ZimistrzTekst

Z serii: Świat dysku
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zimistrz
Zimistrz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 53,80  43,04 
Zimistrz
Zimistrz
Zimistrz
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Coś ci przyniosłam – powiedziała Tiffany, wieszając nad ogniem duży czarny czajnik.

– Nie masz żadnego powodu, żeby przynosić mi prezenty. Jestem tego pewna – oświadczyła babcia.

– No cóż… – mruknęła Tiffany i na tym poprzestała.

Usłyszała, jak babcia unosi pokrywkę kosza. W środku był kociak.

– Jej matką była Różyczka, kotka wdowy Cable – wyjaśniła Tiffany, by jakoś wypełnić ciszę.

– Nie trzeba było – burknęła babcia Weatherwax.

– To żaden kłopot. – Tiffany uśmiechnęła się do ognia.

– Nie chcę tu żadnych kotów.

– Będzie łapać myszy. – Tiffany nadal się nie odwracała.

– Nie mam tu myszy.

Nie mają co jeść, pomyślała Tiffany. A głośno powiedziała:

– Pani Skorek ma sześć czarnych kotów.

Biała kotka w koszyku pewnie patrzy na babcię Weatherwax z tą smutną, zaskoczoną miną wszystkich kociąt. Ty poddajesz mnie próbom, ja ciebie poddaję próbom, myślała dziewczyna.

– Nie mam pojęcia, co z nią zrobić. Będzie musiała spać w szopie dla kóz, to jasne.

Większość czarownic trzymała kozy.

Kotka otarła się o dłoń babci i zamiauczała.

Kiedy Tiffany wychodziła jakiś czas później, babcia Weatherwax pożegnała się z nią przy drzwiach i bardzo starannie zamknęła kociaka na zewnątrz.

Tiffany przeszła przez polanę do miejsca, gdzie uwiązała miotłę panny Spisek.

Nie wsiadła na nią jednak. Jeszcze nie. Ukryła się za ostrokrzewem i znieruchomiała tak, że już jej tam nie było, że wszystko w niej mówiło: nie ma mnie tu.

Każdy widział obrazy w chmurach albo w płomieniach. I wystarczy to odwrócić. Trzeba wyłączyć tę część siebie, która mówi, że się tu jest – i człowiek się rozpływa. Każdemu, kto by patrzył, bardzo trudno byłoby cokolwiek zobaczyć. Twarz staje się połączeniem liści i cieni, ciało fragmentem drzewa i krzewu. Umysł patrzącego wypełnia luki.

Wyglądając jak kawałek ostrokrzewu, Tiffany obserwowała drzwi. Wiatr wzmógł się, ciepły, ale dokuczliwy – zrywał z jaworu żółte i czerwone liście i rozrzucał je na całej polanie. Kociak próbować trącać je łapką, kiedy siedział tam i miauczał smętnie. Lada chwila babcia Weatherwax uzna, że Tiffany już sobie poszła, a wtedy otworzy drzwi i…

– Zapomniałaś czegoś? – odezwała się babcia tuż przy jej uchu. Była tym krzewem.

– Ehm… Kotek jest słodki i pomyślałam, że… no wiesz… że go polubisz – jąkała się Tiffany. I myślała: Właściwie mogła się tu dostać, jeśli biegła, ale dlaczego jej nie zauważyłam? Czy można biec i ukrywać się jednocześnie?

– Nie martw się o mnie, dziewczyno. Wracaj do panny Spisek i przekaż jej moje najlepsze życzenia. Już. Ale… całkiem niezłe ukrycie przed chwilą pokazałaś – dodała czarownica i jej głos zmiękł trochę. – Wielu by cię nie zauważyło. Słowo daję, prawie nie słyszałam, jak rosną ci włosy.

Kiedy miotła zniknęła wśród drzew, a babcia Weatherwax upewniła się na kilka znanych sobie sposobów, że Tiffany naprawdę odleciała, wróciła do chatki, staranie nie zwracając uwagi na kociaka.

Po kilku minutach drzwi skrzypnęły i uchyliły się odrobinę. Może to tylko przeciąg… Kotka wsunęła się do wnętrza…

* * *

Wszystkie czarownice są trochę dziwaczne. Tiffany zdążyła się do tego przyzwyczaić, więc teraz dziwaczność wydawała się jej całkiem normalna. Taka na przykład panna Plask, która miała dwa ciała, choć jedno z nich tylko urojone, albo pani Pullunder, która hodowała rodowodowe dżdżownice i każdej nadawała imię… chociaż właściwie ona wcale nie była dziwna, najwyżej trochę nietypowa, a poza tym dżdżownice okazały się całkiem interesujące na swój zasadniczo nieinteresujący sposób. Była też matula Dismass cierpiąca na ataki zakłóceń temporalnych, co może dawać niezwykłe efekty, jeśli przytrafia się czarownicy – jej usta nigdy nie poruszały się w zgodzie z wypowiadanymi słowami, a czasami jej kroki schodziły po schodach dziesięć minut przed nią.

Ale jeśli chodzi o dziwactwa, to pannie Spisek nie tylko należał się tort, ale też paczka herbatników z czekoladą na wierzchu i na dodatek świeczka.

Od czego zacząć, skoro wszystko było niesamowicie dziwaczne…

Panna Eumenidezja Spisek straciła wzrok, kiedy miała sześćdziesiąt lat. Dla większości byłoby to nieszczęście, ale panna Spisek była utalentowana w Pożyczaniu, pewnej szczególnej umiejętności czarownic – potrafiła wykorzystywać umysły zwierząt i odczytywała w nich to, co widziały swoimi oczami.

Ogłuchła, kiedy miała siedemdziesiąt pięć lat, ale przez ten czas nabrała wprawy i potrafiła używać dowolnych uszu, jakie znalazła w pobliżu.

Kiedy Tiffany się u niej zjawiła, panna Spisek do słuchania i patrzenia wykorzystywała mysz, ponieważ jej stara kawka już zdechła. Dziwnie było patrzeć na starą kobietę chodzącą po domu z myszą w wyciągniętej ręce, a bardzo niepokojące, że kiedy człowiek coś do niej powiedział, ręka z myszą przesuwała się w jego stronę. Nie do wiary, jak niesamowite wrażenie może robić mały, różowy i ruchliwy nosek.

Nowe kruki były o wiele lepsze. Ktoś w jednej z okolicznych wiosek zrobił dla niej żerdź mocowaną na ramionach, po jednym ptaku z każdej strony, a przy jej długich i siwych włosach, efekt okazał się bardzo… no, czarowniczy, chociaż pod koniec dnia płaszcz wymagał czyszczenia.

Miała też zegar – ciężki i wykonany z pordzewiałego żelaza przez kogoś, kto był bardziej kowalem niż zegarmistrzem. Dlatego zegar robił „brzdęk-brzdąk”, a nie „tik-tak”. Nosiła go na pasku i sprawdzała czas, dotykając wskazówek.

Na wsiach opowiadano sobie, że zegar służył pannie Spisek za serce i używała go, odkąd jej pierwsze serce umarło. Ale o pannie Spisek opowiadano bardzo wiele historii.

Żeby z nią wytrzymać, niezbędny był wysoki próg odporności na dziwactwa. Tradycja nakazywała, by młode czarownice wędrowały po świecie, zatrzymywały się u starszych i pobierały nauki od najlepszych w zamian za to, co panna Tyk, łowczyni czarownic, nazywała „pomocą w zajęciach domowych”, a co oznaczało „wykonywanie wszystkich domowych obowiązków”. W większości opuszczały pannę Spisek już po jednej nocy. Tiffany była tu już od trzech miesięcy.

Aha… Czasami, kiedy panna Spisek szukała jakiejś pary oczu, by przez nie spojrzeć, wciskała się do niej. To było dziwne uczucie mrowienia, jak gdyby ktoś niewidzialny zaglądał jej przez ramię.

Cóż, panna Spisek mogła wziąć nie tylko tort, paczkę herbatników z czekoladą na wierzchu i świecę, ale też deser biszkoptowy, kanapki i człowieka, który potem robił zabawne zwierzęta z baloników.

Kiedy Tiffany weszła, panna Spisek tkała przy krośnie. Dwa dzioby odwróciły się w stronę dziewczyny.

– Ach, moje dziecko – odezwała się panna Spisek cienkim, łamiącym się głosem. – Miałaś udany dzień.

– Tak, panno Spisek – odparła grzecznie Tiffany.

– Widziałaś tę dziewuchę Weatherwax i ona czuje się dobrze.

„Klik-klak” stukało krosno. „Brzdęk-brzdąk” dźwięczał zegar.

– Całkiem dobrze – zgodziła się Tiffany.

Panna Spisek nie stawiała pytań. Ona podawała tylko odpowiedzi. Dziewucha Weatherwax, myślała Tiffany, kiedy szykowała kolację. No ale panna Spisek była bardzo stara.

I przerażająca – trudno temu zaprzeczyć. Nie miała haczykowatego nosa, a miała wszystkie zęby, choćby i żółte, ale poza tym była wręcz książkowym wizerunkiem złej czarownicy. Kolana jej trzeszczały, kiedy chodziła. A chodziła bardzo szybko, z pomocą dwóch kosturów, biegając wszędzie niczym wielki pająk. I kolejna dziwna sprawa: w chatce wisiało pełno pajęczyn, których Tiffany miała nigdy nie dotykać, ale nigdzie nie zauważyła pająka.

Była jeszcze kwestia czerni. Większość czarownic lubi czarny kolor, ale panna Spisek miała też czarne kozy i czarne kury. Ściany w chatce były czarne. Podłoga była czarna. Gdyby upuścić kawałek lukrecji, człowiek nigdy by go już nie znalazł. W dodatku, ku swej głębokiej niechęci, Tiffany musiała robić także czarne sery, to znaczy malować je lśniącym czarnym woskiem. Była doświadczoną serowarką, a wosk chronił przed wysychaniem, ale jakoś nie ufała czarnym serom. Zawsze wyglądały, jakby coś knuły.

Na dodatek panna Spisek chyba wcale nie potrzebowała snu. Noc czy dzień nie robiły jej specjalnej różnicy. Kiedy kruki szły spać, przywoływała sowę i tkała przy sowich oczach. Sowa świetnie się nadaje, tłumaczyła, bo odwraca głowę, żeby obserwować czółenko. „Klik-klak” stukało krosno. „Brzdęk-brzdąk” dźwięczał zegar tuż za nim.

Panna Spisek, w jej wzdętym czarnym płaszczu, z zabandażowanymi oczami i splątanymi siwymi włosami…

Panna Spisek z dwoma laskami, wędrująca po domku i ogrodzie w ciemną i mroźną noc, wąchająca wspomnienia kwiatów.

Każda czarownica ma pewną szczególną umiejętność. Panna Spisek dostarczała sprawiedliwości.

Ludzie przybywali z wielu mil dookoła, by przedstawić jej swoje problemy. „Wiem, że to moja krowa, ale on mówi, że jego!”. „Ona twierdzi, że to jej ziemia, ale ojciec mnie ją zostawił!”.

A panna Spisek siedziała przy klik-klakającym krośnie, plecami do pokoju pełnego zdenerwowanych ludzi. Krosno ich niepokoiło. Obserwowali je, jakby się go bali, a ich obserwowały kruki.

Jąkając się, przedstawiali swoje racje, przetykane eemami i uhmami, a krosno stukało bezustannie w migotliwym blasku świec… A tak. Świece.

Za lichtarze służyły dwie czaszki. Na jednej wyrzeźbiono słowo ENOCHI, na drugiej ATHOOTITA.

(Słowa te oznaczały WINA i NIEWINNOŚĆ. Tiffany wolałaby o tym nie wiedzieć. Dziewczynka wychowana w Kredzie w żaden sposób nie mogła tego wiedzieć, albowiem słowa te pochodziły z obcego, a na dodatek starożytnego języka. Znała je z powodu doktora Sensibility Bustle’a, dra fil. mag., bak. ling. el., prof. nadzw. magii Niewidocznego Uniwersytetu, który siedział jej w głowie.

No, w każdym razie jego część.

Parę lat temu została opanowana przez ulowca – coś, co od milionów lat kolekcjonowało umysły. Zdołała usunąć go ze swojej głowy, ale kilka zaplątanych w mózgu fragmentów pozostało. Jeden z nich stanowiła mała grudka ego i wspomnień będąca wszystkim, co pozostało po zmarłym doktorze Bustle. Nie sprawiał kłopotów, ale kiedy patrzyła na cokolwiek zapisanego w obcym języku, umiała to przeczytać… a raczej słyszała cienki głos doktora tłumaczącego jej tekst. Inne resztki doktora chyba już nie istniały. Jednak na wszelki wypadek starała się nie rozbierać przed lustrem).

 

Świece kapały woskiem na czaszki, a ludzie zerkali na nie przez cały czas.

Potem, kiedy wszystkie słowa zostały już wypowiedziane, krosno zatrzymywało się, szokując nagłą ciszą. Panna Spisek odwracała się w swoim wielkim i ciężkim fotelu, po czym zdejmowała czarną opaskę z szarych, perłowych oczu.

– Usłyszałam – mówiła. – A teraz zobaczę. Zobaczę, co jest prawdą.

Niektórzy zwyczajnie uciekali, kiedy spoglądała na nich w świetle czaszek. Jej oczy, które nie mogły widzieć ich twarzy, były jakoś zdolne zobaczyć umysły. Kiedy panna Spisek patrzyła przez kogoś na wskroś, mógł być tylko prawdomówny albo bardzo, bardzo głupi.

Dlatego nikt nigdy nie spierał się z panną Spisek.

Czarownicom nie wolno przyjmować zapłaty za korzystanie z ich talentów, ale każdy, kto przychodził z prośbą, by panna Spisek rozstrzygnęła jakiś spór, przynosił jej prezent. Zwykle żywność, czasem czystą używaną odzież, jeśli była czarna, albo parę starych butów, jeśli były w jej rozmiarze. Jeśli panna Spisek wydała wyrok przeciwko komuś, naprawdę nie było dobrym pomysłem (tak twierdzili wszyscy), by prosić o zwrot prezentu, jako że przemiana w coś małego i śliskiego może człowieka urazić.

Ludzie mówili, że jeśli ktoś okłamie pannę Spisek, w ciągu tygodnia zginie straszną śmiercią. Mówili, że królowie i książęta przybywają nocą do panny Spisek i pytają o ważne sprawy państwa. Mówili, że ma w piwnicy stosy złota, strzeżone przez demona o skórze jak ogień i o trzech głowach; miał atakować każdego, kogo zobaczy, i odgryzać ludziom nosy.

Tiffany podejrzewała, że co najmniej dwie z tych historii nie są prawdziwe. Wiedziała, że prawdziwwa nie jest trzecia, gdyż pewnego dnia zeszła do piwnicy (z wiadrem wody i pogrzebaczem na wszelki wypadek). Znalazła tam jedynie stosy ziemniaków i marchewki. I mysz przyglądającą się jej uważnie.

Tiffany się nie bała – nie bardzo. Bo po pierwsze, jeśli demon nie był wyjątkowo sprawny w udawaniu ziemniaka, prawdopodobnie nie istniał. A po drugie, choć panna Spisek wyglądała groźnie, brzmiała groźnie i pachniała jak stare, od dawna zamknięte szafy, jednak nie budziła uczucia grozy.

Pierwszy Rzut Oka i Druga Myśl – na nich powinna opierać się czarownica. Pierwszy Rzut Oka, by zobaczyć, co jest naprawdę, a Druga Myśl, żeby pilnowała Pierwszej, czy myśli jak należy. Była też Trzecia Myśl; Tiffany nigdy nie słyszała, by ktoś o niej rozmawiał, więc także nic nie mówiła. Trzecie Myśli wpadały do głowy dość rzadko, były dziwne i wydawały się myśleć same z siebie. I mówiły Tiffany, że w pannie Spisek jest coś więcej, niż można dostrzec.

Aż pewnego dnia przy odkurzaniu przewróciła czaszkę zwaną Enochi…

… i nagle dowiedziała się o pannie Spisek więcej, niż panna Spisek by chciała, żeby ktokolwiek o niej wiedział.

Tego wieczoru, kiedy jadły gulasz (z czarną fasolą), panna Spisek odezwała się nagle.

– Wiatr się wzmaga. Musimy niedługo wyruszyć. W taką noc nie zaryzykuję miotły nad drzewami. Mogą tu krążyć dziwne stworzenia.

– Wyruszyć? Idziemy gdzieś? – zdziwiła się Tiffany. Nigdy nie wychodziły wieczorami. Właśnie dlatego wieczory ciągnęły się, jakby trwały setki lat.

– Rzeczywiście idziemy. Dziś wieczorem będą tańczyć.

– Kto?

– Kruki nic nie zobaczą, a sowa wszystko pomiesza – ciągnęła panna Spisek. – Muszę użyć twoich oczu.

– Kto będzie tańczył, panno Spisek? – nie ustępowała Tiffany. Lubiła tańce, ale tutaj nikt chyba nie tańczył.

– To niedaleko, ale będzie burza.

Czyli więcej się nie dowie; panna Spisek nie ma zamiaru niczego zdradzić. Ale brzmiało to interesująco. Poza tym bardzo kształcące będzie zobaczenie czegoś, co panna Spisek uważa za dziwne.

Oczywiście oznaczało to, że panna Spisek założy swój spiczasty kapelusz. Tiffany tego nie znosiła. Musiała wtedy stać przed nią i wpatrywać się, czując w oczach delikatne mrowienie, kiedy stara czarownica wykorzystywała ją zamiast lustra.

Nim skończyły kolację, wiatr huczał już wśród drzew niczym wielkie mroczne zwierzę. Wyrwał drzwi z ręki Tiffany, kiedy je uchyliła; dmuchnął po pokoju, aż zadźwięczały sznurki na krośnie.

– Jest pani pewna, panno Spisek? – zapytała, usiłując zatrzasnąć drzwi.

– Nawet nie mów takich rzeczy! Nie waż się mówić takich rzeczy. Taniec musi mieć świadka! Nigdy jeszcze nie opuściłam tańca!

– Panna Spisek wydawała się nerwowa i napięta. – Musimy iść! A ty musisz się ubrać na czarno.

– Panno Spisek, przecież pani wie, że nie noszę czerni.

– Dzisiaj jest noc na czerń. Włożysz mój prawie najlepszy płaszcz.

Powiedziała to z czarowniczą stanowczością, jakby sam pomysł, że ktoś mógłby się sprzeciwić, nie przyszedł jej do głowy. Miała sto trzynaście lat, a zatem wiele praktyki. Tiffany nie próbowała się kłócić.

Przecież nie o to chodzi, że mam coś przeciwko czerni, myślała, wyciągając prawie najlepszy płaszcz. Po prostu do mnie nie pasuje. Kiedy ludzie mówią, że czarownice noszą się na czarno, tak naprawdę chodzi im o to, że starsze panie noszą się na czarno. Zresztą nie ubieram się przecież na różowo ani nic…

Potem musiała owinąć zegar panny Spisek strzępkami koca, tak że „brzdęk-brzdąk” zmieniło się w „brzdęk-brzdąk”. Pozostawienie zegara nie wchodziło w grę. Panna Spisek zawsze nosiła go ze sobą.

Kiedy Tiffany się szykowała, staruszka nakręciła zegar. Towarzyszył temu straszliwy zgrzyt. Zawsze sama go nakręcała; czasami przerywala wygłaszanie wyroku i robiła to przed tłumem przerażonych ludzi.

Deszcz jeszcze nie padał, ale kiedy ruszały, w powietrzu pełno było gałązek i spadających liści. Panna Spisek usiadła na miotle bokiem i desperacko ściskała kij, Tiffany zaś szła pieszo i holowała ją na kawałku sznura do bielizny.

Niebo wciąż jeszcze było czerwone, a wypukły księżyc stał wysoko. Wiatr pędził przez jego tarczę strzępki chmur i las wypełniały ruchome cienie. Gałęzie uderzały o siebie; Tiffany usłyszała trzask i huk, kiedy gdzieś w ciemności jedna z nich runęła na ziemię.

– Idziemy do wiosek?! – krzyknęła ponad szumem i hałasem.

– Nie! Skręć na ścieżkę przez las! – zawołała panna Spisek.

Aha, pomyślała Tiffany, pewnie będzie to słynne „tańczenie bez żadnej bielizny”, o którym tyle słyszałam. Chociaż prawdę mówiąc, wcale nie tak wiele, bo kiedy tylko ktoś o tym wspomni, ktoś inny zaraz go ucisza, więc właściwie prawie wcale o tym nie słyszałam, ale nie słyszałam w sposób bardzo znaczący.

Było to coś, co zdaniem wielu osób robiły czarownice, ale czarownice wcale tak nie uważały. Tiffany nie bardzo to wszystko rozumiała. Nawet gorące letnie noce nie były przecież aż tak ciepłe, no i zawsze trzeba brać pod uwagę jeże albo osty. Poza tym nie można sobie nawet wyobrazić kogoś takiego jak babcia Weatherwax tańczącego bez… No, w każdym razie nie można sobie tego wyobrazić, bo gdyby się komuś udało, głowa by mu eksplodowała.

Skręciła w leśną dróżkę, wciąż ciągnąc za sobą unoszącą się nad ziemią pannę Spisek. Wiatr przycichł, jednak przyniósł zimne powietrze, a potem już je zostawił. Tiffany była wdzięczna za płaszcz, nawet czarny.

Szła przed siebie, skręcając w kolejne ścieżki, zgodnie z poleceniami panny Spisek. Aż wreszcie zobaczyła ognisko płonące wśród drzew w niewielkim zagłębieniu gruntu.

– Zatrzymaj się tutaj i pomóż mi zejść, dziewczyno – poleciła stara czarownica. – A teraz słuchaj uważnie. Są reguły. Pierwsza: nic nie będziesz mówić; druga: będziesz patrzyła jedynie na tancerzy; trzecia: nie ruszysz się, dopóki taniec nie dobiegnie końca. I nie będę powtarzać dwa razy!

– Tak, panno Spisek. Strasznie tu zimno.

– Będzie jeszcze zimniej.

Skierowały się w stronę słabego światła. Co komu po tańcu, który można tylko oglądać? – zastanawiała się Tiffany. Nie wydawało się to dobrą zabawą.

– To nie ma być zabawa – oświadczyła panna Spisek.

Cienie przesuwały się przed ogniskiem, a Tiffany słyszała męskie głosy. Potem ktoś wylał wodę na płomienie.

Zasyczało, a między korony drzew uniósł się obłok pary. Zdarzyło się to w jednej chwili i było szokujące. Jedyna rzecz, która wydawała się tutaj żywa, teraz umarła.

Zeschłe liście chrzęściły jej pod stopami. Księżyc na niebie – z którego wiatr do czysta wymiótł chmury – rzucał na ziemię małe srebrne plamki.

Minęło sporo czasu, nim Tiffany zrozumiała, że na polance stoi sześciu mężczyzn. Musieli nosić czarne kostiumy – na tle księżycowego blasku wyglądali jak człekokształtne otwory w nicość. Stali w dwóch trzyosobowych szeregach, twarzami do siebie. Zachowywali jednak bezruch tak absolutny, że po chwili Tiffany zaczęła się zastanawiać, czy ich sobie nie wyobraziła.

I wtedy zadudnił bęben: bum… bum… bum!

Trwało to jakieś pół minuty, potem bęben umilkł. Ale w ciszy zimnego lasu rytm trwał w głowie Tiffany – i może nie ona jedyna go słyszała, bo mężczyźni delikatnie kiwali głowami do taktu.

Zaczęli tańczyć.

Jedynym dźwiękiem był odgłos ich butów uderzających o ziemię, gdy ludzie-cienie zbliżali się do siebie i rozchodzili. Ale wtedy Tiffany – wciąż z bezgłośnym bębnem rozbrzmiewającym jej w głowie – usłyszała jeszcze coś. Jej stopa tupała o ziemię, sama z siebie.

Słyszała już ten rytm, widziała mężczyzn tańczących w ten sposób. Ale było to w słońcu, w jasnym blasku dnia. I mieli przyczepione do ubrań małe dzwoneczki.

– To taniec morris! – powiedziała nie całkiem pod nosem.

– Psst! – syknęła panna Spisek.

– Ale to nie jest właściwy…

– Bądź cicho!

Zaczerwieniona, rozgniewana w ciemności, Tiffany oderwała wzrok od tańczących i demonstracyjnie rozejrzała się po polanie. Tłoczyły się tu również inne cienie, ludzkie, a przynajmniej podobne do ludzkich, jednak nie widziała ich wyraźnie i może to nawet lepiej.

Wciąż się ochładzało. Zeschłe liście pokryła biel szronu.

Rytm trwał. Ale Tiffany zdawało się, że nie jest już jedyny, ale że przejmuje inne rytmy i echa z wnętrza jej głowy.

Panna Spisek mogła sobie syczeć do woli. To był taniec morris. Tylko że w niewłaściwym czasie!

Tancerze morrisa przybywali do wioski zwykle w maju. Nikt nie był pewien, kiedy się pojawią, ponieważ musieli odwiedzić wiele wiosek w całej Kredzie, a każda wioska miała swoją gospodę, co spowalniało ich wędrówkę.

Nosili kije i białe kostiumy z dzwoneczkami, żeby nie mogli podkradać się do ludzi. Nikt przecież nie lubi być zaskoczony przez niespodziewanego tancerza morrisa. Tiffany czekała przed wioską razem z innymi dziećmi; potem tańczyli za nimi przez całą drogę.

Tancerze tańczyli później na wiejskich łąkach do muzyki bębna, uderzali kijami w powietrzu, a potem wszyscy szli do gospody i przychodziło lato.

Tiffany nie zdołała odkryć, jak to się działo. Tancerze tańczyli i przychodziło lato – tyle wiedział każdy. Ojciec opowiadał, że był taki rok, kiedy tancerze się nie zjawili, wilgotna i zimna wiosna przeszła w chłodną jesień, a miesiące między nimi wypełniały mgły, deszcze i przymrozki w sierpniu.

Teraz łomot bębnów wciąż miała w uszach, aż kręciło jej się w głowie. Tancerze robili coś nie tak… coś było nie tak…

I wtedy przypomniała sobie siódmego tancerza – tego, którego nazywali Błaznem. Zwykle był niski, nosił pomięty cylinder i na całym ubraniu miał naszyte jaskrawe gałgany. Chodził dookoła z kapeluszem w ręku i szczerzył się do ludzi, dopóki nie dali mu pieniędzy na piwo. Czasami jednak odkładał kapelusz i wpadał między tańczących. Można by się spodziewać gigantycznej plątaniny rąk i nóg, ale jakoś nigdy do niej nie dochodziło. Skacząc i wirując między spoconymi tancerzami, zawsze potrafił znaleźć się tam, gdzie nie było innych.

Świat przesuwał się wokół niej. Zamrugała. Bębny w głowie grzmiały teraz jednym rytmem, potężnym jak ocean. Panna Spisek została zapomniana. Tak samo jak ci dziwni i tajemniczy widzowie. Teraz liczył się jedynie taniec.

Wił się w powietrzu jak coś żywego. Ale miał puste miejsce przesuwające się w szyku tancerzy. I ona powinna tam być, wiedziała o tym. Panna Spisek powiedziała, że nie, ale to było dawno temu, no i jak panna Spisek mogła to zrozumieć? Co ona wiedziała? Kiedy ostatni raz tańczyła? Taniec rozlewał się już po kościach Tiffany. Przyzywał ją. Sześciu tancerzy to za mało.

Podbiegła i skoczyła między nich.

Oczy tancerzy błysnęły gniewnie, kiedy skakała i przesuwała się wśród nich, zawsze tam, gdzie ich nie było. Bębny kierowały jej stopami, więc stopy szły tam, dokąd popychały je bębny.

 

I nagle… był tam ktoś inny.

Tak jakby nagle ogarnęło ją uczucie, że ktoś za nią stoi… ale też uczucie, że ktoś stoi przed nią, że jest obok niej, nad nią i pod nią – wszystko naraz.

Tancerze zamarli, ale świat wirował. Mężczyźni byli tylko czarnymi cieniami, ciemnymi konturami w mroku. Bęben ucichł i trwała tylko jedna długa chwila, kiedy Tiffany obracała się delikatnie i bezgłośnie z wyciągniętymi ramionami, nie dotykając stopami gruntu, z twarzą zwróconą ku gwiazdom, które były zimne jak lód i ostre jak igły. Uczucie było… cudowne.

– Kim Ty Jesteś? – zapytał głos.

Miał echo, a może dwie osoby powiedziały to samo niemal równocześnie.

Rytm powrócił nagle i sześciu mężczyzn się z nią zderzyło.

* * *

Kilka godzin później, w małym miasteczku Psikręt, na równinach, mieszkańcy wrzucili związaną czarownicę do rzeki.

Coś takiego nigdy nie zdarzało się w górach, gdzie czarownice cieszyły się należnym szacunkiem, ale na rozległych równinach wciąż mieszkali ludzie tak tępi, że wierzyli w paskudne historie. Poza tym trudno było o jakieś rozrywki wieczorami.

Jednakże prawdopodobnie nieczęsto czarownica przed kąpielą dostawała kubek herbaty i ciasteczka.

Tak się stało, ponieważ mieszkańcy Psikrętu Robili Wszystko Według Książki.

Książka miała tytuł „Magavenatio Obtusis”1. Nie wiedzieli, skąd się u nich wzięła. Po prostu pewnego dnia leżała sobie na półce w którymś ze sklepów.

Umieli czytać, oczywiście. Żeby w świecie jakoś sobie radzić, trzeba się trochę znać na czytaniu i pisaniu, nawet w Psikręcie. Ale niespecjalnie ufali książkom ani ludziom, którzy je czytają.

Ta książka jednak mówiła o tym, jak radzić sobie z czarownicami. Wyglądała na miarodajną i nie zawierała zbyt wielu długich (a więc podejrzanych) słów, takich jak „marmolada”. Nareszcie, mówili sobie, mamy coś, czego potrzebowaliśmy. To rozsądna książka. Owszem, może nie tego się spodziewaliśmy, ale pamiętacie tę czarownicę z zeszłego roku? Wrzuciliśmy ją do rzeki, a potem chcieliśmy spalić na stosie. Tylko że okazała się całkiem mokra i uciekła. Lepiej uniknąć na przyszłość takich wypadków.

Szczególnie zwracali uwagę na ten fragment:

Bardzo ważne jest, by po schwytaniu czarownicy nie krzywdzić jej w żaden sposób (na razie!). W żadnej sytuacji nie wolno podkładać pod nią ognia! To błąd typowy dla początkujących. Rozwściecza tylko czarownicę, która powraca jeszcze silniejsza. Jak wszyscy wiedzą, innym sposobem pozbycia się czarownicy jest wrzucenie jej do rzeki albo stawu.

Oto najlepszy plan:

Przede wszystkim należy uwięzić czarownicę na noc, w umiarkowanie ciepłym pomieszczeniu, i dać jej tyle zupy, ile zażąda. Zupa z marchewki i soczewicy w zasadzie wystarczy, ale w celu uzyskania najlepszych wyników sugerujemy zupę z porów i ziemniaków, na solidnym wołowym rosole. Wykazano, że taka zupa bardzo osłabia jej moce magiczne. Nie należy podawać zupy pomidorowej – pomidorowa uczyni ją bardzo potężną.

Dla bezpieczeństwa lepiej włożyć jej do butów po jednej srebrnej monecie. Nie zdoła ich wyjąc, gdyż poparzą jej palce.

Zadbajcie o to, by miała ciepły koc i poduszkę. To ją oszuka i skłoni do snu. Zamknijcie drzwi i dopilnujcie, żeby nikt nie wchodził.

Jakąś godzinę przed świtem wejdźcie do jej pokoju. Może się wam wydawać, że właściwym sposobem jest wbiegnięcie tam z krzykiem. NIC NIE MOŻE BYĆ BARDZIEJ BŁĘDNEGO! Wejdźcie cichutko, na palcach, postawcie przy śpiącej czarownicy kubek herbaty, cofnijcie się do drzwi i chrząknijcie niezbyt głośno. To bardzo ważne. Gwałtownie obudzona czarownica może być naprawdę straszna.

Niektórzy eksperci proponują do herbaty czekoladowe ciasteczka, inni twierdzą, że wystarczą pierniczki. Jeśli cenicie własne życie, nie podawajcie zwykłych herbatników, wtedy bowiem iskry wystrzelą jej z uszu. Kiedy się zbudzi, wyrecytujcie poniższe, bardzo potężne zaklęcie mistyczne, które nie pozwoli jej zmienić się w rój pszczół i odlecieć:

JAKASZK ODAŻEJ EST EMTUM ANEM.

Kiedy skończy już herbatę i ciasteczka, zwiążcie jej nogi i ręce (z przodu) powrozem, używając Węzła Bosmańskiego nr 1, i wrzućcie ją do wody.

WAŻNA IFORMACJA DOTYCZĄCA BEZPIECZEŃSTWA. Zróbcie to, zanim będzie widno. Nie zostawajcie, żeby popatrzeć.

Oczywiście tym razem niektórzy zostali. I zobaczyli, że czarownica zanurza się pod wodę i nie wypływa, a jej straszliwy spiczasty kapelusz płynie po powierzchni. Potem wrócili do domu na śniadanie.

W tej konkretnej rzece nic się nie działo jeszcze przez dobre kilka minut. Potem sziczasty kapelusz zaczął sunąć w kierunku kępy gęstych trzcin. Tam się zatrzymał i uniósł bardzo powoli. Spod ronda błysnęła para oczu…

Kiedy była już pewna, że nie ma nikogo w pobliżu, panna Perspikacja Tyk, nauczycielka i łowca czarownic, wypełzła na brzeg i w świetle wschodzącego słońca odbiegła szybko w las. Sakwę z czystą suknią i zmianą bielizny ukryła wcześniej w borsuczej norze, razem z pudełkiem zapałek (nigdy nie nosiła przy sobie zapałek, jeśli zachodziło ryzyko schwytania – by nie podsuwać ludziom żadnych pomysłów).

No cóż, mogło być gorzej, myślała, susząc się przy ognisku. Na szczęście w wiosce wciąż żyli tacy, którzy umieli czytać. Inaczej znalazłaby się w ciężkiej sytuacji. To chyba był dobry pomysł, żeby wydrukować tę książkę dużymi literami.

To właśnie „Polowanie na czarownice dla osób tępych” napisała panna Tyk i dopilnowała, by egzemplarze trafiły w okolice, gdzie ludzie ciągle wierzą, że czarownice należy palić albo topić – ponieważ jedyną czarownicą, jaka ewentualnie by tamtędy przejeżdżała, była sama panna Tyk. Dzięki temu mogła mieć nadzieję, że jeśli sprawy źle się potoczą, to zanim zostanie wrzucona do wody, przynajmniej dobrze się wyśpi i zje solidny posiłek. Woda nie stanowiła problemu, jako że panna Tyk uczęszczała do Quirmskiej Pensji dla Młodych Panien, gdzie lodowata kąpiel poranna była obowiązkowa, albowiem wzmacniała Kręgosłup Moralny. A Węzeł Bosmański nr i łatwo dawał się rozwiązać zębami, nawet pod wodą.

A tak, pomyślała jeszcze, wylewając wodę z butów; dostała też dwie srebrne sześciopensówki. Doprawdy, mieszkańcy Psikrętu byli bardzo głupi. Oczywiście, tak się dzieje, kiedy ludzie pozbywają się swoich czarownic. Czarownica to ktoś, kto wie trochę więcej niż inni – dlatego zresztą nazywano je też wiedźmami. Ale niektórzy nie lubią takich, co wiedzą więcej niż oni, więc nauczyciele i wędrowni bibliotekarze omijali te osady. O ile mogła ocenić, jeśli mieszkańcy Psikrętu mieli ochotę rzucać kamieniami we wszystkich, którzy wiedzieli więcej od nich, już wkrótce będą musieli rzucać w świnie.

To było paskudne miasteczko. Na nieszczęście mieszkała tam pewna bardzo obiecująca ośmioletnia dziewczynka. Panna Tyk zaglądała więc czasem, by mieć na nią oko. Nie jako czarownica, naturalnie, bo chociaż lubiła lodowate poranne kąpiele, nie można przesadzać nawet z przyjemnościami. Udawała więc skromną handlarkę jabłkami albo wróżkę. (Czarownice nigdy nie wróżą i nie przepowiadają przyszłości, ponieważ jeśli spróbują, są zbyt precyzyjne. Ludzie naprawdę nie chcą wiedzieć, co się zdarzy, tylko że to będzie miłe. Ale czarownice nie słodzą).

Na nieszczęście sprężyna w ukrytym kapeluszu wystrzeliła akurat wtedy, kiedy panna Tyk szła główną ulicą. Czubek kapelusza wyskoczył w górę i nawet ona nie zdołała się wytłumaczyć. Cóż, teraz musi zorganizować to jakoś inaczej. Polowanie na czarownice zawsze jest ryzykowne. Ale ktoś musi to robić. Czarownica dorastająca samotnie jest smutnym i niebezpiecznym dzieckiem…

Znieruchomiała, wpatrzona w ogień. Dlaczego pomyślała akurat o Tiffany Obolałej? Dlaczego właśnie teraz?

Działając szybko, opróżniła kieszenie i zbudowała urządzenie. Urządzenia działały. I mniej więcej tyle dało się o nich powiedzieć z całą pewnością. Budowało się je ze sznurka, kilku patyków i wszystkiego, co w danej chwili udało się znaleźć w kieszeniach. Były one u czarownic odpowiednikiem scyzoryków z piętnastoma ostrzami, trzema śrubokrętami, malutkim szkłem powiększającym i urządzeniem do usuwania woskowiny z kurcząt.