Wahadło Foucaulta

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

UMBERTO ECO

WAHADŁO FOUCAULTA

Przełożył

Adam Szymanowski

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

1 KETER

1 Kiedy blask nieskończoności

2 Mamy rozmaite i ciekawe Zegary

2 CHOCHMA

3 In hanc utilitatem clementes angeli

4 Kto próbuje wniknąć w Różę filozofów

5 I zaczynam odmieniać to imię

6 Judá León se dio a permutaciones

3 BINA

7 Nie obiecuj sobie za wiele po końcu świata

8 Przybyłem ze światła i od bogów

9 W prawym ręku ściskał pozłocistą trąbę

10 I w końcu nie wnioskuje się kabalistycznie z vinum niczego

11 Jego bezpłodność była nieskończona

12 Sub umbra alarum tuarum

13 Li frere, li mestre du Temple

14 Wyznałby również, iż zabił naszego Pana

15 Udam się po ratunek do hrabiego Andegaweńskiego

16 Przed aresztowaniem był w zakonie tylko dziewięć miesięcy

17 W ten sposób zniknęli rycerze Świątyni

18 Gmach straszliwie podziurawiony szczelinami i pieczarami

19 Zakon ani na chwilę nie przestał istnieć

20 Niewidzialne i niezniszczalne centrum, monarcha, który miał znowu się przebudzić

21 Graal jest tak ciężki

22 Nie chcieli, by zadawano im pytania

4 CHESED

23 Analogia przeciwieństw

24 Sauvez la faible Aischa

25 Ci zagadkowi wtajemniczeni

26 Wszystkie tradycje ziemi

27 Opowiadając pewnego razu, że poznał Poncjusza Piłata

28 Istnieje substancja, która otula świat

29 Z prostego faktu, że skrywają swe imię

30 Sławetne bractwo różokrzyżowców

31 Jest prawdopodobne, że większość rzekomych różókrzyżowców

32 Valentiniani per ambiguitates bilingues

33 Wizje są białe, błękitne, biało-bladoróżowe

5 GEWURA

34 Beydelus, Demeymes, Adulex

35 Jestem Lija

36 Proszę pozwolić, że udzielę rady

37 Kto rozmyśla nad czterema rzeczami

38 Mistrz Tajemny, Mistrz Doskonały

39 Kawaler Planisfery

40 Lękliwy stokroć umiera

41 W punkcie, w którym Otchłań

42 Wszyscy jesteśmy zgodni

43 Ludzie spotykani na ulicy

44 Wzywa siły

45 Stąd wynika zadziwiające pytanie

46 Podejdziesz kilka razy do żaby

47 Czucie rozbudzone i pamięć przenikliwa

48 Dobre przybliżenie

49 Rycerskość duchowa i inicjacyjna

50 Jestem pierwszą i ostatnią

51 Kiedy więc Ceruellone Kabalista

52 Olbrzymia szachownica, która rozciąga się pod ziemią

53 Nie mogąc otwarcie kierować przeznaczeniami ziemskimi

54 Książę ciemności

55 Nazywam teatrem

56 Jął dąć w swoją wspaniałą trąbę

57 Pod co trzecim drzewem jest zawieszona latarnia

58 Alchemia jest niewinną nierządnicą

59 I jeśli rodzą się takie potwory

60 Biedny głupcze!

61 Złote Runo

62 Za stowarzyszenia druidyczne uważamy

63 Co panu przypomina ta ryba?

6 TIFERET

64 Śnić o mieście nieznanym

65 Powierzchnia złożona z kawałków drewna

66 Jeśli nasza hipoteza jest słuszna

67 Da Rosa, nada digamos agora

68 Niechaj twoje szaty będą białe jak śnieg

69 Elles deviennent le Diable

70 Pamiętamy tajemne napomknienia

71 Nie mamy nawet pewności

72 Nos inuisibles pretendus

73 Inny ciekawy przypadek

74 Chociaż nie sposób odmówić dobrej woli

75 Adepci stoją na skraju takiej drogi

76 Dyletantyzm

77 To zielsko zowią czarcim płochem

78 Powiedziałbym niechybnie, że ta potworna krzyżówka

 

79 Otworzył swój kuferek

80 Kiedy pojawiła się Biel

81 Potrafiliby wysadzić w powietrze całą powierzchnię naszej planety

82 Ziemia jest ciałem magnetycznym

83 Mapa to jeszcze nie terytorium

84 Zgodna z projektami werulamczyka

85 Phileas Fogg. Nazwisko, które jest jak podpis

86 Do nich to zwrócił się Eiffel

87 To osobliwa zbieżność

88 Templaryzm to jezuityzm

89 Uformowało się w łonie najgęstszych ciemności

90 Wszelkie niegodziwości przypisywane templariuszom

91 Jakże wspaniale zdemaskowałeś te piekielne sekty

92 Z całą potęgą i terrorem szatana

93 My tymczasem działamy za kulisami

94 En avoit-il le moindre soupçon?

95 Wskazuje na żydowskich kabalistów

96 Dobrze jest działać pod jakimś płaszczykiem

97 Ego sum qui sum

98 Rasistowska gnoza, obrzędy

99 Zmałpienie plus dywizje pancerne

100 Oświadczam, że Ziemia jest pusta

101 Qui operatur in Cabala

102 Bardzo gruby i wysoki mur

103 Twoje tajemne imię będzie z 36 liter

104 Teksty te nie są przeznaczone dla zwykłych śmiertelników

105 Delirat lingua, labat mens

106 Spis nr 5

7 NECACH

107 Pies czarny, co przez ścierń tu zmierza

108 Czy dzieło prowadzą różne Siły?

109 Saint-Germain... Bardzo dystyngowany i pełen polotu

110 Pomylili ruchy i podążali do tyłu

111 C’est une leçon par la suite

8 HOD

112 Dla naszych Ceremonii

113 Nasza sprawa jest tajemnicą

114 Wahadło idealne

115 Gdyby oko mogło ujrzeć demony

116 Je voudrais être la tour

117 Ma szaleństwo dla gości namiot

9 JESOD

118 Społeczna teoria spisku

119 Podpalono zwieńczenie trąby

10 MALCHUT

120 Zło jest w tym, że oni uznają za pewne, iż przebywają w świetle

Spis ilustracji

Tytuł oryginału: IL PENDOLO DI FOUCAULT

Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI

Korekta: BARBARA KACZAROWSKA, MACIEJ KORBASIŃSKI, JOLANTA ROSOSIŃSKA

Na okładce wykorzystano fragment tryptyku Lazzara Bastianiego Sceny z życia świętego Hieronima, XV wiek, Pinakoteka Brera, Mediolan

Copyright © R.C.S. Libri S.p.A. – Milan, Bompiani 1988

All rights reserved

For the Polish edition Copyright © 2002, Noir sur Blanc, Warszawa

All rights reserved

Wydanie I elektroniczne

ISBN 978-83-7392-434-5

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl Księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla was jedynie, synowie wiedzy i mądrości, napisaliśmy to dzieło. Badajcie księgę, skupcie się na tym zamiarze, który rozproszyliśmy po wielu miejscach, to zaś, co zakryliśmy w jednym miejscu, odsłoniliśmy w innym, aby zostało zrozumiane przez waszą mądrość.

Heinrich Cornelius Agrippa von Nettesheim,

De occulta philosophia, 3, 65

Zabobon przynosi nieszczęście.

Raymond Smullyan,

5000 B.C., 1.3.8

1

KETER

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

I wtedy zobaczyłem Wahadło.

Ruchoma kula na końcu długiego sznura, umocowanego do sklepienia chóru, z izochronicznym majestatem i rozmachem przemierzała swój szlak.

Wiedziałem – ale każdy wyczułby to z magii tego spokojnego oddechu – że okres zależy od iloczynu pierwiastka kwadratowego z długości sznura i owej liczby π, irracjonalnej dla przyziemnych umysłów, lecz z boskiego nakazu wiążącej nieuchronnie we wszystkich możliwych kołach obwód ze średnicą – tak że czas wędrówki tej kuli od jednego do drugiego skrajnego wychylenia był skutkiem tajemnej zmowy między najbardziej ponadczasową z miar, jedynością punktu zawieszenia, dualizmem abstrakcyjnego wymiaru, troistą naturą π, sekretnym tetragonem pierwiastka, doskonałością okręgu.

Wiedziałem ponadto, że w pionie od punktu zawieszenia, u podstawy, umieszczono magnetyczne urządzenie, które przekazując sygnały cylindrowi ukrytemu we wnętrzu kuli, zapewniało stałość ruchu, a ten fortel pozwalał przezwyciężyć opór materii, nie zaprzeczając przy tym zgoła prawu wahadła, a nawet ułatwiając jego ujawnienie, albowiem w próżni wszelki punkt materialny zawieszony na końcu nierozciągliwego i nieważkiego sznura, nienarażony na opór powietrza i nienapotykający tarcia w miejscu zaczepienia, kołysałby się regularnie przez całą wieczność.

Miedziana kula słała blade, migotliwe refleksy ostatnich promieni słonecznych przenikających przez szyby. Gdyby jak kiedyś muskała swym ostrzem warstewkę wilgotnego piasku na posadzce chóru, przy każdym wahnięciu kreśliłaby na ziemi delikatną bruzdę, owa zaś bruzda, zmieniając nieustannie kierunek o nieskończenie mały kąt, coraz bardziej poszerzałaby się w kształt szczeliny, parowu, pozwalając odgadnąć promienistą symetrię – niby zarys mandali, niewidoczna struktura pentaculum, gwiazda, mistyczna róża. Nie, raczej zarejestrowany na bezmiarze pustyni sznurek śladów, pozostawiony przez błąkające się bez końca karawany. Historia powolnych i tysiącletnich migracji; być może w ten właśnie sposób przemieszczali się Atlantydzi z kontynentu Mu w uporczywym i zachłannym błądzeniu od Tasmanii po Grenlandię, od Koziorożca po Raka, od Wyspy Księcia Edwarda po archipelag Svalbard. Ostrze powtarzało, raz jeszcze opowiadało w skrócie to, co oni zrobili między jednym a drugim zlodowaceniem i być może czynią nadal, teraz jako kurierzy Panów – być może na szlaku między wyspami Samoa a Nową Ziemią ostrze w położeniu równowagi muskało Agarttę, Środek Świata. I przeczułem, że jedna i ta sama płaszczyzna łączy Avalon, Hiperboreję, z południową pustynią, która gości zagadkę Ayers Rock.

W tym momencie, 23 czerwca o czwartej po południu, Wahadło zwalniało, zbliżając się do najdalszego wychylenia, aby opaść ciężko ku środkowi, zyskać w połowie biegu największą prędkość i ciąć, ufne w niewidzialny kwadrat sił, który wytyczał jego przeznaczenie.

Gdybym, nie zważając na upływ godzin, wpatrywał się w tę ptasią głowę, w to zakończenie włóczni, w ten obrócony hełm, kiedy tak kreślił w pustce własne przekątne, muskając przeciwległe punkty swego astygmatycznego obwodu, padłbym ofiarą baśniowego złudzenia, albowiem Wahadło przekonałoby mnie, iż płaszczyzna ruchu dokonała w ciągu trzydziestu dwóch godzin pełnego obrotu, powracając do punktu wyjściowego, zakreślając płaską elipsę – elipsę obracającą się wokół środka ze stałą prędkością kątową, proporcjonalną do sinusa szerokości geograficznej. Jak by się obracało, gdyby koniec został przytwierdzony do szczytu kopuły Świątyni Salomona? Może nawet rycerze podjęli taką próbę. Może rachunek, ostateczne znaczenie nie uległyby zamianie. Może kościół opacki Saint-Martin-des-Champs był prawdziwą Świątynią. Aczkolwiek właściwe warunki do przeprowadzenia tego doświadczenia istnieją tylko na biegunie, w jedynym miejscu, gdzie punkt zawieszenia znajduje się na przedłużeniu osi obrotu Ziemi i gdzie Wahadło urzeczywistniłoby swój pozorny cykl dwudziestoczterogodzinny.

Lecz nie to odchylenie od Prawa, przez Prawo zresztą przewidziane, nie owo pogwałcenie złotej zasady miary sprawiało, że cud zasługiwał na mniejszy podziw. Wiedziałem wszak, że Ziemia się obraca, a ja wraz z nią, i że Saint-Martin-des-Champs i cały Paryż wraz ze mną, że wszystko dokonuje wspólnych obrotów pod Wahadłem, które w istocie nigdy nie zmienia płaszczyzny swego ruchu, bo gdzieś tam nad punktem zawieszenia, w nieskończonym idealnym przedłużeniu sznura ku najdalszym galaktykom, trwa nieruchomy przez całą wieczność Punkt Stały.

Ziemia obraca się, ale miejsce zaczepienia sznura jest jedynym punktem stałym we wszechświecie.

Tak więc moje spojrzenie zwracało się nie tyle ku Ziemi, ile ku górze, gdzie odprawiało się misterium absolutnej nieruchomości. Wahadło mówiło mi, że chociaż wszystko jest w ruchu – kula ziemska, Układ Słoneczny, mgławice, czarne dziury i wszyscy synowie wielkiej kosmicznej emanacji, od pierwszych eonów do najbardziej lepkiej materii – jeden jedyny punkt trwa jak sworzeń, śruba, idealny sprzęg, sprawiając, że wszechświat może się obracać wokół samego siebie. A ja uczestniczyłem oto w najwznioślejszym eksperymencie, ja, poruszający się wraz ze wszystkim i z każdą rzeczą osobno, dostrzegałem jednak Jego, Nieruchomość, Skałę, Rękojmię, świetliste zaćmienie, które nie jest ciałem, nie ma postaci, kształtu, ilości ni jakości i nie widzi, nie czuje, nie upada pod brzemieniem wrażliwości, nie tkwi w żadnym miejscu, żadnym czasie, żadnej przestrzeni, nie jest duszą, zmysłem, wyobraźnią, poglądem, liczbą, porządkiem, miarą, substancją, wiecznością, nie jest ni mrokiem, ni światłem, nie jest błędem i nie jest prawdą.

 

Od tych rozmyślań oderwał mnie wyraźny, choć ospały dialog między jakimś chłopakiem w okularach a dziewczyną, co gorsza, bez okularów.

– To wahadło Foucaulta – oznajmił chłopak. – Pierwsze doświadczenie przeprowadzono w tysiąc osiemset pięćdziesiątym pierwszym roku w piwnicy, potem w Obserwatorium, a potem pod kopułą Panteonu, na sznurze długości sześćdziesięciu siedmiu metrów i z kulą ważącą dwadzieścia osiem kilogramów. Wreszcie w tysiąc osiemset pięćdziesiątym piątym roku znalazło się tutaj, w zmniejszonej postaci, i zwiesza się z tej dziury w połowie krzyżowego sklepienia.

– I po co tu jest? Kiwa się i tyle

– Dowodzi, że Ziemia się obraca. Ponieważ punkt zaczepienia jest nieruchomy...

– A dlaczego jest nieruchomy?

– Bo punkt... jak ci to powiedzieć... w swoim punkcie centralnym, słuchaj uważnie, każdy punkt, który pozostaje w środku punktów, które widzisz... no dobrze, więc tego punktu –– punktu geometrycznego –– nie zobaczysz, bo nie ma wymiarów, a to, co nie ma wymiarów, nie może się przemieszczać w prawo ani w lewo, w dół ani do góry. No więc nie rusza się. Rozumiesz? Skoro punkt nie ma wymiarów, nie może nawet się obracać wokół samego siebie. Nie ma nawet samego siebie...

– Skoro jednak Ziemia się obraca?

– Ziemia się obraca, ale punkt – nie. Jeśli ci się to podoba, tak już jest, jeśli nie – nie warto zawracać sobie głowy. W porządku?

– Nie moja sprawa.

Nieszczęsna. Miała nad głową jedyny stały punkt w kosmosie, jedyną ucieczkę od przekleństwa panta rei, i uważała, że to sprawa Jego, nie zaś jej. I rzeczywiście, zaraz potem para oddaliła się –– on wykształcony na jakimś podręczniku, który przytłumił w nim zdolność do przeżycia zadziwienia, ona zaś bierna, niedostępna dreszczowi nieskończoności, a żadne z nich nie zarejestrowało w pamięci przerażającego doświadczenia, jakim było to spotkanie – pierwsze i zarazem ostatnie – z Jednym, z En Sof, z Niewypowiedzianym. Jakże nie paść na kolana przed ołtarzem pewności?

Patrzyłem z czcią i lękiem. W tym momencie byłem przekonany, że Jacopo Belbo ma rację. Kiedy opowiadał mi o Wahadle, jego wzruszenie przypisywałem estetyzującemu bredzeniu, tej gangrenie, która, bezkształtna, przybierała kształt w jego duszy, powoli, krok po kroku, tak że nie zdawał sobie z tego sprawy, i przeobrażała jego grę w rzeczywistość. Skoro jednak miał rację co do Wahadła, być może prawdą jest wszystko inne, Plan, Powszechny Spisek, i słusznie postąpiłem, przybywając tutaj w przeddzień przesilenia letniego. Jacopo Belbo nie był szaleńcem, po prostu przypadkiem, poprzez Grę, odkrył prawdę.

A chodzi o to, że doświadczenie Numinosum nie może trwać zbyt długo, gdyż prowadzi do pomieszania zmysłów.

Starałem się więc oderwać wzrok i śledzić krzywą, która od kapiteli ustawionych w półkole kolumn zmierzała wzdłuż żeber sklepienia ku zwornikowi, odtwarzając tajemnicę ostrołuku wspartego na nieobecności, co jest najwznioślejszą statyczną obłudą, i przekonującego kolumny, że pchają ku górze żebra, te zaś, odpychane przez zwornik, że przytwierdzają do ziemi kolumny, podczas gdy sklepienie jest wszystkim i niczym, jednocześnie skutkiem i przyczyną. Ale zdałem sobie sprawę, że zaniechanie zwieszającego się ze sklepienia Wahadła i podziwianie samego sklepienia było jakby powstrzymaniem się od picia z krynicy, żeby upoić się u źródła.

Chór w Saint-Martin-des-Champs istniał tylko dlatego, że na mocy Prawa mogło istnieć Wahadło, ono zaś istniało, gdyż istniał chór. Nie wnika się w nieskończoność – powiedziałem sobie – uciekając ku innej nieskończoności; nie unika się ujawnienia identyczności, łudząc się, że można napotkać rozmaitość.

Nadal nie mogąc oderwać wzroku od zwornika sklepienia, cofałem się krok po kroku – gdyż w ciągu kilku minut, jakie upłynęły, odkąd tutaj wszedłem, nauczyłem się szlaku na pamięć, a wielkie metalowe żółwie, które przesuwały się po obu moich stronach, były wystarczająco duże, bym mógł kątem oka rejestrować ich obecność. Szedłem więc tyłem wzdłuż nawy ku wejściu i raz jeszcze znalazłem się pod groźnymi prehistorycznymi ptakami z wystrzępionego płótna i drutów, pod złośliwymi ważkami, które jakaś tajemna wola zawiesiła pod sklepieniem nawy. Widziałem w nich pełne mądrości metafory, znacznie bardziej znaczące i aluzyjne, niż to udawał dydaktyczny pretekst. Lot jurajskich owadów i gadów, alegoria długotrwałych wędrówek, jakie Wahadło streszczało na ziemi, archonci, nieprzyjazne emanacje; oto opuszczały się ku mnie ze swoimi długimi dziobami archeopteryksów –– aeroplan Bregueta, Blériota, Esnaulta i helikopter Dufauksa.

W ten właśnie sposób wkracza się do paryskiego Conservatoire des Arts et Métiers; po przebyciu osiemnastowiecznego dziedzińca wchodzi się do starego kościoła opackiego, osadzonego w późniejszym zespole architektonicznym, podobnie jak niegdyś był osadzony w oryginalnym zespole klasztornym. A kiedy człowiek znajdzie się już w środku, poraża go ta zmowa, która zrównuje wyższy świat niebiańskich ostrołuków z chtonicznym światem pożeraczy nafty.

Na ziemi ustawiono cały orszak samojezdnych powozów, bicykli i pojazdów parowych, z góry groźnie się zwieszają pionierskie aeroplany; niektóre z tych przedmiotów są kompletne, chociaż odrapane, tknięte zębem czasu, lecz w dwuznacznym świetle, częściowo elektrycznym, a częściowo naturalnym, robią wrażenie pokrytych patyną, werniksem –– jak stare skrzypce; inne zaś to tylko szkielety, podwozia, powykręcane korbowody, które grożą niewypowiedzianymi mękami, i już widzisz siebie przykutego do tych łoży tortur; wystarczy, by coś zaczęło się poruszać w twoim ciele i szarpać je, a zaraz wszystko wyznasz.

Za tym szeregiem starodawnych przedmiotów ruchomych, obecnie unieruchomionych, o duszy przeżartej rdzą, za czystymi znakami technologicznej dumy, która zechciała je wystawić, by wzbudzić szacunek odwiedzających, ukazuje się – strzeżony z lewej strony przez Statuę Wolności, zmniejszony model rzeźby zaprojektowanej przez Bartholdiego dla Nowego Świata, po prawej zaś przez posąg Pascala – chór, gdzie rozkołysane Wahadło zwieńcza koszmar chorego entomologa – szczypce, szczęki, czułki, człony tasiemca, skrzydła, kończyny – cmentarzysko mechanicznych trupów, które mogłyby jednocześnie ożyć – iskrowniki, jednofazowe transformatory, turbiny, przetwornice dwumaszynowe, maszyny parowe, prądnice – w głębi zaś, za Wahadłem, na krużganku, bóstwa asyryjskie, chaldejskie, kartagińskie, wielkie posągi Baala o gorejącym niegdyś brzuchu, dziewice norymberskie z obnażonym i najeżonym gwoździami sercem, szczątki tego, co niegdyś było silnikami lotniczymi – niewysłowiony diadem wizerunków, co padły na twarz i adorują Wahadło; jakby dzieci Rozumu i Oświecenia zostały skazane na sprawowanie przez całą wieczność pieczy nad symbolem Tradycji i Mądrości.

Znudzeni turyści, którzy płacą w kasie swoje dziewięć franków, a w niedzielę wchodzą za darmo, mogą więc mniemać, że dziewiętnastowieczni starsi panowie z brodami pożółkłymi od nikotyny, w kołnierzykach wymiętych i wytłuszczonych, w czarnych kokardach pod szyją, w surdutach zalatujących tabaką, z palcami pożółkłymi od kwasów, a umysłami zakwaszonymi od akademickich zawiści, zjawy rodem z komedii, że ci panowie, zwracający się do siebie cher maître, umieścili wszystkie te przedmioty pod sklepieniami, kierując się zacnym pragnieniem pokazania ich ku uciesze mieszczańskiego i radykalnego podatnika, aby uczcić stan nauki i postęp. Nie, nie, Saint-Martin-des-Champs został pomyślany – najpierw w kształcie zespołu klasztornego, a następnie muzeum rewolucji – jako antologia najbardziej tajemnych mądrości, natomiast aparaty lotnicze, te samojezdne powozy, te elektromagnetyczne szkielety znalazły się tutaj, żeby podtrzymać dialog, którego formuła na razie mi się wymykała.

Czy powinienem, jak nakazywał obłudnie katalog, uwierzyć, że ten piękny pomysł panów z Konwentu miał udostępnić masom sanktuarium wszystkich sztuk i rzemiosł, skoro tak oczywiste było, iż w projekcie użyto takich samych słów, jakimi Francis Bacon opisywał Dom Salomona w swojej Nowej Atlantydzie?

Być może tylko ja – ja, Jacopo Belbo i Diotallevi – przeczułem całą prawdę. Być może dzisiejszego wieczoru poznam odpowiedź. Trzeba pozostać w muzeum po godzinie zamknięcia i czekać na północ.

Nie wiedziałem, którędy wejdą – podejrzewałem, że w sieci paryskich ścieków jeden z kanałów łączy jakiś punkt muzeum z miastem, może w okolicy Porte-Saint-Denis – ale gdybym stąd wyszedł, tamtędy bym nie wrócił, co do tego nie miałem najmniejszych wątpliwości. Musiałem więc znaleźć kryjówkę i pozostać w środku.

Spróbowałem uwolnić się od fascynacji tym miejscem i chłodnym okiem obejrzeć nawę. Nie szukałem już objawienia, potrzebowałem informacji. Domyślałem się, że w innych salach trudno byłoby znaleźć miejsce, gdzie mógłbym uniknąć kontroli strażników (ich praca polega wszak na tym, by w momencie zamykania muzeum obejść wszystkie sale, sprawdzając, czy gdzieś nie zaczaił się złodziej), czyż jednak jest jakieś miejsce lepsze, aby ulokować się jako pasażer, niż to tutaj, niż ta zatłoczona pojazdami nawa? Żywy skryje się w martwym pojeździe. Aż za wiele gier prowadziliśmy, by nie spróbować także tej.

„Nuże, ma duszo – powiedziałem sobie – nie myśl już o Mądrości; szukaj wsparcia w Wiedzy”.