Świat kupekTekst

Z serii: Świat dysku
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

INNE TYTUŁY PANNY FELICITY BEEDLE

Melwin i czyrak giganta

Geoffrey i magiczna poszewka

Małe kaczątko, które myślało, że jest słoniem

Daphne i dłubacze w nosie

Ogromny problem Gastona

Siuś-ludzie

Wojna ze Smarkowymi Goblinami

Geoffrey i Kraina Kupek

Chłopiec, który nie potrafił dłubać we własnym nosie

Radości woskowiny


Tytuł oryginału

THE WORLD OF POO

Copyright © Terry & Lyn Pratchett, 2012.

First published as ‘The World of Poo’ by Transworld Publishers, a division of The Random House Group Ltd.

All rights reserved

Projekt okładki i ilustracje: Peter Dennis

Opracowanie graficzne okładki: Ewa Wójcik

Redaktor prowadzący: Joanna Maciuk

Redakcja: Joanna Habiera

Korekta: Grażyna Nawrocka\

ISBN 978-83-8123-532-7

Warszawa 2017

Wy­daw­ca: Pró­szyński Media Sp. z o.o.

02-697 War­sza­wa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl




PRZEDMOWA I POMOCNA RADA DLA RODZICÓW OD PANNY FELICITY BEEDLE, AUTORKI

Co zdradzać dzieciom na temat realnych spraw świata ludzi, pozostaje kwestią nieodmiennie bliską wszystkim rodzicom. Tradycyjnie, prośby młodych osobników o oświecenie w kwestii, skąd się biorą dzieci, można zwykle bez znaczących szkód pokierować w stronę bocianów i grządek kapusty. Chociaż kiedy dziecię osiąga – powiedzmy w ten sposób – wiek zrozumienia, rodzic winien spiesznie dopilnować, by zostało rzetelnie poinformowane. W dobrze prowadzonym domostwie powinno to być osiągalne bez przesadnych rumieńców, o ile rodzice są rozsądni.

Jednakże gorąco wierzę, że unikanie tłumaczenia dzieciom, co wpada do środka i co wypada z ich ciał, sprawia, że temat staje się wstydliwy, ze skłonnością do wywoływania nerwowego chichotu. To, co zjadamy, a następnie wydalamy, odgrywa istotną rolę w ludzkim społeczeństwie, zwłaszcza tym, co z dumą okreś­lamy społeczeństwem cywilizowanym. Z doświadczenia wiem, że sposób myślenia inteligentnych rodziców, kiedy stykają się z tym tematem, kieruje się zwykle pomiędzy dwa stolce, że tak się wyrażę. Z pewnością stać nas przecież na coś więcej niż stwierdzenie, że to nieładne.

Naszym kluczem będzie tu wspólnota ludzka. Królowie, królowe, a nawet osoby podobne do lorda Vetinariego, muszą przecież jeść i wydalać. Czemu zatem miałoby to powodować komentarze lub żarty? Postanowiłam więc wysłać młodego Geoffreya na krótką przechadzkę po tym, co możemy uznać za odwrotną stronę naszego świata, by oglądał ją z zainteresowaniem, z ciekawością i ze zdrowym rozsądkiem – w końcu nieczystości jednego człowieka są kompostem dla innego. W tej konkretnej sprawie muszę zaznaczyć, że wychowałam się na wsi, gdzie nocne nieczystości cotygodniowo zakopywano w ogrodzie, na gruncie specjalnie na ten cel przeznaczonym. Pamiętam, wraz z wieloma innymi mieszkańcami wsi, że w następnym roku rosły tam pomidory, choć nikt ich nie sadził – i były to naprawdę piękne pomidory!

Jak powiadają, co odpływa, to powraca, choć nie musimy się przyglądać, kiedy nas mija. Ale zachowywanie się jak koty i wiara, że jeśli czegoś nie widzimy, tego nie ma, to sposób myślenia, który nie uchodzi w eleganckim towarzystwie. Bez nawozu, bez gnoju nie istniałoby rolnictwo, a bez rolnictwa nie byłoby ludzi wartych uwagi.

Tak więc dedykuję tę książkę mojemu staremu przyjacielowi, Harry’emu Królowi, człowiekowi, który gnój potrafi zmieniać w złoto.


PIERWSZA WIZYTA W MIEŚCIE ANKH-MORPORK

Dla młodego Geoffreya droga z jego domu we Włościach do domu Babci w wielkim mieście Ankh-Morpork trwała wieki. Pierwszy raz w życiu sam jechał powozem, wyglądał więc przez okno, trochę przestraszony, ale też trochę podekscytowany. W domu tyle się działo: Kucharka powiedziała, że Mama ma oczekiwania. Co to dokładnie znaczyło, nikt nie chciał mu wytłumaczyć, wiedział jednak, że opuści dziecięcy pokój, ale obiecano mu nowy, wystarczająco duży, by pomieścił modele statków oraz kolekcje dziwacznych patyków i przedmiotów w kształcie ziemniaka, a to stanowiło pewne pocieszenie. Tato miał dużo pracy i ciągle wyjeżdżał w obce strony „w interesach”, co oznaczało, że rzadko bywał w domu. Rezultatem tego wszystkiego okazała się decyzja, by Geoffrey zamieszkał u swojej Babci na pewien czas, dopóki sprawy się nie ułożą.

Okolica zmieniała się stopniowo, od wzgórz, lasów i farm po bezkresne połacie zagonów kapusty z obu stron traktu, podobne do nieskończonego zielonożółtego morza.


Panowała cisza, jeśli nie liczyć turkotu kół powozu i cichego trąbienia koni puszczających bąki. Świat Geoffreya stał się przez to i kapustę miejscem niezbyt ładnie pachnącym. Gdyby taka żółtawa zieleń miała zapach, myślał chłopiec, to pachniałaby tak właśnie, jak gdyby cały świat naraz puścił bąka.

Wiedział, że zbliżają się do miasta, kiedy powietrze wypełnił zapach dymu palonego drewna, pełnych sadzy kominów oraz, chyba najbardziej, coś jakby wychodka ogrodnika w domu Geoffreya1. Gdyby ten zapach miał kolor, myślał Geoffrey, zapewne byłby brązowy2. Powóz przeturkotał przez Bramę Najmniejszą i Geoffrey po raz pierwszy zobaczył strażników miejskich w mundurach, konie ciągnące wielkie wozy z wysokimi burtami i budynki wyrastające w górę i przesłaniające niebo. Zobaczył krzątaninę i ścisk ulicznego targu, gdzie handlarze, sprzedawcy warzyw i rzeźnicy głośno zachwalali swe towary. Jeszcze nigdy w życiu nie widział tylu ludzi w jednym miejscu.

Po chwili jednak porośnięte platanami ulice stały się szersze i spokojniejsze; domy tutaj miały ogrody i prezentowały się wspaniale. Powóz zwalniał stopniowo, aż się zatrzymał, i stajenny Thomas podszedł i szerokim gestem otworzył drzwiczki.

– Jesteśmy na miejscu, młody paniczu. Numer pięć, ulica Żadnataka. Dom babci panicza.

Geoffrey wysiadł na szeroki chodnik i popatrzył na dom. Był tu parkan i brama, i szeroka alejka prowadząca do kilku schodków, a za nimi do imponujących frontowych drzwi i portyku3. Thomas wziął go za rękę i razem wspięli się na schody. Stajenny pociągnął za łańcuszek i z wnętrza domu usłyszeli stłumione dzwonienie.

Nagle Geoffrey poczuł się trochę onieśmielony. Oczywiście, kilka razy spotkał się już z Babcią, ale tylko wtedy, kiedy to ona odwiedzała ich dom. Takie wizyty zawsze poprzedzał okres zwiększonej nerwowości Mamy, wykłady o pamiętaniu, by mówić „proszę” i „dziękuję”, krzątanina służących, zapach pasty do podłóg i Tato pospiesznie wycofujący się do gabinetu.

Drzwi zaskrzypiały i otworzyły się. Wysoka, chuda dama, ubrana na czarno i nosząca przerażające okulary, spojrzała na Geoffreya z góry. Rozpoznał Babcię, która pochyliła się szybko i pocałowała go, zanim zdążył schować głowę w ramiona, jak żółw. Nie powiedziała „Ależ urosłeś” ani „Jak minęła podróż?”, ani nawet „Nie jesteś zmęczony?”. Wzięła go za rękę.


– Tak się cieszę, że u mnie zostaniesz, Geoffreyu. Masz ochotę na kawałek ciasta, jak przypuszczam.

Za Babcią stała w drzwiach służąca z kwaśną miną, w czarno-białym stroju wyglądała jak pingwin, który w przedziwny sposób znalazł sobie cytrynę do ssania.

– To jest Lily – przedstawiła ją Babcia. – Zaprowadzi cię do pokoju i pokaże, gdzie masz umyć ręce, zanim siądziemy do herbaty.

Lily wydawała się tak niechętna i nieprzyjazna, aż Geoffrey się ucieszył, że jest tylko służącą, a nie kimś, kto mógłby zechcieć go pocałować. Uważał, że gdyby to zrobiła, miałby szczęście, jeśli zachowałby nos. Nie wiedział o tym, ale życie Lily zostało znacznie ubogacone, albowiem była najstarszą z rodzeństwa, które poza nią składało się z jedenastu braci. Doświadczenie mówiło jej, że mali chłopcy stanowią jedynie źródło kłopotów oraz główną przyczynę brudu, bałaganu i hałasu. Według jej nieco cynicznej opinii, jedyna różnica między małymi chłopcami i małymi psami polega na tym, że małych chłopców nie można uwiązać na łańcuchu.

Lily chwyciła nieduży kuferek Geoffreya, skinęła, by szedł za nią, po czym ruszyła ciągiem coraz węższych schodów na sam szczyt domu, do drzwi oznaczonych „Pokój dziecięcy”. Otworzyła je i postawiła kuferek.

– Tam jest umywalka, opłucze twarz i ręce – powiedziała. – Niech nie zostawia mydła w wodzie, nie rzuca ręcznika na podłogę i nie chlapie. Kiedy skończy, zejdzie prosto do jadalni na herbatę.

Po czym Lily wyszła, nie całkiem trzaskając drzwiami, bo zamknęła je z półtrzaskiem, jak uznał – który może powinien się nazywać „trz” – ponieważ odbiły się trochę.

 

Geoffrey ledwie zdołał ogarnąć wzrokiem wszystkie skarby w pokoju. U sufitu wisiał wypchany smok, na półkach leżały stosy książek, była skakanka, którą obrzucił lekceważącym spojrzeniem, bardzo wytarty pluszowy miś i – najlepszy ze wszystkich – duży drewniany koń na biegunach z prawdziwą grzywą i skórzaną uzdą. Geoffrey jednak był głodny i bał się trochę Lily, więc tylko rozejrzał się pospiesznie, umył i ruszył na dół, do swojej Babci i do ciasta.


* * *

Po herbatce Babcia zasugerowała, by Geoffrey zbadał ogród. Pokazała mu drzwi do cieplarni, a na drugim końcu małe oszklone drzwiczki. Kilka stopni dalej prowadziło na żwirową alejkę między wysokimi ścianami żywopłotu. Geoffrey ruszył tą alejką, skręcił na rogu i znalazł się na skraju rozległych trawników i klombów. W oddali widział sad, warzywnik i rząd starych szop4.

Geoffrey ruszył prosto w ich stronę – z doświadczenia wiedział, że zwykle są to najciekawsze obiekty w całym ogrodzie. Gdy przechodził pod starymi jabłoniami, coś spadło mu na głowę. Było cięższe niż liść i mokre, ale nie zimne. Sięgnął ręką i wyczuł na włosach coś oślizłego. Z pewną konsternacją patrzył na zielonkawobiałą maź na palcach.



– Wiesz, co to takiego, mój chłopcze? – usłyszał za sobą tubalny głos.

– Nie – odparł Geoffrey i odwrócił się.

– To ptasia kupka – wyjaśnił właściciel głosu, który, oparty na widłach, palił fajkę. – Przynosi szczęście, kiedy ptak postanowi zrobić ci kupkę na głowę5, młodzieńcze. A pierwszy kawałek owego szczęścia, jakie ci się trafia, to stolatnia koksa, najsłodsze jabłko na świecie.

Mężczyzna pracowicie polerował o kamizelkę lśniące czerwone jabłko. Po czym wręczył je Geoffreyowi.

– Nazywam się, jak to zapisali w moim akcie urodzenia, Humphrey Banialucca, ale ostatnio nikt tak do mnie nie mówi, a to dlatego, że kiedy próbują, tłukę ich widłami. Możesz mnie nazywać Prostym Starym Humphreyem. Chociaż muszę ci wyjaśnić, młody człowieku, bo winien to jestem moim przodkom, że „banialuka” wcale nie oznacza jakiejś kupy bzdur, lecz była ważnym elementem systemu transportu napojów. Niewielu ludzi wie o tym, ale teraz jeden przybył. – Pyknął z fajki. – Jestem tu ogrodnikiem i na twoim miejscu wytarłbym rękę o trawę, o tam, a nie o twoją śliczną białą koszulę.

Geoffrey zastosował się do tej rady. Uznał, że skoro ptasia kupka ma mu przynieść szczęście, powinien zachować to, co z niej zostało. Popędził więc przez cieplarnię do domu i rozglądał się pilnie, aż znalazł duże nożyce i koszyk z przyborami do szycia. Potem pobiegł na samą górę, do pokoju dziecięcego, i wyciął tyle sklejonych ptasią kupką włosów, ile zdołał, patrząc w cętkowane stare lustro. I położył je na parapecie, żeby wyschły.



Niewiele widział na zewnątrz, bo zrobiło się już ciemno, i poczuł się trochę samotny. Powędrował więc na dół, żeby poszukać Babci.

– Dzień był długi i męczący – odezwała się Babcia ze swojego wielkiego fotela. – Myślę, że pora już do łóżka. Możesz zabrać świecę, idąc na górę, a jeśli chcesz, możesz zostawić ją zapaloną. Nie zapomnij tylko po drodze odwiedzić pana Klozeta. Wkrótce zajrzę do ciebie, żeby cię przykryć.

Geoffrey ruszył z powrotem na górę ze świecą w dłoni. Normalnie nie bał się ciemności, ale migoczący płomyk rzucał dziwne cienie na twarze starych portretów na ścianach.

Szybko przeszedł korytarzem do mahoniowych drzwi, które Lily wskazała mu wcześ­niej jako klozet. Słyszał już takie określenie, ale nic go nie przygotowało na ten fantastyczny widok. Lśniące białe kafelki błyskały jak płynąca woda, na środku duża porcelanowa umywalka malowana w kwiaty, a pod ścianą wznosiła się imponująca, podobna do tronu konstrukcja. Miała wielkie drewniane siedzenie z dużym otworem, a pod spodem coś, co wyglądało na niedużą komodę, tyle że bez żadnych uchwytów. Połyskująca miedziana rura łączyła tę komodę z wielkim ciemnozielonym zbiornikiem, umocowanym do ściany pod sufitem. Zwisał z niego łańcuszek zakończony okrągłą gałką, a na obudowie Geoffrey zauważył litery, które musiał najpierw poskładać sobie w myślach.

POTOP SUPREME

CHAS WYCHODEK

I SYNOWIE6

Geoffrey teoretycznie wiedział, do czego to cudo służy, ale intrygowało go samo działanie. Domyślił się, że za łańcuszek należy pociągać, ale wisiał za wysoko. Geoffrey wspiął się więc na drewniane siedzenie, choć musiał uważać, żeby nie spaść do otworu. Spoglądając na nieruchomą sadzawkę pod sobą, delikatnie pociągnął za łańcuszek i zdumiał go prąd wody, jaki natychmiast polał się do muszli – rzeczywiście istny potop. Jeszcze bardziej się zdziwił, kiedy woda spłynęła, a łańcuszek łagodnie, acz nieubłaganie pociągnął go w górę. Geoffrey trzymał go mocno, więc równie łagodnie wylądował z powrotem na siedzeniu. Mimo to nie był przekonany, czy ma ochotę wznosić się w powietrze dwa razy w ciągu jednego dnia, zwłaszcza mając pod sobą bulgoczącą wodę. Uznał, że aby w pełni zgłębić działanie tej aparatury, potrzebował będzie dziennego światła. Wziął więc świecę i ruszył do swojego pokoju.

Postawił ją na małym stoliku przy łóżku, po czym w zwykłym miejscu – to znaczy, oczywiście, pod łóżkiem – poszukał dobrze znanego pojemnika, znanego w grzecznym towarzystwie jako nocne naczynie, nocnik czy też urynał.

Załatwiwszy swoją sprawę, Geoffrey wskoczył do łóżka, które wydawało się dobrze wyleżane i wygodne... I nagle poczuł, że brakuje mu Mamy i bajki na dobranoc. Zanim jednak miał czas o tym pomyśleć, drzwi pokoju otworzyły się delikatnie i nastąpiło coś cudownego: do środka wsunął się wepchnięty delikatnie mały brązowo-biały szczeniaczek na krótkich nóżkach, ze zwisającymi uszami i energicznie merdającym ogonkiem. Bez wahania przebiegł po podłodze, wskoczył do łóżka i polizał chłopca po twarzy. Babcia weszła za pieskiem i przysunęła sobie krzesło.


– Pomyślałam, że możesz czuć się trochę samotny, więc przyprowadziłam ci przyjaciela.

– Jak się nazywa? – zapytał uradowany Geoffrey.

– Wiesz, biorąc pod uwagę kałużę, jaką zostawił przed drzwiami, na twoim miejscu nazwałabym go Lejek – odparła Babcia. – Podobnie jak ty, jest bardzo młody i tęskni za mamą, więc będziecie musieli zadbać o siebie nawzajem. A teraz, czy chciałbyś, żebym ci coś przeczytała?

– O tak, bardzo – odpowiedział Geoffrey, układając się pod kołdrą.

Ale ze zwiniętym obok Lejkiem po kilku minutach zapadł w głęboki sen. Babcia zdmuchnęła świecę i cichutko wyszła na korytarz.

1 Najprostszą formą wychodka jest dziura w ziemi. Ludzkość, zawsze pomysłowa, zwłaszcza w kwestii unikania niewygód, wkrótce opracowała łatwiejsze metody celowania do tej dziury, bez bezpośredniego kontaktu z chłodną ziemią. Metody rozwijały się aż do budowy niewielkich szop, wyposażonych w wygodne siedzenie z wyciętym otworem, a nawet dwoma albo trzema otworami na bardziej towarzyskie okazje. I w ten sposób wynaleziono podstawową domową wygódkę.

W upalne dni gwarantuje ona głębokie doznania olfaktoryczne, które pozwalają użytkownikom odszukać ją nawet w ciemne noce i bez świecy. Ta okoliczność jest istotnie sprzyjająca, jeśli mamy do czynienia z bardzo starą i dojrzałą wygódką, albowiem nikt nie powinien stawać w jej pobliżu z otwartym płomieniem. W zimne dni nos nie cierpi tak bardzo, ale dolne części ciała bywają wystawione na chłodne podmuchy, więc użytkownicy załatwiają swe sprawy często pospiesznie i niezadowalająco.

Prędzej czy później każda, nawet starannie zbudowana, dziura w ziemi się wypełnia. Jednym z rozwiązań jest przeniesienie wygódki i pozostawienie bezużytecznej dziury za sobą. W końcu jednak wygódka oddali się tak bardzo, że wyprawa do „Kaplicy ulgi” będzie wymagała kilku mil spaceru i suchego prowiantu. Inna możliwość to opróżnienie dziury. Pojawiła się więc grupa dzielnych rzemieślników, których jedynym celem w życiu było opróżnianie wychodków i pozbywanie się ich zawartości. Ci fekalni bohaterowie stali się znani jako zbieracze nieczystości, prewetnicy lub asenizatorzy; spotkamy ich później, choć przelotnie. Nie mają wielu przyjaciół prócz tych, którzy trudnią się tym samym fachem... Jednakże są powszechnie szanowani, a kiedy idą ulicą, wszyscy szybko schodzą im z drogi, by mogli swobodnie przejść.

2 Dobrzy obywatele Ankh-Morpork palą węglem, drewnem, suszonym nawozem, a w przypadku braku innej alternatywy – wszystkim, co może zająć się ogniem. W mieście działają kuźnie, odlewnie, a obok nich farbiarnie, garbarnie i rzeźnie. Prawdę mówiąc, funkcjonuje tu każda cuchnąca profesja, jaka przychodzi człowiekowi do głowy, a także kilka, o których wolałby nie myśleć. Dodatkowo, wobec tak wielu przechodzących tędy zwierząt i tak wielu pozostających tu ludzi, ciężki, ponury smród odchodów we wszystkich ich przejawach układa się w dominującą melodię, w której wszelkie inne odory są zaledwie akordami.

3 Szczerze mówiąc, w owej chwili młody Geoffrey nie wiedział, że to portyk – ale to był portyk, z całą pewnością – a fakt, że chłopiec nie miał pojęcia, że patrzy na portyk, nie przeszkadzał portykowi być portykiem.

4 Kiedy ktoś już ma starą szopę, zawsze w końcu będzie miał drugą, a potem wszystko może się zdarzyć.

5 Podobno niektórzy efebiańscy filozofowie godzinami stali pod drzewami, w nadziei na taką „wiadomość”, którą zwykle otrzymywali, choć nieodmiennie głosiła, że powinni wyprać swe płaszcze.

Ptasie odchody to jeden ze specjałów natury. Wnętrzności ptaka są sprytnie skonstruowane, by zachowywać płyny; dlatego śluzowata zielona kupka obsypana jest twardym białym moczem, jak to wie każdy uczeń – a przynajmniej wiedział w czasach, kiedy uczniowie wiedzieli takie rzeczy.

6 Sir Charles Wychodek jest prezesem Gildii Hydraulików i Szambonurków w Ankh-Morpork. Geoffrey pozna go już wkrótce.


WYPRAWA DO PARKU I NOWY PRZYJACIEL

Bardzo wcześnie następnego ranka Geoffrey znowu powędrował do klozetu. Usiadł na siedzeniu ze zwieszonymi w powietrzu nogami, a pies Lejek biegał w kółko, rozwijając rolkę miękkiego papieru, i najwyraźniej uważał, że trafił do psiego raju. Geoffrey czuł się jak król na swym wspaniałym tronie. I rzeczywiście, jak wielu królów przycupnął niepewnie na krawędzi, pełen obaw, że jeśli nie będzie ostrożny, może się zsunąć – w tym przypadku do wielkiej muszli i jej zawartości w dole.



W końcu, załatwiwszy bieżące sprawy, Geoffrey z ulgą zauważył, że nie musi się wspinać, by dosięgnąć łańcuszka, ponieważ ktoś bardzo uprzejmie przywiązał do niego sznurek zakończony szpulką od nici – tak nisko, że bez trudu jej dosięgał.

Po wszystkim wziął Lejka na ręce i zszedł na dół do kuchni, z nadzieją na jakieś śniadanie. Wielka kuchnia wydawała się pusta, ale jak często w przypadku kuchni w starych domach bywa, życie toczyło się w niej w sposób niewidoczny. Szczury figlowały w kanałach ściekowych, przegryzały rury i plecy kredensów, wyskakiwały w zlewach i przez listwy podłogowe. Były tu wszelkiego rodzaju chrząszcze, ryjkowce i pająki, a w wilgotnym zakątku pod zlewem przylepiona do ściany kolekcja ślimaków. Gdy Geoffrey otworzył jedną czy drugą szafkę w poszukiwaniu czegoś do jedzenia, usłyszał odgłosy szybkich pazurków za drzwiami spiżarni.

 

Między garnkiem dżemu malinowego i słojem marynowanych jajek siedziała mała szara myszka. Popatrzyła na Geoff­reya, a Geoffrey popatrzył na nią. Myszka popatrzyła na Geoffreya jeszcze raz, a potem – może ze strachu – zrobiła kupkę, a po niej następną i jeszcze jedną, zanim uciekła7.


Myszy takie są. A Geoffreyowi pozostało tylko kilka podłużnych ciemnych grudek, które zebrał. Ciekawe, pomyślał, czy mysie kupki też przynoszą szczęście, jak ptasie. Muszę spytać pana Banialuka.

– Na twoim miejscu nie chowałabym tego do kieszeni – odezwał się przyjazny głos za jego plecami. – Czekaj, zaraz ci coś znajdziemy.


Odwrócił się i zobaczył pogodną, pulchną kobietę, nie całkiem starą.


– Nazywam się Hartley – powiedziała, wręczając mu puste pudełko po zapałkach. – Jestem kucharką. Kiedy już bardzo porządnie umyjesz ręce, przygotuję ci śniadanie. Co powiesz na jajko na miękko i żołnierzyki z grzanek?

* * *

Po śniadaniu Geoffrey pomagał Prostemu Staremu Humphreyowi karmić kury i wybierać jajka.

– Niektóre z tych jajek mają dużo szczęścia – zauważył Geoff­rey. – Bo są oblepione kurzymi kupkami8.

Prosty Stary Humphrey poskrobał się po głowie.

– Wiesz, nie ma wątpliwości, że kiedy ptasia kupa trafi cię w głowę, będziesz miał szczęście. Ale ptak musi wybierać, rozumiesz. Kupa nie zawsze przyniesie szczęście, ale na pewno jest pożyteczna. Korzystam z nich w ogrodzie. Popatrz tutaj. Mieszam końskie jabłka i słomę z odpadkami ogrodowymi, a potem to wszystko gnije i powstaje taki kompost, że lepszego nie znajdziesz. A na dodatek mieszka tam mnóstwo robaków, które fajdają sobie do woli, a przez to rozdrabniają wszystko, dzięki czemu kompost jest porządny i równy9.

Geoffrey podszedł i wsunął dłoń w cuchnącą pryzmę kompostu, aby znaleźć kupki robaków.

– Nie, nie. Tak nie rób – powstrzymał go Prosty Stary Humphrey. – Na pewno znajdę coś, co takiemu młodemu chwatowi jak ty ułatwi założenie własnej kolekcji kupek.

Zniknął w jednej z szop. Geoffrey usłyszał ze środka głośne stuki, grzechoty, a w końcu nieprzyjemny brzdęggg10. Prosty Stary Humphrey wynurzył się owinięty ogrodowym wężem, którego zdołał szybko pokonać i wrzucić z powrotem do szopy. Zniknął znowu, ale wrócił po chwili, trzymając wiaderko i łopatkę.

Chwyciwszy łopatkę, Geoffrey ostrożnie wykopał dołek u podstawy wielkiego kopca i odkrył splątany węzeł wijących się dżdżownic.


– A jak wyglądają kupki takich robaków? – zapytał i schylił się, by przyjrzeć się im z bliska.

– No cóż, tam trudno je zauważyć – odparł Prosty Stary Humphrey. – Ale widzisz te poskręcane kupki ziemi, o tam, na trawie? To są kupki robaków, właśnie one. Odchody: tak na nie mówimy.

Przyniósł oplątany pajęczynami stary słoik po dżemie i mały rydel, nadający się do tej delikatnej pracy. Z niewielką pomocą Geoffrey przeniósł do słoika próbkę odchodów dżdżownic.

Tymczasem Lejek biegał w kółko i szczekał na nic szczególnego lub też ogólnie na wszystko. Przy grządkach warzyw Geoff­rey zauważył dużego czarnego kota, który wygrzebywał dziurę w ziemi.

– Co on tam robi? – zapytał.

– Przeklęte kocisko! – syknął przez zaciśnięte zęby Prosty Stary Humphrey. – Znowu grzebie w moich rekordowych porach! W końcu oberwie, słowo daję!

– Ale dlaczego tak kopie?

– Robi kupę. A koty są frymuśne. Lubią zagrzebać to, co zrobiły, a że są przy tym trochę leniwe, wolą to zagrzebywać tam, gdzie już skopałem ziemię.

Kiedy kot załatwił swoją sprawę i odszedł, Geoffrey stanowczo pomaszerował w tamtą stronę, z wiaderkiem i łopatką w rękach.

– Ja bym poczekał, aż trochę wystygnie przed wykopaniem – ostrzegł Prosty Stary Humphrey. – Zaznacz to miejsce jakimś patykiem i przyjdź za dzień czy dwa. Ostry towar, taka kocia kupa11.

Rozejrzał się.

– Przepraszam cię teraz, chłopcze, muszę się udać w pewne miejsce.

Zapalił fajkę, sięgnął po stary egzemplarz „Almanachu”, po czym ruszył do niedużej prywatnej wygódki pomiędzy pryzmą kompostu a żywopłotem.

– Może zabierzesz szczeniaka na spacer po parku? – zawołał jeszcze przez ramię.

– Proszę, mogę zaczekać, aż pan wyjdzie? – zapytał Geoffrey, ściskając swoje wiaderko.

– Nie, nie możesz – sprzeciwił się stanowczo Prosty Stary Humphrey. – Są rzeczy, które człek musi robić, kiedy nie jest obserwowany, zwłaszcza przez małego chłopca z wiadrem. Nawet jak takiego nie widzisz, potrafi wybić cię z rytmu, więc zmykaj.

Geoffrey stanął na stosie starych pudeł po nasionach i – trzymając Lejka na rękach – zajrzał nad żywopłotem do parku.


– Pójdziemy to obejrzeć, Lejek? – zapytał.

Lejek z radością zamerdał ogonem, tak mocno, że aż cały się zatrząsł.

Razem przeczołgali się przez dziurę pod żywopłotem, pobieg­li przez trawnik i ganiali się w kółko, aż Geoffrey padł na trawę. Kątem oka zauważył innego psa, który przysiadł i wyprodukował niewielki wzgórek kupki, po czym odbiegł. Geoffrey żałował, że nie zabrał wiaderka. Stał więc i patrzył na skromny stosik, zastanawiając się, jak zabrać go do domu, kiedy nagle usłyszał czyjś głos.


– To twoje?

– Nie, ja się załatwiłem przed wyjściem – zapewnił właściciela głosu, obdartego urwisa z wiadrem w ręku.

Chłopiec wyraźnie się ucieszył.

– W takim razie moje.

– Co? Ty też zbierasz kupki? – zapytał podniecony Geoffrey.

– No pewnie. Mam na imię Ludwik i zbieram psie kupy dla sir Harry’ego Króla. Płaci mi pensa za wiadro, jeśli jest dobrze udeptane. A więcej za białe kupy, bo są najlepsze. W naszym fachu nazywamy je „czystymi”.


– Sir Harry jest kolekcjonerem? – zaciekawił się Geoffrey.

– Nie, sprzedaje wszystko garbarniom.

– A kupuje też mysie kupki? – Geoffrey dotknął pudełka po zapałkach w kieszeni.

– Tego nie wiem. – Ludwik wzruszył ramionami. – Ale jeśli można na nich zarobić, sir Harry na pewno je zbiera, zapewniam cię. Ma piękny dom na rogu Przyćmionej i Grunetargowej, ale kupki trzyma gdzie indziej, bo lady Król nie pozwala mu zabierać pracy do domu. Gromadzi wszystkie kupy w Ankh-Morpork i składuje je w wielkich kopcach za bramami miasta.

Chętnie bym poznał sir Harry’ego, pomyślał Geoffrey. Wydaje się bardzo rozsądną osobą.

– No dobra, idę zanieść towar do składu sir Harry’ego – oznajmił Ludwik, kiedy wiadro było już pełne i dobrze udeptane.

– Mógłbym ci jutro pomagać? – poprosił Geoffrey.

Ludwik spojrzał na niego z ukosa.

– Nie stać mnie, żeby ci płacić – uprzedził szybko. – Ale gdybyś chciał, to jestem tu zwykle rankiem, kiedy ludzie wyprowadzają psy.

Rozejrzał się z dumą.

– To mój teren – oświadczył. – I ciężko o niego walczyłem. Zapytaj braci Mitchell: nie ośmielą się wyciągnąć po niego ręki, o nie. Świat czystości, mój przyjacielu, to świat, gdzie pies pożera psa. A ja, że się pochwalę, jestem tu jednym z najlepszych. Niekiedy zjawiam się ze swoim wiadrem, zanim jeszcze mały Fido pomyśli, że chce coś załatwić...


W tym momencie zauważył niewielką skupioną sylwetkę przy granicy parku i popędził, jakby miał skrzydła u obcasów – choć to, co naprawdę tam miał, w niczym nie przypominało skrzydeł.

Geoffrey i Lejek przeczołgali się pod żywopłotem z powrotem do ogrodu Babci. Prostego Starego Humphreya nie było nigdzie widać, więc chłopiec poszedł do domu i wbiegł po schodach na samą górę. Zatrzymał się tylko na podeście pierwszego piętra, gdzie próbował zajrzeć za zbroję stojącą pod ścianą.

Kiedy wszedł do pokoju dziecięcego, z przerażeniem zauważył, że jego szczęśliwa ptasia kupka zniknęła z parapetu, gdzie ją zostawił; nie ma też nożyczek.

– Och, nie! Ktoś u mnie sprzątnął!

„Sprzątnięcie” to coś, co zdarzało mu się w domu, ale od kiedy zniknął gdzieś jego najcenniejszy patyk (co zaowocowało długim i urażonym przeszukiwaniem koszy na śmieci), zwykle był uprzedzany zawczasu.

Pobiegł z powrotem do kuchni, gdzie służąca Lily zmywała mopem podłogę.


– Widziała pani moją szczęśliwą kupkę? – spytał rozgorączkowany. – Zostawiłem ją na parapecie, razem z nożyczkami.

– Kupkę? – wykrzyknęła Lily. – Obrzydliwość i tyle. Wyrzuciłam za okno, a te nożyczki to moje najlepsze. I nie próbuj znosić do pokoju brudów, bo powiem babci. A co ty masz na butach?

Geoffrey pospiesznie wyszedł na dwór i zauważył Prostego Starego Humphreya, który spacerował po ścieżce z miną człowieka, dla którego świat stał się miejscem o wiele przyjemniejszym.

– Lily sprzątnęła moją szczęśliwą kupkę – poskarżył się Geoffrey. – I nie sądzę, bym miał kiedyś tyle szczęścia, żeby jakiś ptak znów mnie wybrał.


– Nie martw się, mój chłopcze. Przejdź się przez park do gołębnika na Przyćmionej i przystań tam na minutę czy dwie. Ale dam ci dobrą radę: najpierw zasłoń głowę kawałkiem tektury, żebyś mógł przynieść to łatwo i szybko do domu. Mam tu starą szopę, co jej nie używam, więc wszystko sobie bezpiecznie schowasz.

– A mogę tam trzymać mysie kupki? Mogę urządzić muzeum kupek? Uważam, że są bardzo ciekawe i wcale nie obrzydliwe. – Zaczerwienił się. – Przecież bez kupek wszyscy by wybuchali.

– Oczywiście – zgodził się Prosty Stary Humphrey. – Poproszę Hartley o więcej zapasowych słoików. Myślę, że ci się przydadzą.

Wtedy właśnie Geoffrey usłyszał wołanie babci.

– Czas już na twoją herbatę – stwierdził Prosty Stary Humphrey. – Na twoim miejscu bym się pospieszył.

Babcia czekała na Geoffreya przy kuchennych drzwiach.

– Gdybyś tak wytarł nogi i umył ręce, ale porządnie... Myślę, że dostaniemy ciasto do herbaty. Ale najpierw opowiedz, co robiłeś przez cały dzień.

– No, założyłem kolekcję – odparł zdyszany chłopiec. – A Prosty Stary Humphrey powiedział, że mogę zająć jego szopę na muzeum, i dał mi wiaderko, łopatkę i szpadelek do zbierania. I jeszcze zabrałem Lejka do parku, ale zapomniałem wiaderka, i spotkaliśmy chłopca, Ludwika, co zbierał psie kupki do wiadra dla sir Harry’ego Króla, i powiedział, że jutro mogę mu pomagać.


– To pewnie jeden z czyściochów sir Harry’ego – przerwała mu Babcia. – Bardzo użyteczna praca. A co dokładnie kolekcjonujesz, Geoffreyu?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?