Temat na pierwszą stronę

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Temat na pierwszą stronę
Temat na pierwszą stronę
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 45  36 
Temat na pierwszą stronę
Audio
Temat na pierwszą stronę
Audiobook
19  14,06 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

UMBERTO ECO

TEMAT NA PIERWSZĄ STRONĘ

Przełożył

Krzysztof Żaboklicki

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

I. Sobota, 6 czerwca 1992, godzina 8

II. Poniedziałek, 6 kwietnia 1992

III. Wtorek, 7 kwietnia

IV. Środa, 8 kwietnia

V. Piątek, 10 kwietnia

VI. Środa, 15 kwietnia

VII. Środa, 15 kwietnia, wieczorem

VIII. Piątek, 17 kwietnia

IX. Piątek, 24 kwietnia

X. Niedziela, 3 maja

XI. Piątek, 8 maja

XII. Poniedziałek, 11 maja

XIII. Koniec maja

XIV. Środa, 27 maja

XV. Czwartek, 28 maja

XVI. Sobota, 6 czerwca

XVII. Sobota, 6 czerwca 1992, godzina 12

XVIII. Czwartek, 11 czerwca

Przypisy

Inne książki Umberto Eco

Tytuł oryginału: NUMERO ZERO

Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI

Korekta: JAN JAROSZUK, BEATA WYRZYKOWSKA

Projekt okładki: WITOLD SIEMASZKIEWICZ

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © Bompiani / RCS Libri S.p.A. – Milan, 2015

For the Polish edition

Copyright © 2015, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-547-2

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Anicie

Only connect!

E.M. FORSTER

I

SOBOTA, 6 CZERWCA 1992, GODZINA 8

Dziś rano z kranu nie popłynęła woda.

Bek, bek – dwa beknięcia noworodka, potem już nic.

Zapukałem do sąsiadki. U nich w mieszkaniu wszystko w porządku. Pewnie zakręcił pan główne pokrętło, powiedziała. Ja? Przecież nie wiem nawet, gdzie ono się znajduje, mieszkam tu od niedawna i wracam do domu dopiero wieczorem. No dobrze, a kiedy wyjeżdża pan na tydzień, to nie wyłącza pan wody i gazu? Nie. To wielka nieostrożność; proszę mnie wpuścić, pokażę panu.

Otworzyła szafkę pod umywalką, coś tam zrobiła i woda popłynęła znowu. Widzi pan? Było zakręcone. Przepraszam panią, jestem taki roztargniony. Ach, wy single! Sąsiadka wyszła; już i ona mówi po angielsku.

Tylko bez nerwów. Złośliwe duszki istnieją jedynie w filmach, ja zaś nie jestem lunatykiem. A nawet gdybym był, nie wiedziałbym o tym pokrętle, w przeciwnym bowiem razie posłużyłbym się nim na jawie, ponieważ z prysznica cieknie; ryzykuję zawsze, że przez całą noc nie zmrużę oka, nasłuchując spadającej kropli, choć nie przebywam w dżdżystej Valldemossie. Budzę się w istocie często, wstaję i idę zamknąć drzwi do łazienki oraz między sypialnią a przedpokojem, żeby nie słyszeć tego przeklętego kapania.

Nie wchodzi w rachubę... czy ja wiem... krótkie spięcie (pokrętłem trzeba kręcić, wskazuje na to sama jego nazwa) ani mysz, bo nawet gdyby tam się dostała, nie miałaby dość siły, żeby wprawić urządzenie w ruch. To żelazne, staromodne koło (w tym mieszkaniu wszystko ma co najmniej pięćdziesiąt lat), na dodatek zardzewiałe. Trzeba więc było ręki – ręki istoty człowiekopodobnej. A u mnie brak jest kominka, przez który mogłaby się przedostać wielka małpa z rue Morgue[1].

Zastanówmy się. Nie ma skutku bez przyczyny – tak przynajmniej mówią. Wykluczmy cud, bo nie pojmuję, dlaczego Boga miałby interesować mój prysznic, przecież to nie Morze Czerwone. Naturalny skutek musiał mieć zatem naturalną przyczynę. Wczoraj wieczorem przed pójściem do łóżka wziąłem lekki środek nasenny, popiłem szklanką wody. Zatem wtedy woda jeszcze była, rano zaś już nie. A więc, drogi Watsonie, pokrętło zakręcono w nocy i nie zrobiłem tego ja. Ktoś – sam lub w towarzystwie – był w moim mieszkaniu i obawiał się, że obudzi mnie nie tyle hałas robiony przez niego lub przez nich (poruszali się bezszelestnie), ile właśnie to kapanie, które dokuczało nawet im; dziwili się pewno, że w ogóle mogę spać. Jako ludzie bardzo sprytni postąpili tak, jak postąpiłaby także moja sąsiadka – odcięli dopływ wody.

A dalej? Książki rozłożone są jak zwykle w nieładzie; tajni agenci z połowy krajów świata mogliby je przejrzeć strona po stronie, niczego bym nie zauważył. Różnych szuflad i szafy w przedpokoju nie warto nawet otwierać. Jeśli czegoś szukali, to w dzisiejszych czasach musieli zrobić tylko jedno – pogrzebać w komputerze. Może w pośpiechu skopiowali wszystko i poszli sobie do domu. No i dopiero teraz, czytając po kolei dokumenty, stwierdzają, że w komputerze nie ma niczego, co mogłoby ich zainteresować.

Co chcieli znaleźć? Jest oczywiste – to znaczy nie widzę innego wytłumaczenia – że szukali czegoś, co dotyczy gazety. Nie są głupi: myśleli pewno, że porobiłem notatki o wszystkim, nad czym w redakcji pracujemy, więc jeżeli wiem coś o sprawie Braggadocia, to musiałem gdzieś to zapisać. Obecnie domyślili się prawdy – mam wszystko na dyskietce. Rzecz jasna, w nocy odwiedzili także biuro, ale moich dyskietek tam nie znaleźli. Dochodzą więc do wniosku (ale dopiero teraz), że dyskietkę trzymam pewno w kieszeni. Ale z nas durnie, chyba sobie mówią, trzeba było szukać po kieszeniach. Durnie? Gnojki. Gdyby mieli trochę oleju w głowie, nie wybraliby sobie tak obrzydliwego zajęcia.

Teraz spróbują znowu, dotrą przynajmniej do „skradzionego listu”[2], dopadną mnie na ulicy, udając kieszonkowców. Muszę więc się pośpieszyć, uprzedzić ich, wysłać dyskietkę na poste restante, potem podjąć ją we właściwym czasie. Co za głupstwa przychodzą mi do głowy! Jest już jeden trup, a Simei zwiał. Oni nie potrzebują nawet wiedzieć, czy ja wiem i co. Wykończą mnie z czystej ostrożności, i tyle. Nie mogę też ogłosić w prasie, że o całej sprawie nic mi nie wiadomo, bo tym samym dałbym do zrozumienia, że o niej wiem.

Jak ja w to wszystko się wplątałem? Sądzę, że winę ponoszą profesor Di Samis i moja znajomość niemieckiego.

Dlaczego przypominam sobie Di Samisa, historię sprzed trzydziestu lat? Otóż zawsze myślałem, że to przez niego nie ukończyłem studiów i że dlatego właśnie w to wszystko się wplątałem. Zresztą Anna rzuciła mnie po dwóch latach małżeństwa, ponieważ stwierdziła – cytuję jej własne słowa – że jestem nieudacznikiem życiowym z musu; kto wie, co jej przedtem o sobie opowiedziałem, żeby dobrze wypaść.

Studiów nigdy nie ukończyłem, bo znałem niemiecki. Moja pochodząca z regionu Górna Adyga babka rozmawiała ze mną od małego w tym języku. Wstąpiwszy na uniwersytet, od razu na pierwszym roku zgodziłem się tłumaczyć książki z niemieckiego, żeby zarabiać na życie. W tamtych czasach, znając niemiecki, miało się już zawód. Można było czytać i tłumaczyć książki, których inni nie rozumieli (uważano je zaś wtedy za cenne), i zarabiało się lepiej, niż tłumacząc z francuskiego, a nawet z angielskiego. Sądzę, że dzisiaj w podobnej sytuacji są ludzie znający chiński lub rosyjski. W każdym razie musiałem wybierać: albo tłumaczę z niemieckiego, albo kończę studia. Obu rzeczy naraz robić nie mogłem. Tłumaczyć znaczyło siedzieć w domu, w cieple lub w przyjemnym chłodzie, pracować w miękkich pantoflach, a przede wszystkim przyswajać sobie masę wiadomości. Po co więc było uczęszczać na uniwersyteckie wykłady?

Z lenistwa postanowiłem zapisać się na germanistykę. Studiować będę musiał niewiele, pomyślałem, przecież i tak wszystko już wiem. Luminarzem był wówczas profesor Di Samis, który w zaniedbanym barokowym pałacu uwił sobie to, co studenci nazywali jego orlim gniazdem. Wchodziło się tam po monumentalnych schodach do obszernego westybulu; z jednej strony drzwi prowadziły do instytutu Di Samisa, z drugiej znajdowało się auditorium maximum, jak je pompatycznie nazywał, to jest sala na mniej więcej pięćdziesiąt osób.

 

Do instytutu wolno było wejść wyłącznie po włożeniu kapci. Leżały przy drzwiach, w ilości wystarczającej dla asystentów i dwóch lub trzech studiujących. Ci, dla których ich zabrakło, stali w kolejce na zewnątrz. Wszystko było wywoskowane – chyba nawet książki na półkach ciągnących się wzdłuż ścian. Także twarze bardzo starych już asystentów, którzy od niepamiętnych czasów wyczekiwali profesorskich nominacji.

Sala miała ogromnie wysoki sufit i gotyckie okna (nigdy nie udało mi się zrozumieć, dlaczego akurat takie w barokowym pałacu) z zielonymi szybami. O właściwej porze, to znaczy czternaście minut po określonej godzinie, profesor Di Samis wychodził z instytutu. W odległości jednego metra za nim szedł starszy asystent, a w odległości dwóch metrów – asystenci młodsi, poniżej pięćdziesiątki. Asystent starszy niósł książki, młodzież dźwigała magnetofon; pod koniec lat pięćdziesiątych magnetofony były jeszcze olbrzymie, wyglądały jak rolls-royce’y.

Dziesięć metrów dzielących instytut od sali Di Samis przemierzał tak, jakby było ich dwadzieścia. Nie szedł po linii prostej, lecz po krzywej – nie pamiętam już, czy była to parabola, czy elipsa – powtarzając głośno: „Idziemy, idziemy!”. Wchodził wreszcie do sali i zasiadał na swego rodzaju rzeźbionym podium. Oczekiwaliśmy, że rozpocznie słowami: „Imię moje: Izmael”[3].

Wpadające przez szyby zielone światło nadawało jego złośliwie uśmiechniętej twarzy trupi wygląd; asystenci wprawiali w ruch magnetofon. Potem zaczynał: „Wbrew temu, co oświadczył niedawno mój uczony kolega, profesor Bocardo...” – i tak dalej przez dwie godziny.

Owo zielone światło sprawiało, że ogarniała mnie nieprzeparta senność, widoczna także w oczach asystentów. Wiedziałem, że cierpią. Po dwóch godzinach my, studenci, z ulgą opuszczaliśmy salę, profesor Di Samis zaś nakazywał przewinąć taśmę, schodził z podium i siadał demokratycznie w pierwszym rzędzie obok asystentów. Razem ponownie słuchali dwugodzinnego wykładu, a profesor kiwaniem głowy wyrażał zadowolenie z każdego fragmentu, który wydawał mu się szczególnie istotny. Zauważmy, że wykłady dotyczyły niemieckiego przekładu Biblii dokonanego przez Lutra. Prawdziwa rozkosz, mówili moi koledzy, patrząc po sobie bezsilnie.

Na uniwersytecie pokazywałem się bardzo rzadko, a pod koniec drugiego roku spróbowałem zaproponować profesorowi jako temat pracy magisterskiej ironię u Heinego (uznałem, że znajduję pocieszenie w słusznym moim zdaniem cynizmie, z jakim podchodzi on do nieszczęśliwej miłości; przygotowywałem się wtedy do własnych miłosnych przeżyć). „Ach, wy młodzi, wy młodzi – odpowiedział mi zmartwiony Di Samis – chcecie od razu rzucać się na współczesnych...”

Wskutek swego rodzaju objawienia pojąłem, że z magisterium u Di Samisa nici. Pomyślałem wtedy o profesorze Ferio. Był młodszy, cieszył się opinią nadzwyczaj inteligentnego, zajmował się epoką romantyzmu z przyległościami. Starsi koledzy ostrzegli mnie jednak, że moją pracę magisterską oprócz promotora oceniać będzie w każdym razie Di Samis; nie powinienem więc zwracać się do profesora Ferio oficjalnie, bo tamten natychmiast się o tym dowie i na zawsze mnie znienawidzi. Powinienem pójść drogą okrężną, zrobić tak, jak gdyby to Ferio sam zaproponował mi pisanie pracy u siebie; wtedy Di Samis będzie miał pretensję nie do mnie, ale do niego. Di Samis nie znosił go z tej prostej przyczyny, że Ferio właśnie dzięki niemu awansował na profesora. Na uniwersytetach (wtedy, choć myślę, że i obecnie) działo się całkiem inaczej niż w normalnym świecie: to nie synowie nienawidzili ojców, lecz ojcowie synów.

Myślałem, że uda mi się zbliżyć do Feria w sposób niemal przypadkowy podczas jednego z odczytów, które Di Samis organizował co miesiąc w swoim auditorium maximum. Przychodziło na nie wielu jego kolegów, ponieważ wykładowcami zawsze byli sławni uczeni.

Te imprezy przebiegały jednak następująco. Bezpośrednio po odczycie odbywała się dyskusja z udziałem samych profesorów, a potem wszyscy wychodzili, bo mówca był zapraszany do najlepszej w okolicy restauracji Żółw, utrzymanej w stylu połowy XIX wieku, z kelnerami nadal we frakach. Aby z orlego gniazda dotrzeć do tej restauracji, należało przemierzyć szeroką ulicę z podcieniami i plac o historycznym znaczeniu, skręcić za róg monumentalnego pałacu i przejść wreszcie przez jeszcze jeden niewielki placyk. Podcieniami mówca szedł w otoczeniu profesorów zwyczajnych, metr za nimi szli profesorowie nadzwyczajni, dwa metry dalej asystenci i wreszcie, w rozsądnej odległości, najodważniejsi ze studentów. Ci ostatni żegnali się na historycznym placu, na rogu monumentalnego pałacu czynili to asystenci, profesorowie nadzwyczajni przechodzili przez placyk i żegnali się na progu restauracji, do której wchodzili jedynie gość i profesorowie zwyczajni.

I tak profesor Ferio nie dowiedział się nigdy o moim istnieniu. Tymczasem ja straciłem przekonanie do uczelni, nie uczęszczałem już zupełnie na wykłady. Tłumaczyłem jak automat. Trzeba brać to, co ci dają, więc przekładałem poetyckim językiem trzytomowe dzieło o roli Friedricha Lista w powstaniu Zollverein, Niemieckiej Unii Celnej. Można zrozumieć, dlaczego przestałem w końcu tłumaczyć z niemieckiego. Na podjęcie przerwanych studiów było już jednak za późno.

Kłopot w tym, że z myślą o definitywnej rezygnacji trudno się pogodzić. Żyjesz dalej, wierząc, że prędzej czy później zdasz wszystkie egzaminy i obronisz pracę, a żyjąc w wierze w urzeczywistnienie płonnych nadziei, jesteś już nieuchronnie przegrany. Kiedy to później pojmujesz, przestajesz się czymkolwiek przejmować.

Początkowo znalazłem zatrudnienie jako opiekun niemieckiego chłopca, zbyt głupiego na to, aby go posłać do szkoły. Mieszkaliśmy w Engadynie: doskonały klimat, dające się znieść odosobnienie. Wytrzymałem rok, płacono mi dobrze. Potem matka chłopca przyparła mnie pewnego dnia do ściany w korytarzu, dając do zrozumienia, że chętnie mi ulegnie. Miała wystające zęby i lekki zarys wąsów; wytłumaczyłem jej uprzejmie, że nie jestem zainteresowany. Po trzech dniach zostałem zwolniony, ponieważ chłopak nie robił postępów.

Wiązałem później koniec z końcem za pomocą pióra. Chciałem pisać do prasy, ale tylko kilka lokalnych gazet było skłonnych przyjmować moje artykuliki z zakresu krytyki teatralnej – omówienia spektakli zespołów objazdowych, które występowały na prowincji. Recenzowałem też za śmiesznie niskie honoraria programy rozrywkowe poprzedzające przedstawienia, co pozwalało mi podglądać za kulisami tancerki w marynarskich mundurkach i fascynować się widocznymi na ich nogach objawami cellulitu. Chodziłem z tymi pannami do barów mlecznych na kolacje złożone z filiżanki kawy z mlekiem albo – kiedy nie były całkiem bez pieniędzy – z jajka smażonego na maśle. Doświadczyłem wtedy swoich pierwszych przeżyć seksualnych z pewną śpiewaczką w zamian za pobłażliwą o niej wzmiankę w dzienniku z Saluzzo – więcej sobie nie zażyczyła.

Nie miałem stałej siedziby, mieszkałem w różnych miastach (do Mediolanu przybyłem dopiero wezwany przez Simeiego), robiłem korekty w trzech przynajmniej wydawnictwach (uniwersyteckich, nigdy u sławnych wydawców), dla jednego przeglądałem hasła w encyklopedii (trzeba było sprawdzać daty, tytuły dzieł itd.). Dzięki tym wszystkim zajęciom nabyłem tego, co Paolo Villaggio[4] nazwał kiedyś kulturą monstrualną. Przegrani, podobnie jak samoucy, wiedzą zawsze więcej od ludzi sukcesu, bo żeby odnieść sukces, musisz wiedzieć jedno, nie tracić czasu na poznawanie wszystkiego. Satysfakcja płynąca z erudycji zastrzeżona jest dla przegranych. Im więcej ktoś wie, tym bardziej nie powiodło mu się w życiu.

Kilka lat poświęciłem na lekturę rękopisów, które przekazywali mi wydawcy (niekiedy także ci ważni), ponieważ składanych tekstów nikomu nie chciało się u nich czytać. Płacili pięć tysięcy lirów za rękopis. Spędzałem całe dnie wyciągnięty na łóżku, czytając jak opętany. Potem, aby zniszczyć nieostrożnego autora, redagowałem dwustronicową opinię pełną sarkazmu najwyższej próby. W wydawnictwie wszyscy oddychali z ulgą. Pisali do lekkomyślnego, że im przykro, ale muszą odmówić, i na tym koniec. Czytanie rękopisów, które nigdy nie zostaną opublikowane, może okazać się zawodem.

Tymczasem miałem epizod z Anną, który skończył się tak, jak musiał. Odtąd nie mogłem już (albo uparcie nie chciałem) myśleć z zainteresowaniem o kobiecie, z obawy, że znowu mi się nie uda. Do seksu podchodziłem w sposób terapeutyczny: przypadkowe przygody wykluczające ryzyko, że się zakocham, jedna wspólna noc i dosyć, dziękuję, przyjemnie było, ponadto od czasu do czasu stosunek płatny, żeby zapobiec udręce pożądania (tancerki sprawiły, że stałem się obojętny wobec cellulitu).

Marzyłem o tym, o czym marzą wszyscy przegrani: napiszę kiedyś książkę, która przyniesie mi sławę i bogactwo. Chciałem się nauczyć, jak zostać wielkim pisarzem, i zatrudniłem się nawet jako murzyn (albo ghost writer, jak mówi się dzisiaj ze względu na polityczną poprawność) u autora powieści kryminalnych, który z kolei – żeby dobrze się sprzedawać – używał amerykańskiego nazwiska na wzór aktorów ze spaghetti westernów. Pięknie było pracować w cieniu, za dwiema kurtynami (za Innym i innym nazwiskiem Innego).

Pisanie czyjegoś kryminału było łatwe, wystarczało naśladować styl Chandlera, a w ostateczności Spillane’a. Próbując jednak spłodzić coś własnego, stwierdzałem, że aby opisać kogoś lub coś, sięgam do literatury. Nie byłem zdolny powiedzieć, że ktoś spaceruje w bezchmurne, jasne popołudnie; mówiłem, że spaceruje „pod niebem Canaletta”. Uświadomiłem sobie później, że robił tak również D’Annunzio. Aby oznajmić, że niejaka Costanza Landbrook ma pewne zalety, pisał, że wydaje się ona istotą stworzoną przez Thomasa Lawrence’a; w przypadku Eleny Muti zauważał, że jej rysy przypominają niektóre profile pędzla młodego Moreau, a w związku z Andreą Sperellim – że przywodzi na myśl portret nieznanego szlachcica z Galerii Borghese. I tak, żeby napisać powieść, powinno się chodzić do kiosku i przeglądać sprzedawane tam zeszyty z reprodukcjami dzieł sztuki.

D’Annunzio był złym pisarzem, ale to nie znaczy, że miałem nim być także ja. Starając się uwolnić od nałogu cytowania, postanowiłem przestać pisać.

No tak, moje życie trudno nazwać wspaniałym. Stuknęła mi już pięćdziesiątka, kiedy otrzymałem zaproszenie od Simeiego. Dlaczego nie? Warto było i tego spróbować.

Co teraz zrobię? Wychylając nos z domu, ryzykuję. Najlepiej siedzieć tutaj, oni mogą być w pobliżu i czekać, aż wyjdę. A ja nie wyjdę. W kuchni jest kilka pudełek krakersów i konserwa mięsna. Z wczorajszego wieczoru zostało mi pół butelki whisky. Przyda się, żeby spędzić tu dzień lub dwa. Nalewam sobie dwie krople (potem może jeszcze dwie, ale po południu, bo od picia rano człowiek głupieje) i staram się odtworzyć tę historię od samego początku. Nie potrzebuję nawet sięgać po dyskietkę, bo aż do dziś wszystko dokładnie pamiętam.

Strach przed śmiercią ożywia wspomnienia.

II

PONIEDZIAŁEK, 6 KWIETNIA 1992

Simei miał twarz kogoś innego. Nie zapamiętuję nigdy nazwisk pospolitych jak Rossi, Brambilla czy Colombo, a nawet takich jak Mazzini lub Manzoni, ponieważ noszący je ludzie nazywają się tak jak ktoś inny. Pamiętam tylko, że mają nazwisko kogoś innego. Otóż twarzy Simeiego nie sposób było zapamiętać, ponieważ wydawała się twarzą kogoś, kto nim nie jest. Miał on w istocie twarz każdego.

– Książka? – spytałem go.

– Książka. Wspomnienia dziennikarza, opowieść o roku prac przygotowawczych nad dziennikiem, który nigdy się nie ukaże. Jego tytuł miałby brzmieć „Jutro”, można by go uznać za motto naszych rządów, w których ciągle słychać: pomówimy o tym jutro. Więc książka powinna być zatytułowana Jutro: wczoraj. Dobry pomysł, prawda?

– I chce pan, żebym ja ją napisał? A dlaczego nie pan? Jest pan przecież dziennikarzem, w każdym razie ma pan redagować gazetę...

– Nie powiedziano, że redaktor naczelny musi umieć pisać. Nie powiedziano, że minister obrony musi umieć rzucać granatem. Oczywiście przez cały najbliższy rok będziemy omawiać książkę dzień po dniu. Pan zajmie się stylem, doda ziarnka pieprzu, ale ogólne zarysy określać będę ja.

– Chce pan powiedzieć, że autorami będziemy obaj, czy ma to być wywiad, którego Simei udziela Colonnie?

– Ależ nie, drogi panie Colonna, autorem książki będę ja, pan po napisaniu będzie musiał zniknąć. Będzie pan... proszę się nie obrażać... nègre, murzynem. Miał takich Dumas, mogę mieć i ja.

– A dlaczego wybrał pan właśnie mnie?

– Bo ma pan talent pisarski...

 

– Dziękuję.

– ...ale nikt tego nigdy nie dostrzegł.

– Dziękuję raz jeszcze.

– Proszę mi wybaczyć. Dotąd pisywał pan tylko do prowincjonalnych gazet, wykonywał podrzędne prace w kilku wydawnictwach, napisał powieść dla kogoś innego... mniejsza o to, jak do mnie trafiła, ale jest niezła, ma rytm. W wieku pięćdziesięciu lat przybiegł pan do mnie na wiadomość, że być może miałbym dla pana zajęcie. Co znaczy, że umie pan pisać, że wie pan, czym jest książka, ale źle się panu wiedzie. Niech pan się nie wstydzi. Ja także, naczelny dziennika, który się nie ukaże, nigdy nie kandydowałem do Nagrody Pulitzera, redagowałem jedynie tygodnik sportowy i miesięcznik tylko dla mężczyzn albo dla mężczyzn tylko, jak pan woli...

– Mógłbym unieść się honorem i odmówić...

– Nie zrobi pan tego, bo oferuję panu sześć milionów lirów miesięcznie przez rok, na czysto.

– To dużo dla kiepskiego pisarza. A potem?

– Potem, przy przekazywaniu mi książki... powiedzmy w pół roku od zakończenia naszego eksperymentu... jeszcze dziesięć milionów do ręki, gotówką. To już z mojej kieszeni.

– A potem?

– Pański interes. Jeśli nie wyda pan wszystkiego na kobiety i szampana ani nie przegra na wyścigach, zarobi pan przez półtora roku ponad osiemdziesiąt milionów wolnych od podatku. Będzie pan mógł wtedy spokojnie dalej się porozglądać.

– Nie rozumiem dokładnie. Jeśli mnie daje pan sześć milionów, to kto wie, ile sam pan bierze... proszę mi wybaczyć. Są też chyba inni redaktorzy, wydatki związane z produkcją, drukiem i dystrybucją. I mówi pan, że jest ktoś... wydawca, jak przypuszczam... kto będzie finansował przez rok ten eksperyment, który nic mu nie przyniesie?

– Nie powiedziałem, że nic mu nie przyniesie. On wyjdzie na swoje, ale ja nie, jeśli gazeta nigdy się nie ukaże. Naturalnie nie mogę wykluczyć, że wydawca ostatecznie zmieni zdanie i postanowi dziennik publikować, ale wtedy będzie to już inna, duża sprawa i nie wiem, czy zechce, żebym ja się nią zajmował. Przygotowuję się więc do sytuacji, w której wydawca po roku zdecyduje, że eksperyment wydał oczekiwane owoce i na tym koniec. A przygotowuję się następująco: jeśli na tym koniec, wydam książkę. Będzie to bomba, zarobię jako autor. Albo, co mało prawdopodobne, ktoś zapragnie nie dopuścić do publikacji i wypłaci mi pewną sumę, oczywiście wolną od podatku.

– Zrozumiałem. Skoro jednak chce pan mieć we mnie lojalnego współpracownika, to czy mógłby mi pan powiedzieć, dlaczego zaistniał projekt „Jutro” i kto go finansuje, czemu prawdopodobnie się nie uda i co pan powie w książce, którą ja, nie chwaląc się, mam napisać.

– Finansuje prezes Vimercate. Pewno pan o nim słyszał...

– Słyszałem, od czasu do czasu jego nazwisko trafia do gazet. Zarządza dziesiątkami hoteli na wybrzeżu adriatyckim i wieloma domami opieki dla emerytów i inwalidów. Prowadzi różne interesy, o których dużo się szepce. Posiada kilka lokalnych stacji telewizyjnych, które zaczynają nadawać o jedenastej wieczorem, a w programie mają wyłącznie licytacje, sprzedaże i występy rozbierających się pań...

– Wydaje też około dwudziestu czasopism.

– Chyba nędzne pisemka z plotkami o gwiazdach filmowych jak „Oni” czy „Peeping Tom” i tygodniki śledcze w rodzaju „Zbrodni Ilustrowanej” albo „Co się za tym kryje”. Same śmieci, trash.

– Nie, wydaje również czasopisma specjalistyczne o ogrodnictwie, podróżach, samochodach, jachtach, „Lekarza Domowego”. To potęga. Ładne mam biuro, prawda? Jest nawet fikus jak u wielkich dyrektorów Włoskiego Radia i Telewizji. Mamy też do dyspozycji open space, jak mówią w Ameryce, dla redaktorów, dla pana gabinecik niewielki, ale przyzwoity, pokój na archiwum. Wszystko za darmo, w tym gmachu, gdzie mieści się administracja ogółu przedsiębiorstw Prezesa. Co się tyczy reszty: do produkcji i druku numerów zerowych wykorzysta się bazę techniczną innych czasopism, obniży to koszt eksperymentu do rozsądnych granic. Do tego siedzibę mamy właściwie w śródmieściu, nie tam, gdzie redakcje wielkich dzienników, do których jedzie się teraz dwiema liniami metra, a potem jeszcze autobusem.

– Czego jednak Prezes spodziewa się po tym eksperymencie?

– Prezes chce wejść na salony finansjery, banków, może i wielkich gazet. Narzędziem jest zapowiedź nowego dziennika, gotowego mówić prawdę o wszystkim. Dwanaście numerów zerowych... powiedzmy 0/1, 0/2 i tak dalej... wydrukowanych w niewielkiej liczbie zastrzeżonych egzemplarzy, które Prezes oceni, a potem postara się, żeby przeczytały je pewne znane mu osoby. Kiedy dowiedzie, że potrafi sprawić kłopot kręgom zwanym salonami finansjery i polityki, te poproszą go zapewne, żeby ze swojego pomysłu zrezygnował. Wtedy on rezygnuje z „Jutra” i zostaje przyjęty na salony. Powiedzmy, że będzie mógł nabyć tylko dwa procent akcji wielkiego dziennika, banku, ważnej sieci telewizyjnej.

Gwizdnąłem.

– Dwa procent to bardzo dużo! Ma dość pieniędzy na coś takiego?

– Niech pan nie będzie naiwny. Mówimy o finansach, nie o handlu. Najpierw kupujesz, a pieniądze na zapłatę się znajdą.

– Rozumiem. Rozumiem też jeszcze jedno: eksperyment uda się jedynie pod warunkiem, że Prezes przemilczy, iż gazeta w końcu się nie ukaże. Wszyscy muszą myśleć, że jego maszyny rotacyjne, chciałoby się rzec, parskają z niecierpliwości.

– Oczywiście. Nawet mnie Prezes nie powiedział, że dziennik się nie ukaże. Ja tylko tak przypuszczam, a raczej jestem pewien. Nie mogą tego wiedzieć nasi współpracownicy, z którymi jutro się spotkamy. Mają pracować w przekonaniu, że budują swoją przyszłość. O sprawie wiemy tylko ja i pan.

– Ale co panu przyjdzie z tego, że opisze pan później rok przygotowań do szantażu ze strony Prezesa?

– Proszę nie używać słowa „szantaż”. My opublikujemy, jak to formułuje „New York Times”, all the news that’s fit to print, wszystkie wiadomości, które nadają się do druku...

– ...i może kilka ponadto...

– Widzę, że mnie pan rozumie. Prezes posłuży się potem naszymi numerami zero, żeby kogoś nastraszyć, albo podetrze sobie nimi tyłek... jego sprawa, nie nasza. Rzecz w tym, że moja książka nie będzie dotyczyć decyzji podejmowanych przez nas na kolegium redakcyjnym; nie potrzebowałbym wtedy pana, wystarczyłby magnetofon. Książka powinna przedstawić inną gazetę, dowieść, że przez rok usiłowałem urzeczywistnić model dziennikarstwa uniezależnionego od wszelkich nacisków, dać do zrozumienia, że przygoda źle się skończyła, ponieważ przemówienie wolnym głosem okazało się niemożliwe. Do tego potrzebuję pana, ma pan zmyślać, upiększać, napisać epopeję. Czy to jasne?

– Książka będzie przeciwieństwem tego, co działo się w rzeczywistości. Doskonale. Zaprzeczą panu jednak.

– Kto? Prezes musiałby powiedzieć: nieprawda, ten projekt miał na celu tylko wymuszenie. Wygodniej będzie mu sugerować, że musiał ustąpić, bo jego też poddano naciskom, że zabił gazetę, gdyż inaczej stałaby się ona, jak to się mówi, głosem zdalnie sterowanym. Zaprzeczą nam nasi redaktorzy, których przedstawimy w książce jako dziennikarzy nieskazitelnie uczciwych? Moja książka będzie betsellerem – tak właśnie wymawiał, podobnie jak wszyscy – nikt nie zechce i nie zdoła jej się przeciwstawić.

– Zgoda. Zawieram z panem umowę, jako że obaj... proszę wybaczyć tę reminiscencję... jesteśmy ludźmi bez właściwości.

– Lubię mieć do czynienia z osobami lojalnymi, które mówią, co im leży na sercu.