ZimistrzTekst

Z serii: Świat dysku
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zimistrz
Zimistrz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 53,80  43,04 
Zimistrz
Zimistrz
Zimistrz
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Trudno dokładnie określić, co takie urządzenia robiły. Panna Tyk uważała, że stanowią metodę odkrywania, o czym wiedzą różne ukryte części umysłu. Urządzenie należało za każdym razem budować od początku i tylko z przedmiotów znalezionych we własnych kieszeniach. Ale to przecież nic złego nosić po kieszeniach różne interesujące przedmioty – na wszelki wypadek.

W niecałą minutę panna Tyk miała urządzenie z: jednej dwunastocalowej linijki jednej sznurówki jednego kawałka używanego sznurka czarnej nitki jednego ołówka jednej temperówki małego kamyka z otworem na wylot pudełka zapałek mieszczącego mącznika imieniem Roger oraz kawałeczka chleba, żeby miał co jeść, ponieważ każde urządzenie musi zawierać coś żywego mniej więcej pół paczki Powlekanych Cukierków na Gardło Pani Czystozłotej guzika

Wyglądało jak kocia kołyska albo splątane nitki bardzo dziwnej marionetki.

Panna Tyk patrzyła, czekając, aż urządzenie ją odczyta. A potem linijka zakręciła się dookoła, cukierki na gardło eksplodowały w chmurę czerwonego pyłu, ołówek wystrzelił i wbił się w kapelusz panny Tyk. Szron pokrył linijkę.

Coś takiego nie powinno się zdarzyć.

* * *

Panna Spisek siedziała na parterze swej chatki i przyglądała się Tiffany śpiącej w niskiej sypialni na górze. Robiła to poprzez mysz siedzącą teraz na zmatowiałej mosiężnej ramie łóżka. Za szarymi oknami (panna Spisek nie myła ich od pięćdziesięciu trzech lat, a Tiffany nie zdołała usunąć całego brudu) wiatr zawodził pośród drzew, chociaż było dopiero popołudnie.

Szuka jej, myślała panna Spisek, karmiąc kawałkiem pradawnego sera drugą mysz na swych kolanach. Ale tutaj jej nie znajdzie. Tutaj jest bezpieczna.

I nagle mysz uniosła łebek znad sera. Coś usłyszała.

– Mówiłem wam! Ona gdziesik tu jest, chłopoki!

– Nie wim, cemu nie można pogadoć ze starom wiedźmom! Dobze se radzimy z wiedźmami!

– Można, ale ta to strrrrosno je. Mówio, ze w tej mokrej piwnicy cymo okropnego demona.

Panna Spisek zrobiła zdziwioną minę.

– Oni? – szepnęła do siebie.

Głosy dobiegały spod podłogi. Posłała więc mysz po deskach do dziury.

– Nie kcem was łozcorować, ale ześmy som akurot w tej piwnicy i widze tu ino śmieci.

Po dłuższej chwili odezwał się drugi głos.

– No to gdzie łon?

– Może se wzioł dzień wolnego?

– A po co demonowi dzień wolnego?

– Moze coby mógł se pojechać i łodwidzić staro matke i łojca.

– Niby jok? Demony majom matki i łojców, co?

– Łojzicku, sestońcie gadoć syscy! Jesce nos usłysy!

– Ni, jest ślepo jako gacek, a głucha jako pień. Tak mówiom.

Panna Spisek uśmiechnęła się, gdy mysz wysunęła się z szorstkiej kamiennej ściany piwnicy tuż nad podłogą. Myszy mają świetny słuch. Mogą też całkiem dobrze widzieć w mroku. Spojrzała przez jej oczy…

Niewielka grupka ludzików skradała się przez piwnicę. Skórę mieli niebieską, pokrytą tatuażami i brudem. Wszyscy nosili brudne kilty, a każdy miał na plecach miecz wielki jak on sam. Wszyscy też mieli rude włosy, prawdziwie pomarańczoworude, zawiązane w nierówne końskie ogony. Jeden dźwigał na głowie króliczą czaszkę w roli hełmu; wyglądałby bardziej przerażająco, gdyby nie zsuwała mu się stale na oczy.

W pokoju nad nimi panna Spisek znowu się uśmiechnęła. A zatem słyszeli o pannie Spisek… Ale nie słyszeli dosyć.

Kiedy czterech ludzików wymknęło się z piwnicy przez opuszczoną szczurzą norę, obserwowały ich jeszcze dwie myszy, pięć różnych chrząszczy i ćma. Przeszli na palcach obok starej czarownicy, która najwyraźniej spała mocno – przynajmniej do chwili, kiedy uderzyła pięściami o poręcze fotela i wrzasnęła:

– Bang! Widzę was tamoj, wy ciut badonie!

Feeglowie zareagowali panicznie; zaskoczeni i przerażeni, zderzali się ze sobą.

– Ni pamiętom, cobym kazała wam sie rusoć! – krzyknęła panna Spisek, uśmiechając się przerażająco.

– Oj, bida, bida, bida! Ona wi, jak godoć! – zaszlochał któryś.

– Jesteście Nac Mac Feegle, tak? Ale ni poznowam znaków klanu. Spokój tam, przeco nie usmażo was na oleju. Ty! Jako ci na imie?

– Jestem Rob Rozbój, Wielki Gość klanu z Kredowego Wzgórza – odpowiedział ten w hełmie z króliczej czaszki. – A…

– Tak? Wielki Gość to ty, tak? To zróbze mi upsejmość i zewlec ten kościsty beret, kiedy ze mno godos. – Panna Spisek bawiła się znakomicie. – I weźze stań prosto. Nie bedzie sie zoden garbił w moim domu!

Czterech Feeglów natychmiast stanęło na baczność.

– I dobze – pochwaliła panna Spisek. – A resto to co za jedne?

– To mój brat Tępak Wullie, panienko. – Rob Rozbój potrząsnął za ramię Feegla, który był tak chętny do biadania. W tej chwili ze zgrozą patrzył na Enochi i Athootitę.

– A dwóch pozostałych… to znaczy: a te dwa gamonie? Ty tam, znaczy tamoj. Mos mysie dudy. Jesteś gonaglem?

– Tak, pani – przyznał Feegle, który wyglądał czyściej i porządniej niż inni. Choć trzeba zaznaczyć, że są stworzenia żyjące pod starymi pniami, które są czyściejsze i porządniejsze niż Tępak Wullie.

– A nazywos sie…

– Ciut Okropny Billy Brodacz, pani.

– Twardo na mie pacys, Ciut Okropny Billy Brodaczu – zauważyła panna Spisek. – Bois sie?

– Nie, pani. Podziwiołem cie. Serce we mnie rośnie, kiedy widzem carownice tak… carownicowom.

– Ha! Widzem, co mam tu mondrale. A kim jest ten twój wielki syjaciel, panie Billy?

Billy szturchnął Dużego Jana. Mimo swego ogromnego – jak na Feegla – wzrostu, Duży Jan wydawał się zdenerwowany. Jak wiele osób o potężnych mięśniach czuł się zakłopotany w obecności osób silnych na inne sposoby.

– To Duzy Jan, pani – przedstawił go Billy, gdy Duży Jan wpatrywał się we własne stopy.

– Widzem, co ma nasyjnik z wielkich zębów – rzekła panna Spisek. – Ludzkich zębów?

– Tak, pani. Ctery. Po jednym za kazdego gościa, którego łobalił.

– Mówimy tu o ludzkich mężczyznach? – zdumiała się panna Spisek.

– Tak, pani. Zwykle skoce na nich z dzewa głowom do psodu. Ma bardzo twardom głowe – wyjaśnił Billy na wypadek, gdyby nie było to oczywiste.

Panna Spisek wyprostowała się w fotelu.

– A terozki ładnie wtłumoccie, cemu zeście się tak podkradoli w moim domu. No już!

Nastąpiła krótka, bardzo krótka chwila milczenia. A potem z wyraźną satysfakcją odezwał się Rob Rozbój.

– Och, to cołkiem łatwiuśkie. Ześmy polowali na krupnioka.

– Nie, wcale nie – przerwała mu surowo czarownica. – Bo krupniok to kiska z łowcych podrobów, mięsa i krwi, doprawiona i wciśnięta w łowce flaki.

– Ach, ale to ino wtedy, kiedy ni mozno złapać prowdziwego – wyjaśnił ostrożnie Rob Rozbój. – I nijak on prowdziwemu nie dorosta. Łoj, chytro bestia z takiego krupnioka, co se nory ryje w piwnicach…

– I taka jest prawda? Polowaliście na krupnioka? Tak było, Tępaku Wullie? – spytała panna Spisek ostrym tonem. Wszystkie oczy, wliczając w to parę należącą do skorka, zwróciły się na nieszczęsnego Wulliego.

– Eee… no… ooch… aargh… bida, bida, bida! – jęknął Tępak Wullie i osunął się na kolana. – Prosem wos, pani, nie róbcie ze mnom nicego strasnego! – błagał. – Ten wos skorek łypie na mie łokropnie!

– No dobrze, zaczniemy od początku.

Panna Spisek zerwała opaskę z oczu. Feeglowie cofnęli się, kiedy dotknęła obu czaszek.

– Nie muszę widzieć, żeby wyniuchać kłamstwo – oświadczyła.

– Powiedzcie mi… jeszcze raz.

Rob Rozbój wahał się przez chwilę. W tej sytuacji było to dowodem wielkiej odwagi.

– Tu chodzi o wielko ciut wiedźme, pani – wyznał w końcu. – Po to psysliśmy.

– Wielką ciut… Ach, masz na myśli Tiffany?

– Ano.

– Mamy do wykononio tego małego zwierzoka – dodał Tępak Wullie, unikając spoglądania w ślepe oczy czarownicy.

– Jemu idzie o misię, pani – wyjaśnił Rob Rozbój, zerkając niechętnie na brata. – To takie…

– Niezwykle ważne zadanie do wypełnienia, od którego nie można się uchylić – dokończyła panna Spisek. – Wiem, co to misja. Ale dlaczego?

Przez sto trzynaście lat życia panna Spisek słyszała wiele. Teraz jednak zdumiona wysłuchała historii o ludzkiej dziewczynce, która przez kilka dni była keldą klanu Nac Mac Feeglów. A jeśli ktoś został ich keldą, choćby na kilka dni, będą go pilnować… zawsze.

– I ona jest keldo naszych wzgórz – dodał Billy Brodacz. – Dba o nie i je chroni. Ale… – Zawahał się.

– Naso kelda ma sny – podjął Rob. – Sny o psysłości. Sny o wzgórzach zamarzniętych, gdzie syscy nie zyjom, a wielka ciut wiedźma nosi lodowo korone.

– Na bogów!

– Ano. I to jesce nie syćko! – Billy rozłożył ręce. – Widzioła zielone dzewo rosnące w krainie lodu! Widzioła pierścień z żelaza! Widzioła cłowieka z gwoździem w sercu! Widzioła plagę kurcoków i ser, co chodzi jak cłowiek!

Przez chwilę trwała cisza. Przerwała ją panna Spisek.

– Pierwsze dwa, drzewo i pierścień, żaden problem. Dobry okultystyczny symbolizm. Gwóźdź też, bardzo metaforyczny. Mam pewne wątpliwości co do sera… Czyżby chodziło jej o Horacego? I nie jestem pewna, czy można mieć plagę kurczaków. Jak myślicie?

– Jeannie było cołki pewna co do kurcoków – oświadczył Rob Rozbój. – Śniło jej się wielo zecy dziwnych i strosnych, no to żesmy pomyśleli, ze zobacymy, jak se zyje wielka ciut wiedźma.

Rozmaite oczy panny Spisek wpatrywały się w niego. Rob odpowiadał spojrzeniem zaciekłej szczerości. Nawet nie drgnął.

– To przecież honorowe przedsięwzięcie – przyznała czarownica. – Czemu zaczęliście od kłamstwa?

– Och, kłamstwo byłoby o wielo ciekawse – wyjaśnił Rob.

– Kiedy prawda wydaje mi się dostatecznie ciekawa.

– Może być, ale zem chcioł dołozyć jesce łolbzymów, piratów i magicne łasice – oświadczył Rob. – Naprawdę dobro robota.

– Cóż… Kiedy panna Tyk przyprowadziła mi Tiffany, rzeczywiście mówiła, że ochraniają ją niezwykłe moce.

– Ano. To ło nos, zgadzo się.

 

– Ale panna Tyk jest dość apodyktyczna – dodała panna Spisek. – Przykro mi to przyznać, lecz niezbyt uważnie jej słuchałam. Zawsze mi powtarza, że te dziewczęta są pilne i bardzo chcą się uczyć, a na ogół okazuje się, że to zwykłe trzpiotki i chcą zostać czarownicami, żeby zawracać w głowach chłopcom. I uciekają po paru dniach. Ale ta nie ucieka, o nie! Ta raczej biegnie do tajemnic! Wiecie, że próbowała tańczyć z zimistrzem?

– Ano. Wimy – potwierdził Rob Rozbój. – Ześmy tam byli.

– Byliście?

– Ano. Ześmy sli za wami.

– Nikt was tam nie widział. Wiedziałabym, gdyby ktoś coś zauważył.

– Tak? No bo ześmy są dobre w tym, coby nas nie widzieli. – Rob uśmiechnął się z satysfakcją. – Aze dziwi, jacy ludzie nos nie widzom.

– Naprawdę próbowała zatańczyć z zimistrzem – powtórzyła panna Spisek. – Chociaż mówiłam jej, że nie wolno.

– Ha, ludzie ciągle nam gadajom, zeby cegoś nie robić. Stąd wimy, co jest najciekawse do zrobienio.

Panna Spisek przyglądała mu się oczami jednej myszy, dwóch kruków, kilku ciem i skorka.

– Istotnie. – Westchnęła. – Tak. Wiecie, kiedy ktoś ma już tyle lat, kłopot polega na tym, że młodość jest bardzo odległa. Czasami mam wrażenie, że przydarzyła się komuś innemu. Długie życie nie jest takie przyjemne, jak się powszechnie uważa, to fakt. Jest…

– Zimists suko tero wielkiej ciut wiedźmy – przerwał jej Rob. – Widzielim, jak tańcyła z zimistsem. A terozki on jej suko. Słysymy go w wyciu wichury.

– Wiem – przyznała panna Spisek. Znieruchomiała i nasłuchiwała przez chwilę. – Wiatr ucichł – oznajmiła. – Znalazł ją.

Chwyciła obie laski i ruszyła do schodów. Z zadziwiającą szybkością wspięła się na górę. Feeglowie przemknęli obok niej do sypialni, gdzie na wąskim łóżku spała Tiffany.

W czterech kątach pokoju paliły się świece na spodeczkach.

– W jaki sposób ją znalazł? – zapytała panna Spisek. – Przecież ją ukryłam! Wy, niebiescy, przynieście drewna. – Spojrzała na nich z surową miną. – Powiedziałam: przy…

Usłyszała kilka stuknięć. Kurz osiadł. Feeglowie przyglądali się jej wyczekująco. A patyki, bardzo dużo patyków, leżały ułożone na stos w malutkim kominku.

– Dobze zeście to załatwili – pochwaliła. – Iw som cos.

Płatki śniegu wlatywały przez komin.

Panna Spisek skrzyżowała przed sobą obie laski i tupnęła.

– Drewno spal! Ogniu płoń! – krzyknęła.

Stos drewna z palenisku rozjarzył się płomieniem. Ale szron osiadał już na oknie, z cichym trzaskiem rozrastały się na szybie białe gałęzie paproci.

– Nie pozwolę na coś takiego w moim wieku! – oświadczyła czarownica.

Tiffany otworzyła oczy.

– Co się dzieje? – spytała.

Rozdział trzeci
Tajemnica boffo


Nie jest dobrze leżeć przygniecionym przez oszołomionych tancerzy. To byli potężni mężczyźni. A Tiffany cała była Obolała i pokryta siniakami, w tym jednym o kształcie podeszwy, którego nigdy nikomu nie pokaże.

Feeglowie zapełniali każdą płaską powierzchnię w pomieszczeniu, gdzie stało krosno. Panna Spisek pracowała na nim, zwrócona plecami do pokoju, ponieważ – jak mówiła – pomagało jej to myśleć. Ale że była panną Spisek, nie miało to wielkiego znaczenia – nie brakowało jej wokół oczu i uszu, których mogła używać. Ogień płonął jasno, a wszędzie paliły się świece. Czarne świece, naturalnie.

Tiffany była zła. Panna Spisek nie krzyczała, nie podniosła nawet głosu. Westchnęła tylko i powiedziała: „Niemądre dziecko”, co zresztą okazało się o wiele gorsze, ponieważ Tiffany wiedziała, że zachowała się niemądrze. Jeden z tancerzy pomógł przynieść ją do chatki. A ona w ogóle tego nie pamiętała.

Czarownica nie robi czegoś tylko dlatego, że w danej chwili wydaje się to dobrym pomysłem. To już praktycznie chichot! Czarownica codziennie musi spotykać ludzi głupich, leniwych i ogólnie niemiłych, i z całą pewnością mogłaby sobie pomyśleć, że świat znacząco by się poprawił, gdyby im przyłożyć. Ale nie robi tego, gdyż – jak tłumaczyła kiedyś panna Tyk – a) świat stałby się lepszy tylko na bardzo krótki czas, b) potem natomiast stałby się trochę gorszy, i c) czarownica nie powinna być tak głupia jak oni.

Jej stopy się poruszyły, a ona ich posłuchała. A powinna słuchać swojej głowy. I teraz musiała siedzieć przy kominku panny Spisek z blaszanym termoforem na kolanach i opatulona szalem.

– Czyli ten zimistrz to ktoś w rodzaju boga? – zapytała.

– Cosik w tym rodzaju, zgadzo sie – potwierdził Billy Brodacz. – Ale nie taki do modlenia. On ino… robi zime. Wisz, tako robota.

– Jest żywiołakiem – rzuciła znad krosna panna Spisek.

– Ano – zgodził się Rob Rozbój. – Bogowie, żywiołoki, demony, duchy… Cosem trudno je łodroznić bez mapy.

– I ten taniec był na powitanie zimy? – zdziwiła się Tiffany. – Przecież to bez sensu. Taniec morris ma powitać lato…

– Dziecko z ciebie – zirytowała się panna Spisek. – Rok jest kołowy! Koło świata musi się kręcić! Tańczą czarnego morrisa właśnie dlatego, żeby zachować równowagę. Witają zimę z powodu ukrytego w niej nowego lata.

„Klik-klak” – stukało krosno. Panna Spisek tkała materiał z brązowej wełny.

– No więc dobrze – rzekła Tiffany. – Powitaliśmy ją… jego. Ale to jeszcze nie znaczy, że ma teraz mnie szukać!

– Dlaczego włączyłaś się do tańca? – spytała panna Spisek.

– Bo… Tam było miejsce i…

– No tak. Miejsce. Ale miejsce nie dla ciebie, głupi dzieciaku. Nie było przeznaczone dla ciebie. Tańczyłaś z nim i teraz on chce poznać tę dzielną dziewczynę. Nigdy nie słyszałam o takim braku rozsądku. Idź teraz i przynieś książkę, trzecią od prawej na drugiej półce od góry w mojej biblioteczce. – Wręczyła Tiffany ciężki czarny klucz. – Może chociaż z tym dasz sobie radę.

Czarownice nie muszą wymierzać głuptasom klapsów. Mają przecież zawsze gotowe ostre języki.

U panny Spisek było kilka półek z książkami – rzecz niezwykła u starszych czarownic. Półki wisiały wysoko, książki wyglądały na wielkie i ciężkie. Aż do teraz panna Spisek nie pozwalała Tiffany ich odkurzać, a co dopiero rozpinać czarnej żelaznej taśmy mocującej je do półek. Przychodzący ludzie zawsze zerkali na nie nerwowo – książki były niebezpieczne.

Tiffany rozpięła taśmę i wytarła kurz. Aha… książki, podobnie jak panna Spisek, nie były całkiem tym, czym się wydawały. Wyglądały jak magiczne księgi, a miały takie tytuły jak „Encyklopedia Zupy”. Był też słownik. A obok niego pajęczyny pokrywały książkę, o którą poprosiła czarownica.

Wciąż zaczerwieniona ze wstydu i gniewu, Tiffany ściągnęła książkę, z trudem uwalniając ją od pajęczyn. Niektóre z nich pękały z cichym „pling!”, sypał się kurz. Kiedy otworzyła książkę, zapachniało starym pergaminem, całkiem jak od panny Spisek. Tytuł, wypisany startymi niemal do czysta złotymi literami, głosił: „Starożytna mitologia klasyczna” Chaffincha. Było w niej pełno zakładek.

– Strony osiemnasta i dziewiętnasta – rzuciła panna Spisek, nie odwracając głowy.

Tiffany otworzyła książkę.

– „Taniec kór poru”? – zdziwiła się. – Czy nie powinno być „Taniec pór roku”?

– Niestety, ów artysta, Don Weizen de Yoyo, którego słynne arcydzieło tam widzisz, nie był równie utalentowany w literach, jak w malarstwie. Litery go niepokoiły. Zauważam jednak, że patrzysz na nie przed spojrzeniem na obrazek. Jesteś książkowym dzieckiem.

Obrazek był… dziwny. Ukazywał dwie postacie. Tiffany nie widziała nigdy kostiumów maskaradowych, w domu nie było pieniędzy na takie rzeczy. Ale czytała o nich i to było mniej więcej to, co sobie wyobrażała.

Na stronie byli mężczyzna i kobieta, a w każdym razie istoty wyglądające jak mężczyzna i kobieta. Kobieta podpisana „Lato” była wysoka, jasnowłosa i piękna, a zatem nie wzbudziła zaufania u niskiej Tiffany z brązowymi włosami. Trzymała coś, co wyglądało jak duży kosz w kształcie muszli, pełen owoców.

Mężczyzna, „Zima”, był stary, przygarbiony i siwy. Sople lodu połyskiwały mu na brodzie.

– Aha, tak by wyglondoł zimists, jak nic – uznał Rob Rozbój, spacerując po stronicy. – Stary Mrozek.

– On? – zdziwiła się Tiffany. – To ma być zimistrz? Wygląda, jakby miał ze sto lat.

– Młodzik, co? – rzuciła złośliwie panna Spisek.

– Nie doj mu sie pocałować, bo nos ci zesinieje i łodpodnie – ostrzegł Tępak Wullie wesoło.

– Tępaku Wullie, jak śmiesz tak mówić! – upomniała go surowo Tiffany.

– Chciołem ino poprowić nastrój – tłumaczył się zakłopotany Wullie.

– To oczywiście tylko artystyczna impresja – wyjaśniła panna Spisek.

– Co to znaczy? – Tiffany patrzyła na obrazek. Był błędny, wiedziała o tym. On wcale tak nie wyglądał.

– Znocy, ze se to wymyślił – stwierdził Billy Brodacz. – Pseco go nie widzioł, nie? Nikt nie widzioł zimistsa.

– Jesce – dodał Wullie.

– Wullie – zwrócił się do brata Rob. – Pamintos, jako ci mówiłem o taktownych uwogach?

– Tak, Rob, dobze pamintom – odparł posłusznie Wullie.

– Co ześ powidzioł, to nie była jedno z nich.

Wullie zwiesił głowę.

– Pseprosom, Rob.

Tiffany zacisnęła pięści.

– Nie chciałam, żeby to wszystko się stało!

Panna Spisek z powagą odwróciła się w fotelu.

– Czego chciałaś? Może mi wytłumaczysz? Czy tańczyłaś powodowana młodzieńczą skłonnością do sprzeciwiania się starszym? Chcieć to myśleć. Czy ty w ogóle myślałaś? Już wcześniej inni włączali się do tańca. Dzieci, pijacy, młodzi ludzie dla głupiego zakładu… Nic się nie stało. Wiosenne i jesienne tańce są… są tylko dawną tradycją, jak uważa większość ludzi. Sposobem zaznaczenia tej chwili, kiedy ogień i lód przekazują sobie władzę nad światem. Niektórzy z nas uważają, że wiedzą lepiej. Sądzimy, że coś się wtedy dzieje. Dla ciebie taniec stał się realny, i coś się rzeczywiście stało.

I teraz zimistrz cię szuka.

– Dlaczego? – wykrztusiła Tiffany po chwili.

– Nie wiem. Czy coś widziałaś podczas tańca? Słyszałaś?

Jak można opisać uczucie bycia wszędzie i wszystkim? Nawet nie próbowała.

– Ja… Zdawało mi się, że słyszę głos, a może dwa głosy… Pytały mnie, kim jestem.

– Interesujące – stwierdziła panna Spisek. – Dwa głosy? Muszę przemyśleć, co z tego wynika. Natomiast nie rozumiem, w jaki sposób cię odnalazł. Zastanowię się nad tym. A tymczasem przypuszczam, że rozsądnie będzie nosić ciepłą odzież.

– Ano – zgodził się Rob Rozbój. – Zimists nie znosi ciepła. Aha! Nastepnom razom własnej głowy zapomne! Psynieslimy ciut list z tej dziupli w dzewie w lesie. Dajze go wielkiej ciut wiedźmie, Wullie! Wzielimy go po drodze.

– List? – powtórzyła Tiffany.

Krosno stukało za jej plecami, a Tępak Wullie zaczął wyciągać ze spoga brudną, zwiniętą w rulon kopertę.

– To łod tego ciut niedołęgi na zamku – mówił dalej Rob, a jego brat ciągnął za kopertę. – Pise, że dobze mu sie wiedzie i licy, ze tobie takoz. Ma nadzieje, ze niedługo wrócis, potem duzo pise o róznych łowieckach i takich tam, nie bardzo ciekawe moim zdaniem, i jesce dopisał na dole ZUP P, ino ześmy jesce nie wymyślili, co łono znocy.

– Czytaliście mój list?! – spytała Tiffany ze zgrozą.

– Ano, cytoliśmy – potwierdził dumnie Rob. – Zoden kłopot. Ten tutoj Billy Brodocz mi troche pomogoł psy długsych słowach, ale prowie coły ja som. Ano. – Rozpromienił się, ale jego uśmiech znikł, kiedy zobaczył minę Tiffany. – Aha, widzem, coś je ciut zło, bo ześmy łotwozyli te koperte – rzekł. – Ale nic jej nie je, zesmy jo potem znowu zakleili ślimokiem. Nigdy byś nie zgodła, że list był cytany.

Odchrząknął, gdyż Tiffany wciąż była wściekła. Wszystkie kobiety są dla Feeglów trochę przerażające, a już najgorsze są czarownice.

W końcu, kiedy już naprawdę zaczął się denerwować, zapytała:

– Skąd wiedzieliście, gdzie szukać tego listu?

Zerknęła z ukosa na Tępaka Wulliego, który przygryzał brzeg swojego kiltu. Robił to jedynie wtedy, kiedy był przerażony.

– No… a chces posłuchoć ciut małego kłamstwa? – spytał Rob.

– Nie.

– Ciekowe je. Ma smoki i jednorozce…

– Nie. Chcę poznać prawdę!

– Ale łona je tako nudno… Poslimy do zamku barona i ześmy przecytoli listy, co mu je pises, no i… no i ześ tam pisoła, że listonos wie, co ma listy do ciebie łostowioć w dziupli dzewa psy wodospadzie.

Gdyby zimistrz wszedł teraz do chatki, atmosfera nie byłaby bardziej lodowata.

– Listy łot ciebie cymo w pudełku pod… – zaczął Rob i zaraz potem zamknął oczy, gdyż cierpliwość Tiffany strzeliła z brzękiem głośniejszym nawet niż dziwaczne pajęczyny panny Spisek.

– Nie wiecie, że nie wolno czytać cudzych listów? – zapytała groźnie.

– No… – zaczął Rob Rozbój.

 

– I włamaliście się do zamku ba…

– Ach, ach, ach, nie, nie, nie – przerwał jej Rob, podskakując ze zdenerwowania. – Na to nos nie weźmis! Ześmy se zwycojnie wesli przez to małe ciut łokienko do scelanio z łuków.

– A potem przeczytaliście moje prywatne listy, pisane prywatnie do Rolanda? Przecież były prywatne!

– Ano tak – przyznał Rob. – Ale nie fesztuj się, nikomu nie powiemy, co w nich było.

– Nigdy przecie nie powiedzieliśmy nikomusieńku, co pises w pamiętniku – wtrącił Tępak Wullie. – Nawet w tych kawołkach, co rysujes dookoła kwiotki.

Panna Spisek uśmiecha się do siebie za moimi plecami, myślala Tiffany. Po prostu wiem, że się uśmiecha.

Niestety, skończyły jej się gniewne tony głosu. Tak się działo, kiedy człowiek przez dłuższy czas rozmawiał z Feeglami.

Byłaś ich keldą, przypomniała jej Druga Myśl. Chronienie cię uważają za swój obowiązek. Nieważne, co o tym myślisz. Oni strasznie skomplikują ci życie.

– Nie czytajcie moich listów – rzekła. – I nie czytajcie mojego pamiętnika.

– Dobra – zgodził się Rob Rozbój.

– Obiecujesz?

– Och, jasne.

– Ale poprzednim razem też obiecałeś!

– Och, jasne.

– Z ręką na sercu? Zginiesz, zanim złamiesz obietnicę?

– Ano, jasne, no problemo.

– I to jest obietnica niegodnych zaufania, złodziejskich Feeglów, tak? – wtrąciła panna Spisek. – Bo przeca wiezycie, coście som juz martwi, zgadzo sie? Tak se myślicie, co?

– Ano, pani – przyznał Rob Rozbój. – Dzięki, zeście mi na to zwrócili uwage.

– I tak po prawdzie, Robie Rozbóju, ni mos zamiaru dotsymywoć zadnej obietnicy!

– Ano, pani – zgodził się z dumą Rob. – Nie dlo nos takie słabiuśkie ciut łobietnice. Bo widzis, to nase wyzse pseznacenie, coby scec ta wielko ciut wiedźmo. Jak tsa będzie, poświncimy zycie w jej obronie.

– A jak poświncicie, jak zeście już som martwi? – zapytała surowo panna Spisek.

– To troche zagadka, ni ma co – potwierdził Rob. – No to pewno poświncimy zycie kazdego chłystka, co by jej ksywde zrobił.

Tiffany zrezygnowała. Westchnęła ciężko.

– Mam już prawie trzynaście lat – oświadczyła. – Sama potrafię o siebie zadbać.

– Patrzcie na pannę Samowystarczalną! – powiedziała panna Spisek, ale bez szczególnej złośliwości. – Potrafisz wobec zimistrza?

– Czego on chce?

– Mówiłam ci już. Może chce zobaczyć, jaka dziewczyna była taka zuchwała, żeby z nim zatańczyć.

– To moje stopy! Przecież powiedziałam, że wcale tego nie chciałam.

Panna Spisek odwróciła się w fotelu. Jak wielu oczu używa, zastanawiały się Drugie Myśli Tiffany. I czyich? Feeglów? Kruków? Myszy? Wszystkich? Jaką część mnie widzi? Czy obserwuje mnie przez myszy, czy przez owady z dziesiątkami błyszczących oczek?

– Aha. No to wszystko w porządku? Raz jeszcze wcale nie chciałaś? Czarownica przyjmuje odpowiedzialność! Niczego się nie nauczyłaś, dziecko?

Dziecko… To straszne, nazywać tak kogoś, kto ma już prawie trzynaście lat. Tiffany poczuła, że znowu się czerwieni. Nieznośne gorąco oblało jej twarz.

I dlatego właśnie przeszła przez pokój, otworzyła frontowe drzwi i wyszła na dwór.

Z nieba bardzo delikatnie padał puszysty śnieg. Tiffany spojrzała w bladoszare niebo i zobaczyła, że płatki dryfują w dół w miękkich, pierzastych grudkach. Kiedy padał taki śnieg, ludzie z Kredy mawiali, że „babcia Obolała strzyże swoje owce”.

Tiffany szła przed siebie i czuła, jak płatki topnieją jej we włosach. Słyszała, że panna Spisek krzyczy coś za nią od drzwi, ale szła dalej. Pozwalała, by śnieg chłodził jej rumieńce.

Oczywiście, że to głupie, mówiła sobie. Ale samo bycie czarownicą jest głupie. Dlaczego to robimy? To ciężka praca i niewiele w zamian. Kiedy panna Spisek uważa dzień za udany? Kiedy ktoś przyniesie jej parę używanych butów, które na nią pasują? Co ona wie o czymkolwiek?

I gdzie jest ten zimistrz? Czy on w ogóle istnieje? Miała na to jedynie słowo panny Spisek. Słowo i jeszcze wymyślony obrazek w książce!

– Zimistrzu! – zawołała.

Słychać było, jak pada śnieg. Wydawał dziwny, cichy odgłos, jakby delikatne zimne skwierczenie.

– Zimistrzu!

Nikt nie odpowiadał.

A właściwie czego się spodziewała? Potężnego, grzmiącego głosu? Pana Sopla? Nie było nic prócz miękkości śniegu opadającego wolno między drzewami.

Czuła się teraz trochę głupio, ale była z siebie zadowolona. Tak właśnie zachowuje się czarownica. Staje przed tym, czego się lęka, a wtedy to coś nie jest już straszne. Dobrze sobie poradziła.

Odwróciła się i zobaczyła zimistrza.

Zapamiętaj to, wtrąciła się Trzecia Myśl. Każdy najdrobniejszy szczegół jest ważny.

Zimistrz był… pustką. Ale płatki śniegu obrysowywały jego sylwetkę, opadały wokół niego tak, jakby spływały po niewidzialnej skórze. Był tylko kształtem, niczym więcej, może z wyjątkiem dwóch malutkich fioletowoszarych punkcików w powietrzu, gdzie można by się spodziewać jego oczu.

Tiffany stała w bezruchu. Umysł jej zamarł, ciało czekało, aż dowie się, co ma robić.

Ręka zbudowana z padającego śniegu wyciągnęła się w jej stronę, ale bardzo powoli – tak człowiek mógłby sięgać do zwierzęcia, którego nie chce wystraszyć. Pojawiło się też… coś, jakieś dziwne poczucie słów niewypowiedzianych, ponieważ nie było głosu, który mógłby je wypowiedzieć; wrażenie dążenia, jakby zimistrz wkładał serce i duszę w tę jedną chwilę, chociaż nie znał znaczenia serca ani duszy.

Dłoń znieruchomiała mniej więcej stopę od Tiffany. Była zaciśnięta w pięść, ale teraz odwróciła się i rozprostowała palce.

Coś błysnęło – koń ze srebra, wisiorek na cienkim srebrnym łańcuszku.

Tiffany sięgnęła ręką do szyi. Przecież miała go na sobie zeszłej nocy! Zanim… poszły… oglądać… taniec…

Zgubiła go. A on znalazł.

To ciekawe, powiedziała Trzecia Myśl, która na własny sposób zajmowała się światem. Nie widzisz tego, co jest ukryte w niewidzialnej pięści. Jak to działa? I co robią te fioletowoszare plamki w powietrzu tam, gdzie mógłby mieć oczy? Dlaczego nie są niewidzialne?

To właśnie całe Trzecie Myśli. Kiedy na człowieka spada wielki głaz, to są te, które myślą: Czy to skała wulkaniczna, jak granit, czy może piaskowiec?

Ta część umysłu Tiffany, która w tej chwili była mniej precyzyjna, patrzyła na dyndającego na łańcuszku srebrnego konia.

Jej Pierwsza Myśl mówiła: Weź go.

Jej Druga Myśl mówiła: Nie bierz. To pułapka.

Jej Trzecia Myśl mówiła: Naprawdę nie bierz. Będzie zimniejszy, niż możesz sobie wyobrazić.

A potem cała reszta jej uciszyła te Myśli i powiedziała: Weź. To coś dla ciebie ważnego. Kiedy go dotykasz, myślisz o domu. Weź!

Wyciągnęła prawą rękę.

Koń upadł jej na dłoń. Odruchowo zacisnęła palce – i rzeczywiście okazał się zimniejszy, niż mogła sobie wyobrazić. Parzył.

Krzyknęła. Śnieżny kontur zimistrza zmienił się w wir płatków. Śnieg wokół niej eksplodował z okrzykiem „Łojzicku!”, a tłum Feeglów pochwycił ją za stopy i poniósł – w pozycji stojącej – przez polanę, a potem z powrotem przez drzwi do chatki.

Tiffany z trudem rozwarła palce i zdjęła z dłoni srebrnego konika. Pozostawił idealny odcisk białego konia na różowej skórze. To nie było oparzenie, to… zamrożenie.

Fotel panny Spisek zadudnił na kółkach.

– Podejdź tu, dziecko.

Trzymając się za dłoń i próbując powstrzymać łzy, Tiffany zbliżyła się do starej czarownicy.

– Stań tutaj, obok fotela. Natychmiast!

Tiffany tak uczyniła. To nie była właściwa chwila na nieposłuszeństwo.

– Chcę ci zajrzeć do ucha! Odgarnij włosy!

Tiffany przytrzymała włosy i skrzywiła się, czując w uchu łaskotanie mysich wąsików. Potem zwierzątko zostało odsunięte.

– Hm… to dziwne – stwierdziła panna Spisek. – Niczego tam nie widzę.

– A co spodziewała się pani zobaczyć? – spytała ostrożnie Tiffany.

– Światło dnia! – warknęła panna Spisek tak głośno, że mysz odbiegła wystraszona. – Czy ty w ogóle nie masz mózgu, dziecko?

– Nie wim, cy kogoś to ciekowi – wtrącił Rob Rozbój – ale ten zimists chyba se ucik. I psestało podoć.

Nikt go nie słuchał. Kiedy czarownice się kłócą, są skoncentrowane.

– To było moje!

– Błyskotka!

– Nie!

– To moze nie je najlepsy cos, coby powiedzieć… – ciągnął żałośnie Rob.

– Myślisz, że ci to potrzebne, żeby być czarownicą?

– Tak!

– Czarownica nie potrzebuje żadnych zabawek!

– Pani używała urządzeń!

– Używałam, tak! Ale ich nie potrzebuję!

– Znocy, terozki juz topnie… – Rob uśmiechnął się nerwowo.

Tiffany opanował gniew. Jak ta głupia starucha śmie opowiadać, że nie potrzebuje żadnych zabawek?

– Boffo! – krzyknęła. – Boffo, boffo, boffo!

Cisza opadła gwałtownie. Po chwili panna Spisek spojrzała poza Tiffany.

– Wy! Ciut Feeglowe badonie! Wynocha mi stąd, ale juz! I bede widzieć, jak łostaniecie! To sprowa mindzy wiedźmomi!

Pokój wypełnił jakby cichy świst, a potem zatrzasnęły się drzwi do kuchni.