WiedźmikołajTekst

Z serii: Świat dysku
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wiedźmikołaj
Wiedźmikołaj
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 51,90  41,52 
Wiedźmikołaj
Wiedźmikołaj
Wiedźmikołaj
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
28 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ze złością machnęła ręką i ku swej zgrozie i zawstydzeniu, strąciła mały szkielet w kapturze do popielniczki.

IIK?

Kruk złapał dziobem szczurzą szatę i próbował go wyciągnąć, ale maleńka koścista dłoń potrząsnęła kosą.

IIK IK PII PIIP!

– Mówi, żebyś nie zaczepiała szczura – przetłumaczył kruk.

Zatrzepotały skrzydła i obaj zniknęli.

Igor zamknął okno. Powstrzymał się od komentarzy.

– Nie byli prawdziwi – wyjaśniła pospiesznie Susan. – To znaczy, no... Kruk jest chyba prawdziwy, ale zadaje się ze szczurem...

– ...który nie jest prawdziwy – dokończył Igor.

– Właśnie – przyznała z wdzięcznością Susan. – Prawdopodobnie niczego nie widziałeś.

– Zgadza się – potwierdził Igor. – Zupełnie nic.

– A teraz... Ile jestem winna?

Igor policzył na palcach.

– To będzie dolar za drinki – powiedział – i jeszcze pięć pensów, bo ten kruk, którego tu nie było, grzebał w piklach.


Była noc przed Strzeżeniem Wiedźm.

W nowej łazience nadrektora Modo wytarł ręce w szmatę i z dumą obejrzał swe dzieło. Lśniąca porcelana połyskiwała bielą. Miedź i mosiądz lśniły w blasku lamp.

Trochę go martwiło, że nie zdążył wszystkiego wypróbować. Ale pan Ridcully oświadczył: „Sprawdzi się w użyciu”, a Modo nigdy się nie spierał z Dżentelmenami, jak o nich myślał. Zdawał sobie sprawę, że wiedzą dużo więcej niż on, i wcale mu to nie przeszkadzało. On nie grzebał przy osnowie czasu i przestrzeni, a oni trzymali się z dala od jego szklarni. W jego opinii było to prawdziwe partnerstwo.

Szczególnie dokładnie wyszorował podłogę. Pan Ridcully specjalnie mu to polecił.

– Gnom Kurzajka... – mruknął do siebie, ostatni raz przecierając kran. – Ależ wyobraźnię mają ci Dżentelmeni...

Z daleka, niesłyszany przez nikogo, zabrzmiał delikatny odgłos – jakby brzęk srebrnych dzwoneczków.

Dzyń, dzyń, dzyń...

A ktoś wylądował nagle w zaspie i powiedział „Szlag!”. To naprawdę straszne, wymówić coś takiego jako pierwsze słowo ze wszystkich.


Nad jego głową, nieświadome nowego i rozgniewanego życia, które właśnie otrzepywało się ze śniegu, sanie pędziły naprzód przez czas i przestrzeń.

BRODA TO PRAWDZIWE UTRAPIENIE, oświadczył Śmierć.

– Dlaczego musisz nosić brodę, panie? – zdziwił się głos spomiędzy worków. – Mówiłeś przecież, że ludzie widzą to, co spodziewają się zobaczyć.

DZIECI NIE. ZBYT CZĘSTO WIDZĄ TO, CO JEST NAPRAWDĘ.

– Cóż, przynajmniej wprawia cię w odpowiedni nastrój, panie. Pasuje do postaci.

ALE WCHODZENIE PZEZ KOMIN? JAKI TO MA SENS? MÓGŁBYM ZWYCZAJNIE PRZEJŚĆ PRZEZ ŚCIANĘ.

– Przechodzenie przez ściany także nie jest właściwe – stwierdził głos spomiędzy worków.

DLA MNIE WYSTARCZY.

– Muszą być kominy. To właściwie tak samo jak z brodą.

Jakaś głowa wysunęła się ze stosu. Zdawało się, że należy do najstarszego, najbardziej niesympatycznego skrzata we wszechświecie. Fakt, że znajdowała się pod wesołym zielonym kapelusikiem z przyczepionym dzwoneczkiem, wcale nie poprawiał tej oceny.

Potem dłoń machnęła grubym plikiem listów, w dużej części na papierze w pastelowych barwach, często z wyrysowanymi króliczkami i pluszowymi misiami. W większości pisane były kredkami.

– Myślisz, panie, że te małe łobuzy pisałyby do kogoś, kto przechodzi przez ściany? – spytała głowa. – A nad „Ho, ho, ho” musisz jeszcze popracować, jeśli wolno zauważyć.

HO. HO. HO.

– Nie, nie. Nie – orzekł Albert. – Trzeba w to włożyć trochę życia, panie, bez urazy. To ma być porządny, rubaszny śmiech. Musi... Musi brzmieć tak, jakbyś sikał brandy i srał puddingiem, wybacz mój klatchiański, panie.

NAPRAWDĘ? SKĄD TY TO WSZYSTKO WIESZ?

– Byłem kiedyś młody, panie. Co roku, jak każdy grzeczny chłopiec, wieszałem nad kominkiem skarpetę. Żeby napełniła się zabawkami, tak jak ty to robisz, panie. Chociaż w tamtych czasach dostawało się głównie kiełbasę i kaszankę, jak kto miał szczęście. Ale zawsze w samym czubku palców była cukrowa świnka. Strzeżenie Wiedźm nie było udane, jeśli człowiek nie najadł się jak świnia.

Śmierć przyjrzał się workom.

Dziwnym, ale łatwym do udowodnienia faktem jest, że worki zabawek, noszone przez Wiedźmikołaja, niezależnie od swojej zawartości, zawsze mają wystającego u góry pluszowego misia albo żołnierzyka w kolorowym mundurze, którym wyróżniałby się nawet na dyskotece, bębenek i czerwono-białą szklaną laskę wypełnioną cukierkami. Rzeczywista zawartość zwykle miała krzykliwe kolory i kosztowała 5,99 dolara.

Śmierć zbadał jeden czy dwa worki. Był tam na przykład Prawdziwy Agatejski Ninja ze Staszliwym Śmiertelnym Chwytem i Kapitan Marchewa, Jednoosobowa Nocna Straż z całą szafką zabawkowej broni, której każda sztuka kosztowała tyle co sama drewniana lalka.

Zresztą zabawki dziewczynek okazywały się równie przygnębiające. Zdawało się, że są to wyłącznie konie. Większość się uśmiechała. Konie, zdaniem Śmierci, nie powinny się uśmiechać. Koń, który się uśmiecha, z pewnością coś knuje.

Westchnął ciężko.

W dodatku całe to ustalanie, kto był grzeczny, a kto nie. Wcześniej nigdy o tym nie myślał. Grzeczni czy niegrzeczni, ostatecznie i tak na jedno wychodziło.

A jednak musiał to robić jak należy. Inaczej się nie uda.

Świnie zahamowały przy następnym kominie.

– Jesteśmy. Jesteśmy na miejscu – oznajmił Albert. – James Riddle, lat osiem.

A TAK. ON WRĘCZ PISZE W SWOIM LIŚCIE: „ZAŁOŻĘ SIĘ, ŻE NIE ISTNIEJESZ, BO PRZECIEŻ WSZYSCY WIEDZĄ, ŻE NAPRAWDĘ JESTEŚ RODZICAMI”. NO TAK, rzekł Śmierć z czymś, co brzmiało niemal jak sarkazm. JEGO RODZICE PEWNIE NIE MOGĄ SIĘ DOCZEKAĆ, ŻEBY OBIJAĆ SOBIE ŁOKCIE PRZEZ DWANAŚCIE STÓP WĄSKIEGO I NIEOCZYSZCZONEGO PRZEWODU KOMINOWEGO. NO WIĘC NIE WYDAJE MI SIĘ. NANIOSĘ MU DODATKOWEJ SADZY NA DYWAN.

– Słusznie, panie. Dobry pomysł. A skoro już o tym mowa, to czas na dół.

A GDYBYM NIC MU NIE DAŁ ZA KARĘ, ŻE NIE WIERZY?

– Co mu tym udowodnisz, panie?

Śmierć westchnął.

CHYBA MASZ RACJĘ.

– Sprawdziłeś listę, panie?

TAK. DWA RAZY. TO NA PEWNO DOSYĆ?

– Na pewno.

PRAWDĘ MÓWIĄC, NIE MOGĘ SIĘ W TYM WSZYSTKIM POŁAPAĆ. NA PRZYKŁAD SKĄD MAM WIEDZIEĆ, CZY ON BYŁ GRZECZNY, CZY NIEGRZECZNY?

– No... sam nie wiem... Na przykład czy składał swoje ubranka...

A JEŚLI BYŁ GRZECZNY, MOGĘ MU DAĆ KLATCHIAŃSKI RYDWAN BOJOWY Z PRAWDZIWYMI WIRUJĄCYMI OSTRZAMI?

– Zgadza się.

A JEŚLI BYŁ NIEGRZECZNY?

Albert poskrobał się po głowie.

– Kiedy byłem chłopcem, dostawało się worek kości. Zadziwiające, jak dzieci ładnie się zachowywały pod koniec roku.

COŚ PODOBNEGO... A DZISIAJ?

Albert podniósł paczkę do ucha i potrząsnął.

– Brzmi jak skarpety.

SKARPETY.

– Albo wełniany podkoszulek.

BĘDZIE MIAŁ NAUCZKĘ, JEŚLI WOLNO MI WYRAZIĆ SWOJĄ OPINIĘ.

Albert spojrzał ponad zaśnieżonymi dachami i także westchnął. To nie było tak, jak być powinno. Pomagał, bo cóż, Śmierć był jego panem i tyle, a gdyby pan miał serce, tkwiłoby na właściwym miejscu. Ale...

– Jesteś pewien, że powinniśmy to robić, panie?

Śmierć zatrzymał się w połowie drogi do komina.

A MASZ JAKIŚ LEPSZY POMYSŁ, ALBERCIE?

To właśnie cały problem. Albert nie miał.

Ktoś musiał to robić.


Na ulicy znowu były niedźwiedzie.

Susan zignorowała je i nawet nie starała się demonstracyjnie nie następować na pęknięcia.

Stały dookoła, jakby trochę zdziwione i trochę przezroczyste, widoczne tylko dla niej i dla dzieci. Takie wieści jak o Susan szybko się rozchodzą. Niedźwiedzie słyszały już o pogrzebaczu. Orzechy i jagody, zdawały się mówić ich miny. Po to tu jesteśmy. Wielkie ostre zębiska? Jakie wielkie ostre zębiska? Ach, te wielkie ostre zębiska? One służą do... no, do rozłupywania orzechów. A niektóre jagody bywają naprawdę groźne.

Zegary biły szóstą, kiedy dotarła do domu. Dostała swoje klucze. Przecież właściwie nie była służącą.

Nie można być księżną i służącą. Ale można być guwernantką. Było oczywiste, że nie jest się nią w rzeczywistości, lecz tylko spędza w ten sposób czas do chwili, kiedy zrobi się to, co każda dziewczyna czy pannica powinny w życiu zrobić, czyli wyjść za jakiegoś mężczyznę. Jasne przecież, że to tylko taka zabawa.

Rodzice podopiecznych czuli dla niej respekt. Była córką diuka, podczas gdy pan Gaiter był człowiekiem o znacznych wpływach w hurtowym handlu obuwiem. Pani Gaiter walczyła o przejście do Wyższych Sfer, co w tej chwili starała się osiągnąć, czytając książki o etykiecie. Traktowała Susan ze swego rodzaju trwożnym szacunkiem, należnym jej zdaniem każdemu, kto od urodzenia zna różnicę między serwetką a frywolitką.

Susan nigdy nie przyszłoby do głowy, że aby Awansować Towarzysko, jak tego próbowała dokonać pani Gaiter, należy zdawać jakieś testy. Zwłaszcza że ci arystokraci, których poznała w domu ojca, nie używali ani serwetek, ani frywolitek, ale specjalnego stanu umysłu, który można opisać jako „rzuć na podłogę, psy to zjedzą”. Kiedy pani Gaiter drżącym głosem spytała ją, jak należy się zwracać do kuzyna królowej, Susan bez zastanowienia odpowiedziała: „Zwykle wołaliśmy go Kubuś”. Po czym pani Gaiter musiała w swoim pokoju cierpieć na migrenę.

 

Pan Gaiter kiwał tylko głową, kiedy spotykał Susan na korytarzu; nigdy zbyt wiele nie mówił. Był pewien, że wie, na czym stoi w obuwiu, i to mu wystarczało.

Gdy Susan wróciła, Gawain i Twyla – nazwani tak przez ludzi, którzy chyba ich kochali – już leżeli w łóżkach. Sami nalegali. W pewnym wieku dość powszechna jest wiara, że wcześniejsze pójście do łóżka powoduje wcześniejsze nadejście jutra.

Poszła sprzątnąć w pracowni i przygotować wszystko na rano. Zaczęła zbierać zabawki zostawione przez dzieci w pokoju, gdy nagle coś zapukało w okno.

Wyjrzała przez szybę w ciemność, a potem otworzyła. Na zewnątrz z gałęzi zsunęła się śniegowa czapa.

Latem za oknem były gałęzie wiśni. Teraz w zimowym mroku widziała tylko wąskie szare linie tam, gdzie osiadł na nich śnieg.

– Kto tam? – zapytała.

Coś skakało wśród zamarzniętych gałązek.

– Ćwir, ćwir, ćwir... Uwierzysz? – odezwał się kruk.

– Znowu ty?

– A wolałabyś jakiegoś słodkiego małego rudzika? Posłuchaj, twój dzia...

– Uciekaj stąd.

Zatrzasnęła okno i zaciągnęła zasłony. Dla pewności odwróciła się do nich plecami i spróbowała skupić uwagę na wnętrzu pokoju. Pomagało myślenie o... o rzeczach normalnych.

Normalne było strzeżeniowiedźmowe drzewko, mniejsza wersja tego wielkiego w holu. Pomagała dzieciom robić papierowe ozdoby. Tak. O tym można myśleć.

Były na nim papierowe łańcuchy. Były gałązki ostrokrzewu, wyrzucone z głównych pomieszczeń, ponieważ miały za mało jagód. Teraz otrzymały sztuczne jagody z plasteliny i zostały poutykane na półkach albo wetknięte za obrazy.

Z półki nad niewielkim kominkiem w pracowni zwisały dwie skarpety. Były też rysunki Twyli: atramentowobłękitne niebo, jadowicie zielona trawa i czerwone domki z czterema kwadratowymi oknami. To były...

...rzeczy normalne.

Wyprostowała się i patrzyła na nie; paznokciami wybijała powolny rytm na drewnianym pudełku ołówków.

Drzwi otworzyły się nagle, odsłaniając rozczochraną Twylę, jedną ręką ściskającą klamkę.

– Susan, pod moim łóżkiem znowu jest potwór...

Stuk paznokci Susan ucichł nagle.

– Słyszę, jak się tam rusza...

Susan westchnęła.

– Dobrze, Twylo. Zaraz przyjdę.

Dziewczynka kiwnęła głową i wróciła do sypialni. Na łóżko wskoczyła z pewnej odległości, by nie dosięgły jej szpony.

Zabrzmiał metaliczny zgrzyt, gdy Susan wyciągnęła pogrzebacz z niedużego mosiężnego stojaka, który dzielił ze szczypcami i łopatką do węgla.

Westchnęła. Normalność jest tym, czym się ją uczyni.

Weszła do sypialni dzieci i pochyliła się, jakby chciała otulić Twylę kołdrą. I wtedy błyskawicznie sięgnęła pod łóżko. Chwyciła garść włosów. Pociągnęła.

Strach wystrzelił jak korek z butelki i zanim odzyskał równowagę, stał już w rozkroku pod ścianą, z ręką wykręconą za plecami. Zdołał jakoś odwrócić głowę i w odległości kilku cali zobaczył twarz wściekłej Susan.

Gawain podskakiwał radośnie na łóżku.

– Użyj na nim Głosu! Użyj na nim Głosu!

– Nie używaj Głosu, nie używaj Głosu! – błagał nerwowo strach.

– Walnij go po głowie pogrzebaczem!

– Nie pogrzebaczem! Nie pogrzebaczem!

– To ty, prawda? – upewniła się Susan. – Spotkaliśmy się dziś po południu.

– Tak... – Strach zmarszczył czoło, wyraźnie zdumiony. – Ale jak możesz mnie tutaj widzieć?

– To tylko przyjazne ostrzeżenie, rozumiesz? W końcu mamy święta.

Strach spróbował się poruszyć.

– To nazywasz przyjaznym?

– Aha... Wolisz spróbować nieprzyjaznego? – Susan wzmocniła uchwyt.

– Nie, nie, nie... Przyjazne bardzo mi się podoba!

– Ten dom jest zakazany, jasne?

– Jesteś czarownicą czy co? – jęczał strach.

– Jestem... czymś. A teraz... Nie będziesz już tu przychodził, prawda? Bo następnym razem czeka cię kocyk.

– Nie!

– Nie żartuję. Wsadzimy ci głowę pod kocyk.

– Nie!

– W takie puszyste króliczki...

– Nie!!!

– No to uciekaj.

Potykając się, strach pognał do drzwi.

– To nie w porządku – mamrotał. – Nie powinnaś nas widzieć, jak nie jesteś martwa albo magiczna... To nieuczciwe...

– Spróbuj pod dziewiętnastym! – zawołała Susan, mięknąc trochę. – Tamtejsza guwernantka nie wierzy w strachy.

– Naprawdę? – spytał potwór z nadzieją.

– Wierzy za to w algebrę.

– Aha. To miło. – Strach uśmiechnął się szeroko. Doprawdy trudno uwierzyć, jak bardzo można napsocić w domu, gdzie nikt z posiadających autorytet nie wierzy w twoje istnienie. – No to znikam – powiedział. – Eee... Szczęśliwego Strzeżenia Wiedźm.

– Być może – mruknęła Susan, kiedy wtopił się w ciemność.

– Nie był taki zabawny jak ten z zeszłego miesiąca – stwierdził Gawain, wsuwając się pod kołdrę. – Wiesz, jak go kopnęłaś w portki...

– Śpijcie już oboje.

– Verity mówi, że im szybciej zaśniemy, tym szybciej przyjdzie Wiedźmikołaj.

– Tak – przyznała Susan. – Niestety, możesz mieć rację.

Puścili tę uwagę mimo uszu. Nie była pewna, czemu w ogóle taka myśl przyszła jej do głowy. Ale nauczyła się już ufać własnym przeczuciom.

Chociaż nienawidziła takich przeczuć. Zatruwały życie. Niestety, taka się już urodziła.

Dzieci zasnęły opatulone. Susan cicho zamknęła drzwi i wróciła do pracowni.

Coś się zmieniło.

Zerknęła podejrzliwie na skarpety, ale nie zostały napełnione. Zaszeleścił papierowy łańcuch.

Spojrzała na drzewko. Było owinięte lametą, obwieszone niestarannie posklejanymi ozdobami. A na czubku siedziała wróżka zrobiona...

Susan skrzyżowała ręce na piersi, popatrzyła w sufit i westchnęła teatralnie.

– To ty, prawda? – zapytała.

PIP?

– Tak, nawet bardzo. Wystawiasz ręce jak strach na wróble i przyczepiłeś gwiazdkę na końcu kosy...

Śmierć Szczurów zawstydzony zwiesił głowę.

PIP.

– Nikogo nie oszukasz.

PIP.

– Schodź stamtąd natychmiast!

PIP.

– A co zrobiłeś z wróżką?

– Wepchnął ją pod poduszkę fotela – odpowiedział głos z półki po drugiej stronie pokoju. Coś zastukało i kruk dodał: – Do licha, twarde są te gałki oczne, nie ma co...

Susan przebiegła przez pokój i wyrwała miseczkę tak szybko, że kruk wykręcił salto i wylądował na grzbiecie.

– To są orzechy! – krzyknęła, gdy rozsypały się dookoła. – Nie gałki oczne! To pracownia szkolna dzieci. Różnica między pracownią a... a kruczymi delikatesami polega na tym, że bardzo rzadko stoją tu miski gałek ocznych, na wypadek gdyby jakiś kruk wpadł na przekąskę! Zrozumiano? Żadnych gałek ocznych! Świat pełen jest małych kulistych przedmiotów, które nie są gałkami ocznymi! Jasne?

Kruk przewrócił oczami.

– Przypuszczam, że kawałek ciepłej wątroby też nie wchodzi w grę?

– Zamknij dziób! Macie się obaj stąd wynosić, ale już! Nie wiem, jak się tu dostaliście...

– A jest jakieś prawo, które zakazuje wchodzenia przez komin w Noc Strzeżenia Wiedźm?

– ...ale nie życzę sobie, żebyście znowu pakowali się w moje życie! Zrozumiano?

– Szczur powiedział, że trzeba cię ostrzec, nawej jeśli jesteś wariatką – odparł nadąsany kruk. – Ja tam wcale nie chciałem przychodzić, przed bramą miasta leży martwy osioł, teraz będę miał szczęście, jeśli dostanę kopyto...

– Ostrzec? – powtórzyła Susan.

I znowu to uczucie. Zmiana pogody umysłu, wrażenie dotykalnego czasu...

Śmierć Szczurów kiwnął łebkiem.

Z góry dobiegły odgłosy skrobania. Z przewodu kominowego spłynęło kilka płatków sadzy.

PIP, rzekł szczur, ale bardzo cicho.

Susan zdała sobie sprawę z nowego uczucia, tak jak ryba zdaje sobie sprawę z tego, że zaczął się odpływ, że źródło słodkiej wody wlewa się do morza. To czas napływał do świata.

Spojrzała na zegar – było wpół do siódmej.

Kruk podrapał się w dziób.

– Szczur mówi... Szczur mówi: lepiej uważaj.


Inni także pracowali w tę księżycową Wigilię Strzeżenia Wiedźm. Piaskowy Dziadek wędrował po świecie, wlokąc swój worek od jednego łóżka do drugiego. Mróz chodził ulicami i na okiennych szybach malował szronem niezwykłe desenie.

Pewna mała, przygarbiona postać ślizgała się i potykała w rynsztoku, chlapiąc butami w topniejącym śniegu i przeklinając pod nosem.

Miała na sobie poplamiony czarny garnitur, a na głowie ten typ kapelusza, który w rozmaitych częściach multiwersum znany jest jako „melonik”, „dęciak” albo „taki, w którym wygląda się jak dureń”. Kapelusz ten został bardzo mocno wciśnięty na głowę, a że istota posiadała długie i spiczaste uszy, musiały rozsunąć się na boki, nadając jej wygląd niedużej i złośliwej nakrętki motylkowej.

Istota z kształtu była gnomem, ale z zawodu wróżką. Wróżki to niekoniecznie małe roziskrzone stworzonka. Wróżka to stanowisko zawodowe, a te najbardziej pospolite nie są nawet widzialne9. Wróżka jest po prostu istotą, zgodnie z nadprzyrodzonymi prawami zatrudnioną w danej chwili do zabierania pewnych rzeczy lub też – jak w przypadku tego niedużego stwora wspinającego się właśnie wewnątrz rynny – do ich przynoszenia.

Tak. Przynosił. Ktoś to musi robić, a on wyglądał akurat na odpowiedniego gnoma do tej pracy.

O tak...


Sideney był zdenerwowany. Nie lubił przemocy, a wiele jej się wydarzyło w ostatnich dniach, jeśli w tym miejscu w ogóle mijały dni. Ci ludzie... Zdawało się, że życie jest dla nich interesujące tylko wtedy, kiedy robią coś brutalnego komuś innemu. Nie zaczepiali go – z tych samych powodów zapewne, dla jakich lwy nie przejmują się mrówkami. Ale bardzo go niepokoili.

Chociaż nie aż tak bardzo jak Herbatka. Nawet ten bandzior, którego nazywali Siatą, traktował Herbatkę z ostrożnością, jeśli nie respektem. A potwór zwany Banjo chodził za nim jak szczeniak.

Właśnie ten olbrzym obserwował Sideneya.

Trochę za bardzo przypominał Ronniego Jenksa, łobuza, który utrudniał mu życie w szkole babuni Wimblestone. Ronnie nie był uczniem. Był wnukiem staruszki, bratankiem czy czymś takim, co dawało mu prawo do włóczenia się po terenie szkoły i bicia dowolnego dziecka, które było od niego mniejsze, słabsze albo mądrzejsze – co oznaczało, że miał mniej więcej cały świat do wyboru. W tych okolicznościach wyjątkową niesprawiedliwością było, że zawsze wybierał Sideneya.

Sideney nie czuł do Ronniego nienawiści. Za bardzo się go bał. Chciał zostać jego przyjacielem. Tak bardzo tego pragnął... Ponieważ wtedy istniałaby szansa, że jego głowa nie byłaby tak często wdeptywana w ziemię, a śniadanie było zjadane, zamiast wrzucane do wychodka. I tak uznawał dzień za udany, jeśli to było tylko śniadanie.

A potem, mimo wszelkich wysiłków Ronniego, Sideney urósł i poszedł na studia. Od czasu do czasu matka opowiadała mu, co się u Ronniego dzieje (wzorem wszystkich matek zakładała, że skoro jako chłopcy chodzili razem do szkoły, to muszą być przyjaciółmi). Okazało się, że Ronnie prowadzi stragan z owocami i ożenił się z dziewczyną imieniem Angie10. Zdaniem Sideneya, nie była to dostateczna kara.

Banjo nawet oddychał jak Ronnie, który musiał się koncentrować na takim ćwiczeniu intelektualnym, i zawsze miał zatkaną jedną dziurkę w nosie. W dodatku stale trzymał otwarte usta, przez co wyglądał, jakby karmił się niewidocznym planktonem.

Sideney starał się skupić na pracy i nie zwracać uwagi na bulgotanie za plecami.

– Fascynujące – stwierdził Herbatka. – U ciebie wygląda to tak łatwo...

Sideney wyprostował się nerwowo.

– Tego... Powinno już być w porządku, proszę pana. Trochę się popsuło, kiedy sypaliśmy te... – Nie potrafił się zmusić, by wymówić to słowo; starał się nawet omijać stos wzrokiem, to przez ten dźwięk, jaki wydawały. – ...Te rzeczy – dokończył.

– Nie trzeba powtarzać zaklęcia?

– Och, będzie działało już zawsze – wyjaśnił Sideney. – Te najprostsze tak mają. To po prostu zmiana stanu, uruchamiana przez... no... w każdym razie nie przestaje działać.

 

Przełknął ślinę.

– No więc... – podjął niepewnie – myślałem... Bo skoro nie jestem już potrzebny, sir, to może...

– Pan Brown ma chyba problemy z zamkami na ostatnim piętrze – oznajmił Herbatka. – Te drzwi, których nie mogliśmy otworzyć. Pamiętasz? Na pewno chciałbyś mu pomóc.

– Nie jestem ślusarzem...

– Wydaje się, że są magiczne.

Sideney już otwierał usta, by odpowiedzieć: „Ale ja nie bardzo potrafię otwierać magiczne zamki”, jednak zrezygnował. Zdążył pojąć, że jeśli Herbatka chce, żeby człowiek coś zrobił, a ten człowiek nie bardzo sobie z tym radzi, to najlepszym rozwiązaniem – a może nawet jedynym rozwiązaniem – jest jak najprędzej nauczyć się radzić sobie doskonale. Sideney nie był głupcem. Widział, jak wobec Herbatki zachowywali się inni, a przecież ci ludzie robili rzeczy, o których on tylko śnił11.

Z ulgą zauważył, że po schodach idzie Średni Dave. I wiele mówi o Herbatce fakt, że ktoś z ulgą przyjął pojawienie się takiego przerywnika jak Średni Dave.

– Znaleźliśmy drugiego strażnika. Na szóstym piętrze. Chował się.

Herbatka wstał.

– Och jej – powiedział. – Nie próbował udawać bohatera, co?

– Jest tylko przerażony. Mamy go wypuścić?

– Wypuścić? – zdziwił się Herbatka. – Zbyt niechlujne. Pójdę tam na górę. Chodźmy, panie magu.

Sideney niechętnie ruszył za nim po schodach.

Wieża – jeśli to jest wieża, pomyślał; był przyzwyczajony do dziwacznej architektury Niewidocznego Uniwersytetu, ale przy tym tutaj NU wyglądał zupełnie normalnie – stanowiła pustą wewnątrz rurę. Nie mniej niż cztery różne ciągi schodów wspinały się wewnątrz, przecinając się na podestach, a czasami przechodząc przez siebie nawzajem, wbrew powszechnie akceptowanej fizyce. To jednak było całkiem zwyczajne dla absolwenta Niewidocznego Uniwersytetu, chociaż z formalnego punktu widzenia Sideney jeszcze nie został absolwentem. Tym, co porażało wzrok, był całkowity brak cieni. Człowiek nie dostrzega cieni, nie zauważa, jak podkreślają kształty, jak nadają światu fakturę – dopóki nie znikną. Biały marmur – jeśli to właśnie biały marmur – wydawał się lśnić od wewnątrz. Nawet kiedy to niemożliwe słońce świeciło przez okno, zamiast porządnego cienia pojawiały się ledwie szare smugi. Wieża tak jakby unikała mroku.

Było to jeszcze bardziej przerażające, kiedy po przejściu skomplikowanego podestu człowiek odkrywał, że idzie w górę, schodząc w dół po dolnej powierzchni schodów, a daleka podłoga wisi mu nad głową jak strop. Zauważył, że nawet pozostali zamykają oczy, kiedy im się to przytrafia. Herbatka jednak przeskakiwał wtedy po trzy stopnie naraz i śmiał się jak dziecko, które dostało nową zabawkę.

Dotarli do górnego piętra i ruszyli korytarzem. Pozostali czekali przy zamkniętych drzwiach.

– Zabarykadował się – oznajmił Siata.

Herbatka zastukał.

– Hej, ty, w środku! – zawołał. – Wychodź. Masz moje słowo, że nie stanie ci się krzywda.

– Nie!

Herbatka odstąpił.

– Wywal te drzwi, Banjo – polecił.

Banjo wysunął się ciężko naprzód. Drzwi wytrzymały kilka potężnych kopniaków, po czym odskoczyły na bok.

Strażnik chował się za przewróconą szafką. Skulił się, gdy podszedł do niego Herbatka.

– Co tu robicie?! – zawołał. – Kim jesteś?!

– Cieszę się, że spytałeś – odparł z uśmiechem skrytobójca. – Jestem twoim najgorszym koszmarem.

Strażnik zadrżał.

– Znaczy... tym z gigantyczną kapustą i takimi jakby wirującymi nożami?

– Słucham? – zdumiał się Herbatka, nieco skonsternowany.

– Czyli jesteś tym, w którym spadam, tylko że zamiast gruntu jest tylko...

– Nie. Prawdę mówiąc, jestem...

Strażnik przygarbił się.

– Oj, ale chyba nie tym, gdzie jest pełno, no wiesz... błota, a potem wszystko się robi niebieskie...

– Nie. Jestem...

– Och, w takim razie jesteś tym, gdzie są takie drzwi, tylko za nimi nie ma podłogi, a potem wysuwają się takie kleszcze...

– Nie – odparł Herbatka. – Nie tym. – Wyjął z rękawa sztylet. – Jestem tym, w którym jakiś człowiek pojawia się znikąd i zabija cię na śmierć.

Strażnik uśmiechnął się z wyraźną ulgą.

– Och, tym... – Odetchnął. – Ale ten nie jest bardzo...

Zsunął się z wysuniętej nagle ręki skrytobójcy. A potem, tak jak wszyscy inni, rozwiał się.

– Mam wrażenie, że to był akt miłosierdzia – stwierdził Herbatka. – Ale w końcu mamy już prawie Strzeżenie Wiedźm.


Śmierć, z poduszką osuwającą się wolno pod szatą, stanął pośrodku dywanu w pokoju dziecinnym...

Dywan był stary. Do pokoju dziecinnego trafiało to, co już zaliczyło służbę w pozostałej części domu. Dawno temu ktoś starannie powplatał w jutowy podkład długie kawałki kolorowego materiału, przez co dywan wyglądał jak spłaszczony rastafariański jeż. Wśród tych szmatek kryły się okruchy, kawałki zabawek, wiadra kurzu. Ten dywan poznał życie. Może nawet jakieś w nim wyewoluowało.

A teraz od czasu do czasu spadała na niego gruda brudnego, topniejącego śniegu.

Susan była czerwona z wściekłości.

– Chcę wiedzieć dlaczego! – oznajmiła, obchodząc stojącą postać dookoła. – Przecież to Strzeżenie Wiedźm! Powinno być radośnie, z jemiołą i ostrokrzewem, i... i innymi zielonymi rzeczami! To czas, kiedy ludzie chcą być szczęśliwi i zadowoleni, chcą jeść, póki nie pękną. Kiedy chcą się zobaczyć ze wszystkimi krewnymi...

Nie dokończyła tego zdania.

– Chodzi mi o to, że to czas, kiedy ludzie są naprawdę ludzcy – powiedziała. – I nie chcą na wieczerzy... szkieletu. A zwłaszcza takiego, jeśli wolno mi dodać, który nosi sztuczną brodę, a pod szatę wcisnął tę nieszczęsną poduszkę! Chcę wiedzieć dlaczego.

Śmierć był wyraźnie zdenerwowany.

ALBERT POWIEDZIAŁ, ŻE POMOŻE MI TO WPROWADZIĆ SIĘ W ODPOWIEDNI NASTRÓJ. EEE... MIŁO CIĘ ZNOWU WIDZIEĆ.

Coś mlasnęło.

Susan odwróciła się natychmiast, wdzięczna teraz za każdą zmianę tematu.

– Myślisz, że cię nie słyszę? To są winogrona, jasne? A te drugie to mandarynki! Wyskakuj z patery z owocami!

– Nie możesz obwiniać ptaka o to, że próbował – odpowiedział ze stołu nadąsany kruk.

– A ty zostaw te orzechy w spokoju! Są na jutro!

FIF, odpowiedział Śmierć Szczurów, przełykając pospiesznie.

Susan wróciła do Śmierci. Przyprawiony brzuch Wiedźmikołaja zsunął się już do poziomu krocza.

– To miły dom – oświadczyła. – I dobra praca. Jest rzeczywista, wśród zwyczajnych ludzi. Pragnęłam normalnego życia. I nagle do miasta znowu przyjeżdża cyrk. Spójrzcie tylko na siebie! Trzech klaunów! No więc nie wiem, co się dzieje, ale macie wszyscy się stąd wynosić! To moje życie! Nie należy do żadnego z was. Nie będzie...

Zabrzmiało stłumione przekleństwo, spadł kłąb sadzy, a potem w palenisku wylądował chudy starzec.

– Bum! – powiedział.

– Coś podobnego! – złościła się Susan. – Mamy i skrzata Alberta! No, no! Prosimy do środka! Niedługo zabraknie miejsca, jeśli prawdziwy Wiedźmikołaj szybko się nie zjawi.

ON DO NAS NIE DOŁĄCZY, powiedział Śmierć. Poduszka wysunęła się i spadła na dywan.

– Och, a to czemu? Dzieci napisały do niego listy. Są pewne zasady, jak wiesz.

TAK. SĄ ZASADY. I OBOJE SĄ NA LIŚCIE. SPRAWDZIŁEM.

Albert ściągnął z głowy spiczasty kapelusz i wypluł z ust sadzę.

– Zgadza się. Sprawdził. Dwa razy – potwierdził. – Znajdzie się tu coś do picia?

– Więc po co się zjawiliście? – zapytała groźnie Susan. – Jeśli w sprawach służbowych, to muszę zaznaczyć, że te kostiumy są w bardzo złym guście...

WIEDŹMIKOŁAJ JEST... NIEDOSTĘPNY.

– Niedostępny? W Wigilię Strzeżenia Wiedźm?

JEST... NIECH POMYŚLĘ... NIE ISTNIEJE CAŁKOWICIE ODPOWIEDNIE LUDZKIE SŁOWO, WIĘC... ZGÓDŹMY SIĘ NA... MARTWY. TAK. JEST MARTWY.


Susan nigdy nie wieszała skarpety nad kominkiem. Nigdy nie szukała jajek Duchociastnej Kaczki. Nie wkładała zęba pod poduszkę, poważnie oczekując, że zjawi się jakaś wróżka o dentystycznych skłonnościach.

Nie o to chodzi, że jej rodzice nie wierzyli w takie rzeczy. Nie musieli wierzyć – wiedzieli, że one istnieją. Woleliby tylko, żeby ich nie było.

Naturalnie, w odpowiednich porach dostawała prezenty, każdy ze starannie wypisaną etykietą, mówiącą, od kogo pochodzi. A w Duchociastny Poranek wspaniałe jajo, wypełnione słodyczami. Za mleczne zęby ojciec wypłacał jej dolara za sztukę, bez dyskusji12. Ale to wszystko było takie prostolinijne.

Teraz wiedziała, że starali się ją ochraniać. Wtedy nie miała pojęcia, że ojciec przez jakiś czas był uczniem Śmierci, a matka – Śmierci adoptowaną córką. Zachowała bardzo niewyraźne wspomnienia o tym, że kilka razy rodzice zabierali ją w odwiedziny do kogoś, kto był całkiem, no, całkiem wesoły w swoim dziwnym, chudym stylu. Te wizyty nagle się urwały. Spotkała go później, owszem, miał swoje zalety i przez jakiś czas zastanawiała się, czemu rodzice byli tak nieczuli...

Dziś rozumiała, że próbowali trzymać ją z daleka. W genetyce kryło się o wiele więcej niż tylko wijące się spirale.

Potrafiła przechodzić przez ściany, kiedy naprawdę musiała. Potrafiła używać takiego tonu głosu, który był raczej działaniem niż słowami, który sięgał jakoś ludziom do wnętrza i uruchamiał właściwe przełączniki. A jej włosy...

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?