Kapelusz pełen niebaTekst

Z serii: Świat dysku #32
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kapelusz pełen nieba
Kapelusz pełen nieba
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 53,80  43,04 
Kapelusz pełen nieba
Kapelusz pełen nieba
Kapelusz pełen nieba
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
29,90  25,71 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Wstęp
Panna Perspikacja Tyk,
„Istoty baśniowe i jak ich unikać" (fragment)

Nac Mac Feeglowie

(znani także jako piktale, Wolni Ciut Ludzie, małe ludziki, elfy oraz „osobnik lub osobnicy o nieustalonej tożsamości, prawdopodobnie uzbrojeni")

Nac Mac Feeglowie to najbardziej niebezpieczna z baśniowych ras, zwłaszcza po pijanemu. Kochają pijatyki, bijatyki i kradzieże; prawdę mówiąc, kradną wszystko, co nie jest przybite. A jeśli jest przybite, kradną też gwoździe.

Mimo to ci, którzy zdołali poznać ich bliżej i przeżyć, twierdzą, że Nac Mac Feeglowie są także zadziwiająco lojalni, silni, wierni, odważni i na swój sposób całkiem moralni (na przykład nie okradają ludzi, którzy niczego nie mają).

Przeciętny mężczyzna Feeglów (kobiety Feeglów spotyka się rzadko – por. niżej) ma około sześciu cali wzrostu, rude włosy i skórę niebieską od tatuaży i barwnika zwanego „woad". A skoro jest już tak blisko, prawdopodobnie ma zamiar obserwatora zaatakować.

Nosi kilt z dowolnego materiału, ponieważ wśród Feeglów przynależność klanową demonstruje się tatuażem. Może też nosić hełm z czaszki królika. Feeglowie często ozdabiają włosy i brody piórkami, paciorkami – wszystkim, na co im przyjdzie ochota. Praktycznie wszyscy noszą miecze, choć raczej na pokaz, gdyż preferują system walki wykorzystujący buty i głowę.

Historia i religia

Początki Nac Mac Feeglów giną w słynnej Otchłani Dziejów. Podobno zostali wypędzeni z Krainy Baśni przez królową elfów, ponieważ sprzeciwiali się jej okrutnym i tyrańskim rządom. Inni twierdzą, że zwyczajnie wyrzucono ich za pijaństwo.

Niewiele wiadomo na temat ich religii, jeśli ją mają, z wyjątkiem jednego faktu: wierzą, że są martwi. Lubią nasz świat z jego słońcem, górami, błękitnym niebem i rozmaitymi przeciwnikami do walki. Taki niezwykły świat jak ten nie może być otwarty dla byle kogo, jak twierdzą. Musi być czymś w rodzaju nieba albo Walhalli, gdzie trafiają mężni wojownicy, kiedy polegną. A zatem, rozumują, musieli być żywi gdzie indziej, potem zginęli i pozwolono im przejść tutaj, gdyż byli tacy dobrzy.

To koncepcja zupełnie błędna i wydumana, ponieważ – jak dobrze wiemy – w rzeczywistości jest całkiem na odwrót.

Kiedy umiera Feegle, żałoba nie trwa długo. Jego bracia są tylko smutni, że nie spędził wśród nich więcej czasu, nim wrócił do krainy żywych, którą nazywają także Poprzednim Światem.

Obyczaje i siedziby

Jeśli mogą wybierać, Nac Mac Feeglowie zamieszkują kopce grobowe dawnych królów, gdzie wygrzebują sobie przytulne groty wśród złota. Na takim kopcu rośnie zwykle jeden czy dwa krzaki głogu albo czarnego bzu – Feeglowie szczególnie lubią stare, puste pnie drzewek czarnego bzu, które służą im za kominy dla ognisk. Oczywiście, kopiec musi też mieć króliczą norę – wyglądającą całkiem jak zwykła królicza nora. Wokół leżą królicze odchody, a nawet parę kłębków króliczej sierści, jeśli Feeglowie czują przypływ wyjątkowej kreatywności.

W dole, pod tym wszystkim, świat Nac Mac Feeglów przypomina trochę pszczeli ul, tyle że zawiera o wiele mniej miodu i o wiele więcej żądeł.

Przyczyną tego jest fakt, że kobiety są wśród Feeglów bardzo rzadkie. I może właśnie dlatego kobiety Feeglów rodzą mnóstwo dzieci, bardzo często i bardzo szybko. Dzieci w chwili urodzenia mają rozmiar groszku, ale dobrze karmione, bardzo prędko rosną (Feeglowie lubią żyć w sąsiedztwie ludzi, ponieważ mogą wtedy kraść mleko krów i owiec dla swych dzieci).

„Królowa" klanu nazywana jest keldą, a kiedy się starzeje, jest już matką większej jego części. Jej męża nazywa się Wielkim Gościem. Kiedy rodzi się dziewczynka – co bywa rzadko – przy matce poznaje „tajułki", czyli sekrety keldowania. Kiedy wydorośleje już dostatecznie, by wyjść za mąż, musi opuścić klan, zabierając kilku braci jako ochronę w długiej wędrówce.

Często wyrusza do klanu, który nie ma keldy. Bardzo, ale to bardzo rzadko, kiedy nie ma żadnego klanu bez keldy, spotyka się z Feeglami z kilku klanów i tworzy zupełnie nowy, z nową nazwą i własnym kopcem. Wybiera także męża. Od tej chwili, chociaż jej słowo jest absolutnym prawem w klanie i wszelkie polecenia muszą być wypełniane, nie oddala się od swego kopca. Jest równocześnie jego królową i więźniem.

Ale raz, tylko przez kilka dni, istniała kelda będąca ludzką dziewczynką…

Słownik Feeglów zredagowany dla osób delikatnej natury

Badoń: osoba niesympatyczna.

Bida: ogólny okrzyk rozpaczy.

Blektaki: bzdury, nonsens.

Chłystek: osoba ogólnie niesympatyczna.

Chodek: wygódka.

Dugoń: coś dziwnego, niesamowitego. Czasami, z jakichś powodów, oznacza także coś podłużnego.

Gamoń: osoba bezużyteczna.

Gonagiel: bard klanu, posiadający talent do instrumentów muzycznych, poematów, opowieści i pieśni.

Grubeszychy: istoty ludzkie.

Łochfiara: patrz „Gamoń".

Łojzicku: ogólny okrzyk, który może oznaczać wszystko, od „Ojej" do „Właśnie straciłem cierpliwość i zbliżają się poważne kłopoty".

Łowiecki: wełniste stwory, które jedzą trawę i robią „meee". Nie mylić z przymiotnikiem „myśliwski".

Misio: bardzo ważne zobowiązanie, wynikające z tradycji lub magii. Nie „małe zwierzę".

Paskud: osoba naprawdę niesympatyczna.

Scyga: stara kobieta.

Specjalna Maść na Owce: przykro mi to mówić, ale chodzi prawdopodobnie o pędzoną gospodarskim sposobem whisky. Nikt nie wie, jak działa na owce, ale podobno kropelka dobrze robi pasterzom w długie zimowe noce, a Feeglom w dowolnej porze roku. Nie próbujcie tego w domu.

Tajułki: sekrety.

Tocyć swojom kłode: przyjmować to, co nam los zgotuje.

Wiedźma: czarownica w dowolnym wieku.

Wiedźma wiedźm: bardzo ważna czarownica.

Wiedźmienie, wiedźmowanie: wszystko, co robi czarownica.

Wielki Gość: wódz klanu (zwykle mąż keldy).

Wkunzony: jak mnie zapewniono, oznacza to „zmęczony".


Rozdział 1
Wyjazd

Brzęcząc, spłynął ze wzgórz jak niewidzialna mgła. Ruch bez ciała go męczył, więc dryfował bardzo powoli. Teraz już nie myślał. Minęły już miesiące od chwili, gdy zaznał ostatniej myśli, ponieważ mózg, który dla niego myślał, umarł. Zawsze umierały. Więc teraz znowu był nagi i wystraszony.

Mógłby się ukryć w jednym z tych zaokrąglonych białych stworzeń, które beczały nerwowo, kiedy pełzł po murawie. Ale miały bezużyteczne mózgi, zdolne do myślenia jedynie o trawie i robieniu innych beczących stworzeń. Nie. Nie nadawały się. Potrzebował… potrzebował czegoś lepszego, silnego umysłu, umysłu obdarzonego mocą, umysłu, który zapewni mu bezpieczeństwo.

Szukał…

* * *

Nowe buty były całkiem niewłaściwe – sztywne i błyszczące. Błyszczące buty! To nienormalne! Czyste buty to całkiem inna sprawa. Nie ma nic złego w użyciu odrobiny pasty, żeby chronić skórę przed wilgocią. Ale buty muszą zarabiać na życie. Nie powinny błyszczeć.

Tiffany Obolała, stojąca na dywaniku w swojej sypialni, pokręciła głową. Będzie musiała jak najszybciej je pościerać.

I nowy słomkowy kapelusz ze wstążką. Co do niego też miała pewne wątpliwości.

Próbowała przejrzeć się w lustrze, co okazało się niełatwe, ponieważ lustro było wielkości jej dłoni, w dodatku popękane i poplamione. Musiała je przesuwać, żeby zobaczyć różne kawałki siebie, a także pamiętać, jak te kawałki do siebie pasują.

Ale dzisiaj… Zwykle nie robiła takich rzeczy w domu, ale dzisiaj powinna wyglądać elegancko, a że nikogo w pobliżu nie było…

Odstawiła lusterko na rozchwiany stolik przy łóżku, stanęła na środku wytartego dywanika, zamknęła oczy i powiedziała:

– Patrz na mnie.

* * *

Daleko, na wzgórzach, coś – stwór bez ciała i bez umysłu, ale ze straszliwym głodem i bezdennym lękiem – poczuło moc.

Gdyby miał nos, zacząłby węszyć.

Szukał.

I znalazł.

Jaki dziwaczny umysł, jakby wiele umysłów, jeden wewnątrz drugiego, coraz mniejszych i mniejszych! Taki potężny! Taki bliski!

Zmienił nieco kierunek i ruszył odrobinę szybciej. A sunąc, wydawał dźwięk niczym rój much.

Owce, przez chwilę zdenerwowane czymś, czego nie mogły zobaczyć, usłyszeć ani wywąchać, zabeczały…

…i wróciły do skubania trawy.

* * *

Tiffany otworzyła oczy. Oto stała tam, o kilka stóp od siebie. Widziała tył własnej głowy.

Ostrożnie przeszła przez pokój, nie patrząc w dół na tę „siebie", która się przesuwała, ponieważ przekonała się, że kiedy to zrobiła, cała sztuczka kończyła się nagle.

 

Takie chodzenie było dość trudne, ale w końcu stanęła przed sobą i przyjrzała się sobie uważnie.

Brązowe włosy, pasujące do brązowych oczu… na to nic nie mogła poradzić. Na szczęście włosy miała czyste i umyła twarz. Miała na sobie nową sukienkę, co trochę poprawiało sytuację. Kupowanie nowych ubrań w rodzinie Obolałych zdarzało się tak rzadko, że – oczywiście – kupiono ją za dużą, na wyrost. Ale przynajmniej była bladozielona i nie sięgała do podłogi. Tiffany w tej nowej sukience, w błyszczących nowych butach i słomkowym kapeluszu wyglądała… jak córka farmera, osoba godna szacunku, wyruszająca do swej pierwszej pracy. To musi wystarczyć.

Widziała szpiczasty kapelusz na swej głowie, choć musiała mocno wytężać wzrok. Był niczym lśnienie w powietrzu, znikające, kiedy tylko je zobaczyła. Dlatego z początku martwiła się trochę nowym słomkowym kapeluszem, ale przechodził przez tamten, jakby szpiczastego w ogóle nie było.

W pewnym sensie go nie było. Był niewidzialny, chyba że padał deszcz. Słońce i wiatr przenikały przez niego, ale deszcz i śnieg jakoś go widziały i traktowały jak rzeczywisty.

Dostała go od największej czarownicy na świecie, prawdziwej czarownicy mającej czarną suknię, czarny kapelusz i oczy, które potrafiły przeniknąć człowieka na wylot, jak terpentyna przenika przez chorą owcę. Ten kapelusz był swego rodzaju nagrodą. Tiffany dokonała magii – bardzo poważnej magii. Zanim to zrobiła, nie wiedziała, że umie; kiedy to robiła, nie wiedziała o tym; a kiedy już zrobiła, nie wiedziała, co właściwie zaszło. A teraz miała się nauczyć jak.

– Nie patrz na mnie – powiedziała.

Jej wizja – czy cokolwiek to było, bo nie miała pewności co do tej sztuczki – zniknęła.

Kiedy Tiffany dokonała tego po raz pierwszy, przeżyła szok. Ale widzenie samej siebie, przynajmniej we własnej głowie, zawsze wydawało się jej łatwe. Wszystkie wspomnienia przypominały raczej małe obrazki jej samej robiącej różne rzeczy albo obserwującej różne rzeczy; nie były jak widoki przez dwa otwory z przodu głowy. Istniała w niej cząstka, która zawsze się jej przyglądała.

Panna Tyk – jeszcze jedna czarownica, ale taka, z którą Tiffany łatwiej się rozmawiało niż z tą, która jej dała kapelusz – powiedziała, że czarownica musi wiedzieć, jak „stanąć z boku". Oraz że dowie się więcej, kiedy jej talent się rozwinie, więc Tiffany podejrzewała, że „patrz na mnie" jest tego elementem.

Czasami wydawało się jej, że powinna porozmawiać o „patrz na mnie" z panną Tyk. Sprawiało to wrażenie, jakby wychodziła ze swojego ciała, ale nadal posiadała coś w rodzaju ciała widmowe go, które mogło chodzić. Wszystko działało, dopóki jej widmowe oczy nie spojrzały w dół i nie zobaczyły, że jest tylko tym widmowym ciałem. Kiedy do tego dochodziło, jakaś jej cząstka wpadała w panikę i natychmiast znowu wracała do ciała materialnego.

W końcu Tiffany postanowiła zachować tę sprawę dla siebie. Przecież nauczycielce nie trzeba mówić absolutnie wszystkiego. W każdym razie była to całkiem przydatna sztuczka dla kogoś, kto nie ma lustra.

Panna Tyk była kimś w rodzaju łowcy czarownic. Zdawało się, że czarownictwo tak właśnie funkcjonuje. Niektóre czarownice magicznie poszukiwały obiecujących dziewcząt, a potem znajdowały im starszą czarownicę, żeby im pomagała. Czarownice nie uczyły nikogo, jak co robić. Uczyły, jak wiedzieć, co się robi.

Czarownice trochę przypominały koty. Nie bardzo lubiły swoje towarzystwo, ale lubiły wiedzieć, gdzie są wszystkie inne czarownice, na wszelki wypadek, gdyby były potrzebne. A potrzebne były, żeby powiedzieć jak przyjaciółki, kiedy człowiek zaczynał chichotać.

Czarownice mało czego się obawiają, mówiła panna Tyk. Ale i te najpotężniejsze, nawet jeśli o tym nie mówią, boją się czegoś, co nazywają „przejściem na złą stronę". Zbyt łatwo jest im zsunąć się w jakieś niedbałe drobne okrucieństwa, ponieważ one mają moc, a inni ludzie nie; zbyt łatwo uznać, że inni ludzie specjalnie się nie liczą, zbyt łatwo dojść do wniosku, że pojęcie dobra i zła do nich samych nie ma zastosowania. A na końcu tej drogi czarownica ślini się i chichocze do siebie, całkiem sama w domku z piernika, i hoduje na nosie kurzajki.

Czarownice musiały wiedzieć, że inne czarownice ich pilnują.

I właśnie po to ten kapelusz, pomyślała Tiffany. W każdej chwili mogła go dotknąć, jeśli tylko zamknęła oczy. Służył za przypomnienie…

– Tiffany! – zawołała od schodów mama. – Przyszła panna Tyk!

* * *

Wczoraj Tiffany pożegnała się z babcią Obolałą…

Żelazne koła starej chaty pasterskiej wysoko na wzgórzach do połowy zapadły się w murawę. Pękaty piecyk, ciągle stojący krzywo na trawie, poczerwieniał od rdzy. Zabierały je kredowe wzgórza, tak jak zabrały kości babci Obolałej.

Reszta chaty spłonęła w dniu, kiedy pogrzebano babcię. Żaden pasterz nie ośmieliłby się skorzystać z tej chaty, a co dopiero spędzić w niej nocy. Babcia Obolała była w ludzkich myślach postacią zbyt wielką, zbyt trudną do zastąpienia. Nocą i dniem, przez okrągły rok, była krainą Kredy: jej najlepszym pasterzem, jej najmądrzejszą kobietą, jej pamięcią. Całkiem jakby te zielone wzgórza miały duszę, która chodziła po nich w starych butach i workowatym fartuchu, paliła cuchnącą fajkę i leczyła owce terpentyną.

Pasterze opowiadali, że babcia Obolała potrafiła tak przekląć niebo, że aż siniało. Białe pierzaste chmurki latem nazywali „jagniątkami babci Obolałej". I chociaż śmiali się, gdy to mówili, w jakimś sensie wcale nie żartowali.

Żaden pasterz nie pozwoliłby sobie na zamieszkanie w tej chacie, żaden.

Dlatego wycięli murawę i pochowali babcię Obolałą w Kredzie, a potem podlali tę murawę, żeby nie został żaden ślad. I spalili chatę.

Owcza wełna, tytoń Wesoły Żeglarz i terpentyna…

…były zapachami pasterskiej chaty i zapachami babci. Takie rzeczy pozostają w ludzkiej pamięci, sięgają do samego serca. Tiffany wystarczyło znowu je poczuć, by znaleźć się z powrotem w cieple, ciszy i bezpieczeństwie chaty. Tam chodziła, kiedy była smutna, i tam chodziła, kiedy była szczęśliwa. A babcia Obolała zawsze uśmiechała się, parzyła herbatę i milczała. W tej pasterskiej chacie nie mogło się zdarzyć nic złego. Była fortecą chroniącą przed całym światem. Nawet teraz, kiedy babcia Obolała odeszła, Tiffany nadal lubiła tu przychodzić.

Teraz stała tutaj, wiatr dmuchał nad trawą, a owcze dzwonki brzęczały w oddali.

– Muszę… – Przełknęła ślinę. – Muszę wyjechać. Muszę się nauczyć, jak być prawdziwą czarownicą, a tutaj nie ma nikogo, kto by mi to pokazał. Muszę… pilnować tych wzgórz jak ty kiedyś. Potrafię… robić różne rzeczy, ale nic nie wiem o tych rzeczach, a panna Tyk mówi, że czego człowiek nie wie, może go zabić. Chcę być taka dobra jak ty. I wrócę! Wrócę niedługo! Obiecuję, że wrócę lepsza, niż wyjeżdżam!

Błękitny motyl, porywem wiatru zdmuchnięty ze swego toru, wylądował Tiffany na ramieniu, raz czy dwa machnął skrzydełkami i odfrunął.

Babcia Obolała nie miała wprawy ze słowami. Zbierała ciszę tak, jak inni zbierali sznurek. Ale potrafiła nic nie mówić tak, że mówiło to wszystko.

Tiffany została jeszcze chwilę, dopóki łzy jej nie obeschły, a potem ruszyła z powrotem w dół, pozostawiając nieustający wiatr, by kręcił się na kołach i świszczał w kominie pękatego piecyka. Życie toczyło się dalej.

Nie było niczego niezwykłego w tym, że dziewczynka w wieku Tiffany wyruszała „na służbę". Oznaczało to, że miała gdzieś pracować jako służąca. Tradycyjnie zaczynała, pomagając jakiejś staruszce, która mieszkała całkiem sama; staruszka nie mogła płacić zbyt wiele, ale pierwsza praca prawdopodobnie i tak nie była wiele warta.

W rzeczywistości Tiffany praktycznie sama prowadziła mleczarnię ich Farmy Rodzinnej, jeśli tylko ktoś jej pomógł w przenoszeniu wielkich maselnic. Rodzice dziwili się, że w ogóle chce pójść na służbę. Ale, jak wyjaśniła, wszyscy tak robili. Człowiek mógł zobaczyć kawałek świata. Poznać nowych ludzi. Nigdy nie wiadomo, do czego to może doprowadzić.

W ten sposób, dość chytrze, przeciągnęła mamę na swoją stronę. Bogata ciotka mamy wyruszyła kiedyś, by być pomocnicą w kuchni, potem pokojówką, a później ciągle awansowała, aż została ochmistrzynią, wyszła za kamerdynera i mieszkała w pięknym domu. Ten piękny dom nie należał do niej i mieszkała tylko w jego niewielkim fragmencie, ale była praktycznie damą.

Tiffany nie zamierzała być damą. Zresztą to i tak była tylko wymówka. A panna Tyk o wszystkim wiedziała.

Za czarownictwo nie wolno brać pieniędzy, więc wszystkie czarownice miały też jakąś dodatkową pracę. Panna Tyk była w zasadzie czarownicą udającą nauczycielkę. Podróżowała po świecie z innymi wędrownymi nauczycielami, którzy jeździli z miejsca na miejsce i uczyli wszystkich wszystkiego w zamian za jedzenie albo używaną odzież.

Była to wygodna metoda podróży, ponieważ ludzie w Kredzie nie ufali czarownicom. Uważali, że w księżycowe noce tańczą pod gołym niebem bez bielizny. Tiffany spytała o to i – ku swej uldze – dowiedziała się, że nie jest to konieczne dla bycia czarownicą. Można to robić, jeśli ma się ochotę, ale dopiero po sprawdzeniu, gdzie są pokrzywy, osty i jeże.

Zresztą, skoro już o tym mowa, ludzie nie dowierzali również wędrownym nauczycielom, bo oni podobno kradli kury i porywali dzieci (co w pewnym sensie było prawdą). Wędrowali od wsi do wsi w swoich krzykliwie dekorowanych wozach, nosili długie szaty ze skórzanymi łatami na rękawach oraz dziwaczne płaskie kapelusze i rozmawiali między sobą, używając pogańskiej mowy, której nikt nie rozumiał, z takimi wyrażeniami jak Alea iacta est albo Quid pro quo. Ukrywanie się wśród nich przychodziło pannie Tyk bez trudu. Jej szpiczasty kapelusz był wersją zamaskowaną – wyglądał jak czarny słomkowy kapelusz z papierowymi kwiatami, dopóki nie zwolniło się ukrytej sprężyny.

Przez ostatni mniej więcej rok mama Tiffany mocno się dziwiła nagłym pragnieniem edukacji u córki. Ludzie we wsi uważali edukację za rzecz dobrą, byle z umiarem; przyjmowana w nierozsądnych dawkach mogła prowadzić do niepokoju.

I wreszcie, miesiąc temu, nadeszła wiadomość: „Bądź go towa".

Panna Tyk w swym kwiecistym kapeluszu odwiedziła farmę i wyjaśniła państwu Obolałym, że pewna starsza dama w górach usłyszała o wybitnej biegłości Tiffany w produkcji serów i chciałaby zaproponować jej stanowisko służącej za cztery dolary miesięcznie, jeden dzień wolnego w tygodniu, własne łóżko i tydzień wakacji w okresie Strzeżenia Wiedźm.

Tiffany znała swoich rodziców. Trzy dolary na miesiąc to trochę za mało, a pięć – podejrzanie dużo. Jednakże biegłość w serowarstwie warta była dodatkowego dolara. A własne łóżko to także miły dodatek – zanim większość sióstr Tiffany opuściła rodzinny dom, sypianie po dwie siostry w łóżku stanowiło normę.

To była dobra oferta.

Na rodzicach panna Tyk wywarła duże wrażenie, ale trochę się jej bali. Wychowano ich jednak tak, by wierzyli, że ludzie, którzy wiedzą więcej niż oni i używają trudnych słów, są ważni – a zatem się zgodzili.

Kiedy tamtej nocy Tiffany kładła się spać, przypadkiem usłyszała, jak rozmawiają na ten temat. Całkiem łatwo było przypadkiem usłyszeć rozmowę na dole, jeśli postawiło się na podłodze odwróconą szklankę i przypadkiem przyłożyło do niej ucho.

Usłyszała, jak ojciec mówi, że Tiffany w ogóle nie musi odchodzić. I usłyszała, jak mama odpowiada, że wszystkie dziewczęta chcą zobaczyć szeroki świat, więc lepiej zaspokoić tę ciekawość. Poza tym Tiffany to zdolna dziewczynka i nosi na karku rozsądną głowę. A jeśli będzie ciężko pracować, nie ma powodu, by pewnego dnia nie została służącą kogoś ważnego, jak kiedyś ciotka Hettie, i zamieszkała w wielkim domu z wygódką wewnątrz.

Ojciec odpowiedział, że Tiffany sama się przekona, iż szorowanie podłóg wszędzie jest takie samo.

Matka odparła, że cóż, w takim razie znudzi się i wróci do domu, kiedy minie rok, a przy okazji, co to znaczy „biegłość", chodzi o bieganie z tymi serami?

Wyjątkowe umiejętności, pomyślała Tiffany. Mieli w domu stary słownik, ale mama nigdy do niego nie zaglądała, ponieważ widok tych wszystkich słów ją denerwował. Tiffany przeczytała go do samego końca.

Tak było wtedy, a teraz – miesiąc później – owijała w kawałek czystej szmatki swoje stare buty, które nosiły przed nią wszystkie jej siostry, i chowała je do używanej walizki, którą kupiła jej matka. Walizka wyglądała, jakby zrobiono ją z marnej tektury albo sprasowanych winogronowych pestek zmieszanych z woskowiną uszną; trzeba było wiązać ją sznurkiem.

 

Nastąpiły pożegnania. Tiffany płakała trochę, jej mama płakała dużo, a młodszy brat Wentworth płakał także na wypadek, gdyby miał dostać za to cukierka. Ojciec Tiffany nie płakał, ale dał jej srebrnego dolara i dość szorstkim tonem powiedział, by koniecznie raz w tygodniu pisała do domu, co jest męską wersją płaczu. Tiffany pożegnała się z serami w mleczarni, owcami w zagrodzie, a nawet z kotem Hultajem.

Potem wszyscy – oprócz serów i kota – stanęli przy bramie i machali… no dobrze, owce też nie… jej i pannie Tyk, aż kredowobiałym traktem dotarły prawie do wioski.

Potem zapadła cisza, którą zakłócał tylko chrzęst ich butów na kamienistej drodze i nieskończone trele skowronków nad głowami. Kończył się już sierpień, a nowe buty cisnęły.

– Na twoim miejscu bym je zdjęła – oświadczyła po chwili panna Tyk.

Tiffany usiadła obok drogi i wyjęła z walizki stare. Nie próbowała nawet pytać panny Tyk, skąd wie o tych błyszczących nowych. Czarownice uważały… Stare buty, choć musiała do nich wkładać kilka par skarpet, były o wiele wygodniejsze i łatwo się w nich chodziło. Te buty chodziły na wiele lat przed narodzinami Tiffany.

– Czy zobaczymy dzisiaj jakichś… małych ludków? – spytała panna Tyk, kiedy ruszyły dalej.

– Nie wiem, panno Tyk – odparła Tiffany. – Miesiąc temu im mówiłam, że odchodzę. O tej porze roku są bardzo zapracowani. Ale jeden czy dwóch zawsze mnie obserwuje.

Panna Tyk rozejrzała się szybko.

– Niczego nie widzę – oświadczyła. – Ani nie słyszę.

– Po tym można poznać, że tam są – wyjaśniła Tiffany. – Kiedy mi się przyglądają, zawsze robi się trochę ciszej. Ale nie pokażą się, kiedy pani ze mną idzie. Trochę się boją wiedźm… tak nazywają czarownice – dodała pospiesznie. – Nic osobistego.

Panna Tyk westchnęła.

– Kiedy byłam mała, bardzo chciałam zobaczyć piktale – wyznała. – Wystawiałam im mleko na spodeczkach. Oczywiście później zrozumiałam, że to nie było najlepsze posunięcie.

– Nie. Powinna pani użyć mocnego alkoholu.

Tiffany zerknęła na żywopłot i zdawało jej się, że mignął jej tam błysk rudych włosów. I uśmiechnęła się trochę nerwowo.

Była – choć tylko przez kilka dni – kimś najbliższym królowej elfów, czym może być ludzka istota. Owszem, nazywano ją keldą, a nie królową, a tylko ktoś, kto szuka zwady, mógłby prosto w twarz nazwać Nac Mac Feeglów elfami. Z drugiej strony Nac Mac Feeglowie zawsze szukali zwady, w pogodnym stylu; kiedy nie mieli z kim walczyć, bili się między sobą, a jeśli któryś zostawał całkiem sam, kopał się w nos, żeby nie wyjść z wprawy.

Formalnie rzeczywiście mieszkali w Krainie Baśni, ale zostali wypędzeni, prawdopodobnie za pijaństwo. A teraz… ponieważ jeśli ktoś raz był ich keldą, nigdy o tym nie zapominali…

…zawsze tam byli.

Zawsze przynajmniej jeden przebywał gdzieś na farmie albo krążył na myszołowie ponad kredowymi wzgórzami. I pilnowali jej, gotowi pomagać i bronić, czy tego chciała, czy nie. Tiffany starała się w tej kwestii być możliwie uprzejma. Swój pamiętnik chowała na samym końcu szuflady, szczeliny w ścianach wygódki zatkała zwiniętym papierem, zrobiła też co mogła ze szczelinami między deskami podłogi. W końcu to przecież mali mężczyźni… Wiedziała, że starają się ukrywać, by jej nie denerwować, ale nabrała wprawy w wypatrywaniu ich.

Spełniali życzenia – nie takie magiczne, bajkowe trzy życzenia, takie, które zawsze w efekcie przynoszą więcej szkody niż pożytku, ale takie zwyczajne, codzienne. Nac Mac Feeglowie byli nadzwyczaj silni, nieustraszeni i niewiarygodnie szybcy, ale nie całkiem rozumieli, że to, co ludzie mówią, nie zawsze jest tym, co myślą. Któregoś dnia w mleczarni Tiffany powiedziała: „Chciałabym mieć ostrzejszy nóż do krojenia tego sera", a najostrzejszy nóż jej matki drżał wbity w stół, praktycznie zanim jeszcze skończyła mówić.

„Chciałabym, żeby przestało padać" było chyba w porządku, ponieważ Feeglowie nie potrafili rzucać prawdziwych czarów, ale nauczyła się uważać, by nie życzyć sobie niczego, co mogliby zrealizować mali, zdeterminowani, silni, odważni i szybcy ludzie, którzy w dodatku nie mieli nic przeciwko skopaniu kogoś przy okazji, jeśli przyszła im ochota.

Życzenia wymagały namysłu. Pewnie nigdy nie powiedziałaby głośno „Chciałabym wyjść za pięknego księcia"; jednak świadomość, że gdyby jednak, to zapewne za drzwiami znalazłaby ogłuszonego księcia, związanego kapłana i uśmiechniętego Nac Mac Feegla, gotowego do roli pierwszego drużby, stanowczo skłaniała, by uważać na własne słowa. Jednak bywali pomocni, w dość chaotycznym stylu, a ona przyzwyczaiła się, by zostawiać im rzeczy niepotrzebne w domu, ale przydatne dla małych ludków, takie jak malutkie łyżeczki do musztardy, szpilki czy wazę do zupy, która mogła Feeglom posłużyć za wannę, oraz – gdyby nie zrozumiały aluzji – trochę mydła.

Mydła nie kradli.

Po raz ostatni odwiedziła starożytny kopiec pogrzebowy na kredowym wzgórzu, gdzie mieszkali piktale, aby wziąć udział w ceremonii weselnej Roba Rozbója, Wielkiego Gościa klanu, oraz Jeannie z Długiego Jeziora. Jeannie miała zostać nową keldą i resztę swojego życia spędzić w kopcu, rodząc dzieci jak królowa pszczół.

Feeglowie z innych klanów także zjawili się na ceremonii, ponieważ jeśli Feegle lubi coś bardziej niż przyjęcie, jest to więk sze przyjęcie. A jeśli lubi coś bardziej od większego przyjęcia, to większe przyjęcie, na którym ktoś inny płaci za drinki. Prawdę mówiąc, Tiffany czuła się tam trochę obco, bo była dziesięć razy wyższa od następnej pod względem wzrostu osoby, ale traktowano ją uprzejmie, a Rob Rozbój wygłosił długie przemówienie na jej temat, nazywając ją „naszą świetną wielką ciut młodą wiedźmą", zanim zwalił się twarzą w pudding. Było tam bardzo gorąco i bardzo głośno, ale przyłączyła się do wiwatów, kiedy Jeannie przeniosła Roba Rozbója nad położoną na ziemi malutką miotłą. Tradycyjnie państwo młodzi powinni razem nad miotłą przeskoczyć, ale – równie tradycyjnie – żaden szanujący się Feegle w dniu swego wesela nie był trzeźwy.

Ostrzeżono ją, że rozsądnie będzie opuścić wtedy przyjęcie, ze względu na tradycyjną bójkę między klanem panny młodej i klanem pana młodego. Taka bójka mogła potrwać aż do piątku.

Tiffany skłoniła się przed nową keldą, bo tak się zachowują wiedźmy, i dobrze się jej przyjrzała. Jeannie była dobra, słodka i bardzo ładna. Miała też błysk w oku i dumnie unosiła podbródek. Dziewczęta Nac Mac Feeglów są bardzo rzadkie i dorastają, wiedząc, że pewnego dnia zostaną keldami; Tiffany miała silne przeczucie, że życie małżeńskie okaże się dla Roba Rozbója trudniejsze, niż się spodziewał.

Żałowała, że ich zostawia, ale nie bardzo. Byli w pewien sposób mili, ale po pewnym czasie zaczynali działać na nerwy. Zresztą miała przecież jedenaście lat i nabrała przekonania, że w pewnym wieku nie wypada już wciskać się do dziur w ziemi i rozmawiać z małymi ludkami.

Poza tym krótkie spojrzenie, jakim obrzuciła ją Jeannie, było pełne jadu. Tiffany bez trudu odczytała jego znaczenie. Była kiedyś keldą tego klanu, choć tylko przez krótki czas; miała też zostać żoną Roba Rozbója, choć był to tylko polityczny manewr. Jeannie wiedziała o tym wszystkim, ale jej spojrzenie mówiło: „On jest mój. To miejsce jest moje. Nie chcę cię tutaj! Trzymaj się z daleka!".

* * *

Jezioro milczenia otaczało idące ścieżką Tiffany i pannę Tyk, ponieważ stworzenia, które zwykle szeleszczą w żywopłotach, wolą zachowywać ciszę, gdy w pobliżu są Nac Mac Feeglowie.

Na wiejskiej łące czarownica i dziewczynka usiadły, by zaczekać na wóz, jadący trochę szybciej niż idący człowiek. Taki wóz potrzebował pięciu godzin, by dostarczyć je do Dwukoszula, gdzie – jak sądzili rodzice Tiffany – wsiądą do wielkiego dyliżansu kursującego aż do odległych gór i jeszcze dalej.

Tiffany widziała już nadjeżdżający wóz, kiedy usłyszała tętent kopyt po łące. Odwróciła się i miała wrażenie, że serce jej równocześnie zamarło i usiłuje wyskoczyć z piersi.

To był Roland, syn barona, na pięknym czarnym wierzchowcu. Zeskoczył, zanim jeszcze koń się zatrzymał, a potem stał w miejscu i wyglądał na zakłopotanego.

– Och, widzę tam piękny i interesujący egzemplarz tego… no… dużego kamienia – oświadczyła panna Tyk głosem tak słodkim, że aż lepkim. – Pójdę mu się przyjrzeć, dobrze?