WiedźmikołajTekst

Z serii: Świat dysku
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wiedźmikołaj
Wiedźmikołaj
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 51,90  41,52 
Wiedźmikołaj
Wiedźmikołaj
Wiedźmikołaj
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
28 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To było właściwe, sir, prawda? – upewnił się niespokojnie Herbatka.

– Hm... Zabrakło pewnej elegancji.

– Rozumiem. Dziękuję panu. Zawsze chętnie przyjmuję krytyczne uwagi. Następnym razem będę o tym pamiętał.

Downey nabrał tchu.

– O tym właśnie chciałem porozmawiać – wyjaśnił. Podniósł obrazek tego... jak ta istota go nazwała? Grubasa? – Tak z czystej ciekawości – rzekł. – Jak zabrałby się pan do inhumacji tego... dżentelmena?

Każdy inny, Downey był pewien, wybuchnąłby śmiechem. Powiedziałby coś w rodzaju: „Czy to żart, sir?”. Herbatka pochylił się tylko w wyrazem zaciekawienia i skupienia na twarzy.

– To trudne, sir.

– Z pewnością – zgodził się Downey.

– Potrzebowałbym czasu, żeby obmyślić jakiś plan.

– Naturalnie. I...

Ktoś zapukał i wszedł Carter z filiżanką i spodkiem. Ukłonił się Downeyowi z szacunkiem, po czym wyszedł.

– Już, sir – powiedział Herbatka.

– Przepraszam? – Downey nie zrozumiał.

– Wymyśliłem już plan, sir.

– Tak?

– Tak, sir.

– Tak szybko?

– Tak, sir.

– Na bogów!

– Wie pan zapewne, że zachęca się nas do rozważania problemów filozoficznych?

– O tak. To bardzo cenne ćwiczenie... – Downey urwał nagle ze zdumioną miną. – Chce pan powiedzieć, że naprawdę poświęcił pan czas na rozważania, jak inhumować Wiedźmikołaja? Naprawdę usiadł pan i zastanowił się, jak tego dokonać? Wykorzystywał pan swój czas wolny, żeby rozwiązać ten problem?

– Tak, sir. I Duchociastną Kaczkę. I Piaskowego Dziadka. I Śmierć.

Downey zamrugał niepewnie.

– To znaczy, że usiadł pan i rozważał, w jaki sposób...

– Tak, sir. Zebrałem sporo interesujących danych. W czasie wolnym od zajęć, naturalnie.

– Chcę być pewien, że dobrze zrozumiałem, panie Herbatka. Poświęcił... się... pan... badaniu sposobów zabicia Śmierci?

– Tylko jako hobby, sir, ale w samej rzeczy.

– No tak, znaczy hobby, owszem... Sam kolekcjonowałem motyle... – Downey wrócił wspomnieniem do pierwszych chwil rozkoszy przy użyciu trucizny i szpilki. – Ale...

– Prawdę mówiąc, sir, zasadnicza metodologia jest taka sama, jak w przypadku istot ludzkich. Okazja, lokalizacja, technika... Trzeba tylko wziąć pod uwagę znane fakty dotyczące rozpatrywanego osobnika. Oczywiście, na temat tego akurat wiemy bardzo dużo.

– I opracował pan to wszystko, tak? – upewnił się Downey, niemal zafascynowany.

– Och, już dawno temu, sir.

– A kiedy, jeśli wolno spytać?

– To było chyba wtedy, gdy w pewną Noc Strzeżenia Wiedźm leżałem w łóżku, sir.

Bogowie! – westchnął w duchu Downey. I pomyśleć, że ja wtedy nasłuchiwałem dzwonków sań.

– Coś takiego – powiedział.

– Może będę musiał sprawdzić pewne szczegóły. Byłbym wdzięczny za umożliwienie mi dostępu do książek w Czarnej Bibliotece. Ale istotnie, widzę już chyba podstawowe zarysy.

– Jednakże... ta osoba... niektórzy uważają, że technicznie rzecz biorąc, jest nieśmiertelna.

– Każdy ma jakieś słabe punkty, sir.

– Nawet Śmierć?

– O tak. Absolutnie. Bardzo wiele.

– Naprawdę?

Downey znów zabębnił palcami o blat. Chłopak nie może przecież mieć prawdziwego planu, przekonywał sam siebie. Rzeczywiście, jego umysł jest nieco skrzywiony... Skrzywiony? Toż to prawdziwa spirala! Ale Grubas nie jest przecież kolejnym celem w jakiejś cichej rezydencji. Można chyba z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że już wcześniej ludzie zastawiali na niego pułapki.

Właściwie to był nawet zadowolony. Herbatka poniesie klęskę, możliwe, że wręcz śmiertelną klęskę, jeśli jego plan okaże się dostatecznie głupi. A gildia, być może, straci wtedy złoto – a może nie.

– Doskonale – rzekł. – Nie muszę wiedzieć, jaki jest pański plan.

– To się dobrze składa, sir.

– Co pan ma na myśli?

– Ponieważ nie zamierzałem go panu zdradzać. Byłby pan zmuszony do wyrażenia dezaprobaty, sir.

– Zdumiewa mnie pańskie przekonanie, że plan będzie skuteczny...

– Ja tylko logicznie rozważam problem, sir – odparł chłopak z lekkim wyrzutem.

– Logicznie?

– Przypuszczam, że widzę rzeczy inaczej niż inni ludzie.


Dla Susan był to spokojny dzień, chociaż w drodze do parku Gawain nastąpił na pęknięcie w chodniku. Umyślnie.

Jednym z wielu strachów, przywołanych radośnie bezmyślnym postępowaniem poprzedniej guwernantki, były niedźwiedzie, które czekały na ulicach, by pożreć dzieci następujące na pęknięcia w bruku.

Susan zaczęła pod swym praktycznym płaszczem guwernantki nosić pogrzebacz. Jedno solidne uderzenie zwykle załatwiało sprawę. Były zdumione, że ktoś jeszcze je widzi.

– Gawain! – rzuciła, zerkając na nerwowego niedźwiedzia, który nagle ją zauważył i teraz usiłował wycofać się nonszalancko.

– Tak?

– Chciałeś nastąpić na to pęknięcie, żebym musiała zbić jakieś nieszczęsne stworzenie, którego jedyną winą jest to, że chce cię rozerwać na strzępy.

– Ja tylko podskakiwałem...

– Akurat. Normalne dzieci nie podskakują w taki sposób, chyba że biorą środki odurzające.

Uśmiechnął się do niej.

– Jeśli jeszcze raz cię przyłapię na takich słodkich minkach, zawiążę ci ręce na supeł za głową.

Kiwnął głową i poszedł spychać Twylę z huśtawki.

Susan uspokoiła się. To było jej prywatnie odkrycie – dzieci nie przejmowały się bezsensownymi groźbami, ale były posłuszne. Zwłaszcza w przypadku gróźb dostatecznie obrazowych.

Poprzednia guwernantka używała jako formy dyscypliny rozmaitych strachów i potworów. Zawsze coś się czaiło, by pożreć albo porwać niegrzecznych chłopców i dziewczynki za takie zbrodnie, jak jąkanie się albo zuchwały i denerwujący upór, by pisać lewą ręką. Nożycoręki czekał zawsze na dziewczynkę, która ssie kciuk, a w piwnicy zawsze ukrywał się strach. Z takich cegieł wznosi się konstrukcję dziecięcej niewinności.

Próby Susan, by skłonić dzieci do niewiary w takie stwory, tylko pogorszyły sytuację.

Twyla zaczęła moczyć się nocą. Mogła to być prymitywna forma obrony przed straszliwą, uzbrojoną w pazury kreaturą, co do której była pewna, że mieszka pod łóżkiem.

Susan odkryła to już pierwszej nocy, kiedy dziecko zbudziło się z płaczem z powodu stracha w szafie.

Westchnęła wtedy i poszła sprawdzić. I tak bardzo się rozzłościła, że wyciągnęła go, walnęła pogrzebaczem po głowie, wywichnęła mu bark dla zaakcentowania przesłania, a potem wykopała przez kuchenne drzwi.

Dzieci nie chciały przestać wierzyć w potwory, bo doskonale wiedziały, że potwory naprawdę tam są. Przekonała się jednak, że potrafią również bardzo mocno uwierzyć w pogrzebacz.

Teraz siedziała na ławce i czytała książkę. Starała się każdego dnia zabierać dzieci gdzieś, gdzie mogą spotkać inne dzieci w tym samym wieku. Jeśli nauczą się zachowania na placu zabaw, myślała, to w dorosłym życiu niestraszne im będą żadne lęki. Poza tym przyjemnie było słuchać głosików bawiących się dzieci, pod warunkiem że człowiek siadał dostatecznie daleko i nie słyszał, co naprawdę mówią.

Po powrocie prowadziła z nimi lekcje. Szły o wiele lepiej, odkąd zrezygnowała z czytania książeczek o kolorowych piłkach i psie imieniem As. Gawaina namówiła na kampanie militarne generała Tacticusa – odpowiednio krwawe, ale też, co ważniejsze, uznawane za zbyt trudne dla dzieci. W rezultacie zakres jego słownictwa podwajał się co tydzień i chłopiec potrafił już wtrącać w codziennych rozmowach takie określenia jak „zdekapitowany”. W końcu czy jest sens uczyć dzieci, jak być dziećmi? Z tym radzą sobie całkiem naturalnie.

Ona za to – ku swemu lekkiemu przerażeniu – naturalnie radziła sobie z nimi. Zastanawiała się nawet, czy to nie cecha rodzinna. A jeśli – sądząc po tym, jak chętnie jej włosy zwijały się w ciasny kok – takie zajęcia były Susan przeznaczone na resztę życia?

To wszystko wina rodziców. Nie chcieli, żeby tak się jej ułożyło. A przynajmniej wielkodusznie miała nadzieję, że nie chcieli.

Chcieli ją tylko ochronić, trzymać z dala od wszelkich światów poza tym jednym, od tego, co ludzie uważają za okultystyczne, od... No, od jej dziadka, brutalnie mówiąc. Wszystko to, miała wrażenie, odrobinę ją zwichrowało.

Oczywiście, trzeba być sprawiedliwym – to przecież rola rodziców. Świat jest tak pełen ostrych zakrętów, że gdyby nie skrzywili jej nieco, nie miałaby żadnej szansy, by się dopasować. W dodatku byli sumienni, łagodni, zapewnili jej szczęśliwy dom, a nawet wykształcenie.

I to dobre wykształcenie. Dopiero potem zorientowała się, że było to wykształcenie w dziedzinie, no... wykształcenia. To znaczy, że gdyby ktoś potrzebował nagle policzyć objętość stożka, mógł spokojnie zwrócić się do Susan Sto-Helit. Ktoś, kto nie potrafiłby przypomnieć sobie kampanii generała Tacticusa albo pierwiastka kwadratowego z 27,4, łatwo uzyskałby jej pomoc. Jeśli potrzebny był ktoś, kto umie w pięciu językach rozmawiać o elementach gospodarstwa domowego oraz rzeczach, które można kupić w sklepach, Susan była pierwsza w kolejce. Wykształcenie to prosta sprawa.

Nauczenie się czegoś okazało się trudniejsze.

Uzyskanie wykształcenia przypominało trochę chorobę przenoszoną drogą płciową. Człowiek przestawał się nadawać do sporej liczby zajęć, a potem nachodziła go chęć, by przekazać ją dalej.

Susan została guwernantką. Była to jedna z nieliczych funkcji, jakie mogła pełnić dobrze urodzona dama. I całkiem dobrze sobie przy tym radziła. Przyrzekła sobie, że jeśli kiedykolwiek zacznie tańczyć po dachach z kominiarzami, zatłucze się na śmierć własną parasolką.

 

Po herbatce przeczytała im bajkę. Lubili bajki. Ta w książce była okropna, ale w wersji Susan została dobrze przyjęta. Tłumaczyła, czytając.

– ...a potem Jack ściął łodygę fasoli, dodając morderstwo i ekologiczny wandalizm do wspomnianych wcześniej przestępstw kradzieży, oszustwa i wtargnięcia na cudzy teren. Uszło mu to jednak na sucho; żył długo i szczęśliwie, bez śladu wyrzutów sumienia z powodu tego, co uczynił. Co dowodzi, że jeśli człowiek jest bohaterem, to właściwie wszystko zostanie mu wybaczone, bo nikt mu wtedy nie zadaje niewygodnych pytań. A teraz... – Z trzaskiem zamknęła książkę. – Pora do łóżek.

Poprzednia guwernantka nauczyła ich modlitwy wyrażającej nadzieję, że jeśli umrą we śnie, ten czy inny bóg zabierze ich dusze. Jeśli Susan mogła to osądzić, zawierała też sugestię, że to coś dobrego.

Pewnego dnia, postanowiła Susan, wytropię tę kobietę.

– Susan – odezwała się nagle Twyla spod kołdry.

– Tak?

– Wiesz, że w zeszłym tygodniu pisaliśmy listy do Wiedźmikołaja?

– Tak?

– Tylko że... Rachel w parku mówiła, że on wcale nie istnieje, i to tak naprawdę jest ojciec. A wszyscy inni powiedzieli, że ma rację.

Z drugiego łóżeczka rozległ się szelest. Brat Twyli odwrócił się i nasłuchiwał dyskretnie.

Ojej, pomyślała Susan. Miała nadzieję, że jakoś tego uniknie. Znowu będzie jak z tą Duchociastną Kaczką.

– Czy to ważne, jeśli i tak dostajecie prezenty? – spytała, apelując bezpośrednio do chciwości.

– …ym...

No tak... Susan usiadła na łóżku, zastanawiając się, jak, u licha, załatwić tę sprawę. Pogładziła jedną widoczną dłoń.

– Popatrz na to w taki sposób – powiedziała i bezgłośnie nabrała tchu. – Gdzie tylko ludzie są tępi i niemądrzy... Gdzie mają, nawet według najłagodniejszych norm, okres koncentracji uwagi kurczaka podczas huraganu i zdolności badawcze jednonogiego karalucha... I gdzie tylko są bezmyślnie łatwowierni, żałośnie przywiązani do wiedzy wyniesionej z pokoju dziecinnego, i ogólnie takie mają pojęcie o rzeczywistym, fizycznym wszechświecie, co ostryga o wspinaczkach górskich... Tak, Twylo. Tam Wiedźmikołaj istnieje.

Pod kołdrą panowało milczenie, ale wyczuwała, że ton jej głosu spełnił swe zadanie. Słowa nie miały znaczenia. I to właśnie – jak mógłby powiedzieć jej dziadek – jest ludzkość w całej okazałości.

– …anoc.

– Dobranoc – powiedziała Susan.

To nawet nie był bar. To było zwykłe pomieszczenie, gdzie ludzie pili, czekając na innych ludzi, z którymi załatwiali interesy. Interesy dotyczyły zwykle przeniesienia własności czegoś z jednej osoby na inną, ale przecież interesy zawsze są takie.

Pięciu biznesmenów usiadło wokół stołu, oświetlonego świeczką na spodeczku. Między nimi stała otwarta butelka. Starali się trzymać ją z dala od płomienia.

– Już po szóstej – oznajmił jeden z nich, potężny mężczyzna z dredami i brodą, w której można by hodować kozy. – Zegary biły już wieki temu. Nie przyjdzie. Chodźmy.

– Siadaj, co? Skrytobójcy zawsze się spóźniają, bo to taki styl. Jasne?

– Ale ten jest psychiczny.

– Ekscentryczny.

– A jaka to różnica?

– Worek szmalu.

Trójka, która dotąd się nie odzywała, spojrzała po sobie niespokojnie.

– Co jest? Nie mówiłeś, że to skrytobójca – zaprotestował Siata. – Nie mówił, że gościu jest skrytobójcą, nie? Mówił, Banjo?

Zabrzmiał odgłos dalekiego gromu – to odchrząknął Banjo Lilywhite.

– Zgadza się, no – odezwał się głos z górnych zboczy. – Żeś nie mówił.

Pozostali odczekali, aż ucichnie łoskot. Nawet głos Banja był kolosalny.

– On jest... – Pierwszy z rozmówców zamachał rękami, by przekazać swoją opinię, że ktoś jest o kosz jedzenia, parę składanych krzesełek, obrus, zestaw turystycznych sprzętów kuchennych i całą kolonię mrówek oddalony od pikniku. – On jest psychiczny. I ma dziwne oko.

– Jest szklane, jasne? – rzekł ten, którego nazywano Kocie Oko. Skinął na kelnera, by podał cztery piwa i szklankę mleka. – I płaci dziesięć tysięcy dolarów na każdego. Więc nie obchodzi mnie, jakie ma oko.

– Słyszałem, że ono jest z tego samego, z czego robią te kryształy do przepowiadania przyszłości. I nie powiesz mi, że to w porządku. Bo on patrzy na ciebie przez to oko – dokończył pierwszy z rozmówców. Znany był jako Brzoskwinia, choć nikt jeszcze nie odkrył dlaczego4.

Kocie Oko westchnął. Rzeczywiście, było w panu Herbatce coś dziwnego, trudno zaprzeczyć. Ale wszyscy skrytobójcy mieli w sobie coś dziwnego. A ten dobrze płacił. Wielu skrytobójców korzystało z usług informatorów i ślusarzy. Formalnie było to wbrew regułom, lecz zawodowe standardy obniżały się w każdym fachu, nie? Ale zwykle płacili późno i niechętnie, jakby robili człowiekowi łaskę. Herbatce trudno by coś zarzucić pod tym względem. Fakt, po paru minutach rozmowy z nim oczy zaczynały łzawić i człowiek miał ochotę wyszorować całą skórę, nawet od wewnątrz, ale przecież nikt nie jest doskonały, nie?

Brzoskwinia pochylił się nad stołem.

– Wiecie co? – szepnął. – Tak myślę, że on może już tu być. W przebraniu! I śmieje się z nas wszystkich! No, jeżeli się śmieje...

Zacisnął palce, aż strzeliły kostki.

Średni Dave5 Lilywhite, ostatni z piątki, rozejrzał się czujnie. Rzeczywiście, w niskim, mrocznym pomieszczeniu zauważył kilku samotnych klientów. Większość miała na sobie płaszcze i obszerne kaptury. Siedzieli w kątach, kryjąc twarze. Żaden nie wyglądał przyjaźnie.

– Nie wygłupiaj się, Brzoskwinia – mruknął Kocie Oko.

– Kiedy oni właśnie takie rzeczy robią. To mistrzowie w przebieraniu.

– Z tym jego okiem?

– Ten gość przy kominku ma opaskę na oku – zauważył Średni Dave. Rzadko się odzywał. Ale zawsze obserwował.

Pozostali obejrzeli się.

– Zaczeka, aż przestaniemy się pilnować, a wtedy zrobi ahahaha! – stwierdził Brzoskwinia.

– Im nie wolno zabijać, chyba że dla pieniędzy – uspokoił go Kocie Oko, ale w jego głosie pojawiła się szczypta niepewności.

Przyglądali się człowiekowi w kapturze. A on im się przyglądał.

Zapytani, co robią, by zarobić na życie, mężczyźni przy stole odpowiedzieliby coś w rodzaju: „To czy tamto”, albo i „Radzę sobie, jak mogę”, chociaż w przypadku Banjo odpowiedź brzmiałaby pewnie: „Hę?”. Według norm nieopiekuńczego społeczeństwa, byli kryminalistami, choć sami tak o sobie nie myśleli i nawet nie potrafiliby napisać takiego słowa jak „przestępczość”. Zwykle zajmowali się przemieszczaniem pewnych rzeczy. Czasami te rzeczy znajdowały się po niewłaściwej stronie stalowych drzwi albo w niewłaściwym domu. Czasami tymi rzeczami byli ludzie – o wiele za mało ważni, by zajmować czas Gildii Skrytobójców – którzy znaleźli się na bardzo niedogodnej pozycji i można było znaleźć dla nich lokalizację o wiele lepszą, na przykład gdzieś na dnie morza6. Żaden z tej piątki nie należał do żadnej gildii. Zwykle znajdowali klientów wśród ludzi, którzy z sobie znanych mrocznych powodów nie chcieli gildiom sprawiać kłopotu, często dlatego, że sami do nich należeli. Dzięki temu cała piątka miała dość zajęć. Zawsze znalazło się coś, co trzeba było przetransportować z punktu A do punktu B albo na dno C.

– Lada chwila – oświadczył Brzoskwinia, gdy kelner przyniósł piwo.

Banjo odkaszlnął. Był to znak, że zjawiła się kolejna myśl.

– Czegoś nie rozumim – powiedział.

– Tak? – spytał jego brat.

– Nie rozumim, od kiedy mają tu kelnerów.

– Dobry wieczór – powiedział Herbatka, stawiając tacę na stole.

Przyglądali mu się w milczeniu.

Uśmiechnął się przyjaźnie.

Wielka pięść Brzoskwini walnęła o stół.

– Szpiegowałeś nas, ty mały...

Ludzie w tym fachu rozwijają w sobie pewną zdolność przewidywania. Średni Dave i Kocie Oko, siedzący po obu stronach Brzoskwini, odsunęli się z pozorną nonszalancją.

– Witam! – rzucił Herbatka. Coś mignęło i zawibrował nóż, wbity w stół pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym Brzoskwini. – Nazywam się Herbatka – oznajmił Herbatka. – A ty jesteś kto?

– Brzoskwinia – wymamrotał Brzoskwinia, nadal wpatrzony w nóż.

– Interesujące imię. A dlaczego nazywają cię Brzoskwinią, Brzoskwinio?

Średni Dave zakaszlał.

Brzoskwinia uniósł głowę i spojrzał w twarz Herbatki. Szklane oko było tylko kulą lekko lśniącej szarości. To drugie wyglądało jak czarny punkcik na morzu bieli. Jak dotąd jedyne kontakty Brzoskwini z inteligencją polegały na tym, by pobić ją i okraść, gdy tylko trafi się okazja. Teraz jednak posłuchał instynktu samozachowawczego i siedział jak przyklejony do stołka.

– Bo się nie golę – wyjaśnił.

– Brzoskwinia nie lubi ostrzy, wie pan... – dodał Kocie Oko.

– A ilu masz przyjaciół, Brzoskwinio?

– No, paru mam...

Błyskawicznym ruchem – tak szybkim, że wszyscy przy stole aż podskoczyli – Herbatka odwrócił się, chwycił krzesło, przysunął je i usiadł. Trzech z nich oparło dłonie na rękojeściach mieczy.

– A ja nie mam zbyt wielu – wyznał przepraszającym tonem. – Chyba brak mi talentów towarzyskich. Z drugiej strony wszakże... zdaje się, że wcale nie mam nieprzyjaciół. Ani jednego. To miło, prawda?


Herbatka myślał – myśli krążyły w tym brzęczącym, hałaśliwym pokazie fajerwerków, jaki się odbywał w jego głowie. Myślał o nieśmiertelności.

Był może całkiem, ale to całkiem szalony, ale nie był głupcem. W Gildii Skrytobójców wisiały liczne portrety i stały popiersia sławnych członków, którzy... Nie, oczywiście to nie tak. Portrety i popiersia przedstawiały sławnych klientów członków gildii, a skromne mosiężne tabliczki, przykręcone obok, zawierały dyskretne komentarze w stylu „Opuścił ten padół łez 3 grune’a roku Skośnej Pijawki, z pomocą szan. K.W. Dobsona (Dom Żmii)”. Wiele instytucji edukacyjnych stawia gdzieś w holu obelisk z listą Dziadków, którzy złożyli swe życie dla monarchy i ojczyzny. Gildia postępowała podobnie, z wyjątkiem kwestii, czyje życie zostało złożone.

Każdy skrytobójca chciał się tam znaleźć – ponieważ to właśnie dawało nieśmiertelność. A im ważniejszy klient, tym skromniejsza i bardziej powściągliwa była ta mosiężna tabliczka, tak by absolutnie każdy musiał zauważyć wyryte na niej nazwisko.

Właściwie gdyby skrytobójca był bardzo, ale to bardzo znany, nie musieliby w ogóle wpisywać nazwiska...

Mężczyźni przy stole obserwowali go. Dość trudno było stwierdzić, co myśli Banjo, czy w ogóle myśli, ale pozostała czwórka myślała mniej więcej: zarozumiały pętak, jak wszyscy skrytobójcy. Wydaje mu się, że wszystko wie. Mógłbym go załatwić jedną ręką, żaden problem. Ale... różnie ludzie mówią. Ciarki przechodzą od tych jego oczu...

– Więc co to za robota? – zapytał Siata.

– Nie wykonujemy robót – poprawił go Herbatka. – Świadczymy usługi. A ta usługa da każdemu z was dziesięć tysięcy dolarów.

– To o wiele więcej niż stawki Gildii Złodziei – zauważył Średni Dave.

– Nigdy nie lubiłem Gildii Złodziei – oświadczył Herbatka, nie odwracając głowy.

– Dlaczego nie?

– Zadają zbyt wiele pytań.

– My nie zadajemy pytań – zapewnił pospiesznie Siata.

– Doskonale więc do siebie pasujemy. Proszę, napijcie się jeszcze czegoś. Musimy zaczekać na innych członków naszej małej trupy.

Siata zobaczył, że wargi Średniego Dave’a zaczynają formować pierwsze litery słowa „Kto...”. Litery te uznał w tej chwili za nierozsądne. Pod stołem kopnął Średniego Dave’a w kostkę.

Drzwi uchyliły się i wszedł jakiś człowiek – a właściwie wsunął się przez szczelinę i szedł przygarbiony pod ścianą, w sposób obliczony na to, by nie zwracać na siebie uwagi. Obliczony jednak przez kogoś, kto z takimi obliczeniami sobie nie radził.

Przybysz spojrzał na nich znad postawionego kołnierza.

– To mag! – zdziwił się Brzoskwinia.

Przybysz podszedł szybko i przysunął sobie krzesło.

– Nie, wcale nie – syknął. – Jestem incognito.

– Jasne, panie Gnito – zgodził się Średni Dave. – Jesteś pan po prostu kimś w spiczastym kapeluszu. To jest mój brat Banjo, to Brzoskwinia, to Kocie...

 

Mag spojrzał z rozpaczą na Herbatkę.

– Nie chciałem tu przychodzić!

– Pan Sideney istotnie jest magiem – potwierdził Herbatka. – W każdym razie studentem. Niestety, chwilowo szczęście się od niego odwróciło. Stąd jego chęć, przy przyłączyć się do naszego przedsięwzięcia.

– A dokładnie, jak bardzo się od niego odwróciło? – zainteresował się Średni Dave.

Mag starał się unikać ich wzroku.

– Popełniłem błąd przy zakładzie – wyjaśnił.

– Postawiłeś i przegrałeś, znaczy? – domyślił się Siata.

– Spłaciłem wszystko na czas.

– Owszem, ale troll Chryzopraz odczuwa dziwną niechęć do pieniędzy, które następnego dnia zmieniają się w ołów – wtrącił uprzejmie Herbatka. – Dlatego nasz przyjaciel musi zarobić trochę pieniędzy, szybko i w klimacie, w którym ręce i nogi pozostają na swoich miejscach.

– Nikt nie uprzedzał, że w tym chodzi o jakąś magię – zaprotestował Brzoskwinia.

– Naszym celem jest... Powinniście chyba myśleć o tym, panowie, jak o czymś w rodzaju wieży maga.

– Ale to nie jest prawdziwa wieża maga? – upewnił się Średni Dave. – Oni mają dość dziwaczne poczucie humoru, kiedy chodzi o pułapki.

– Nie.

– Straże?

– Tak sądzę. Według legendy. Ale nic wielkiego.

Średni Dave zmrużył oczy.

– I w tej... wieży... jest cenny towar?

– O tak.

– To czemu nie ma strażników?

– Ta... osoba, która jest właścicielem, nie zdaje sobie sprawy z wartości tych... tego, co posiada.

– Zamki?

– Po drodze zabierzemy ślusarza.

– Kogo?

– Pana Browna.

Pokiwali głowami. Każdy, a przynajmniej każdy w „tym biznesie” – a każdy w „tym biznesie” wiedział, co to za biznes, a jeśli nie wiedział, to nie był biznesmenem – znał pana Browna. Jego obecność przydawała pracy pewnej szacowności. Był eleganckim starszym panem, który osobiście skonstruował większość narzędzi, jakie nosił w skórzanej walizeczce. Nieważne, jak chytrych sposobów człowiek użył, by dotrzeć do odpowiedniego miejsca, pokonać niewielką armię i odnaleźć ukryty skarbiec – wcześniej czy później posyłał po pana Browna. A on zjawiał się ze swoją skórzaną walizeczką, swoimi metalowymi cackami, swoimi małymi fiolkami dziwnej alchemii, w swoich małych lśniących bucikach. Przez dziesięć minut stał tylko i przyglądał się zamkowi, potem wybierał kawałek zgiętego metalu z kółka, na którym wisiało kilkaset niemal identycznych kawałków, i niecałą godzinę później odchodził, zabierając solidne dziesięć procent zysku. Oczywiście, nie było obowiązku korzystania z usług pana Browna. Można przecież spędzić resztę życia, wpatrując się w zamknięte drzwi.

– No dobra – rzekł Brzoskwinia. – Co to za miejsce?

Herbatka uśmiechnął się do niego.

– To ja wam płacę. Dlaczego to nie ja zadaję pytania?

Tym razem Brzoskwinia nie próbował nawet patrzeć w szklane oko.

– Chcę tylko być przygotowany, i tyle... – mruknął.

– Dobre rozpoznanie to nieodzowny element udanej operacji – stwierdził Herbatka. Odwrócił wzrok ku cielsku, które było Banjem. – Co to jest? – zapytał.

– To Banjo – odparł Średni Dave, skręcając sobie papierosa.

– Umie robić sztuczki?

Na moment czas się zatrzymał. Trzej mężczyźni spojrzeli na Średniego Dave’a. W ankhmorporskiej warstwie profesjonalistów uchodził za człowieka cierpliwego i rozważnego. Uważano go za pewnego rodzaju intelektualistę, ponieważ niektóre z jego tatuaży nie zawierały błędów ortograficznych. Można było na niego liczyć w trudnych sytuacjach, a przede wszystkim był uczciwy, ponieważ dobrzy przestępcy muszą być uczciwi. Jeśli miał jakąś wadę, to skłonność do wymierzania surowej i ostatecznej kary każdemu, kto źle się wyraził o jego bracie.

Jeśli natomiast miał zaletę, to skłonność do wybierania odpowiedniej chwili. Wcisnął tytoń w bibułkę i uniósł papierosa do ust.

– Nie – powiedział.

Siata spróbował roztopić lody.

– Nie jest może kimś błyskotliwym, ale zawsze się przydaje. Potrafi podnieść dwóch ludzi w każdej ręce. Za karki.

– No – powiedział Banjo.

– Wygląda jak wulkan – stwierdził Herbatka.

– Doprawdy? – rzucił Średni Dave Lilywhite.

Siata szybko wyciągnął rękę i pchnął go z powrotem na krzesło.

Herbatka uśmiechnął się.

– Mam wielką nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi, panie Średni Dave. Naprawdę zraniłaby mnie myśl, że nie jestem wśród przyjaciół. – Uśmiechnął się znowu i zwrócił do pozostałych. – Zatem jesteśmy umówieni, panowie?

Pokiwali głowami. Dało się zauważyć pewne wahanie, ponieważ w ich zgodnej opinii Herbatka powinien się znaleźć w pokoju o ścianach wyłożonych materacami, ale dziesięć tysięcy dolarów to jednak dziesięć tysięcy dolarów, a może nawet więcej.

– To dobrze – ucieszył się Herbatka. Potem zmierzył Banja wzrokiem. – W takim razie możemy zacząć od razu.

I bardzo mocno uderzył go w usta.


Śmierć nie pojawia się osobiście przy zakończeniu każdego żywota. Nie jest to niezbędne. Rządy rządzą, ale premierzy i prezydenci nie odwiedzają osobiście ludzi w ich domach i nie mówią, jak mają układać sobie życie – głównie z powodu śmiertelnego niebezpieczeństwa, z jakim by się to wiązało. Zamiast tego istnieje prawo.

Od czasu do czasu jednak Śmierć sprawdzał, czy rzeczy funkcjonują jak należy – a raczej, by wyrazić się bardziej precyzyjnie, czy przestają funkcjonować – w mniej istotnych obszarach jego jurysdykcji.

Teraz szedł przez ciemne morze.

Obłoki mułu unosiły się wokół jego stóp, gdy maszerował po dnie rowu. Szata falowała wokół.

Panowała cisza, duże ciśnienie i absolutna ciemność. Ale nawet tu, głęboko pod falami, istniało życie. Żyły tu wielkie mątwy i homary z zębami na powiekach. Żyły pająkowate stwory z żołądkami w stopach i ryby, które świeciły własnym światłem. Był to cichy, czarny świat z koszmaru, ale życie rozwija się wszędzie, gdzie może. Tam, gdzie nie może, trwa to trochę dłużej.

Celem Śmierci było niewielkie wzniesienie na dnie rowu. Już teraz woda wokół niego stawała się cieplejsza i wypełniała się istotami, które wyglądały, jakby poskładano je z kawałków pozostałych po czymś innym.

Ze szczeliny unosiła się niewidoczna, ale wyczuwalna kolumna wrzącej wody. Gdzieś w dole były skały rozgrzane do białości przez magiczne pole Dysku.

Wokół szczeliny osadzały się płytki minerałów. I w tej maleńkiej oazie rozwinął się rodzaj życia. Nie potrzebowało powietrza ani światła. Nie potrzebowało nawet pożywienia w takim sensie, w jakim rozumiałaby ten termin większość gatunków.

Rosło po prostu na granicy strumienia wody, podobne do krzyżówki dżdżownicy i kwiatu.

Istota była tak mała, że Śmierć musiał przyklęknąć, by się jej przyjrzeć. Ale z jakiegoś powodu w tym świecie bez oczu ani światła była też jaskrawoczerwona. Rozrzutność życia w takich kwestiach nigdy nie przestawała go zaskakiwać.

Sięgnął pod szatę i wyjął nieduże zawiniątko z czarnego materiału – jakby zestaw narzędzi jubilerskich. Z wielką starannością wyjął z jednej z kieszonek kosę długości cala, chwycił ją w dwa palce.

Gdzieś wyżej ponad dnem zbłąkany prąd strącił odłamek skały, który spadł, odbijając się od dnia i unosząc obłoczki mułu. Zatrzymał się tuż obok żywego kwiatu, a potem się przetoczył, odrywając go od skały.

Śmierć machnął małą kosą, gdy kwiat zaczął przygasać.

Często wspomina się o wyjątkowo bystrym wzroku rozmaitych istot nadprzyrodzonych. Podobno widzą upadek każdego wróbla.

Może to i prawda. Jednak tylko jedna zawsze jest na miejscu, kiedy wróbel uderza o ziemię.

Dusza rurkowatej istoty była bardzo mała i nieskomplikowana. Nie przejmowała się grzechem. Nigdy nie pożądała polipów bliźniego swego. Nigdy nie uprawiała hazardu ani nie piła alkoholu. Nie dręczyły jej pytania: „Dlaczego jestem tutaj?”, ponieważ nie miała żadnego pojęcia o „tutaj” – ani też, skoro już o tym mowa, o „jestem”.

Mimo to coś zostało odcięte chirurgicznym ostrzem kosy i zniknęło w falujących wodach.

Śmierć starannie schował narzędzie i wyprostował się. Wszystko w porządku, sprawy toczą się jak należy i...

Ale się nie toczyły.

Jak najlepsi mechanicy potrafią usłyszeć delikatną zmianę tonu sygnalizującą złą pracę łożyska, zanim nawet najczulsze instrumenty wykryją jakikolwiek błąd, tak i Śmierć wychwycił fałszywy akord w symfonii świata. To tylko jedna nuta wśród miliardów, ale tym bardziej zauważalna – niczym maleńki kamyk w bardzo dużym bucie.

Skinął palcem w wodzie. Na chwilę pojawił się błękitny kontur drzwi. Śmierć przeszedł przez nie i zniknął.

Rurkowate istoty nie zauważyły jego odejścia. Nie zauważyły jego przybycia. Nigdy, ale to nigdy niczego nie zauważały.