ZimistrzTekst

Z serii: Świat dysku #35
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zimistrz
Zimistrz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 53,80  43,04 
Zimistrz
Zimistrz
Zimistrz
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
29,90  25,71 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa






Tytuł oryginału

WINTERSMITH

Copyright © 2006 by Terry Pratchett and Lyn Pratchett

All Rights Reserved

Projekt okładki i ilustracje:

© Paul Kidby, 2006

Redakcja:

Łucja Grudzińska

Redakcja techniczna:

Elżbieta Urbańska

Korekta:

Mariola Będkowska

Łamanie:

Ewa Wójcik

ISBN 978-83-7469-629-6

Wydawca:

Prószyński i S-ka SA

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

www.proszynski.pl

Skład wersji elektronicznej:

Michał Nakoneczny

Virtualo Sp. z o.o. virtualo.eu

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Słownik Feeglów


zredagowany dla osób delikatnej natury

(praca realizowana przez pannę Perspikację Tyk)

Badoń: osoba niesympatyczna.

Bida: ogólny okrzyk rozpaczy.

Chłystek: osoba ogólnie niesympatyczna.

Chodek: wygódka.

Grubeszychy: istoty ludzkie.

Blektaki: bzdury, nonsens.

Bomiewezno: wyrażenie ekspresyjne w irytacji (np.: „Bomiewezno, jak nie dostanę herbaty”).

Borok: ktoś słaby.

Dugoń: coś dziwnego, niesamowitego. Czasami, z jakichś powodów, oznacza także coś podłużnego.

Feszt: zmartwiony, zaniepokojony.

Gamoń: osoba bezużyteczna.

Gonagiel: bard klanu, mający talent do instrumentów muzycznych, poematów, opowieści i pieśni.

Kelda: żeńska głowa klanu, a w końcu także matka większości jego członków. Noworodki Feeglów są bardzo małe, a kelda może ich w życiu urodzić setki.

Łochfiara: patrz „Gamoń”.

Łocy: oczy

Łojzicku: ogólny okrzyk, który może oznaczać wszystko, od „Ojej” do „Właśnie straciłem cierpliwość i zbliżają się poważne kłopoty”.

Łowiecki: wełniste stwory, które jedzą trawę i robię meee. Nie mylić z myśliwskim.

Misio: bardzo ważne zobowiązanie wynikające z tradycji lub magii. Nie małe zwierzę.

Parówa: spotykana jedynie w wielkich kopcach Feeglów w górach, gdzie jest dość wody, by pozwolić na regularne kąpiele. Jest to pewna odmiana sauny. Feeglowie z Kredy raczej uznają, że na skórze można zgromadzić warstwę brudu tylko określonej grubości; potem sam zaczyna odpadać.

Paskud: osoba naprawdę niesympatyczna.

Popsedni Świat: Feeglowie wierzą, że są martwi. Ten świat jest taki przyjemny, przekonują, że za życia musieli być naprawdę bardzo dobrzy, a potem umarli i trafili tutaj. Pozorna śmierć tutaj oznacza jedynie powrót do Poprzedniego Świata, który – jak uważają – jest dosyć nudny.

Scyga: stara kobieta

Specjalna Maść na Owce: przykro mi to mówić, ale chodzi prawdopodobnie o pędzoną gospodarskim sposobem whisky. Nikt nie wie, jak działa na owce, ale podobno kropelka dobrze robi pasterzom w długie zimowe noce, a Feeglom w dowolnej porze roku. Nie próbujcie tego w domu.

Spog: skórzany mieszek noszony z przodu u pasa. Feegle trzyma tam swoje kosztowności, a także niedojedzoną żywność, ciekawe owady, przydatne gałązki, szczęśliwe kamyki i tak dalej. Nie jest rozsądne grzebanie ręką w spogu.

Syćko: wszystko.

Tajniki: sekrety

Tocyć swojom kłodę: przyjmować to, co nam los zgotuje.

Wiedźma: czarownica w dowolnym wieku.

Wiedźma wiedźm: bardzo ważna czarownica.

Wiedźmienie, wiedźmowanie: wszystko, co robi czarownica.

Wielki Gość: wódz klanu (zwykle mąż keldy).

Wkurzony: jak mnie zapewniono, oznacza to „zmęczony”.

Zafajdoć gatki: ehm, delikatnie ujmując… być bardzo, ale to bardzo przerażonym. Jak to bywa.

Rozdział pierwszy
Wielki śnieg


Kiedy nadeszła burza, niczym młot uderzyła w zbocza. Żadne niebo nie mogło pomieścić aż tyle śniegu, a ponieważ żadne nie mogło, śnieg padał i padał jak ściana bieli.

Niewielki wzgórek śniegu wznosił się tam, gdzie jeszcze kilka godzin temu kępa głogów porastała starożytny kurhan. O tej porze roku pojawiało się też zwykle kilka pierwiosnków, teraz jednak był tylko śnieg.

Część tego śniegu się poruszyła. Uniósł się w górę fragment wielkości jabłka, a dookoła niego w górę pofrunął dym. Dłoń – nie większa od króliczej łapki – zamachała, by go rozpędzić.

Bardzo mała, ale bardzo rozgniewana niebieska twarz, z leżącą wciąż nad nią grudą śniegu, rozejrzała się po świeżym białym pustkowiu.

– Łojzicku! – jęknęła. – Popaccie ze! To robota zimistsa, jak nic. To je dopiro chłystek, co nie uznaje odmowy.

W górę wysunęły się inne bryły śniegu. Wyjrzały kolejne głowy.

– Oj bida, bida, bida! – odezwała się jedna z nich. – Znowu znaloz wielką ciut wiedźmę!

Pierwsza głowa zwróciła się do niego.

– Tępaku Wullie…

– Tak, Rob?

– Zem ci nie mówił, cobyś dał spokój temu bidowaniu?

– Ześ mówił, Rob – przyznała głowa określona jako Tępak Wullie.

– No to cemu ześ tak robił?

– Pseprosom, Rob. Tak jakby samo sceliło.

– To takie psygnebiające.

– Pseprosom, Rob.

Rob Rozbój westchnął.

– Ale siem boje, co mas racje, Wullie. Psysoł po wielko ciut wiedźme, ni ma co. Kto jej pilnuje psy farmie?

– Ciut Groźny Szpic, Rob.

Rob przyjrzał się chmurom, które były tak pełne śniegu, że obwisały pośrodku.

– Dobra – powiedział i westchnął znowu. – Cos na Bohatera.

Zniknął w dole, a śniegowy korek opadł równo na dawne miejsce. Rob zsunął się do serca kopca Feeglów.

Wewnątrz było sporo miejsca – w samym środku mógłby prawie stanąć człowiek, ale wtedy zgiąłby się wpół od kaszlu, gdyż w środku był otwór odprowadzający dym.

Wzdłuż wewnętrznej ściany biegły piętrami galerie, a na każdej tłoczyli się Feeglowie. Zwykle panował tu gwar, teraz jednak zapadła przerażająca cisza.

Rob Rozbój przeszedł do ogniska, gdzie czekała jego żona Jeannie. Stała dumnie wyprostowana, jak wypada keldzie, ale z bliska wydało mu się, że płakała. Objął ją ramieniem.

– No dobra, pewno syscy wicie, co sie dzieje – oznajmił niebiesko-czerwonej publiczności, przyglądającej mu się ze wszystkich stron. – To nie jest zwykło buza. Zimists znaloz wielko ciut wiedźme… Zaro, uspokójcie sie.

Odczekał, aż ucichną krzyki i pobrzękiwanie mieczami. Potem mówił dalej.

– Nie mozemy za nio walcyc z zimistsem. To nie naso ściezka! Nie mozemy jej psejść zamiast niej. Ale wiedźma wiedźm posłała nos na inno ściezke. Sciezke mrocno i niebezpiecno.

Zabrzmiały okrzyki. Przynajmniej to się Feeglom spodobało.

– Dobra! – stwierdził Rob z zadowoleniem. – Tera dojcie mi Bohatera!

Rozległy się śmiechy, a Duży Jan, najwyższy z Feeglów, zawołał:

– To za sybko! Storcyło cosu ino na parę lekcji z bohaterowania! Z niego ciągle jesce takie wielkie nic!

– Będzie Bohaterem dla wielkiej ciut wiedźmy i koniec – odparł surowo Rob. – A tera rusoć, syscy jak stojom. Do kredowej dziury! Wykopiecie mu tunel do Podziemnego Świata!

* * *

To musi być zimistrz, mówiła sobie Tiffany Obolała, stojąc przed ojcem w lodowatym domu na farmie. Czuła go tam, na zewnątrz. To nie była normalna pogoda, nawet w środku zimy, a przecież nadeszła już wiosna. Rzucał jej wyzwanie. A może to jakaś gra? Z zimistrzem trudno powiedzieć.

Tylko że to nie może być gra, ponieważ umierają owce, myślała Tiffany. Mam dopiero trzynaście lat, a mój ojciec i jeszcze wielu innych starszych ode mnie ludzi chce, żebym coś z tym zrobiła. Nie potrafię. Zimistrz znów mnie odnalazł. I teraz jest tutaj, a ja jestem za słaba.

Byłoby łatwiej, gdyby chcieli mnie straszyć, ale oni proszą. Ojciec jest szary na twarzy z troski – i prosi mnie. Ojciec mnie prosi.

Och, nie… Zdejmuje kapelusz. Zdejmuje kapelusz, bo chce ze mną porozmawiać!

Im się wydaje, że magia przychodzi za darmo, wystarczy mi pstryknąć palcami. Ale jeśli teraz nie potrafię tego dla nich zrobić, to co ze mnie za czarownica? Nie mogę im pokazać, że się boję. Czarownicom nie wolno się bać.

I to przecież moja wina. To ja, ja to wszystko zaczęłam. I teraz muszę skończyć.

Pan Obolały odchrząknął.

– No, tego… Gdybyś mogła… tak jakby, no… zaczarować, żeby to przeszło… Dla nas.

Wszystko w pokoju było szare, gdyż światło z okien wpadało przez śnieg. Nikt nie tracił czasu na odgarnianie tych potwornych zwałów z domów mieszkalnych. Każdy, kto mógł utrzymać łopatę, potrzebny był gdzie indziej, a i tak brakowało ludzi. Większość nie spała całą noc, przeganiając stada roczniaków, starając się ochraniać młode owce… w ciemności, wśród śniegu…

 

Jej śniegu. To była wiadomość dla niej. Wyzwanie. Przywołanie.

– Dobrze – powiedziała. – Zobaczę, co mogę zrobić.

– Dobra dziewczynka. – Ojciec uśmiechnął się z ulgą.

Nie, wcale nie dobra dziewczynka, pomyślała Tiffany. Ja to na nas sprowadziłam.

– Musicie rozpalić wielkie ognisko przy szopach – powiedziała.

– Chodzi mi o wielki ogień, rozumiecie? Rzućcie tam wszystko, co się pali. I musicie go podtrzymywać. Będzie próbował zgasnąć, ale wy musicie go podtrzymać. Dorzucajcie paliwa, cokolwiek by się działo. Ogień nie może zgasnąć!

Postarała się, by ostatnie „nie” zabrzmiało głośno i przerażająco. Nie chciała, żeby ludzie myśleli o innych sprawach. Włożyła ciężki płaszcz z brązowej wełny, który uszyła dla niej panna Spisek, i chwyciła wiszący na drzwiach czarny spiczasty kapelusz. W kuchni rozległo się coś w rodzaju chóralnego sapnięcia, a niektórzy się cofnęli. Potrzeba nam czarownicy, potrzeba nam czarownicy teraz, ale też wolimy trzymać się od niej z daleka…

Taka magia kryła się w spiczastym kapeluszu. To było coś, co panna Spisek nazywała „boffo”.

Tiffany Obolała weszła w wąski korytarz wykopany przez zasypane śniegiem podwórze, gdzie zaspy leżały wysokie na podwójny wzrost człowieka. Tak głęboki śnieg chronił przynajmniej od wiatru, który wydawał się nieść chmary noży.

Drogę doprowadzono aż do wybiegu, ale nie było to łatwe. Kiedy wszędzie leży piętnaście stóp śniegu, jak można go odgarnąć? Dokąd można go odgarnąć?

Czekała przy wozowni, a mężczyźni cięli śnieżne ściany. Byli potwornie zmęczeni – kopali już od wielu godzin.

Teraz ważne jest…

Było wiele ważnych spraw. Ważne, by wyglądać na spokojną i pewną siebie, ważne, by zachować jasny umysł, i ważne, by się nie zdradzić, że ze strachu prawie zmoczyła majtki…

Wyciągnęła przed siebie rękę, schwytała śnieżny płatek i przyjrzała mu się uważnie. Nie był taki zwyczajny, o nie – to jeden z tych specjalnych. To paskudne. Drażnił się z nią. Teraz potrafiła go nienawidzić. Nigdy wcześniej go nie nienawidziła. Ale zabijał owce.

Zadrżała i mocniej otuliła się płaszczem.

– Taki jest mój wybór – wychrypiała. Jej oddech zmieniał się w obłoki pary. Odkaszlnęła i zaczęła jeszcze raz. – Taki jest mój wybór. Jeśli jest za to cena, postanawiam zapłacić. Jeśli śmierć jest tą ceną, mogę życie stracić. Gdzie mnie to zaprowadzi, postanawiam pójść. Postanawiam. Taki jest mój wybór.

Nie było to zaklęcie, najwyżej w jej własnej głowie, ale jeśli nie potrafi zmusić zaklęcia do działania we własnej głowie, to nigdzie się jej to nie uda.

Opatulona płaszczem patrzyła, jak mężczyźni przynoszą słomę i drewno. Ogień rozpalał się wolno, jakby wolał nie okazywać entuzjazmu.

Robiła to przecież wcześniej, prawda? Dziesiątki razy. Sztuczka nie była trudna, kiedy człowiek już ją wyczuł. Tylko że zwykle miała dość czasu, by doprowadzić umysł do odpowiedniego stanu, no i zwykle nie próbowała robić niczego większego niż ogień z kuchennego pieca, kiedy chciała ogrzać sobie stopy. W teorii powinno być równie łatwo z wielkim ogniskiem i zwałami śniegu. Prawda?

Prawda?

Ogień zahuczał. Ojciec położył jej dłoń na ramieniu. Tiffany podskoczyła. Zapomniała już, jak cicho potrafi się poruszać.

– O co chodziło z tym wyborem? – zapytał.

Zapomniała też, jak dobry ma słuch.

– To takie… taka czarownicza sprawa – odpowiedziała, starając się nie patrzeć mu w oczy. – Żeby jeżeli coś się nie uda, to była tylko moja wina.

Bo to jest moja wina, dodała w myślach. To niesprawiedliwe, ale nikt nie mówił, że będzie inaczej.

Ojciec delikatnie ujął ją pod brodę, zmusił do podniesienia wzroku. Jakie miękkie ma dłonie, myślała Tiffany. Dłonie dużego mężczyzny, ale delikatne jak u dziecka, z powodu tłuszczu na owczym runie.

– Nie powinniśmy cię prosić. Prawda?

Powinniście mnie poprosić, myślała Tiffany. Owce umierają pod tym strasznym śniegiem. A ja powinnam odmówić, powinnam powiedzieć, że jeszcze nie jestem tak dobra. Ale owce umierają pod śniegiem.

Będą inne owce, odezwała się jej Druga Myśl.

Ale przecież nie będą tymi owcami, zgadza się? Te owce umierają, tu i teraz. A umierają, bo posłuchałam własnych stóp i ośmieliłam się tańczyć z zimistrzem.

– Dam sobie radę – oświadczyła.

Ojciec trzymał ją pod brodę i patrzył w oczy.

– Jesteś pewna, dżygicie? – zapytał.

Tak nazywała ją babcia – babcia Obolała, która nigdy nie straciła owcy w strasznym śniegu. Nigdy wcześniej tak do niej nie mówił. Dlaczego teraz to przezwisko przyszło mu do głowy?

– Tak!

Odepchnęła jego rękę i odwróciła wzrok, zanim wybuchnęła płaczem.

– Ja… nie mówiłem jeszcze o tym mamie – powiedział jej ojciec bardzo powoli, jakby słowa wymagały nadzwyczajnej ostrożności. – Ale nie mogę znaleźć twojego brata. Abe Swindell podobno widział go idącego gdzieś z małą łopatką… Jestem pewien, że nic mu nie grozi, ale… rozejrzyj się za nim, dobrze? Miał na sobie czerwony płaszczyk.

Widok jego całkiem pozbawionej wyrazu twarzy łamał jej serce. Mały Wentworth, już prawie siedmioletni, zawsze biegał za mężczyznami, zawsze chciał być jednym z nich, zawsze próbował pomagać… Jak łatwo można przeoczyć kogoś tak małego… Śnieg wciąż padał gęsto. Te przerażająco niewłaściwe płatki osiadały ojcu na ramionach. Takie drobiazgi się zapamiętuje, kiedy ze świata odrywa się dno i człowiek spada…

To było nie tylko niesprawiedliwe, ale… okrutne.

Pamiętaj, jaki nosisz kapelusz! Pamiętaj, co masz do zrobienia! Równowaga. Równowaga jest najważniejsza. Utrzymuj równowagę w samym środku, utrzymuj równowagę…

Tiffany wyciągnęła do ognia zgrabiałe dłonie, by wciągnąć w nie ciepło.

– Pamiętajcie, nie pozwólcie, żeby zgasł ogień – przypomniała.

– Kazałem ludziom przynieść tu całe drewno – zapewnił ją ojciec. – Kazałem też przynieść cały węgiel z kuźni. Nie zgaśnie z braku paliwa, to ci obiecuję.

Płomienie tańczyły i wyginały się ku dłoniom Tiffany. Sztuczka polegała na tym, cała sztuczka, tak, polegała na tym, żeby zmagazynować ten żar gdzieś blisko, czerpać go sobą i… utrzymywać w równowadze. Zapomnieć o wszystkim innym!

– Pójdę z… – zaczął jej ojciec.

– Nie! Pilnuj ognia! – zawołała Tiffany za głośno, pobudzona strachem. – Rób, co mówię!

Nie jestem dzisiaj twoją córką, wrzeszczał jej umysł. Jestem waszą czarownicą i uratuję was!

Odwróciła się, zanim zdążył zobaczyć jej twarz, i pobiegła przez płatki, po odkopanej ścieżce prowadzącej do dolnych wybiegów. Śnieg był tu wydeptany w nierówny, pełen garbów trakt, śliski od świeżego puchu. Wyczerpani mężczyźni z łopatami wciskali się w śnieżne ściany po obu stronach, żeby tylko nie stawać jej na drodze.

Dotarła do szerszego obszaru, gdzie inni pasterze rozkopywali śnieżny mur. Sypał się grudami dookoła.

– Stać! Cofnąć się! – krzyknęła. Jej umysł szlochał.

Mężczyźni posłuchali natychmiast. Usta, wydające ten rozkaz, miały nad sobą spiczasty kapelusz, a z tym się nie dyskutuje.

Pamiętaj gorąco, gorąco, pamiętaj gorąco i równowagę, utrzymuj równowagę…

To było czarownictwo obdarte ze wszystkiego. Żadnych zabawek, żadnych różdżek, żadnego boffo, żadnej głowologii, żadnych sztuczek. Liczyło się tylko, czy człowiek jest naprawdę dobry.

Ale czasami trzeba oszukać samą siebie. Nie była Letnią Panią i nie była babcią Weatherwax. Musiała sobie pomagać na wszelkie możliwe sposoby.

Wyciągnęła z kieszeni małego srebrnego konia. Był brudny i poplamiony; zamierzała go oczyścić, ale nie miała czasu, nie miała czasu…

Jak rycerz wkładający hełm, Tiffany wsunęła sobie na szyję srebrny łańcuszek.

Powinna więcej ćwiczyć. Powinna słuchać ludzi. Powinna słuchać samej siebie.

Nabrała tchu i rozłożyła ręce na boki, otwartymi dłońmi w górę. Na prawej lśniła biała blizna.

– Grom po mojej prawej – powiedziała. – Błyskawica po mojej lewej. Ogień za mną. Mróz przede mną.

Ruszyła naprzód, aż znalazła się o kilka cali od śnieżnej ściany. Czuła, jak chłód śniegu wysysa z niej ciepło. A zatem niech się stanie.

Kilka razy odetchnęła głęboko. Taki jest mój wybór.

– Mróz w ogień – szepnęła.

Na podwórzu płomienie zbielały i zahuczały jak w kowalskim palenisku.

Śnieżna ściana zasyczała, a potem eksplodowała parą; grudy śniegu wyleciały w powietrze. Tiffany wolno ruszyła naprzód. Śnieg cofał się przed jej rękami jak rosa o wschodzie słońca. Topniał w jej żarze, odsłaniając tunel w głębokiej zaspie, uciekał, wił się wokół obłokami zimnej mgły.

Tak! Uśmiechnęła się desperacko. Jeśli stanąć w samym środku, jeśli osiągnąć właściwy stan umysłu, można utrzymać równowagę. W samym środku huśtawki jest miejsce, które się nie porusza…

Buty chlupały w ciepłej wodzie. Pod śniegiem była świeża zielona trawa – bo śnieżyca nadeszła o tak późnej porze roku. Tiffany szła dalej w stronę, gdzie śnieg zasypał zagrody owiec.

Jej ojciec patrzył w ogień, który płonął białym żarem, jak w palenisku, i pochłaniał drewno niczym rozdmuchiwany huraganem. Paliwo błyskawicznie zmieniało się w popiół…

Wokół butów Tiffany płynęła woda.

Tak! Ale nie myśl o tym. Utrzymuj równowagę! Więcej ciepła! Mróz w ogień!

Rozległo się meczenie.

Owce mogą żyć pod śniegiem, w każdym razie przez jakiś czas. Ale – jak mawiała babcia Obolała – kiedy bogowie stwarzali owce, ich mózgi musieli zostawić w innym płaszczu. W panice – a owce zawsze są o krok od paniki – stratują własne młode.

Pojawiły się wreszcie owce i jagnięta, parujące, oszołomione… Śnieg topniał dookoła nich, jakby były pozostałymi po nim rzeźbami.

Tiffany szła dalej, patrząc prosto przed siebie, ledwie świadoma krzyków za plecami. Mężczyźni, którzy postępowali za nią, uwalniali jagnięta, unosili owce…

Jej ojciec krzyczał na pozostałych. Paru ludzi rąbało wóz i rzucało drewno w białe, gorące płomienie. Inni ciągnęli z domu meble. Koła, stoły, bele siana, krzesła – ogień chwytał wszystko, połykał i ryczał o więcej. A więcej już nie było.

Nie ma czerwonego płaszczyka. Nie ma czerwonego płaszczyka. Równowaga, równowaga. Tiffany brnęła dalej, a wokół przelewała się woda i owce. Strop tunelu runął w chlupiące, śliskie błoto – nie zwracała na to uwagi. Nowe płatki śniegu spływały przez otwór i wrzały w powietrzu nad jej głową. Na to również nie zwracała uwagi. I potem, z przodu… błysk czerwieni.

Mróz w ogień! Śnieg się cofnął – i on tam był. Podniosła go, przytuliła, przesłała nieco ciepła, poczuła, jak się porusza…

– To było co najmniej czterdzieści funtów – szepnęła. – Co najmniej czterdzieści funtów.

Wentworth zakaszlał i otworzył oczy.

Ze łzami spływającymi jak topniejący śnieg, Tiffany podbiegła do pasterza i wcisnęła mu chłopczyka na ręce.

– Zanieś go do matki! Natychmiast!

Pasterz chwycił chłopca i odbiegł, przerażony jej gwałtownością. Dzisiaj była ich czarownicą!

Tiffany się odwróciła. Jeszcze zostały owce do ratowania.

Płaszcz jej ojca wylądował w zachłannych płomieniach, rozjarzył się na chwilę i rozpadł w szary popiół. Inni mężczyźni byli gotowi: gdy próbował skoczyć za płaszczem, chwycili go i odciągnęli, choć wyrywał się i krzyczał.

Krzemienne płytki bruku topiły się jak masło. Skwierczały przez chwilę, a potem zastygły.

Ogień zgasł.

Tiffany Obolała uniosła głowę i spojrzała w oczy zimistrza.

A z dachu wozowni odezwał się głos Ciut Groźnego Szpica.

– Ech, łojzicku.

* * *

Ale to się jeszcze nie zdarzyło. Może wcale się nie wydarzyć. Przyszłość zawsze jest trochę chwiejna. Dowolny drobiazg, jak upadek płatka śniegu albo upuszczenie niewłaściwego rodzaju łyżki, może pchnąć przyszłość na całkiem inną ścieżkę. Albo nie.

A wszystko to zaczęło się zeszłej jesieni, w dniu mającym w sobie kota.

Rozdział drugi
Panna Spisek


Oto Tiffany Obolała lecąca na miotle przez odległy o setki mil górski las. Leci tuż nad ziemią; to bardzo stara miotła, ma dwie dodatkowe małe miotełki umocowane z tyłu, jak kółka przy dziecięcym rowerku, by chronić przed wywrotkami. Należy do bardzo starej czarownicy, panny Spisek. Panna Spisek radzi sobie z lataniem jeszcze gorzej od Tiffany i ma sto trzynaście lat.

Tiffany jest o ponad sto lat młodsza, wyższa niż była jeszcze miesiąc temu i nie tak pewna czegokolwiek jak rok temu.

Uczy się, by zostać czarownicą. Czarownice zwykle ubierają się na czarno, ale o ile potrafi to stwierdzić, jedynym powodem dla ubierania się na czarno jest ten, że zawsze ubierały się na czarno. Nie uznaje tego za wystarczający argument, więc chętnie nosi zieleń lub błękit. Nie śmieje się z pogardą na widok strojności, gdyż nigdy jeszcze żadnej nie widziała.

 

Nie można jednak uciec od spiczastego kapelusza. W spiczastym kapeluszu nie ma nic magicznego prócz tego, że informuje, iż kobieta pod nim jest czarownicą. Ludzie zwracają uwagę na spiczasty kapelusz.

Jednakże trudno być czarownicą w wiosce, gdzie człowiek dorastał. Trudno być czarownicą w wiosce, gdzie ludzie znają człowieka jako córkę Joego Obolałego i widzieli, jak ojciec biegał w samej koszuli, kiedy miał dwa lata.

Wyjazd pomógł. Większość znanych Tiffany osób nie oddalała się o więcej niż dziesięć mil od miejsca, gdzie przyszły na świat, więc jeśli ktoś wyjeżdżał do tajemniczych obcych stron, sam stawał się trochę tajemniczy. Wracał trochę inny. A czarownica powinna być inna.

Czarownictwo okazało się głównie ciężką pracą, właściwie bez magii w stylu „zap! dzyń-dzyń-dzyń!”. Nie istniała żadna szkoła i nic właściwie nie przypominało lekcji. Ale próba samodzielnego opanowania czarownictwa nie należała do rozsądnych pomysłów, zwłaszcza dla kogoś, kto miał naturalny talent. Jeśli coś pomylił, mógł w ciągu tygodnia przejść od normalności do chichotu…

Kiedy się dobrze zastanowić, wszystko się sprowadzało do chichotu. Chociaż nikt nigdy o nim nie mówił. Czarownice wygłaszały tezy w rodzaju „Nigdy nie jesteś za stara, za chuda ani za pomarszczona”, ale o chichocie nie wspominały. Za to uważały na niego przez cały czas.

Popadnięcie w chichot było aż nazbyt łatwe. Większość czarownic żyła samotnie (z opcjonalnym kotem) i często całymi tygodniami nie widziały innego człowieka. Ludzie w czasach, kiedy nienawidzili czarownic, często oskarżali je, że rozmawiają z kotami. Oczywiście, że rozmawiały z kotami. Po trzech tygodniach bez inteligentnej konwersacji, która nie dotyczyłaby krów, człowiek rozmawiałby nawet ze ścianą… A to był pierwszy objaw chichotu.

„Chichot” dla czarownicy to coś więcej niż zwykły nieprzyjemny śmiech. Oznaczał, że jej umysł zerwał się z kotwicy. Oznaczał, że traci panowanie. Oznaczał, że samotność, ciężka praca, odpowiedzialność i problemy innych doprowadzają ją do szaleństwa, krok po kroku, każdy z nich tak mały, że ledwie zauważalny, aż w końcu uznawała za całkiem normalne, że nie warto się myć i można nosić na głowie kociołek. Oznaczał przekonanie, że z faktu, iż wie się więcej niż ktokolwiek inny we wsi, wynika, że jest się od nich lepszym. Oznaczał uznanie dobra i zła za zjawiska podlegające negocjacji. W rezultacie oznaczał „przejście w mrok”. To była zła droga. A na jej końcu czekały zatrute wrzeciona i chatki z piernika.

Od takich sytuacji chroniła tradycja składania wizyt. Czarownice ciągle odwiedzały inne czarownice, czasami pokonując znaczne odległości, by napić się herbaty i zjeść ciasteczko. W części chodziło o plotki, naturalnie, gdyż czarownice kochały plotki, zwłaszcza gdy były o wiele ciekawsze od prawdy. Ale przede wszystkim chodziło o to, by na siebie wzajemnie uważać.

Dzisiaj Tiffany składała wizytę babci Weatherwax, która w opinii większości czarownic (nie wyłączając samej babci) była najpotężniejszą czarownicą w górach. Oczywiście wszystko odbywało się niezwykle uprzejmie. Nikt nie pytał: „Nie dostajesz przypadkiem bzika?”, nikt nie zapewniał: „Ależ skąd, umysł mam ostry jak łyżka”. Nie musiały. Wiedziały, o co chodzi, więc rozmawiały o innych sprawach. Jednakże z babcią Weatherwax, kiedy nie była w nastroju, było to niezmiernie trudne.

Siedziała milcząca w swym fotelu na biegunach. Niektórzy są dobrzy w konwersacjach, ale babcia Weatherwax była dobra w milczeniu. Potrafiła siedzieć tak cicho i spokojnie, że aż zanikała. Człowiek zapominał, że tu jest. Pokój stawał się pusty.

To ludzi niepokoiło. Prawdopodobnie taki był cel. Ale Tiffany także nauczyła się milczenia – od babci Obolałej, swojej prawdziwej babci. A teraz dowiadywała się, że jeśli ktoś zachowuje absolutny spokój, staje się prawie niewidoczny.

Babcia Weatherwax była w tym ekspertem.

Tiffany nazywała to zaklęciem „nie ma mnie tutaj”, jeśli to było zaklęcie. Rozumowała tak: każdy ma w sobie coś, co mówi światu, że jest. Dlatego często daje się wyczuć, że ktoś stoi za plecami, nawet jeśli nie wydaje żadnego dźwięku. Odbiera się wtedy sygnał „jestem tu”.

U niektórych ten sygnał był bardzo mocny. Tacy ludzie zawsze pierwsi są obsługiwani w sklepach. Sygnał „jestemtu” babci Weatherwax odbijał się od gór, jeśli tego chciała; kiedy wchodziła do lasu, wilki i niedźwiedzie uciekały drugą stroną.

Ale mogła go wyłączyć.

I teraz właśnie to robiła. Tiffany musiała się koncentrować, by ją zauważyć. Większa część jej umysłu mówiła, że nie ma tu nikogo.

No dobrze, pomyślała; wystarczy już tego.

Zakaszlała. I nagle babcia Weatherwax zawsze tu była.

– Panna Spisek czuje się dobrze – oznajmiła Tiffany.

– Wspaniała kobieta – stwierdziła babcia.

– O tak. Chociaż ma swoje dziwne przyzwyczajenia.

– Cóż, żadna z nas nie jest doskonała.

– Wypróbowuje nowe oczy.

– Dobrze.

– To para kruków.

– Może tak będzie lepiej – uznała babcia.

– Lepiej niż z myszami, które miała poprzednio.

– Tak sądzę.

Trwało to jeszcze chwilę i Tiffany zaczęła się irytować, że sama musi wykonywać całą pracę. Istnieje w końcu coś takiego jak zwykła uprzejmość. Ale co tam… wiedziała, co należy zrobić.

– Pani Skorek napisała kolejną książkę – oświadczyła.

– Słyszałam – odparła babcia Weatherwax.

Cienie w pokoju stały się chyba odrobinę ciemniejsze.

No cóż, to tłumaczyło nadąsanie. Sama myśl o pani Skorek budziła u babci Weatherwax irytację. Zdaniem babci pani Skorek była w całości nieodpowiednia. Nie urodziła się w okolicy, co samo w sobie było niemal zbrodnią. Pisała książki, a babcia Weatherwax nie ufała książkom. No i pani Skorek (co wymawiało się Skouriik, przynajmniej według pani Skorek) wierzyła w błyszczące różdżki i amulety, mistyczne runy i moc gwiazd, gdy tymczasem babcia Weatherwax wierzyła w filiżanki herbaty, kruche ciasteczka, poranne mycie w zimnej wodzie… no i przede wszystkim w babcię Weatherwax.

Pani Skorek była popularna zwłaszcza wśród młodszych czarownic, ponieważ jeśli ktoś uprawiał czarownictwo w jej stylu, mógł nosić tyle biżuterii, że ledwie chodził. Babcia Weatherwax nigdzie nie była zbyt popularna…

… dopóki nie była potrzebna. Kiedy Śmierć stał nad kołyską albo kiedy w lesie obsunęła się siekiera i krew wsiąkała w mech, posyłało się kogoś do krzywej, samotnej chatki na polanie. Kiedy umierała wszelka nadzieja, wzywało się babcię Weatherwax, gdyż była najlepsza.

I zawsze przychodziła. Zawsze. Ale popularna? Nie. Potrzebować to nie to samo co lubić. Babcia Weatherwax była na te okazje, kiedy sprawy wyglądały poważnie.

Tiffany jednak ją lubiła na swój sposób. I sądziła, że babcia Weatherwax też ją lubi. Pozwalała Tiffany nazywać się babcią, choć wszystkie inne młode czarownice musiały się do niej zwracać „pani Weatherwax”. Czasami Tiffany miała wrażenie, że jeśli ktoś zachowywał się przyjaźnie w stosunku do babci Weatherwax, ona sprawdzała, jak przyjazny pozostanie. U babci Weatherwax wszystko było próbą.

– Ta nowa książka nazywa się „Pierwsze loty w czarownictwie” – mówiła dalej, bacznie obserwując starą czarownicę.

Babcia Weatherwax się uśmiechnęła. To znaczy kąciki jej ust uniosły się do góry.

– Ha! – powiedziała. – Mówiłam to już i powiem jeszcze raz: Nie można się z książek nauczyć czarownictwa. Letycja Skorek uważa, że można zostać czarownicą metodą chodzenia na zakupy. – Rzuciła Tiffany przenikliwe spojrzenie, jakby zastanawiała się nad decyzją. – A założę się, że tego nie potrafi – dodała w końcu.

Sięgnęła po swoją herbatę i objęła palcami filiżankę. Potem drugą ręką chwyciła dłoń Tiffany.

– Gotowa? – zapytała.

– Na co… – zaczęła Tiffany i nagle poczuła, że dłoń robi się gorąca. Ciepło płynęło w górę wzdłuż ramienia i rozgrzewało je aż do kości.

– Czujesz?

– Tak!

Ciepło odeszło. A babcia Weatherwax, wciąż obserwując twarz dziewczynki, przekręciła filiżankę dnem do góry.

Herbata wypadła i stuknęła o podłogę. Zamarzła w litą bryłę.

Tiffany miała już dość dużo lat, by nie spytać: Jak to zrobiłaś?”. Babcia Weatherwax nie odpowiadała na głupie pytania. Właściwie to nie odpowiadała na bardzo liczne pytania.

– Przemieściłaś ciepło. Zabrałaś je z herbaty i przepuściłaś przez siebie do mnie, tak?

– Tak, ale ono mnie nawet nie dotknęło – odparła tryumfalnie babcia. – Wszystko polega na równowadze, rozumiesz? Równowaga to sedno. Utrzymaj równowagę, a… – Urwała nagle. – Bujałaś się kiedyś na huśtawce? Jeden koniec się wznosi, drugi opada. Ale ten kawałek w środku, w samym środku, zawsze zostaje na miejscu. Górność i dolność przepływają przez niego. Nieważne, jak wysoko czy nisko znajdą się końce, on zachowuje równowagę. – Prychnęła. – Magia jest zwykle właśnie przemieszczaniem różnych rzeczy.

– Mogę się tego nauczyć?

– Tak przypuszczam. To nietrudne, jeśli już osiągniesz właściwy stan umysłu.

– Możesz mnie nauczyć?

– Właśnie to zrobiłam. Pokazałam ci.

– Nie, babciu. Pokazałaś mi właśnie, jak się to robi, a nie… jak się to robi.

– Nie mogę ci tego powiedzieć. Wiem, jak ja to robię. Jak ty to robisz, to inna kwestia. Musisz tylko osiągnąć właściwy stan umysłu.

– A jak to zrobić?

– Skąd mogę wiedzieć? To przecież twój umysł – rzuciła niechętnie babcia. – Nastaw imbryk. Moja herbata całkiem wystygła.

W jej głosie zabrzmiała nuta złośliwości, ale taka już była babcia. Wyznawała pogląd, że jeśli ktoś potrafi się uczyć, sam do wszystkiego dojdzie. Nie warto ludziom niczego ułatwiać. Życie nie jest łatwe, mawiała.

– I widzę, że dalej nosisz tę błyskotkę.

Babcia nie lubiła błyskotek. To słowo oznaczało cokolwiek metalowego, co nie miało na celu przytrzymywania, spinania albo mocowania. Należało do „zakupów”.

Tiffany dotknęła małego srebrnego konia, którego nosiła na szyi. Był malutki i prosty, ale wiele dla niej znaczył.

– Tak – potwierdziła spokojnie. – Dalej noszę.

– A co masz w koszyku? – zapytała nagle babcia, co było wyjątkową niegrzecznością. Koszyk Tiffany stał na stole. W środku był prezent, naturalnie. Wszyscy wiedzieli, że kiedy idzie się z wizytą, należy zabrać jakiś prezent, ale odwiedzana osoba powinna być zaskoczona, kiedy go dostaje. Powinna mówić coś w rodzaju „Och, naprawdę nie trzeba było”.