WiedźmikołajTekst

Z serii: Świat dysku
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wiedźmikołaj
Wiedźmikołaj
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 51,90  41,52 
Wiedźmikołaj
Wiedźmikołaj
Wiedźmikołaj
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
28 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wóz toczył się przez zimne, mgliste ulice. Woźnica kulił się na koźle. Widać było tylko gruby brązowy kożuch.

Spośród kłębów mgły wyskoczyła nagle jakaś postać i znalazła się obok niego.

– Hej – powiedziała. – Nazywam się Herbatka. A ty?

– Nie, wysiadaj, nie wolno mi brać...

Woźnica urwał. Zadziwiające, jak Herbatka potrafił wbić nóż w cztery warstwy grubej odzieży i zatrzymać go tak, by ledwie nakłuwał skórę.

– Słucham? – zapytał z uśmiechem.

– Eee... Nie ma tu nic cennego, wiesz pan, tylko parę worków...

– Och, jej! – Na twarzy Herbatki pojawił się wyraz szczerej troski. – No, będziemy musieli zobaczyć sami, prawda? Jak ci na imię, dobry człowieku?

– Ernie. Tego... Ernie – odparł Ernie. – Tak, Ernie. Eee...

Herbatka odwrócił głowę.

– Wskakujcie, panowie. To mój przyjaciel Ernie. Dziś wieczorem będzie naszym woźnicą.

Ernie zobaczył, że z mgły wynurza się sześciu ludzi, którzy wdrapują się na wóz. Nie obejrzał się. Kłucie w okolicach nerek podpowiadało mu, że taki ruch nie sprzyjałby dalszemu rozwojowi jego kariery. Miał jednak wrażenie, że jeden z ludzi niesie na ramieniu długi pakunek. Pakunek poruszał się i wydawał zduszone odgłosy.

– Przestań się tak trząść, Ernie – powiedział Herbatka, kiedy wóz zakołysał się na nierównym bruku. – Chcemy tylko, żebyś nas podwiózł.

– Ale dokąd, proszę pana?

– Och, to nie takie ważne. Ale najpierw chciałbym, żebyś się zatrzymał na placu Sator, obok drugiej fontanny.

Ostrze się cofnęło i Ernie zaprzestał prób oddychania uszami.

– Eee...

– O co chodzi? Wydajesz się spięty, Ernie. Przekonałem się, że pomaga na to masaż karku.

– Bo widzi pan, mnie tam nie wolno brać pasażerów. Charlie zeklnie mnie jak nic...

– O to się nie martw. – Herbatka klepnął go po ramieniu. – Wszyscy tu jesteśmy przyjaciółmi...

– Ale po co zabraliśmy dziewczynę? – odezwał się głos z tyłu.

– Nie można tak bić dziewcząt – oświadczył drugi, grubszy. – Nasza mama mówiła: żadnego bicia dziewcząt. Tylko niegrzeczni chłopcy tak robią...

– Cicho bądź, Banjo.

– Nasza mama mówiła...

– Ciszej! Ernie nie chce słuchać o naszych kłopotach – rzucił Herbatka, cały czas obserwując woźnicę.

– Ja? Głuchy jestem jak pień – zapewnił Ernie, który w pewnych sytuacjach uczył się bardzo szybko. – I już na parę stóp ledwie co widzę. Zresztą w ogóle nie pamiętam twarzy, nawet jeśli jakieś zobaczę. Słaba pamięć? Nie mnie mówić o słabej pamięci. Czasem to jadę sobie wozem, z ludźmi gadam, tak jak z wami teraz gadam, a kiedy wysiądą, to choćbym nie wiem jak się starał, nie mogę sobie nic przypomnieć, ani ilu ich było, ani co mieli ze sobą, nic o żadnych dziewczynach i w ogóle. – Jego głos zmienił się w piskliwy jęk. – Ha! Czasem to zapominam nawet, jak mi na imię!

– Ernie, prawda? – Herbatka uśmiechnął się do niego radośnie. – No, jesteśmy na miejscu. Och jej... Zdaje się, że panuje tu spore zamieszanie.

Z przodu toczyła się jakaś bójka, a po chwili obok przebiegły dwa zamaskowane trolle ścigane przez trzech strażników. Nie zwrócili uwagi na wóz.

– Słyszałem, że gang d’Olomita próbował oczyścić skarbiec Packleya – oznajmił głos za Erniem.

– Wygląda na to, że pan Brown jednak się do nas nie przyłączy – stwierdził inny głos i prychnął wzgardliwie.

– Nic o tym nie wiem, panie Lilywhite. Nic zupełnie. – Ten głos dobiegł od strony fontanny. – Mógłby pan wziąć moją torbę, to wskoczę? Proszę uważać, jest ciężka.

Był to spokojny cichy głos. Właściciel takiego głosu z pewnością trzyma pieniądze w portmonetce w kształcie podkówki i zawsze starannie przelicza resztę. Ernie pomyślał to wszystko, a potem bardzo się starał o tym zapomnieć.

– Jedziemy dalej, Ernie – polecił Herbatka. – Myślę, że skręcimy za uniwersytetem.

Wóz potoczył się naprzód, a spokojny głos powiedział:

– Zawsze trzeba łapać pieniądze, a potem sprytnie się wynosić. Mam rację?

Wszyscy z tyłu zamruczeli z aprobatą.

– Tego się nauczyłem jeszcze u matki na kolanach, ot co.

– Wiele się pan nauczył na kolanach swojej matki, panie Lilywhite.

– Nic nie gadaj o naszej mamie! – Ten głos przypominał trzęsienie ziemi.

– To przecież pan Brown, Banjo! Nie poznałeś?

– Ale nie powinien tak gadać o naszej mamie!

– Dobrze już, dobrze! Witaj, Banjo! Chyba miałem tu gdzieś cukierka... O, jest. Tak, wasza mama wiedziała, jak się zachować, nie ma co. Wchodzicie bez pośpiechu, bierzecie, po co przyszliście, i oddalacie się spokojnie i zgodnie z planem. A nie sterczycie na miejscu, żeby przeliczyć zdobycz i opowiadać sobie, jakie z was dzielne chłopaki. Mam rację?

– Ale panu się chyba powiodło, panie Brown?

Wóz jechał wolno na drugi koniec placu.

– To tylko drobnostka na pokrycie kosztów, panie Kocie Oko. Skromny strzeżeniowiedźmowy prezent, można powiedzieć. Nie należy łapać wszystkiego i uciekać. Trzeba wziąć trochę i odejść powoli. Nie biegiem. Nigdy biegiem. Straż zawsze goni biegnącego człowieka. Są jak teriery, uwielbiają pościg. Nie... Wychodzisz powoli, skręcasz za róg, czekasz, aż zacznie się zamieszanie, a potem zawracasz i spacerkiem idziesz z powrotem. Z tym sobie nie mogą poradzić. A oni nawet się odsuwają, kiedy przechodzisz. „Dobry wieczór panom oficerom”, mówisz i jesteś w domu na herbatę.

– Łorany! Można się tak wykaraskać z kłopotów, to jasne. Jak ktoś ma nerwy...

– Och nie, panie Brzoskiwnia. Nie wydostać się. To pozwala nie wpaść w kłopoty.

Rozmowa przypominała lekcję, pomyślał Ernie (i natychmiast spróbował zapomnieć). Albo siłownię gdzieś na tyłach, kiedy wchodzi mistrz walk.

– Jakoś dziwnie wyglądasz, Banjo.

– Stracił zęba, panie Brown – odpowiedział inny głos i parsknął.

– Stracił żem ząb, panie Brown – zahuczał grom, czyli Banjo.

– Patrz na drogę, Ernie – odezwał się siedzący obok Herbatka. – Przecież nie chcielibyśmy, żeby zdarzył się nam jakiś wypadek, prawda?

Droga tu była całkiem pusta, mimo że w mieście za nimi panował gwar i krzątanina. Obok wyrastała bryła Niewidocznego Uniwersytetu. Na kilku sąsiednich ulicach stały opuszczone budynki. W dodatku coś dziwnego działo się z dźwiękiem; zdawało się, że Ankh-Morpork pozostało bardzo daleko, odgłosy miasta dochodziły jakby przez gruby mur. Dotarli do unikanego przez większość zakątka, który od dawna stanowił lokalizację uniwersyteckich wysypisk śmieci i określany był jako Nierealne Nieruchomości.

– Przeklęci magowie – burknął odruchowo Ernie.

– Słucham? – nie zrozumiał Herbatka.

– Mój pradziadek mówił, że kiedyś mieliśmy tu dom. Niski poziom magii, niech mnie licho... Pewno, tym magom to nie przeszkadza, mają zaklęcia do ochrony. Trochę magii tu, trochę tam... To chyba logiczne, że gdzieś musi się to zbierać, nie?

– Kiedyś stały tu znaki ostrzegawcze – odezwał się spokojny głos za plecami.

– Pewno. Znaki ostrzegawcze w Ankh-Morpork mogłyby mieć napisane: „Drewno na opał” – zauważył ktoś inny.

– Znaczy, to przecież jasne. Tu rzucą zaklęcie wybuchające coś tam, gdzie indziej takie, co ma pokręcić coś innego, a jeszcze gdzieś takie, od którego rosną marchewki, a te zaklęcia mieszają się ze sobą i kto wie, co w końcu zaczną robić? – mówił Ernie. – Pradziadek opowiadał, że czasem budzili się rano, a piwnica była wyżej od strychu. Ale to i tak jeszcze nie najgorsze – dodał ponuro.

– No. Czasem było już tak źle, słyszałem, że człowiek mógł sobie spacerować ulicą i spotkać samego siebie idącego z przeciwka – podsunął ktoś. – Albo już nie wiedział, czy pora na spanie, czy na śniadanie. Tak słyszałem.

– Pies znosił do domu różne rzeczy – opowiadał Ernie. – Pradziadek mówił, że wskakiwali za sofę, jak wchodził do domu i niósł coś w pysku. Przerdzewiałe zaklęcia ogniowe, które zaczynały syczeć, połamane laski, co dymiły na zielono, i sam nie wiem co jeszcze. A jak człowiek zobaczył, że kot się czymś bawi, to lepiej było nie sprawdzać, co to takiego. Mówię wam...

Potrząsnął lejcami. W przypływie dziedzicznej urazy niemal zapomniał o swym obecnym położeniu.

– Bo wiecie, mówią, że wszystkie stare księgi czarów i wszystkie odpadki zakopują bardzo głęboko, a ostatnio to nawet wtórnie wykorzystują zużyte zaklęcia, ale to marne pocieszenie, kiedy ziemniaki na grządce zaczynają spacerować – narzekał. – Pradziadek poszedł raz do głównego maga, a tamten powiada... – Zaczął mówić zduszonym, nosowym głosem, bo jego zdaniem tak wyraża się człowiek, kiedy ma wykształcenie: – „Och, mogą występować jakieś chwilowe niedogodności, ale niech pan przyjdzie za pięćdziesiąt tysięcy lat”. Przeklęci magowie...

Koń skręcił za róg. Znaleźli się w ślepym zaułku. Po obu stronach opierały się o siebie na wpół zburzone domy z wybitymi oknami i wykradzionymi drzwiami.

– Słyszałem, że mają tu podobno wszystko oczyścić... – odezwał się ktoś.

– Akurat – mruknął Ernie i splunął. Kiedy ślina spadła na ziemię, uciekła. – I wiecie co? Cały czas ostatnio przyłażą tu różni wariaci, grzebią wszędzie, wyciągają różne rzeczy...

– Przy tym murze przed nami – rzekł swobodnym tonem Herbatka. – Wydaje mi się, że na ogół przejeżdżasz koło tej kupy śmieci pod uschniętym drzewem, chociaż trudno je zauważyć, jeśli człowiek się dobrze nie przyjrzy. Ale nigdy nie widziałem, jak właściwie to robisz...

– Zaraz... Nie mogę was tam zabrać. Podrzucić gdzieś to jedna sprawa, ale przewozić ludzi...

Herbatka westchnął.

 

– A tak dobrze się nam układało... Posłuchaj mnie, Ernie. Albo nas przewieziesz, albo... a mówię to z prawdziwym żalem... będę musiał cię zabić. Wydajesz się bardzo sympatycznym człowiekiem. I rozsądnym. Bardzo poważny kożuch i porządne buty.

– Ale jeśli was zabiorę...

– Co może cię spotkać najgorszego? Stracisz pracę. A jeśli odmówisz, zginiesz. Więc kiedy spojrzysz na to w taki sposób, dojdziesz do wniosku, że tak naprawdę wyświadczamy ci przysługę. Proszę cię, powiedz „tak”.

– Eee...

Ernie miał uczucie, że mózg mu się skręca. Młodziak wyraźnie był tym, kogo Ernie uważał za wyższe sfery. Wydawał się uprzejmy i przyjazny, ale coś w nim było nie tak. Ton głosu i treść nie pasowały do siebie.

– Poza tym – ciągnął Herbatka – jeśli zostałeś zmuszony, to przecież nie twoja wina, prawda? Nikt nie może mieć do ciebie pretensji. Jak można mieć pretensję do kogoś, kto ustąpił pod groźbą noża?

– No niby tak, jak już jest przymus... – mruknął Ernie.

Musiał się zgodzić – to było chyba jedyne wyjście.

Koń zatrzymał się i czekał, z tym cierpliwym spojrzeniem zwierzęcia, które prawdopodobnie zna drogę lepiej od woźnicy.

Ernie pogrzebał w kieszeni kożucha i wyjął małe blaszane pudełko podobne do tabakiery. Otworzył je. Wewnątrz był lśniący proszek.

– I co z tym robisz? – spytał Herbatka z wyraźnym zaciekawieniem.

– No, biorę szczyptę i rzucam w powietrze, a ono robi „brzdęk!” i otwiera w cienkim miejscu...

– Czyli nie trzeba żadnego szkolenia ani nic?

– No... rzuca się na ten mur i potem jest „brzdęk!” – odparł Ernie.

– Naprawdę? Mogę spróbować?

Herbatka wyjął pudełeczko z niestawiającej oporu dłoni i rzucił w powietrze przed konia szczyptę proszku. Proszek unosił się przez chwilę, po czym uformował wąski, migotliwy łuk. Roziskrzył się i zrobił...

...brzdęk!

– Łoj – odezwał się potężny głos. – To ładne, Dave, nie?

– Tak.

– Takie iskierki...

– A potem jedziesz naprzód? – upewnił się Herbatka.

– Zgadza się – potwierdził Ernie. – Ale szybko, bo droga jest otwarta tylko chwilę.

Herbatka schował pudełeczko do kieszeni.

– Bardzo ci dziękuję, Ernie. Naprawdę bardzo.

Jego druga ręka wysunęła się nagle. Błysnął metal. Woźnica mrugnął i runął z kozła na ziemię.

Z tyłu zapadła cisza z odcieniem grozy i może odrobiną przerażonego podziwu.

– Nudny był, prawda? – rzucił Herbatka, chwytając za lejce.


Zaczął padać śnieg. Powoli zasypywał nieruchome ciało Erniego. Płatki przelatywały przez kilka zawieszonych w powietrzu szarych płaszczy.

Zdawało się, że w ich wnętrzu nie ma niczego. Można by nawet uwierzyć, że istnieją tylko po to, by zaznaczyć pewien punkt w przestrzeni.

Cóż, powiedział jeden, jesteśmy pod wrażeniem.

Istotnie, zgodził się inny. Nigdy byśmy nie pomyśleli, żeby zrobić to w taki sposób.

To z pewnością bardzo pomysłowa istota, rzekł trzeci.

A całe piękno polega na tym, dodał pierwszy – a być może drugi, ponieważ absolutnie nic nie odróżniało od siebie tych szat – że nadal tak wiele pozostanie pod naszą kontrolą.

Owszem, zgodził się następny. To naprawdę zadziwiające, w jaki sposób myśleli. Jak gdyby... z nielogiczną logiką…

Dzieci, rzekł inny. Kto by pomyślał? Ale dzisiaj dzieci, jutro cały świat.

Dajcie mi dziecko poniżej siedmiu lat, a będzie moje na całe życie, stwierdził inny.

Zapadło przerażające milczenie.

Te jednomyślne istoty, nazywające siebie Audytorami, nie wierzyły w nic – być może z wyjątkiem nieśmiertelności. A sposobem na nieśmiertelność, jak wiedziały, jest unikanie życia. Jednak najbardziej ze wszystkiego nie wierzyły w osobowość. Posiadać osobowość oznaczało być stworzeniem mającym swój początek i koniec. A ponieważ, zgodnie z ich rozumowaniem, wobec nieskończonego wszechświata każde życie jest niewyobrażalnie krótkie, umierały natychmiast. Była pewna skaza w tej logice, zanim jednak ją odkrywały, było już zwykle za późno. Tymczasem starannie unikały wszelkich wypowiedzi, działań i doświadczeń, które mogłyby je wyróżniać...

Powiedziałeś „mi”, zauważył jeden.

A tak. Ale widzicie, cytowaliśmy, wyjaśnił pospiesznie inny. To mówiła jakaś religijna osoba. O kształceniu dzieci. I dlatego całkiem logicznie powiedziała „mi”. Ale ja sam nie użyłbym tego terminu, oczywi... A niech to!

Szata zniknęła w niedużym kłębie dymu.

Niech to będzie lekcją dla nas wszystkich, rzekł jeden z ocalałych, kiedy kolejna nieodróżnialna od innych szata wskoczyła w istnienie tam, gdzie przed chwilą był ich kolega.

Tak, zgodził się nowo przybyły. Z pewnością wydaje się...

Urwał. Czarna sylwetka szła ku nim po śniegu.

To on, oznajmił.

Rozwiali się pospiesznie. Nie po prostu zniknęli, ale rozmywali się i rozrzedzali, aż całkiem wtopili się w tło.


Czarna sylwetka schyliła się nad martwym woźnicą.

MOŻE POMÓC?

Ernie spojrzał na nią z wdzięcznością.

– Aha. – Wstał, chwiejąc się trochę. – Ale masz pan zimne palce!

PRZEPRASZAM.

– Dlaczego on wziął i tak mnie załatwił? Przecież robiłem, co mi kazał. Mógł mnie zabić!

Spod kożucha wyjął niedużą i w tej chwili dziwnie przejrzystą srebną flaszkę.

– Zawsze ją biorę na te mroźne noce – wyjaśnił. – Dla podtrzymania ducha.

ISTOTNIE. Śmierć rozejrzał się szybko i powąchał powietrze.

– I jak ja się z tego wytłumaczę, co? – Ernie pociągnął solidny łyk.

SŁUCHAM? PRZEPRASZAM, TO BYŁO NIEGRZECZNE Z MOJEJ STRONY. NIE UWAŻAŁEM.

– Pytałem, co mam ludziom powiedzieć? Pozwoliłem jakimś typom odjechać moim wozem. Zrobili mnie na czysto. Jak nic wylecę z pracy. Nie ma co, wpakowałem się w kłopoty...

ACH. NO TAK. TU PRZYNAJMNIEJ MAM DLA CIEBIE DOBRĄ WIADOMOŚĆ, ERNEŚCIE. ALE MAM TEŻ ZŁĄ WIADOMOŚĆ.

Ernie słuchał uważnie. Raz czy dwa zerknął na zwłoki pod nogami. Z zewnątrz ciało wydawało się mniejsze. Był dostatecznie inteligentny, by się nie kłócić. Niektóre sprawy wydają się całkiem oczywiste, kiedy mówi wysoki na siedem stóp szkielet z kosą.

– Czyli jestem trupem – podsumował.

ZGADZA SIĘ.

– No... Taki kapłan mówił... No wiesz... Kiedy już człowiek umiera, to jakby przechodził przez drzwi, a po drugiej stronie jest... On... No, straszne miejsce.

Śmierć przyjrzał się jego zmartwionej, coraz bardziej przezroczystej twarzy.

PRZEZ DRZWI...

– Tak mówił...

MYŚLĘ, ŻE TO ZALEŻY OD TEGO, W KTÓRĄ STRONĘ PRZECHODZISZ.

Kiedy ulica znów była pusta, jeśli nie liczyć cielesnej powłoki zmarłego Erniego, szare kształty na powrót stały się widoczne.

Szczerze mówiąc, robi się coraz gorszy, stwierdził jeden.

Szukał nas, dodał inny. Zauważyliście? Coś podejrzewa. Robi się taki... zatroskany.

Tak... Ale piękno naszego planu, rzekł trzeci, polega na tym, że nie może się wtrącać.

Może dotrzeć wszędzie, przypomniał jeden.

Nie, zaprotestował inny. Nie całkiem wszędzie.

I z niewypowiedzianą satysfakcją wtopiły się w tło.

Śnieg padał coraz gęściej.


Była noc przed Strzeżeniem Wiedźm. A w całym domu...

...poruszyła się tylko jedna istota. To była mysz.

Ktoś uznał, że stosowne będzie zastawienie pułapki. Ponieważ jednak zbliżał się czas świąt, użył skórki z pieczeni. Jej zapach przez cały dzień doprowadzał mysz do szału. Teraz, kiedy nikogo wokół nie było, postanowiła zaryzykować.

Mysz nie wiedziała, że to pułapka. Myszy nie radzą sobie najlepiej z przekazywaniem informacji. Nie prowadzą młodych myszek na wycieczki do miejsc słynnych pułapek i nie mówią: „A tutaj odszedł od nas wuj Artur”. Ta mysz wiedziała tylko, że nie warto się przejmować, to przecież coś do jedzenia. Na drewnianej deseczce, owinięte jakimiś drucikami.

Krótką szamotaninę później jej zęby zamknęły się na skórce. A raczej przeniknęły przez nią.

Mysz spojrzała na to, co leżało teraz pod wielką sprężyną.

Ups!... – pomyślała.

A potem zauważyła czarną figurkę, która pojawiła się nagle pod ścianą.

– Piip? – zapytała.

PIP, odparł Śmierć Szczurów.

I to było właściwie wszystko.

Śmierć Szczurów rozejrzał się z zaciekawieniem. Z samej natury rzeczy, jego bardzo ważna praca zwykle prowadziła go na śmietniki, do ciemnych piwnic, we wnętrza kotów i we wszystkie te wilgotne dziury, gdzie myszy i szczury dowiadywały się wreszcie, czy istnieje Ser Obiecany. Ale to miejsce było całkiem inne.

Przede wszystkim było kolorowo przystrojone. Pęki bluszczu i jemioły zwisały z półek, a jaskrawe serpentyny zdobiły ściany – co rzadko się zdarza w większości dziur albo nawet w cywilizowanych kotach.

Śmierć Szczurów wskoczył na krzesło, z niego na stół, a dokładniej wprost do kieliszka bursztynowego płynu. Kieliszek przewrócił się i roztrzaskał. Kałuża zalała cztery rzepy i zaczęła wsiąkać w list, napisany dość niewprawną ręką na różowym papierze.

Kochany Wiedźmikołaju!

Na Szczerzenie Wiedźm bym chciała bębenek i lalkę i misia i Strasznom Izbę Tortur Omniańskiej Eksizycji z nakręcanym kołem i prawie prawdziwą krwią, kturej można użyć znowu, możesz jom znaleść w sklepie zabawkowym pszy Krutkiej, a kosztuje 5 dolarów i 99 pensów. Byłam grzeczna i zostawiam kieliszek szery i pasztecik dla ciebie i cztery rzepy dla Dłubacza i Kła i Grzebacza i Ryja. Myśle, że Komin jest duży ale muj pszyjaciel William muwi, że naprawde jesteś tatusiem.

Pozdrawiam Wirginia Prod

Śmierć Szczurów nadgryzł pasztecik, bo kiedy jest się personifikacją śmierci małych gryzoni, należy się zachowywać w określony sposób. Z tego samego powodu naznaczył też moczem jedną z rzep, choć tylko metaforycznie, bo kiedy jest się małym szkieletem w czarnej szacie, to pewnych rzeczy technicznie nie da się zrobić.

Zeskoczył ze stołu i pozostawił pachnące sherry odciski łapek na całej trasie do stojącego w donicy w kącie drzewka. Właściwie był to zaledwie nagi konar dębu, ale przywiązano do niego tyle lśniącego ostrokrzewu i jemioły, że aż błyszczał w świetle świec.

Wisiała na nim lameta, migotliwe ozdoby i małe sakiewki czekoladowych pieniędzy.

Śmierć Szczurów obejrzał w szklanej bańce swe zniekształcone odbicie, po czym zerknął na półkę nad kominkiem.

Dotarł tam jednym skokiem i ruszył powoli, z ciekawością oglądając ustawione rzędem karty. Szare wąsiki drgały przy życzeniach „Wszelkiey radości i szczęścia moc na Strzeżenie Wiedźm i Cały Rok”. Na kilku znalazł obrazki potężnego, grubego i wesołego mężczyzny z workiem. Na jednej ten sam mężczyzna jechał saniami zaprzężonymi w cztery wielkie świnie.

Obwąchał parę długich skarpet zawieszonych nad kominkiem, w którym zresztą wygasł ogień i pozostały tylko smętne popioły.

Nagle wyczuł subtelne napięcie... Zdał sobie sprawę, że pokój jest sceną, jest otworem czekającym na drewniany kołek...

Coś zaskrobało. Kilka grudek sadzy spadło na popiół.

Mroczny Piskacz kiwnął łebkiem.

Skrobanie stało się głośniejsze, potem na chwilę zapadła cisza, a wreszcie zabrzmiało głuche uderzenie i brzęk, kiedy coś wylądowało w popiele i przewróciło zestaw ozdobnych narzędzi kominkowych.

Szczur obserwował czujnie, jak przybysz w czerwonym płaszczu podnosi się i przechodzi po dywaniku, rozcierając łydkę w miejscu, gdzie trafił ją długi widelec do przypiekania grzanek.

Dotarł do stołu i przeczytał list. Śmierć Szczurów miał wrażenie, że słyszy jęk.

Rzepy zniknęły w kieszeni, a po nich – ku jego irytacji – także pasztecik. Był całkiem pewien, że przeznaczone były do zjedzenia na miejscu, nie na wynos.

Postać w czerwieni jeszcze chwilę czytała mokry list, potem odwróciła się i podeszła do kominka. Śmierć Szczurów cofnął się za „Świąteczne życzenia!”.

Dłoń w czerwonej rękawicy zdjęła skarpetę, coś zatrzeszczało i zaszeleściło, po czym skarpeta wróciła na miejsce – o wiele bardziej wypchana. Z wierzchu wystawało duże pudełko i widoczny był napis „Figury ofiar nie dołączone. Wiek 3–10 lat”.

 

Śmierć Szczurów nie bardzo widział dostawcę tych dobrodziejstw. Wielki czerwony kaptur skrywał całą twarz z wyjątkiem długiej siwej brody.

Wreszcie przybysz skończył, wyprostował się i wyjął z kieszeni listę. Uniósł ją do kaptura i chyba coś sprawdzał; palcem wskazywał kolejno kominek, czarne od sadzy ślady butów, pusty kieliszek sherry i skarpety. Potem schylił głowę, jakby czytał coś drobnym drukiem.

A TAK, powiedział. EHM... HO. HO. HO.

Po czym zanurkował do kominka. Zgrzytał butami o ściany, nim wreszcie podeszwy trafiły na punkt zaczepienia, po czym zniknął.

Śmierć Szczurów zauważył, że ze zdumienia zaczął gryźć uchwyt swej małej kosy.

PIIP?

Zeskoczył do paleniska i pognał między czarnymi od sadzy ścianami komina. Wynurzył się tak szybko, że jeszcze w powietrzu przebierał łapkami. Wylądował w śniegu na dachu.

W powietrzu obok rynny unosiły się sanie.

Postać w czerwonym kapturze właśnie do nich wsiadła i rozmawiała chyba z kimś niewidocznym zza stosu worków.

TU MASZ NASTĘPNEGO PASZTECIKA.

– Jest musztarda? – zapytały worki. – Świetne są z musztardą.

NIESTETY, CHYBA NIE MA.

– Trudno. Niech pan poda i tak.

BARDZO ŹLE TO WYGLĄDA.

– Nie, ktoś go tylko nadgryzł...

MÓWIĘ O SYTUACJI. WIĘKSZOŚĆ TYCH LISTÓW... ONE TAK NAPRAWDĘ NIE WIERZĄ. UDAJĄ, ŻE WIERZĄ. NA WSZELKI WYPADEK7. OBAWIAM SIĘ, ŻE MOŻE JUŻ BYĆ ZA PÓŹNO. TO SIĘ SZYBKO ROZPRZESTRZENIA, W DODATKU TAKŻE WSTECZ W CZASIE.

– Nigdy nie mów koniec, panie. To przecież nasze motto, prawda?

NIE MOGĘ UZNAĆ, BY KIEDYKOLWIEK NAPRAWDĘ BYŁO MOJE.

– Chciałem przez to powiedzieć, panie, że przecież nie wystraszy nas pewna perspektywa całkowitej i absolutnej klęski.

NIE PRZESTRASZY? TO ŚWIETNIE. NO TO PORA RUSZAĆ. Postać chwyciła lejce. DALEJ, DŁUBACZ! JAZDA, GRZEBACZ! W GÓRĘ, KIEŁ! BIEGIEM, RYJ! JEDZIEMY!

Zaprzężone do sań cztery wielkie dzikie świnie nawet nie drgnęły.

DLACZEGO TO NIE SKUTKUJE? – zdziwił się osobnik w czerwieni.

– Nie mam pojęcia, panie – odparły worki.

Z KOŃMI DZIAŁA.

– Może spróbujesz, panie, z „dawaj”?

DAWAJ! Czekali. NIE, TEŻ DO NICH NIE DOCIERA.

Szeptali chwilę.

NAPRAWDĘ? SĄDZISZ, ŻE TO SKUTECZNE?

– Na mnie na pewno by podziałało, panie. Gdybym był świnią.

NO DOBRZE...

Postać w czerwieni znowu potrząsnęła lejcami.

JABŁKO! SOS!

Świńskie nogi poruszyły się natychmiast. Srebrzysty blask zamigotał na saniach i nagle rozlał się na wszystkie strony. A potem sanie i świnie zmalały do czarnego punktu i zniknęły.

PIP?

Śmierć Szczurów przemknął po śniegu, zjechał po rynnie i zeskoczył na dach szopy.

Siedział tam kruk. Patrzył smętnie na coś w dole.

PIP!

– Spójrz no tylko. – Kruk skinął pazurem na karmnik w ogrodzie. – Powieszą połówkę jakiegoś smętnego kokosa, kawał skórki słoniny, rzucą garść fistaszków w drucianej siatce i już im się wydaje, że są darem bogów dla świata natury. A czy widzę tam jakieś gałki oczne? Czy widzę jakieś wnętrzności? Jakoś nie. Jestem najbardziej inteligentnym ptakiem strefy umiarkowanej i mogę obejść się smakiem, bo nie umiem wisieć głową w dół i robić ćwir, ćwir. Popatrz na takie rudziki. Wściekłe małe dranie, walczą jak demony, ale wystarczy im poskakać trochę, a nie mogą się ruszać od okruchów. Ja tymczasem mogę recytować wiersze i powtarzać zabawne zdania...

PIIP!

– Tak? Co?

Śmierć Szczurów wskazał dach, a potem niebo. Podskakiwał z podnieceniem. Kruk przekręcił jedno oko ku górze.

– A tak. On. Pojawia się o tej porze roku. Jest jakoś kojarzony z rudzikami, które...

PIP! PII IK IK IK! Śmierć Szczurów naśladował ruchy postaci lądującej w palenisku i chodzącej po pokoju. PIIP IIK PI PI, PIP „HIIK HIIK HIIK”! IK IK PIIP!!!

– Przesadziłeś ze strzeżeniowiedźmowym nastrojem, co? Grzebałeś w puddingu z brandy, co?

PIP?

Oczy kruka zatoczyły kręgi.

– Słuchaj, przecież Śmierć to Śmierć! Pracuje w pełnym wymiarze godzin, prawda? To nie jest tak, że można na boku dorobić myciem okien albo po pracy strzyc sąsiadom trawniki.

PIP!

– Jak tam chcesz.

Kruk przykucnął trochę, a drobna figurka wskoczyła mu na grzbiet. Po chwili uniósł się w powietrze.

– Oczywiście, te okultystyczne typy też mogą dostać świra – stwierdził, zataczając krąg nad ogrodem skąpanym w blasku księżyca. – Weź takiego Starego Biedę, na przykład...

PIP.

– Och, nie sugeruję przecież...


Susan nie lubiła Katafalków, ale zaglądała tam, kiedy brzemię normalności stawało się zbyt ciężkie. Katafalki, mimo zapachu, drinków i towarzystwa, miały jedną istotną zaletę. W Katafalkach nikt nie zwracał uwagi. Na nic. Strzeżenie Wiedźm tradycyjnie uważane jest za czas rodzinny, jednak ci, którzy pili w Katafalkach, prawdopodobnie nie mieli rodzin; niektórzy wyglądali, jakby mogli mieć miot albo jajka. Niektórzy za to tak jakby zjedli swoich krewnych, a przynajmniej czyichś krewnych.

Katafalki były miejscem, gdzie pili nieumarli. I kiedy ktoś zamawiał Krwawą Mary, barman Igor nie przygotowywał metafory.

Stali klienci nie zadawali pytań, nie tylko dlatego, że dla niektórych trudne do wyartykułowania okazywało się cokolwiek bardziej skomplikowane od warkotu. Głównie dlatego, że nikt tutaj nie udzielał odpowiedzi. W Katafalkach wszyscy pili samotnie, nawet jeśli siedzieli w grupach. Albo stadami.

Mimo dekoracji, które nieumiejętnie zawiesił barman Igor, by okazać dobre chęci8, w Katafalkach nie było atmosfery rodzinnej.

Rodzina to temat, którego Susan wolała unikać.

W tej chwili pomagał jej w tym gin z tonikiem. W Katafalkach, jeśli ktoś nie był zbyt wybredny, opłacało się zamawiać drinki przezroczyste, ponieważ Igor miewał niezwykłe pomysły także w kwestii tego, co można nabić na koniec koktajlowego patyczka. Jeśli człowiek zobaczył coś kulistego i zielonego, mógł tylko mieć nadzieję, że to oliwka.

Poczuła za uchem gorący oddech. To jakiś strach usiadł na stołku obok.

– Sso taka normo robi w takim miejssu? – zahuczał, aż owionął ją odór alkoholu i cuchnącego oddechu. – Ha, myślisz sobie pewno, że to poniessająse tak tu siedzieć w tej czarnej sssukni ze wszyskimi zgubionymi chłopsami? Taki modny mroszzny klimat?

Susan odsunęła się. Strach wyszczerzył kły.

– Chcesz mieć stracha pod łóżkiem, sso?

– Daj spokój, Schlimazelu – rzucił Igor, nie unosząc wzroku znad wycieranego kieliszka.

– No ale po sso ona tu siedzi? – nie ustępował strach. Wielka kosmata łapa chwyciła Susan za rękę. – Pewno, może chce zwyszajnie...

– Nie będę powtarzał, Schlimazelu – ostrzegł Igor.

Zauważył, że dziewczyna odwraca się do stracha. Ze swojego miejsca nie widział dobrze jej twarzy – ale strach widział. Odskoczył tak szybko, że spadł ze stołka.

A kiedy dziewczyna przemówiła, to, co powiedziała, tylko w części było słowami; było także wyrytym w skale stwierdzeniem o tym, jaka będzie przyszłość.

– ODEJDŹ I PRZESTAŃ MNIE ZACZEPIAĆ.

Potem odwróciła się i uśmiechnęła przepraszająco do Igora. Strach poderwał się gorączkowo spośród resztek stołka i chwiejnie pobiegł do drzwi.

Susan wyczuła, że pijący wrócili do swego zwykłego zajęcia. Zadziwiające, na co można sobie pozwolić w Katafalkach.

Igor odstawił kieliszek i spojrzał w okno. Jak na knajpę, której atutem jest mrok, okno wydawało się całkiem spore. Ale oczywiście niektórzy klienci przybywali drogą powietrzną.

Ktoś właśnie w to okno stukał.

Igor podszedł, utykając, i otworzył.

Susan uniosła głowę.

– Och, nie...

Śmierć Szczurów zeskoczył na ladę, a za nim wleciał kruk.

PIP PIIP IIK! IK! PIIP PI IK „HIIK HIIK HIIK”! PI...

– Idź sobie – rzuciła zimno Susan. – Nie interesuje mnie to. Jesteś tylko odpryskiem mojej wyobraźni.

Kruk przysiadł na słoju za barem.

– No świetnie... – powiedział.

PIP!

– Co to jest? – spytał kruk, po czym zrzucił z czubka dzioba coś białego. – Cebulki? Fuj!

– Idźcie sobie obaj – mruknęła Susan.

– Szczur mówi, że twój dziadek zwariował – wyjaśnił kruk. – Mówi, że udaje Wiedźmikołaja.

– Posłuchaj, nic mnie... Co?

– Czerwony płaszcz, długa broda...

HIIK! HIIK! HIIK!

– ...woła „Ho, ho, ho”, jeździ saniami zaprzężonymi w cztery świnie, no wszystko...

– Świnie? A co się stało z Pimpusiem?

– Nie mam pojęcia. Oczywiście, takie rzeczy się zdarzają, jak właśnie przed chwilą szczurowi tłumaczyłem...

Susan zatkała rękami uszy, bardziej dla dramatycznego efektu niż dla tłumienia dźwięku.

– Nie chcę wiedzieć! Nie mam dziadka!

Tego musiała się trzymać.

Śmierć Szczurów popiskiwał przez dłuższą chwilę.

– Szczur mówi, że na pewno pamiętasz, jest wysoki, trudno go nazwać tęgim, nosi kosę...

– Idź stąd. I zabierz ze sobą... szczura!