Cmentarz w Pradze

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cmentarz w Pradze
Cmentarz w Pradze
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,90  47,92 
Cmentarz w Pradze
Cmentarz w Pradze
Audiobook
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

UMBERTO ECO
CMENTARZ
W PRADZE

Przełożył

Krzysztof Żaboklicki

NOIR SUR BLANC

Tytuł oryginału Il cimitero di Praga

Copyright © RCS Libri S.p.A. – Milano Bompiani 2010

For the Polish edition Copyright © 2011, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-368-3

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

Ponieważ epizody są niezbędne, a nawet stanowią zasadniczą część opowiadania historycznego, do naszego wprowadziliśmy egzekucję stu obywateli powieszonych na głównym placu miejskim, spalenie żywcem na stosie dwóch mnichów i pojawienie się komety. Opisy te warte są więcej niż opis stu turniejów, a ich zaletą jest to, że pozwalają czytelnikowi oddalić się od wątku podstawowego.

Carlo Tenca, La ca’ dei cani (Psiarnia)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1
PRZECHODZIEŃ,
KTÓRY OWEGO SZAREGO PORANKA

Przechodzień, który owego szarego poranka w marcu 1897 roku odważyłby się przejść plac Maubert albo Maub, jak nazywali go złoczyńcy (w średniowieczu był to ośrodek życia uniwersyteckiego, gromadzili się tam tłumnie studenci Wydziału Sztuk przy Vicus Stramineus albo rue du Fouarre; później wykonywano tam wyroki śmierci na apostołach wolnej myśli, takich jak Étienne Dolet), znalazłby się w jednym z niewielu zakątków Paryża uchronionych przed wyburzeniami dokonanymi z woli barona Haussmanna, w plątaninie cuchnących zaułków, przepołowionej korytem rzeczki Bièvre, wypływającej wtedy z trzewi metropolii, których długo nie opuszczała, zanim rozdygotana, rzężąca i zarobaczona wpadała do pobliskiej Sekwany. Z oszpeconego już bulwarem Saint-Germain placu Maubert rozchodziła się jeszcze pajęcza sieć uliczek, jak rue Maître-Albert, rue Saint-Séverin, rue Galande, rue de la Bûcherie, rue Saint-Julien-le-Pauvre, aż po rue de la Huchette, usianych obrzydliwymi hotelikami, których właściciele pochodzili przeważnie z Owernii i słynęli z chciwości: za pierwszą noc żądali jednego franka, za następne po czterdzieści centymów (plus dwadzieścia sous od tych, którzy chcieli mieć pościel).

Gdyby ów przechodzień wszedł w rue Sauton, to mniej więcej w jej połowie, między udającym piwiarnię burdelem a jadłodajnią, gdzie podawano paskudne wino do posiłku za dwa sous (nawet wtedy było to bardzo mało, ale na tyle tylko mogli sobie pozwolić studenci pobliskiej Sorbony), trafiłby w ślepy zaułek, zwany już wówczas impasse Maubert, lecz przed 1865 rokiem noszący nazwę cul-de-sac d'Amboise. Jeszcze dawniej mieścił się tam tapis-franc (w żargonie świata przestępczego: szynk, knajpa najniższej kategorii, należąca zazwyczaj do wypuszczonego z więzienia kryminalisty i odwiedzana przez podobnych mu klientów). Zaułek ten długo otaczała smutna sława także dlatego, że w XVIII wieku znajdowało się tam laboratorium trzech słynnych trucicielek, które pewnego dnia znaleziono martwe, zaczadzone oparami destylowanych śmiercionośnych substancji.

W połowie owego zaułka nie rzucała się bynajmniej w oczy witryna sklepiku handlarza starzyzną, z wyblakłym już napisem, który głosił: Brocantage de Qualité – Starzyzna Wysokiej Jakości. Jej tafla, zmatowiała pod grubą warstwą kurzu, nie pozwalała dostrzec większości wystawionego towaru ani zajrzeć do wnętrza także dlatego, że składała się ze szklanych kwadratów o rozmiarach dwadzieścia na dwadzieścia centymetrów, ujętych w drewniane oprawy. Obok wystawy przechodzień ujrzałby zamknięte stale drzwi, a przy drucie od dzwonka kartkę z informacją, że właściciel jest czasowo nieobecny.

Gdyby zaś – co rzadko się zdarzało – drzwi były otwarte, wchodzący do środka zobaczyłby w niepewnym świetle, rozjaśniającym tę jaskinię, rozstawione na kilku chwiejnych regałach i równie chwiejnych stołach zbiorowisko przedmiotów na pierwszy rzut oka pociągających. Po dokładniejszym obejrzeniu stałoby się jednak jasne, że w uczciwej wymianie handlowej byłyby one całkowicie nieprzydatne, nawet gdyby chciano je sprzedać po cenie odpowiadającej ich opłakanemu stanowi. Znajdowały się tam na przykład: para wilków, która oszpeciłaby każdy kominek, zegar wahadłowy pomalowany niebieską, odrapaną emalią, poduszki przybrane kiedyś barwnymi bodaj haftami, patery udekorowane obtłuczonymi aniołkami z ceramiki, koślawe stoliki w nieokreślonym stylu, koszyczek na wizytówki spleciony z zardzewiałych drutów, dziwaczne pudełka wykonane z zastosowaniem pirografii, okropne wachlarze z masy perłowej ozdobione chińskimi wzorami, naszyjnik mający wyglądać na bursztynowy, para białych wełnianych pantofelków o zapinkach z naszytymi sztucznymi diamencikami, wyszczerbione popiersie Napoleona, motyle pod popękanym szkłem, owoce z wielobarwnego marmuru nakryte przezroczystym niegdyś kloszem, orzechy kokosowe, stare albumy z kiepskimi akwarelami przedstawiającymi kwiaty, kilka oprawionych dagerotypów (w tamtych latach nie wyglądały jeszcze na starocie). Gdyby znalazł się ktoś, kto ulegając swoim zdeprawowanym gustom, zainteresowałby się jedną z tych wstydliwych resztek zajętego przez komornika mienia zubożałych rodzin i stanąwszy przed niezwykle podejrzliwym właścicielem, spytał o cenę, usłyszałby z jego ust sumę tak wysoką, że nawet będąc najbardziej perwersyjnym kolekcjonerem antykwarycznych potworków, straciłby ochotę na kupno.

Jeśliby zaś po uzyskaniu jakiejś przepustki odwiedzający przekroczył próg drugich drzwi, dzielących wnętrze sklepu od piętra budynku, i wdrapał się po stopniach niepewnych, kręconych schodów, typowych dla owych paryskich domów o fasadzie tej samej szerokości co drzwi wejściowe (w pewnych miejscach domy takie stoją stłoczone jeden obok drugiego w skośnych jakby wiązkach), dotarłby do obszernego salonu i zamiast tandety z parteru ujrzał zbiór całkiem innych przedmiotów, jak stolik empire na trzech nogach ozdobionych głowami orłów, konsola osadzona na skrzydlatym sfinksie, szafa z XVII wieku, mahoniowy regał wypełniony setką książek w safianowych oprawach, biurko zwane amerykańskim, z zasuwaną pokrywą i licznymi szufladkami jak w sekretarzyku. Gdyby ta sama osoba przeszła potem do sąsiedniego pokoju, zobaczyłaby wspaniałe łoże z baldachimem, etażerkę w wiejskim stylu zastawioną sewrską porcelaną, turecką fajkę wodną, wielką alabastrową misę, kryształowy wazon, na ścianie w głębi boazerię z malowidłami wyobrażającymi sceny mitologiczne, dwa wielkie płótna przedstawiające muzy – opiekunki historii i komedii. Na ścianach wisiały też w różnych miejscach arabskie opończe, inne orientalne stroje z kaszmiru, a także stara tykwa pielgrzyma, na półce zaś stojaka przeznaczonego na miednicę i dzbanek z wodą leżało wiele przyborów toaletowych z cennych tworzyw. Jednym słowem, całość była osobliwym zestawem przedmiotów ciekawych i wartościowych, które nie świadczyły może o wyrobionym i wyrafinowanym guście, lecz z pewnością dowodziły chęci zamanifestowania własnego dostatku.

Po powrocie do salonu odwiedzający spostrzegłby starego człowieka w domowym ubiorze, siedzącego przy stole przed jedynym oknem, przez które wpadało nikłe światło z zaułka, i – co mógłby stwierdzić, zerkając mu przez ramię – piszącego to, co my zaraz przeczytamy, a co Narrator miejscami streści, aby nie znudzić zbytnio Czytelnika.

Czytelnik niech nie oczekuje, że zdziwi się, rozpoznając w tej postaci kogoś, o kim była już mowa. Niniejsza opowieść zaczyna się właśnie teraz, więc o nikim wcześniej nie wspominano. Sam Narrator nie wie jeszcze, kim jest ów tajemniczy piszący, i zamierza dowiedzieć się tego wraz z Czytelnikiem, kiedy obaj, zaciekawieni, śledzić będą wzrokiem znaki, które pióro kreśli na papierze.

2
KIM JESTEM?

24 marca 1897

Przystępując do pisania, czuję się nieco zakłopotany. To tak, jakbym obnażał własną duszę na rozkaz – nie, na Boga, nie na rozkaz, tylko idąc za sugestią – niemieckiego Żyda (albo austriackiego, to wszystko jedno). Kim jestem? Łatwiej może mi będzie zastanawiać się nad swoimi namiętnościami niż nad wydarzeniami ze swego życia. Kogo kocham? Nie przypominam sobie w ogóle kochanych twarzy. Wiem, że kocham dobrą kuchnię. Kiedy słyszę nazwę Tour d’Argent, całe moje ciało przenika dreszcz rozkoszy. Czy to jest miłość?

Kogo nienawidzę? Żydów, chciałoby mi się powiedzieć. Jednak sam fakt, że poddałem się tak posłusznie namowom tego austriackiego (albo niemieckiego) doktora, świadczy, że nie mam nic przeciw Żydom.

O Żydach wiem tylko to, czego nauczył mnie dziadek.

– To lud bezbożny w najwyższym stopniu – powiadał. – Żydzi wychodzą z założenia, że dobro ma się urzeczywistnić tutaj, nie w życiu pozagrobowym. Dlatego działają wyłącznie w zamiarze podbicia tego świata.


…Żydzi śnili mi się noc w noc przez długie lata…

Byli widmem, które sprawiło, że miałem smutne dzieciństwo. Dziadek opisywał ich śledzące innych oczy, oczy pełne fałszu, od którego się blednie, ich wstrętne uśmiechy, ich wydatne hienie wargi nad zębami, ich spojrzenia natarczywe, nieczyste, tępe, fałdy między nosem a bezustannie poruszającymi się ustami, wyżłobione przez nienawiść, ich nosy jak obrzydliwe dzioby ptaków z południowej półkuli… I oko, ach, to oko… Obraca gorączkowo tęczówką barwy opieczonego chleba i zdradza przypadłości wątroby, zepsutej wydzielinami wywołanymi przez gromadzoną od osiemnastu wieków nienawiść; otacza je tysiąc drobnych zmarszczek, rysujących się coraz wyraźniej z wiekiem, ale już dwudziestoletni Judejczyk wydaje się zwiędły jak starzec. Uśmiechając się, Żyd przymyka obrzmiałe powieki tak, że pozostaje między nimi tylko niedostrzegalna prawie linia – oznaka chytrości zdaniem niektórych, lubieżności zdaniem mojego dziadka… Kiedy już podrosłem na tyle, że pewne rzeczy mogłem zrozumieć, zapewniał mnie on, że Żyd – próżny jak Hiszpan, tępy jak Chorwat, chciwy jak Lewantyńczyk, niewdzięczny jak Maltańczyk, bezczelny jak Cygan, brudny jak Anglik, służalczy jak Kałmuk, władczy jak Prusak i oszczerczy jak mieszkaniec Doliny Aosty – oddaje się zapamiętale cudzołóstwu z powodu niepohamowanej żądzy, wywołanej przez pobudzające erekcję obrzezanie; zachodzi też monstrualna dysproporcja między karłowatym wzrostem Żydów a jamistą pojemnością ich na wpół okaleczonych prąci.

 

Żydzi śnili mi się noc w noc przez długie lata.

Na szczęście nigdy nie miałem z nimi do czynienia – wyjąwszy kurewkę z turyńskiego getta, kiedy byłem jeszcze chłopcem (zamieniłem z nią jednak zaledwie kilka słów), oraz austriackiego doktora (albo niemieckiego, to wszystko jedno).

Niemców poznałem, pracowałem nawet dla nich. To najniższa kategoria rodzaju ludzkiego, jaką można sobie wyobrazić. Niemiec wydziela średnio dwa razy więcej kału niż Francuz – nadczynność funkcji trawiennych ze szkodą dla mózgowych, dowodząca fizjologicznej niższości. W czasach najazdów bar-barzyńców germańskie hordy znaczyły przemierzane szlaki niepojętą ilością odchodów. Zresztą nawet w o wiele mniej odległych stuleciach francuski podróżnik zauważał natychmiast, że jest już w Alzacji, gdy widział na drogach niezwykłej wiel-kości kupy. Na tym nie koniec. Niemców charakteryzuje wydzielanie cuchnącego potu; dowiedziono też, że mocz Niemca zawiera dwadzieścia procent azotu, mocz zaś innych ras – tylko piętnaście.

Niemiec cierpi stale na niestrawność spowodowaną nadmierną konsumpcją piwa i kiełbasy wieprzowej, za którymi przepada. Podczas jedynego pobytu w Monachium przypatrywałem się pewnego wieczoru Niemcom w ich świeckich katedrach zadymionych jak angielskie porty, śmierdzących smalcem i słoniną. Siedzieli tam nawet parami, on i ona, nos przy nosie w zwierzęcym dialogu miłosnym jak dwa obwąchujące się psy, obejmując dłońmi kufle piwa sposobne do napojenia stada słoni, wybuchając hałaśliwym, nieprzyjemnym śmiechem wyrażającym ich mętną, gardłową wesołość, lśniąc od tłuszczu, który stale pokrywa ich twarze i całe ciało jak oliwa skórę zawodników w starożytnych cyrkach.

Usta mają pełne swojego Geist, co znaczy „duch”. Jest to jednak duch piwska, który od młodości ogłupia. Dlatego w dziedzinie sztuki nigdy nie powstało za Renem nic interesującego, z wyjątkiem obrazów przedstawiających odrażające gęby i śmiertelnie nudnych poematów. Albo ich muzyka… Nie mówię już o łoskoczącym, żałobnym Wagnerze, który dzisiaj otumania także Francuzów, ale i utwory Bacha – niewiele wprawdzie ich słyszałem – są zupełnie pozbawione harmonii, zimne jak grudniowa noc, symfonie zaś tego Beethovena to prawdziwa orgia prostactwa.

Wskutek nadmiernego spożycia piwa Niemcy są całkowicie niezdolni zdać sobie sprawy z własnej wulgarności, której szczytem jest to, że nie wstydzą się być Niemcami. Potraktowali poważnie żarłocznego i lubieżnego mnicha Lutra (jak można ożenić się z mniszką?) dlatego tylko, że zrujnował Biblię, tłumacząc ją na ich język. Kto to powiedział, że nadużyli dwóch najważniejszych europejskich narkotyków – alkoholu i chrześcijaństwa?


…Potraktowali poważnie żarłocznego i lubieżnego mnicha Lutra (jak można ożenić się z mniszką?) dlatego tylko, że zrujnował Biblię, tłumacząc ją na ich język…

Uważają się za głębokie umysły, ponieważ ich język jest ogólnikowy, nie ma jasności francuskiego, nie wyraża nigdy dokładnie tego, co powinien. Niemiec nie wie zatem nigdy, co chciał powiedzieć, i tę niepewność bierze za głębię myśli. Z Niemcami – podobnie jak z kobietami – nigdy nie dochodzi się do sedna. Na nieszczęście do nauki tego właśnie, pozbawionego ekspresji języka – czytając w nim, trzeba niespokojnie szukać oczami czasowników, bo nie ma ich nigdy tam, gdzie być powinny – zmusił mnie w chłopięcych latach dziadek, czemu nie należy się zresztą dziwić, gdyż był zwolennikiem Austrii. Niemieckiego nienawidziłem tak samo jak jezuity, który go uczył, bijąc mnie przy tym prętem po palcach.

Odkąd ten Gobineau napisał o nierówności ras, wydaje się, że kto źle mówi o innym narodzie, robi to, ponieważ swój własny uważa za lepszy. Ja nie mam przesądów. Od kiedy zostałem Francuzem (także przedtem byłem nim w połowie ze względu na matkę), zrozumiałem, jak bardzo moi nowi rodacy są leniwi, szachrajscy, pamiętliwi, zazdrośni, pyszni bezgranicznie – do tego stopnia, że wszystkich innych uważają za dzikusów – niezdolni akceptować upomnień. Zrozumiałem jednak również, że aby skłonić Francuza do przyznania, iż jego plemię nie jest wolne od ułomności, wystarczy przedstawić mu w złym świetle inny naród, mówiąc na przykład: „My, Polacy, mamy taką to a taką wadę”. Ponieważ chce on zawsze – nawet w sprawach złych – okazać się pierwszy, powie od razu: „No tak, ale my, Francuzi, mamy wady gorsze”, i będzie obmawiał rodaków, dopóki nie zauważy, że wpadł w pułapkę.

Francuzi nie lubią bliźnich nawet wtedy, gdy ciągną z nich zyski. Nikt nie jest bardziej nieuprzejmy od francuskiego oberżysty, który wydaje się nienawidzić klientów (może tak zresztą jest) i pragnąć, żeby ich w ogóle nie było (to z pewnością nie odpowiada prawdzie, ponieważ Francuzi są niezmiernie chciwi). Ils grognent toujours – zrzędzą nieustannie. Spróbujcie o coś ich zapytać: Sais pas moi – nie wiem – i wydymają wargi, jakby chcieli udać pierdnięcie.

Są źli, zabijają z nudów. Francja to jedyny kraj, którego obywatele przez wiele lat zajmowali się wzajemnym ucinaniem sobie głów. Na szczęście Napoleon ukierunkował tę furię na inne narody, ustawił Francuzów w kolumny i wysłał ich, by pustoszyli Europę.

Szczycą się posiadaniem państwa, które zwą potężnym, lecz przez cały czas usiłują je obalić. Żaden inny naród nie potrafi tak sprawnie wznosić barykad z jakiegokolwiek powodu i przy każdym powiewie wiatru, często nie wiedząc nawet zupełnie dlaczego, i manifestować na ulicy za przykładem najgorszych mętów. Francuz nie wie dobrze, czego chce; wie tylko doskonale, że nie chce tego, co ma. Aby to przekonanie wyrazić, bezustannie śpiewa piosenki.

Francuzi sądzą, że cały świat mówi po francusku. Przed kilkudziesięciu laty dowiódł tego ów Lucas, prawdziwy geniusz: trzydzieści tysięcy fałszywych dokumentów własnoręcznie sporządzonych na starym papierze – wyklejkach wyciętych z książek i wyniesionych po kryjomu z Biblioteki Narodowej – napisanych imitacją różnych charakterów pisma, choć nie tak dobrą jak ta, która byłaby moim dziełem… Sprzedał ich Bóg wie ile za ciężkie pieniądze temu durniowi Chasles’owi (wybitny matematyk – powiadają – i członek Akademii Nauk, ale wielki bałwan). No i nie tylko Chasles, ale i wielu innych jego kolegów z Akademii uwierzyło, że swoje listy pisali po francusku Kaligula, Kleopatra i Juliusz Cezar, że po francusku korespondowali ze sobą Pascal, Newton i Galileusz – a przecież nawet dzieci wiedzą, że uczeni w tamtych czasach posługiwali się łaciną. Francuscy mędrcy nie mieli pojęcia, że inne narody nie mówią tak samo jak Francuzi. Ponadto te sfałszowane listy zawierały twierdzenie, jakoby Pascal opracował teorię powszechnego ciążenia dwadzieścia lat przed Newtonem; to wystarczyło, aby zaślepić owych profesorów Sorbony zżeranych nacjonalistyczną butą.

Niewiedza Francuzów wynika może z ich skąpstwa – narodowej wady, którą oni uważają za cnotę i nazywają oszczędnością. Tylko w tym kraju mogła powstać cała komedia, której akcja obraca się wokół postaci skąpca. Pominę już papę Grandeta.

Świadczą o skąpstwie ich zakurzone mieszkania, nigdy nieodnawiane obicia mebli, odziedziczone po przodkach wanny, kręte, niepewne schody drewniane, dzięki którym zaoszczędzają małostkowo trochę miejsca. Skrzyżujcie – jak krzyżuje się rośliny – Francuza z Żydem (najlepiej pochodzącym z Niemiec), a otrzymacie to, co mamy: Trzecią Republikę.

Zrobiłem się Francuzem, ponieważ nie mogłem znieść tego, że jestem Włochem. Jako Piemontczyk (z urodzenia) czułem się tylko karykaturą Gala o bardziej ograniczonych od niego poglądach. Piemontczycy obawiają się każdej nowości, niespodzianki ich przerażają. Aby nakłonić ich do wyruszenia na Królestwo Obojga Sycylii (z Piemontu pochodziło bardzo niewielu garybaldczyków), potrzebni byli dwaj Liguryjczycy – fanatyk Garibaldi i przynoszący pecha Mazzini. I nie mówmy lepiej o tym, co odkryłem, gdy wysłano mnie do Palermo (kiedy? muszę sobie przypomnieć). Te ludy podobały się tylko próżnemu Dumasowi, chyba dlatego, że schlebiały mu bardziej niż Francuzi, dla których był przecież mieszańcem. Lubili go Neapolitańczycy i Sycylijczycy, sami mieszańcy, nie przez pomyłkę matki nierządnicy, lecz z winy pokoleń zrodzonych ze skrzyżowań zdradzieckich Lewantyńczyków, pocących się Arabów i zwyrodniałych Ostrogotów, które od swoich niejednorodnych przodków brały to co najgorsze: od Saracenów – ociężałość, od Szwabów – krwiożerczość, od Greków – niezdolność do wyciągania wniosków i zamiłowanie do czczej gadaniny, do dzielenia włosa na czworo. Co do całej reszty, wystarczy popatrzeć na neapolitańskich uliczników, jak popisują się przed cudzoziemcami, wpychając sobie palcami do gardła makaron, umazani sosem z zepsutych pomidorów. Ja chyba ich nie widziałem, ale wiem.

Włoch jest podstępny, kłamie i zdradza, woli sztylet od szpady, truciznę od lekarstwa. W pertraktacjach wykrętny, zawsze gotów do zmiany obozu; miałem okazję zobaczyć, co zrobili generałowie burbońscy na sam widok awanturników Garibaldiego i generałów z Piemontu.

Wzór czerpali Włosi z księży, którym zawdzięczali jedyne prawdziwe rządy od czasów, kiedy zdeprawowanego ostatniego cesarza rzymskiego zgwałcili barbarzyńcy, ponieważ za sprawą chrześcijaństwa zniewieściała starożytna rasa.

Księża… Jak ich poznałem? Zdaje się, że u dziadka. Przypominam sobie te rozbiegane oczy, zepsute zęby, nieświeże oddechy, spocone dłonie próbujące pogłaskać mnie po karku. Obrzydliwość. Próżniacy, klasa niebezpieczna, jak złodzieje i włóczędzy. Księdzem lub mnichem zostaje się po to, żeby próżnować; a próżnować mogą, bo jest ich dużo. Gdyby ksiądz był – powiedzmy – jeden na tysiąc dusz, miałby tyle roboty, że nie mógłby leżeć do góry brzuchem i opychać się kapłonami. Spośród księży najmniej godnych rząd wybiera najgłupszych i mianuje ich biskupami.

Księża są przy tobie tuż po urodzeniu, kiedy cię chrzczą. Potem masz ich w szkole, jeżeli rodzice byli bigotami i powierzyli im twoją edukację. Kolej na pierwszą komunię, lekcje katechizmu i bierzmowanie. W dniu ślubu ksiądz powiada ci, co masz robić w sypialni, a nazajutrz, żeby mieć się czym podniecać w konfesjonale, pyta cię na spowiedzi, ile razy to zrobiłeś. Tobie o spółkowaniu mówią księża ze wstrętem, a sami wstają codziennie z łóżek, gdzie je uprawiali; nie myją sobie nawet rąk i idą jeść i pić swojego Pana, żeby potem wydalić go z siebie i wysikać.

Powtarzają, że ich królestwo nie jest z tego świata, ale zgarniają, co się da. Cywilizacja nie osiągnie doskonałości, póki ostatni kamień z ostatniego kościoła nie spadnie na ostatniego księdza i nie uwolni świata od tej hołoty.

Komuniści rozpowszechnili pogląd, że religia to opium dla ludu. To prawda, gdyż religia hamuje zrywy poddanych; gdyby nie ona, na barykadach byłoby dwa razy więcej ludzi, a w dniach Komuny nie było ich tam dosyć i udało się wszystkich wybić bez zbytniej zwłoki. Po tym jednak, co usłyszałem od tego austriackiego lekarza na temat zalet kolumbijskiego narkotyku, powiedziałbym, że religia jest także kokainą narodów, ponieważ pchała i pcha do wojen, do rzezi niewiernych. Dotyczy to chrześcijan, muzułmanów i innych bałwochwalców. Murzyni w Afryce poprzestawali na wyrzynaniu się między sobą, a misjonarze nawrócili ich i zamienili w wojska kolonialne, gotowe umierać na pierwszej linii frontu i gwałcić białe kobiety po wkroczeniu do zdobytego miasta. Ludzie nigdy nie czynią zła w tak szerokim zakresie i z takim zapałem jak wtedy, gdy robią to z przekonań religijnych.

Najgorsi ze wszystkich są z pewnością jezuici. Wydaje mi się, że zrobiłem im kilka kawałów, ale może to oni mi zaszkodzili, nie przypominam sobie dokładnie. A może byli to ich rodzeni bracia – masoni. Są zupełnie jak jezuici, tylko trochę bardziej mętni. Jezuici mają przynajmniej swoją teologię i wiedzą, jak się nią posługiwać, masoni zaś mają teologii zbyt wiele i się w nich gubią. O masonach opowiadał mi dziadek. Wspólnie z Żydami ucięli głowę królowi. Wydali na świat karbonariuszy – takich masonów trochę głupszych, bo kiedyś pozwalali się rozstrzeliwać, a potem ucinać sobie głowy za nieudolnie sfabrykowaną bombę; stawali się też socjalistami, komunistami i komunardami. Wszystkich pod ścianę! Thiers dobrze zrobił.

Masoni i jezuici. Jezuici to masoni w kobiecym stroju.