GiaurTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

George Gordon Byron

Giaur

Tłumaczenie: Adam Mickiewicz

Warszawa 2017

Spis treści

[Dedykacja tłumacza]

Przedmowa tłumacza

Przedmowa autora

Giaur

[Dedykacja tłumacza]

Julianowi Niemcewiczowi

w dowód głębokiego szacunku

poświęca TŁUMACZ

Przedmowa tłumacza

O wpływie Byrona na całą tegoczesną literaturę przekonywają się co dzień czytelnicy, bo widzą na wszystkich utworach późniejszych barwę i piętno tego wielkiego poety. O zaletach i wadach dzieł jego tyle ksiąg napisano, że z nich można by ułożyć małą bibliotekę: nie myślimy poruszać tej pleśni krytyczno panegirycznej, głęboko już zasypanej innymi ważniejszymi polemikami.

Ale tłumacz czuł się obowiązanym powiedzieć zdanie swoje o dziełach Autora pod jednym przynajmniej względem, pod względem moralnego ich charakteru i dążenia. Wiadomo, iż Byrona oskarżano o bezbożność i antysocjalizm; zarzucano mu, że występnych ludzi wybierając na bohatyrów swoich pieśni, robił niejako apoteozę zbrodni; Fryderyk Szlegel nazwał go emisariuszem Szatana, a wszyscy zgodzili się, że był apostołem sceptycyzmu.

Wszakże, jeśli sądząc dzieła pod względem sztuki, krytycy zwykli je odnosić do wieku, w którym wzięły początek, porównywać z dziełami spółczesnymi i poźniejszymi, należałoby równą zachować metodę oceniając moralny charakter autorów.

Byron był dzieckiem przeszłego wieku; wszedł na świat w epoce moralnej najnieszczęśliwszej dla człowieka, dla poety. Właśnie wtenczas spadała zasłona po pierwszym akcie rewolucji. Straszna walka piśmienna i słowna przecięta została gilotynami i zagłuszona grzmotem wojny europejskiej. Stronnictwa osłabione wzajemnym mordem ustąpiły z placu boju; niedobitków Napoleon rozbroił i wziął na kagańce. Wszystko ucichło. Był to czas dziwnego odrętwienia; o tych wielkich pytaniach które świat zaburzyły, lękano się już mówić, zaprzestano myślić. Dzieła wszystkie ówczesne noszą cechę trwogi umysłowej i moralnego upadku. Są to niby rozmowy winowajców zamkniętych w więzieniu, którzy wstydzą się wspominać przeszłość, bo haniebna – boją się pomyślić o przyszłości, bo okropna – i bawią się gawędką o pogodzie i deszczu.

Dusza Byrona nie mogła żyć śród takiej literatury, gwałtem wyrywała się za jej sferę. Młody Autor, prześladowany od krytyków, ścigał ich wzajem, a z krytyków sądząc o czytelnikach, zaczął lekceważyć całą publiczność. Po tej kłótni autorskiej z literatami, nastąpił rozbrat moralny z ludźmi, którego szczegóły należą do biografii.

Zalśniony gniewem, złorzecząc obłudzie.

Choć znał, zapomniał że są lepsi ludzie.

(Korsarz, s. 98)

Odtąd zdało się Byronowi, że człowiek z sercem nie może żyć w towarzystwie, że musi uciec od świata lub mścić się nad nim. Odtąd bohatyrów swoich, dzieci duszy swojej, wychowywał na pustyni lub w jaskiniach łotrów.

Ale dzieci Byrona nie są to pospolici zbrodniarze, nie zimni egoiści albo szaleni fanatycy zakochani w swojej przewrotności i głupstwie. Poeta zostawia im jedną przynajmniej cnotę, jedno szlachetne uczucie, które ich mimowolnie z rodzajem ludzkim wiąże, które nie pozwala im pogrążyć się w zupełną moralną ciemność, i świecąc na dnie sumienia, tym wyraźniej daje widzieć wszystkie jego szczerby i plamy.

Ludzie Byrona mają sumienie. I tu jest główna różnica między naszym autorem i pisarzami przeszłego wieku. Przeszły wiek był solistą, a więc nie znał różnicy złego i dobrego, ćwiczył się tylko w rozumkowaniu, i za cel sobie położył, ze wszystkiego wytłumaczyć się, a raczej wygadać. Typem przeszłego wieku jest Panglos Woltera. Ten Panglos, francuski Hiob, w największym spodleniu moralnym, nie traci dobrego humoru; walając się w śmieciach, i wypluwając zęby, zawsze pyszni się i cieszy się, że był i jest filozofem. Ludzie Byrona gardza taką sofisterią, czują, że są winni, cierpią; duma tylko nie dozwala im błagać przebaczenia, a czytelnik czuje, że do poprawy brak mu tylko czasu, bo wszyscy zbyt rychło giną. Czytelnik pewny jest, że Giaur, ani Korsarz, ani nawet Don Juan nie skończyliby jak Panglos, albo Foblas.

I sceptycyzm Byrona różny jest od tej obojętności na wszystko co jest wysokie i piękne, od tej zwierzęcej nieczułości, którą soliści ochrzcili sceptycyzmem, a która jest tylko dobrowolną głucho-ślepotą. Cała filozofia przeszłego wieku dążyła do tego, ażeby ludzi, już pochlebstwem odwieść, już groźbą i śmiechem odstraszyć od poszukiwania prawd wyższych i zasadniczych, ażeby wmówić, że te prawdy albo są do pojęcia niepodobne, albo niewarte dochodzenia. Byron pierwszy z poetów nie dał się zaspokoić taką solistyczną kondemnatą myślenia i uczucia. Wielka zagadka świata, zagadka przeznaczeń rodu ludzkiego, przyszłego życia, stała mu zawsze przed oczyma. Poruszył on wszystkie zasadnicze pytania moralne i filozoficzne, pasował się ze wszystkimi trudnościami dogmatów i tradycji, klął i dąsał się jak Tytan Prometeusz, którego cień tak często lubił wywoływać. Nie rozwiązał sobie zagadnienia, nie uspokoił duszy; ależ mu brakło równie jak jego bohatyrom – czasu! Może dlatego tylko nie sprawdziła się przepowiednia Walter Skota.

Nie był tedy Byron kontynuatorem przeszłego wieku; owszem powiedzieć można, że ruch umysłowy dążący ku solisterii on jeden na drodze literatury zatrzymał i wstecz zawrócił. Odgłos powszechny nazwał Byrona Napoleonem Poetów, również Napoleona uznano za jedynego poetę Francji. Wiele wieków minie, nim się znajdzie ręka, która by jedno z tych bereł dźwignąć mogła.

Uważano, że w dwojakim sposobie sceptycyzm ukazuje się na świecie: raz jako mrok wilgotny i zimny, wróżący noc długą; drugi raz jako te chwilowe ściemnienie porankowe, połączone z powiewem orzeźwiającym, które zapowiada dzień. Byron wyobraża tę drugą epokę sceptyków, niepewnych w swoim dążeniu, ale pełnych ducha i szczerości.

Przedmowa autora

Rozerwane ułamki niniejszego poematu, składają powieść o smutnych losach branki muzułmańskiej, która za niewierność ukarana została sposobem tureckim, utopiona w morzu, i której zgonu pomścił się kochanek jej, młody wenecjanin. Zdarzenia podobne trafiały się dawniej często na Wschodzie; teraz rzadsze. Może kobiety muzułmańskie nauczyły się więcej ostrożności, może chrześcianie mniej są teraz pochopni do śmiałych przedsięwzięć miłosnych i mniej w nich szczęśliwi. Zdarzenie, które jest treścią naszej powieści, odnieść należy do owych czasów, kiedy wyspy Jońskie ulegały panowaniu Rzeczypospolitej Weneckiej, kiedy Arnauci na chwilę wyparci z Morei, znowu, po bezskutecznym wtargnięniu Moskalów, zaczęli ją plądrować. Wiadomo, że odstrychnienie się Majnotów, obrażonych tym, że im zabroniono Mistrę rabować, ściągnęło nowe klęski na Grecję. Kraj ten stał się naówczas teatrem okrucieństw, których przykład trudno znaleźć, nawet w dziejach prawowiernego ludu muzułmańskiego.

Giaur

Umilkły wiatry, ciche lśnią się fale

Przy grobowcowej Temistokla skale,

Która wyniosłem niebo czołem bodzie

I z góry patrząc na morza i smugi

Najpierwsza wita lądujące łodzie.

Kiedyż się zjawi Temistokles drugi?

*

Wyspy szczęśliwe! – w każdej porze roku

Zarówno miłe i sercu i oku,

Gdy was przychodzień z gór Kolonny wita,

Wraz nagły urok źrenice mu chwyta,

I myśl pogrąża w dumy tajemnicze.

Tu szklane morza cichego oblicze

Na falach drobnych jak uśmiechu dołki,

Gór okolicznych odbija wierzchołki

Strzegące brzegów, z którymi łagodnie

Zdają się igrać rajskie wody wschodnie.

Jeśli się wietrzyk chwilowy prześliźnie,

I złamie szyby na modrej płaszczyźnie,

I kwiecie z brzegu przyniesione miota,

Jakaż w tym wietrze wonia i pieszczota!

Tam na skał wierzchu, u ścieku poników

Błyszczy się róża, sułtanka słowików,

Jej brzmią pochwały kochankowie leśni,

Ona rumieńcem dziękuje za pieśni.

Śliczna i skromna, królowa ogrodów,

Nietknięta wichrem, niezwiędła od chłodów

Nie znając naszych zim niebezpieczeństwa,

Kwitnie świeżością wiecznego panieństwa.

Balsamy, których niebo jej udziela,

W wonnych kadzidłach ku niebu odstrzela,

Niebo wzajemnie, co dzień jej użycza

Świetnych kolorów swojego oblicza.

Tam, w polu tyle jest kwiecia dla wianków,

Tam, w lasach tyle cienia dla kochanków,

Tam, groty dla nich ciosane umyśnie;

Dziś morski zbójca w te groty się ciśnie,

I nocą z małej czatuje galery

Na bezpiecznego żeglownika stery.

Skoro miesięczna zabłyśnie pochodnia,

Zabrzmi gitara morskiego przechodnia;

Zbójca swój rudel zaraz na głąb pędzi

Zakryty cieniem nadbrzeżnych krawędzi,

Zahacza statek, zdobycze rozdziela;

Wrzask konających miesza pieśń wesela.

Dziwna! – gdy kraj ten natura obrała

Na ogród bogów, i hojnie nań zlała,

Tyle bogactwa, piękności tak wiele

 

Jakby we własnym zakochana dziele,

Dziwna! – że dzieła własnego się zrzeka,

I dziś natura wpuszcza tu człowieka,

Który, odwieczny miłośnik zniszczenia,

Ogród Edeński na nowo wyplenia,

I jako leśny dzik kwiecie wytłacza

Niepokropione znojami oracza

Ani znające ręki ogrodnika!

Tu kwiecie samo dokoła wynika,

Za tyle wdzięków, za taką obfitość

Uprasza tylko człowieka o – litość.

Dziwna! – tu ziemia oddycha pokojem.

A serce ludzkie, chucią i rozbojem.

Czyż kraje światła na nowo ogarnie

Noc namiętności rządzących bezkarnie?

Patrząc myśliłbyś, że tu zbuntowani

Wojsko aniołów zwalczyli szatani,

I cherubinów trony dziś przywłaszcza

Tłum, który piekieł wyzionęła paszcza.

Tak śliczny kraj ten ojczyzna rozkoszy,

Tak brzydki tyran, co go dziś pustoszy!

Kto na śmiertelnym oglądał posłaniu

Piękne oblicze zaraz po skonaniu

Nim dzień przeminął, pierwszy dzień nicestwa,

Ostatni trudów i bolów jestestwa;

Nim śmierć ostatnim przyciśnieniem ręki

Zgładziła rysy gdzie chronią się wdzięki:

Kto pomni twarz tę anielsko-łagodną,

Tak zimno piękną, tak smutnie pogodną!

Zda się w letargu zasypiać głęboko,

Zda się być żywą? – gdyby nie to oko,

Gdzie już nie świeci ni łza, ni namiętność,

Gdzie mieszka zimna, wieczna obojętność

I straszy widzów i serca im studzi,

I z oczu trupa wpada w serca ludzi –

Gdyby nie wzrok ten, nim pierwszy dzień minie,

Nim ta godzina – w tej jeszcze godzinie

Śmierć tak łagodnie niewidomie władnie,

Że jej tyraństwa nikt zrazu nie zgadnie!

Dziś do tej twarzy Grecyja podobna,

Martwa od dawna, lecz dotąd nadobna;

Jej widok ziębi, jej wdzięk do łez wzrusza,

Bo już piękności nie ożywia dusza,

Jej wdzięk jest tylko uśmiech pozostały

Na chwilę w ustach, co ducha oddały.

A jej rumieniec, chorowita krasa

Która na trupich licach nie zagasa,

Ostatni odbłysk zachodnich promieni,

Co się wokoło ruiny czerwieni,

Ostatnie czucie, co żegna nadzieję,

Iskra niebieska, która dotąd tleje

Lecz już swej miłej ziemi nie rozgrzeje.

Ojczyzno mężów nieśmiertelnej chwały!

Każda dolina, każdy wierzch twej skały!

Jakże pamiętne! – bo każde z nich było

Kolebką swobód lub sławy mogiłą.

Arko potęgi! Dziś, czyliż tak mało,

Czyż tylko tyle po tobie zostało?

Wstań niewolniku podły, wstań na chwilę,

Powiedz: ten wąwóz czy nie Termopile?

Ty z duchów orlich wyrodzony płazie

Na Leonida gnieżdżący się głazie,

Przypomnij, nazwij tych opok wyżyny,

Zatokę, wyspy – wyspy Salaminy!

Powstań! – te dawne zapomniane boje

Odnów i przywłaszcz, to dziedzictwo twoje:

Z popiołów przodków, może wróg rozdmucha

Iskrę, zarodek ich wielkiego ducha.

A kto z was w boju żywota dokona,

Wliczy swe imię pomiędzy imiona,

Na których wzmiankę, pochlebstwem pijani

Zwykli się trzeźwić, zwykli drżeć tyrani.

Kto z was ojczyzny z więzów nie wybawi

Zginie, lecz tyle synom swym zostawi

Sławy, nadziei, że staną się zdolni

Rozerwać jarzmo i umierać wolni!

Walka o wolność, gdy się raz zaczyna,

Z ojca krwią spada dziedzictwem na syna,

Sto razy wrogów zachwiana potęgą,

Skończy zwycięstwem – Grecyja jest księgą

W której wiekami stoi wypisano,

Że klęska wolnych jest świata wygraną.

Królowie, sławę kupując u cieśli,

Gdzieś bezimienne piramidy wznieśli;

Wolni nie dbają chociaż czasu fala

Wszystkie grobowce i pomniki zwala,

Większe pomniki zostały nad niemi,

Zostały góry ich ojczystej ziemi.

Tam muza oczom przechodniów ukaże

Groby swobodnych, wolności ołtarze.

Długo by mówić – przechodzić okropnie

Wszystkie od chwały do niewoli stopnie –

Dosyć jest wiedzieć, że nikt nie zagrzebie

Ducha swobody – chyba on sam siebie

Bo własne tylko upodlenie ducha

Ugina wolnych szyję do łańcucha.

*

Mieszkańcy ziem tych! macież wy powieści

Dawnym podobne? i których by treści

Natchnęły muzę do polotów szczytnych,

W ślad muzy greckiej wieków starożytnych,

Gdy ludzie byli ziemi swojej godni?

Dziś do niczego nie zdatni – prócz zbrodni.

Z ognistą duszą, co by mogła siły

Natchnąć do dzieła godnego pomników,

Dziś oni pełzną z kolebek w mogiły

Niewolni – gorzej – słudzy niewolników,

Zmazani całą szkaradą co brudzi

Niewiele wyższych nad zwierzęta, ludzi;

Nie mają nawet tej dzikich odwagi,

Piersi gotowej przyjąć oręż nagi;

Tylko rozwożą przez sąsiednie państwa

Z nowym towarem stare oszukaństwa;

W tym tylko widać Greków dowcip dawny

I z tego tylko Grek na wschodzie sławny.

Daremnie wolność tylekroć zaklina

Aby skruszyli jarzmo poganina,

By kark podnieśli zgięty łańcuchami!

Nie – Grecy! – nie mam litości nad wami.

Przecież z Grecyji wziąłem te powieści

Z czasów niedawnych i żałośnej treści.

*

Z dala, śród morza pogodnego błyska,

Szybko pod cienie nadbrzeżne się wciska

Statek; rybacy poznali z obrotów,

Że to piratów statek lub Majnotów;

Chcą z barką swoją w cieniach się przewinąć

I brzeg niepewny z daleka ominąć,

Choć im trud dzienny osłabił ramiona,

Choć rybim łowem barka przeciążona,

Silnie wiosłują, rudel krzywią w stronę,

Aż dopłynęli do Porto-Leone,

Gdzie ich noc czeka – noc prawdziwie godna

Kraju wschodniego – cicha i pogodna.

*

Kto tam grzmi konno po skalistej drodze?

Wygięty naprzód, na wiatr puścił wodze,

Kopyt tętenty jak grzmoty po grzmotach

Wciąż budzą echa drzemiące po grotach.

Koń jak kruk czarny, a na bokach piana,

Jak gdyby świeżo z morza zszumowana.

Wieczór już uśpił fale morskich toni,

Ale nie serce tej dzikiej pogoni.

Groźnie na jutro niebo się zachmurza

Ale groźniejsza w sercu Giaura burza.

Nie znam cię, rodu twego nienawidzę,

Ale w twych licach takie rysy widzę,

Które w pamięci kiedy się raz wrażą,

Z czasem się głębiej werzną, lecz nie zmażą.

Tyś młody, blady, lecz namiętne bole

Gorzały długo na twym smagłym czole.

Złe oko twoje choć mnie nie urzekło,

Choć jak meteor błysnąwszy uciekło,

Zgadłem, że Turek takiego człowieka

Powinien zabić – lub niech sam ucieka.

Tam – tam – poleciał – śladem jego biegu

Szły mimowolnie oczy me wzdłuż brzegu,

A chociaż z taką szybkością prześcignął,

Choć jak latawiec tylko w oczach mignął,

Jego wzrok, jego twarz na kształt pieczęci

Wciśnione czułem w głąb mojej pamięci.

I długo w uchu huk kopyt słyszałem

Czarnego konia lecącego czwałem.

Spiął ostrogami, wbiegł na wierzch opoki

Ocieniającej głębinę zatoki,

Obleciał wkoło, znowu na dół gonił.

Skałą od moich oczu się zasłonił.

Zgadłem, dlaczego: temu, co ucieka

Jest obrzydliwą źrenica człowieka,

On najpiękniejsze na niebiosach gwiazdy

Klnie, że zdradzają ścieżki jego jazdy.

Zbiegając z góry nim konia nawrócił,

Spojrzenie straszne, jak ostatnie rzucił.

I wybiegł znowu, znowu w górę skoczył.

Wtem nagle stanął, konia w bok zatoczył,

I patrzy z góry, na strzemionach staje,

Czegóż on patrzy, tam, w oliwne gaje?

Księżyc na nowiu wschodzi zza gór grzbietów,

Błyszczą nad miastem lampy minaretów,

W mieście wre teraz Bajramu uciecha;

Tu, choć nie dojdą ni wystrzałów echa,

Ni muzułmanów pobożne okrzyki,

Przecież błysk widać każdej tofaiki.

Bo dziś zachodzi słońce Ramazanu,

Dziś Bajram święcą wyznawcy Koranu,

Dziś... Lecz ty, Giaurze, kto jesteś? co znaczy

Twój ubiór obcy – i twój wzrok rozpaczy?

Co cię obchodzi Bajram? po co czekać

Naszego święta lub przed nim uciekać?

On stał – wtem nagły strach lica mu ścisnął,

I strach ten nagle wściekłością zabłysnął.

A blask ten nie był jak rumieniec nikły

Gniewów, co wschodzić i przemijać zwykły,

Ale jak bladość marmurowej bryły

Powiększająca ciemnotę mogiły.

Brwi nasunione, osłupiałe oko.

Wtem rękę dźwignął i podniósł wysoko,

I na wiatr miotał, jakby groził gniewny.

Stał, czy uciekać, czy gonić, niepewny;

A wtem koń zarżał niecierpliwy zwłoki,

I rżenie echem odbiły opoki.

Giaur za miecz porwał, i szczęk rękojeści,

Wybił go nagle z tej niemej boleści,

Jak zbójcę budzi krzyk sowy złowrogi;

Znowu koniowi w bok wraził ostrogi:

Dalej, w cwał koniu, tu idzie o życie! –

Znowu koń czarny zagrzmiał po granicie;

Chyży jak dziryt – leci wzdłuż zatoki,

Dalej ku morzu – wpadł między opoki.

Nie widać twarzy – znikła strusia kita,

Na chwilę grzmiące ucichły kopyta.

Raz tylko wstrzymał rumakowi wodze

I nieruchomy, chwilę stał na drodze,

Chwilę – i znowu opoka zabrzmiała,

Giaur poleciał, jakby go śmierć gnała.

Straszna to chwila, w której duch rozkręci

Za jednym razem cały zwój pamięci,

I w jedną drobną kroplę czasu zleje

Życia bolesne i zbrodnicze dzieje!

Kto nienawidzi, kocha się lub boi,

Temu za piekło jedna chwila stoi.

Cóż on czuł wtenczas, gdy trapiące duszę

Wszystkie od razu wycierpiał katusze?

Chwila spoczynku, śród potoku zdarzeń,

Kto zliczy, ile mieści wyobrażeń?

Bo choć dla czasu zdaje się nicością,

Ona dla myśli jest całą wiecznością.

Bo nieskończone, niezmierne cierpienie,

Może w myśl jedną zgromadzić sumnienie,

I w jednej chwili wycierpieć od razu

Bole bez końca, nadziei, wyrazu!

*

Przeszła godzina – Giaur jak cień przeminął.

Uciekł? czy zginął? czy sam tylko zginął?

W czarnej godzinie przybył, jak zesłana

Od niebios kara za grzechy Hassana,

Przyszedł i smętarz zrobił z baszy domu,

Przyszedł i odszedł jak wicher Symomu,

Co wieje bożym obciążony gniewem

I za którego śmiertelnym powiewem

Cyprys umiera, choć jest śmierci drzewem,

Choć wiosną nawet nie zruca żałoby,

Jeden, co wiernie opłakuje groby!

*

Nie masz rumaków na stajniach Hassana,

Komnata jego od sług odbieżana,

Pająk samotnik, na ścianach się czepia

I szpary szarym całunem zasklepia.

W twierdzy Hassana nie widać żołnierzy,

W jego haremach gniazdo niedoperzy,

Zamiast strażnika puszczyk krzyczy z wieży.

W ogrody czasem dziki pies przybieży,

Spragniony wyje na suchą fontannę,

Stoją wód łoża z marmuru usłane

Lecz owdowiałe – bo zdroje wymarły,

Zielska się dzikie na dnie rozpostarły.

Niegdyś jak wdzięcznie fontanny tu grały.

Łagodząc nieba wschodniego upały,

Niegdyś tryskając srebrnej rosy tęczę

I fantastyczne wirując obręcze,

Rozkosznym chłodem rzeźwiły dokoła

Powietrze, ziemię i spragnione zioła.

Jak było mile blaski gwiazd pogodnych

Widzieć odbite na tych łukach wodnych,

Słuchać muzyki tych szemrań łagodnych!

Tu często Hassan w niemowlęcym wieku

Bawić się lubił u kaskady ścieku;

 

Tu, drzemiącemu w matki swej objęciu,

Piastunka woda śpiewała dziecięciu.

Hassan młodzieniec na te wodotryski

Poglądał, siedząc obok odaliski,

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?