjdź”, nadal prowadzą ku przygodzie jak wydęte żagle.

Farzad jechał na tylnym siodełku przez całą krótką drogę do Kolaba Back Bay koło Cuffe Parade, wskazując mi swoje ulubione miejsca. Dzieciak lubił gadać i zdążył zacząć trzy opowieści, zainspirowane okolicami, które mijaliśmy, choć żadnej nie skończył.

Gdy zaparkowaliśmy, przyjrzałem się domowi jego rodziców. Ogromny budynek, mający co najmniej dwa piętra, ze ścianą szczytową w kształcie trójkąta, i imponujący, potrójny fronton. Stał w pobliżu dwóch innych domów, tworząc mały, wewnętrzny blok pomiędzy ulicami.

 

Dwór Daruwallów, podobnie jak domy po obu jego stronach, miał fasadę uwielbianą przez nas, miłośników południowego Bombaju – architektoniczne detale odziedziczone po Indiach Brytyjskich, wyrzeźbione w miejscowym granicie i piaskowcu przez hinduskich artystów.

W oknach pyszniły się witraże, dekoracyjne kamienne łuki i służące jako kraty ozdobne spirale z wdzięcznymi liśćmi winorośli z kutego żelaza. Kwitnący żywopłot zapewniał ochronę przed wścibskimi oczami i porannym słońcem.

Szerokie, drewniane drzwi, strzeżone przez kolumny z Radżastanu i ozdobione misternymi geometrycznymi płaskorzeźbami otworzyły się bezgłośnie, gdy Farzad przekręcił w nich klucz i zaprosił mnie do środka.

Wysoki, marmurowy hol ozdabiały girlandy kwiatów wspinających się z doniczek w alkowach w ścianach. W powietrzu rozchodził się zapach sandałowego kadzidła. Dokładnie nad naszymi głowami, naprzeciwko drzwi, wisiały sięgające sufitu zasłony z czerwonego aksamitu.

– Gotowy? – spytał teatralnie Farzad z rękami na obu częściach zasłon.

– Mam broń – odparłem z uśmiechem – jeśli o to ci chodzi.

Farzad odchylił jedną część materiału, wpuszczając mnie do środka. Poprowadził mnie ciemnym korytarzem do rozsuwanych drzwi. Otworzył je, a ja przez nie przeszedłem.

Ogromna przestrzeń za korytarzem była tak wysoka, że ledwie dostrzegałem detale oświetlonych słońcem górnych rejonów, i tak szeroka, że najwyraźniej sięgała daleko poza dom Farzada.

Na parterze stały dwa długie stoły, każdy z piętnastoma nakryciami. Siedziało przy nich kilka osób, mężczyzn, kobiet i dzieci.

Po ich lewej i prawej stronie znajdowało się coś, co wyglądało na dwie w pełni wyposażone otwarte kuchnie. Drzwi za nimi prowadziły do innych zamkniętych pokoi.

Mój wzrok powędrował ku wyższym kondygnacjom. Drabiny wiodły do znajdujących się na wysokości człowieka drewnianych krużganków, z których inne drabiny prowadziły do podtrzymywanych przez bambusowe rusztowanie krużganków na wyższym poziomie. Tu i ówdzie stali na nich mężczyźni i kobiety, z niezmąconym spokojem odrapując ściany.

Przez szczelinę w monsunowej chmurze przedarło się słoneczne światło, które wpadło przez wysokie okna w wieżyczkach. Cała przestrzeń nagle wypełniła się świetlistością żółtego topazu. Wyglądała jak katedra, lecz bez podszycia strachu.

– Farzad! – zawołała jakaś kobieta i wszystkie głowy się odwróciły.

– Cześć, mamo! – powiedział Farzad z ręką na moim ramieniu.

– Cześć, mamo? – wrzasnęła ona. – Wezmę to twoje: „Cześć, mamo” i zbiję cię nim na kwaśne jabłko. Gdzieś ty się podziewał?

Wszyscy podeszli do nas.

– Przyprowadziłem Lina – rzucił szybko Farzad, jakby miał nadzieję, że dzięki temu mu się upiecze.

– Farzad! Mój synu! – załkała kobieta, chwytając go w miażdżący uścisk.

I równie niespodziewanie odepchnęła go i uderzyła w twarz.

– Au! Mamo! – zaprotestował Farzad, rozcierając policzek.

Matka Farzada miała pięćdziesiąt parę lat. Była niska i zgrabna, ze schludną, chłopięcą fryzurą, która pasowała do jej miękkich rysów. Na pasiastej sukience miała kwiecisty fartuch, a na szyi – sznurek dobrze dobranych pereł.

– Coś ty wyczyniał, niegodziwcze? – krzyknęła. – Pracujesz teraz dla szpitali? Napędzasz im pacjentów, przyprawiając nas wszystkich o to takie?

– Zawał serca – pomógł jej siwowłosy mężczyzna, zapewne jej mąż.

– Tak, o to takie!

– Mamo, to nie moja...

– Więc to ty jesteś Lin! – przerwała mu, przyglądając mi się. – Wujek Keki, oby jego duch lśnił w naszych oczach, wiele o tobie mówił. Wspominał o mnie? O Anahicie? Swojej siostrzenicy? Mamie Farzada? Żonie Arszana? Powiedział, że lubisz rozmawiać o filozofii. Powiedz, co sądzisz o wolnej woli i determinizmie?

– Mamo, daj chłopcu odetchnąć – odezwał się ojciec Farzada, ściskając mi rękę. – Jestem Arszan. Bardzo miło mi cię poznać.

Odwrócił się do Farzada, przeszywając go surowym, choć kochającym spojrzeniem.

– A co do ciebie, młodzieńcze...

– Tato, mogę to wyjaśnić! Otóż...

– Otóż możesz wyjaśniać mojej ręce na twoim tyłku! – warknęła Anahita. – Możesz wyjaśnić, dlaczego martwiliśmy się tak bardzo, że oka nie zmrużyliśmy przez całą noc? Możesz wyjaśnić, dlaczego twój biedny ojciec jeździł po ulicach do drugiej nad ranem, szukając ciebie, bo może przejechała cię cysterna z wodą, zostawiając w rowie twoje zmiażdżone na marmoladę ciało?

– Mamo...

– Wiesz, ile rowów jest w tej okolicy? To kopalnia rowów! A twój ojciec sprawdził każdy, szukając twojego marmoladowego trupa. I jeszcze masz czelność stanąć tutaj przed nami bez jednego draśnięcia na swojej żałosnej skórze?

– Mógłbyś chociaż utykać – dodał jakiś młody mężczyzna, ściskając rękę Farzadowi. – Albo być trochę zdeformowany, na?

–To mój przyjaciel Ali – wyjaśnił Farzad, rzucając proszący uśmiech chłopcu podobnego wzrostu i wagi co on i prawdopodobnie w tym samym wieku.

– Salaam aleikum – powiedziałem.

– Wa aleikum salaam, Lin – odwzajemnił się Ali, ściskając mi rękę. – Witaj w fabryce snów.

– Lin wyciągnął mnie dziś z więzienia – obwieścił Farzad.

– Z więzienia! – wrzasnęła Anahita. – Już byś lepiej wylądował w tym rowie, z twoim biednym ojcem.

– No, ale jest już w domu, mamo – powiedział Arszan, łagodnie popychając nas ku stołom po lewej stronie wielkiego pomieszczenia. – I pewnie obaj są bardzo głodni.

– Umieramy z głodu, tato! – potwierdził Farzad, siadając przy stole.

– O, nie! – zawołała jakaś kobieta, szarpiąc go za rękaw. Miała na sobie kolorowy salwar kamiz z bladozielonymi, zwężającymi się ku kostkom spodniami i powiewną żółto-pomarańczową tuniką. – Nie z tymi łapami, na których roi się od więziennych zarazków! Kto wie, jakimi chorobami nas w tej chwili zarażasz. Umyj ręce!

– Słyszałeś! – poparła ją Anahita. – Umyj ręce! Ty też, Lin. Mógł cię zarazić tymi więziennymi zarazkami.

– Tak jest.

– Muszę cię uprzedzić – dodała – że skłaniam się ku determinizmowi i jestem gotowa do walki, jeśli opowiadasz się za wolną wolą.

– Tak jest.

– I nie oszczędzam przeciwnika, gdy idzie o filozofię.

– Tak jest.

Umyliśmy ręce nad zlewem w otwartej kuchni, a potem usiedliśmy przy długim stole po lewej stronie wielkiego pomieszczenia. Kobieta ubrana w salwar kamiz natychmiast podała nam miski z mięsem w wonnym sosie.

– Zjedzcie sobie baraninki, chłopcy – powiedziała, wykorzystując okazję, by uszczypnąć Farzada w policzek. – Jesteś niegrzeczny, bardzo niegrzeczny!

– Nawet nie wiesz, co zrobiłem! – obraził się Farzad.

– Nie muszę nic wiedzieć – odparła kobieta, wykręcając jego policzek w kolejnym morderczym uszczypnięciu. – Zawsze byłeś niegrzeczny, bez względu na to, co wyprawiałeś. Nawet kiedy robiłeś coś dobrego, też byłeś niegrzeczny, bardzo niegrzeczny, prawda?

– I bezczelny – dodałem.

– O, o jego bezczelności mogłabym długo mówić! – zgodziła się Anahita.

– Dzięki, Lin –wymamrotał Farzad.

– Nie ma sprawy.

Kobieta w tunice zafundowała Farzadowi kolejny siniak na policzku.

– Bezczelny, bardzo bezczelny chłopiec!

– To cioteczka Zahira – wyjaśnił Farzad, rozcierając twarz. – Mama Alego.

– Jeśli masz ochotę na coś całkiem wegetariańskiego – odezwała się wesoło inna kobieta w jasnobłękitnym sari – to możesz spróbować tych daal roti. Są świeże. Dopiero co zrobione.

Postawiła na stole dwie małe czarki szafranowego daalu i rozwinęła serwetkę ze świeżo usmażonymi roti.

– Jedz! Jedz! – rozkazała. – Nie wstydź się.

– To cioteczka Dżaja – powiadomił mnie scenicznym szeptem Farzad. – Prowadzi swego rodzaju zawody z cioteczką Zahirą o to, która lepiej gotuje. Moja mama się w to nie miesza. Postarajmy się działać dyplomatycznie. Ja wezmę się za baraninę, a ty za daal, dobra?

Przysunęliśmy bliżej talerze i zaczęliśmy jeść. Wszystko było pyszne i pałaszowałem, aż mi się uszy trzęsły. Obie kobiety wymieniły znaczące spojrzenia, zadowolone z efektu. Usiadły obok nas.

Do długiego stołu dosiadło się kilka dorosłych osób i dzieci. Niektórzy wyłonili się z parterowych mieszkań, inni zeszli z krużganków, by stanąć obok nas lub usiąść nieco dalej.

Gdy Farzad łapczywie pożerał baraninę w sosie masala, Anahita zbliżyła się do niego od tyłu i uderzyła go w potylicę tak szybko i niespodziewanie, że nie powstydziłby się tego nawet Dilip Błyskawica. Dzieci zachichotały.

– Au! Mamo! A to za co?

– Powinieneś jeść kamienie! – krzyknęła, machając dłonią. – Kamienie z tych rowów, w których szukał cię twój biedny ojciec, a nie smaczne baranie kąski!

– Daal też jest smaczny, prawda? – spytała mnie cioteczka Dżaja.

– O, tak – zapewniłem ją bez namysłu.

– Twój biedny ojciec całą noc błąkał się po tych cholernych rowach!

– Dość już o tych rowach, mamusiu – powiedział łagodnie ojciec Farzada. – Niech chłopiec powie nam, co się wydarzyło.

– Byłem zeszłej nocy w Drum Beat – zaczął Farzad.

– Tak? Jaką grali muzykę? – spytała ładna, może siedemnastoletnia dziewczyna.

Siedziała nieco dalej i pochyliła się, by spotkać spojrzenie Farzada.

– To kuzynka Karina, córka cioteczki Dżai – powiedział Farzad, nie patrząc na nią. – Karino, to Lin.

– Cześć – powiedziała, uśmiechając się nieśmiało.

– Cześć – odpowiedziałem.

Opróżniłem miseczkę warzyw i delikatnie ją odsunąłem.

Cioteczka Zahira natychmiast postawiła przede mną miskę baraniny tak blisko krawędzi blatu, że prawie strąciła mi ją na kolana. Przytrzymałem miskę rękami.

– Dziękuję.

– Dobra baranina – wyjawiła cioteczka Zahira. – Dobra na gniew i takie tam.

– Gniew. Tak. Dziękuję.

– Więc byłeś wczoraj w nocnym klubie – powiedział Arszan cicho – przed którym ostrzegałem cię wiele razy, synu.

– Ostrzegałeś? – rzuciła Anahita, dając mu kuksańca w potylicę.

– Au! Mamo, przestań wreszcie, yaar!

– Twoje ostrzeżenia są dla niego przysmakiem! Pałaszuje je jak słodycze. Mniam, mniam, mniam! Mówiłam ci, że na tego chłopca działa tylko warunkowanie instrumentalne, ale ty przecież świata nie widzisz poza Steinerem. Wczoraj twój mąż nieźle się wysteinerował, nie powiesz?

– Nie sądzę, żeby należało obwiniać szkołę steinerowską – wtrąciła Dżaja.

– To prawda – zgodziła się Zahira. – Metodologia jest dość sensowna, na? Mój Sulejman powiedział wczoraj...

– A kiedy byłeś w tym nocnym klubie... – podjął cierpliwie Arszan.

– No więc – powiedział Farzad, nerwowo zerkając na rękę matki – była ta impreza i wszystko, a my...

– Były jakieś nowe tańce? – spytała Karina. – Grali muzykę z tego nowego filmu z Mithunem?

– Mogę ci zdobyć tę muzykę po południu – rzucił Ali od niechcenia, odłamując kawałek chleba Farzada i odgryzając kęs. – I w ogóle co tylko chcesz. Nawet ścieżkę dźwiękową z filmów, które jeszcze nie weszły do kin.

– Ooo! – westchnęła dziewczyna.

– A kiedy byłeś w klubie... – nie odpuszczał Arszan.

– A kiedy byłeś w tym steinerowskim nocnym klubie – przerwała Anahita, unosząc rękę – wolny jak ptak, twój ojciec siedział w rowie!

– Nie – powiedział Arszan ze zrozumieniem. – Jestem pewien, że rowy miały miejsce później, skarbie. Więc, co takiego wydarzyło się w klubie, że wylądowałeś w więzieniu?

– No... tak do końca to nie wiem – wyznał Farzad, marszcząc brwi. – Za dużo wypiłem. To przyznaję bez oporów. No i kiedy przyszli policjanci, żeby zamknąć klub, doszło do awantury. No i ani się obejrzałem, a już leżałem na podłodze. Chyba upadłem. A potem ten policjant kopnął mnie w potylicę, dokładnie tam, gdzie ty mnie ciągle bijesz, mamo, no i zemdlałem. Ocknąłem się w policyjnym jeepie, a oni wsadzili mnie do celi, nie pozwalając mi zadzwonić ani nie przepraszając. Ktoś zadzwonił do firmy, a oni zadzwonili do Lina, a Lin przyjechał i mnie wyciągnął. Uratował mi skórę. To pewne.

– I to wszystko? – spytała matka Farzada z pogardą. – To cała twoja wielka przygoda?

– Nie powiedziałem, że to wielka przygoda! – zaprotestował Farzad, ale jego matka już odeszła do kuchni.

– Dziękuję, że przywiozłeś nam naszego syna – powiedział Arszan, kładąc mi na chwilę rękę na ramieniu, po czym znowu zwrócił się do Farzada. – Czy dobrze zrozumiałem? Policjant kopnął cię w głowę, kiedy leżałeś na ziemi. Kopnął cię tak mocno, że straciłeś przytomność?

 

– Tak, tato. Nic nie zrobiłem. Byłem zbyt pijany, żeby coś zrobić. Tylko leżałem tam, gdzie upadłem.

– Znasz nazwisko tego policjanta?

– Nazywają go Dilip Błyskawica. To oficer dyżurny w więzieniu w Kolabie. A co?

– Mój tata oszaleje! – odezwał się Ali. – Odbierze odznakę temu Dilipowi Błyskawicy. Ściągnie mu na głowę cały wydział prawa.

– A mój tata doda całą organizację lekarzy – dodała Karina z zaciętością. – Wyrzucimy tego policjanta z pracy.

– Zdecydowanie! – zgodziła się Dżaja. – Zaczynajmy!

– Czy mogę coś powiedzieć?

Wszystko spojrzeli na mnie.

– Dobrze znam tego Dilipa Błyskawicę. Nie zapomni łatwo urazy. On nawet nie przyjmuje łatwo łapówek.

Zrobiłem pauzę, czując, że skupiłem ich uwagę.

– Mów – poprosił cicho Arszan.

– Nie możecie go wyrzucić z pracy. Możecie mu na jakiś czas bardzo uprzykrzyć życie i spowodować, że zostanie gdzieś przeniesiony, ale pracy nie straci. Za dużo wie o zbyt wielu ludziach. Nie twierdzę, że na to nie zasługuje, ale jeśli dacie się mu we znaki, on wcześniej czy później wróci. A kiedy wróci, znowu zakłóci wasze szczęście. Może na zawsze.

– Twierdzisz, że nie powinniśmy nic z tym robić? – spytał Ali.

– Twierdzę, że jeśli z nim zadrzecie, musicie być gotowi na wojnę. Nie lekceważcie go.

– Zgadzam się – powiedział Arszan cicho.

– Co? – rzucili razem Ali i Dżaja.

– Farzad miał szczęście. Lin dobrze mówi. Mogło być o wiele gorzej. A w tej chwili nie potrzebujemy psychopatycznego policjanta na karku.

– I tak warunkowanie instrumentalne dostaje kolejne manto – odezwała się Anahita, wracając z kuchni. – Co wy, steinerowcy, macie z tym uciekaniem?

– Nie chodź więcej do tego nocnego klubu – zwrócił się do syna Arszan, ignorując żonę. – Słyszysz? Zakazuję ci.

– Tak, tato – powiedział Farzad, zwieszając głowę.

– Dobrze. – Arszan wstał i zaczął zbierać talerze. – Skończyłeś?

Razem z Anahitą zanieśli naczynia do kuchni i wrócili z dwiema nowymi miseczkami i dwiema butelkami napoju.

– Smaczny krem – powiedział Anahita, stawiając przed nami miseczki. – Na podniesienie poziomu cukru we krwi.

– I malinowa lemoniada – dodał Arszan, umieszczając szkarłatne butelki koło miseczek. – Prawie wszystkie problemy tego świata po malinowej lemoniadzie wyglądają bardziej różowo. Pijcie!

– Podoba mi się wystrój waszego domu – zauważyłem. – Kto wam go zaprojektował? Harlan Ellison?

Farzad odwrócił się do ojca.

– On mi uratował życie, tato. Rodziny przeprowadziły głosowanie. Chyba już czas. Jak sądzisz?

– Chyba tak – mruknął Arszan, spoglądając na escherowską sieć drabin, ręcznie robionych schodków i krużganków, wznoszących się wokół niego w wielkim pomieszczeniu.

– Czy to pozwolenie? – spytał Farzad.

Arszan oparł nogę o ławę, na której siedzieliśmy, i spojrzał mi w twarz.

– Jak sądzisz, co tu robimy? – spytał.

– Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że czegoś szukacie.

– Dokładnie – przyznał Arszan z uśmiechem, odsłaniającym rząd małych, idealnie białych zębów. – Rozumiem, dlaczego wujek Keki cię lubił. Dokładnie to robimy. Wszystko, co tu widzisz, jest jednym wielkim polowaniem na skarby. Na bardzo cenną skrzynię ze skarbem.

– Takim... pirackim?

– W pewnym sensie. Ale to skarb kupca – mniejszy i o wiele cenniejszy.

– Na pewno... przy tylu przeróbkach wnętrza...

– Idź po listę – zwrócił się Arszan do syna.

Po jego odejściu zaczął wyjaśniać.

– Mój pradziadek odniósł wielki sukces. Zgromadził znaczną fortunę. Nawet gdy zgodnie z parsyjską tradycją przelał znaczną część pieniędzy na organizacje charytatywne i projekty publiczne, jego majątek był nadal porównywalny z majątkami wszelkich przemysłowców czy kupców jego czasów.

Farzad wrócił i usiadł obok mnie na długiej ławie. Podał ojcu złożony pergamin. Arszan trzymał na dokumencie dłoń, dopóki nie skończył wyjaśniać.

– Gdy Anglicy zobaczyli przed sobą widmo klęski i zrozumieli, że ich panowanie zbliża się do końca, zaczęli wyjeżdżać z Bombaju, niektórzy w wielkim pośpiechu. Wielu najbardziej zamożnych angielskich biznesmenów obawiało się, że po odzyskaniu niepodległości przez Indie padną ofiarą przemocy. Te ostatnie tygodnie i dni były wypełnione szaleństwem i paniką.

– A twój pradziadek znalazł się w odpowiednim czasie o odpowiedniej porze.

– Wszyscy wiedzieli, że mój pradziadek ma góry pieniędzy, których nie trzyma na koncie w banku – oznajmił Farzad.

– Pieniędzy, które nigdy nie zostały odpowiednio zaksięgowane – dodał Arszan.

– I za te pieniądze kupował różne rzeczy od wyjeżdżających Anglików – domyśliłem się.

– Dokładnie. Bojąc się, że indyjskie władze mogłyby dojść do wniosku, iż ukradli czy zrabowali klejnot – a kto wie, może wielu z nich właśnie tak weszło w ich posiadanie – Anglicy sprzedawali swoją biżuterię za gotówkę. Mój pradziadek kupił bardzo wiele tych drogocenności w ostatnich miesiącach przed nastaniem niepodległości i ukrył je...

– Gdzieś w tym domu – dokończyłem.

Arszan westchnął i powiódł spojrzeniem po krużgankach i przejściach, które otaczały siecią pomieszczenie.

– Ale nie została żadna wskazówka, gdzie szukać skarbu?

– Ani jedno słówko. – Arszan otworzył pergaminowy list, trzymając go między nami. – Dokument, który znaleźliśmy w starej książce, bardzo szczegółowo odnotowuje liczbę i rodzaj klejnotów, a także fakt, że są gdzieś ukryte, włącznie z opisem skrzyni, w której są schowane, ale nie zdradza, gdzie dokładnie się ona znajduje. Mój pradziadek był właścicielem wszystkich trzech domów z tej dzielnicy i w swoich czasach mieszkał i pracował w nich wszystkich.

– Więc zaczęliście szukać.

– Przeszukaliśmy pokoje i wszystkie meble. Przewróciliśmy wszystko do góry nogami, szukając tajnych szuflad. Potem zaczęliśmy ostukiwać ściany, szukając skrytek lub ukrytych drzwiczek czy czegoś w tym rodzaju. Gdy niczego nie znaleźliśmy, zrozumieliśmy, że musimy zacząć burzyć ściany.

– Zaczęliśmy tutaj, od ścian działowych naszego domu – podjęła Anahita, gdy Karina postawiła przede mną porcelanową filiżankę czaju. – Ale potem, gdy zabraliśmy się do tego tam...

– Wspólnej ściany – pomógł jej ARszan.

– Tak, gdy zaczęliśmy burzyć to tam, w domu sąsiadów, Khanów, zaczęło spadać mnóstwo rzeczy.

– Na przykład mój ulubiony podświetlany zegar – odezwał się ponuro Zahira. – Z wodospadem, więc wyglądał, jakby nieustannie spływała w nim woda. Cały zegar upadł i rozbił się na milion kawałków. Od tej pory nie znalazłam drugiego takiego.

– A gdy w ich domu zaczęły się przewracać przedmioty, Khanowie przyszli i spytali, co robimy.

– Wtedy wkroczył mój tata – odezwał się przyjaciel Farzada, Ali.

– Dosłownie – dorzucił Farzad z uśmiechem.

– Nasze rodziny zawsze były ze sobą blisko – oznajmił Ali. – Wujek Arszan i cioteczka Anahita postanowili wyjawić mojemu tacie, co robią, i zaprosili go do poszukiwań skarbu.

– Uznaliśmy, że mój pradziadek mógł ukryć skrzynię z klejnotami we wspólnej ścianie – dodał Arszan. – Za jego czasów te domy ciągle przebudowywano i przerabiano, a nie mogliśmy sprawdzić, co znajduje się w ścianach, pomijając Khanów.

– Tego wieczoru mój Sulejman wrócił do domu po wizycie u nich – podjęła cioteczka Zahira – i zwołał rodzinne zebranie. Powiedział nam o skarbie i zaprosił do poszukiwań, choć mogło to wymagać zburzenia ściany między naszymi domami. Wszyscy mówiliśmy jednocześnie, jak wariaci!

– Było super – dodał Ali.

– I kłóciliśmy się – powiedziała Zahira. – Ale po wielu szczerych rozmowach postanowiliśmy dołączyć do poszukiwań i już następnego dnia zaczęliśmy burzyć ścianę.

– Ale nie było w niej skarbu – oznajmiła ładna dziewczyna, Karina. – I nadal go nie znaleźliśmy. W ten sposób w tym mela pojawił się mój tata.

– Arszan i Anahita zaprosili nas na rozmowę – wyjaśniła Dżaja, uśmiechając się na to wspomnienie. – Kiedy tu przyszliśmy, znaleźliśmy wszystkich Daruwallów i Khanów wśród ruin. Wtedy zaprosili nas do poszukiwań, bo uważali, że skarb może się znajdować w ścianie między naszymi domami, z drugiej strony. A żeby przeszukać górne piętra, potrzebowali naszej zgody. Mój mąż Rahul zgodził się od razu. Dla przygody zrobi wszystko.

– Jeździ na nartach – wyjaśniła Karina. – Po śniegu!

Wszyscy pokręcili głowami ze zgrozą.

– I jesteście całkowicie pewni, że ten skarb tu jest?

– Możesz na to liczyć – zapewnił mnie Farzad. – Kiedy nie znaleźliśmy skarbu i w tamtej ścianie, zaczęliśmy pracować nad sufitami i podłogami stąd aż po dach. On tu jest, a my go znajdziemy.

Inne książki tego autora