Pasterska koronaTekst

Z serii: Świat dysku
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pasterska korona
Pasterska korona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 55,50  44,40 
Pasterska korona
Pasterska korona
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

TEGO SAMEGO AUTORA POLECAMY:

KOLOR MAGII

*

BLASK FANTASTYCZNY

*

RÓWNOUMAGICZNIENIE

*

MORT

*

CZARODZICIELSTWO

*

ERYK

*

TRZY WIEDŹMY

*

PIRAMIDY

*

STRAŻ! STRAŻ!

*

RUCHOME OBRAZKI

*

NAUKA ŚWIATA DYSKU I, II, III

*

KOSIARZ

*

WYPRAWA CZAROWNIC

*

POMNIEJSZE BÓSTWA

*

PANOWIE I DAMY

*

ZBROJNI

*

MUZYKA DUSZY

*

CIEKAWE CZASY

*

MASKARADA

*

OSTATNI BOHATER

*

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY

I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

*

NA GLINIANYCH NOGACH

*

WIEDŹMIKOŁAJ

*

WOLNI CIUT LUDZIE

*

BOGOWIE, HONOR,

ANKH-MORPORK

*

OSTATNI KONTYNENT

*

CARPE JUGULUM

*

PIĄTY ELEFANT

*

PRAWDA

*

ZŁODZIEJ CZASU

*

ZIMISTRZ

*

STRAŻ NOCNA

*

POTWORNY REGIMENT

*

PIEKŁO POCZTOWE

*

ŁUPS!

*

ŚWIAT FINANSJERY

*

HUMOR I MĄDROŚĆ ŚWIATA DYSKU

*

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

*

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

*

NIUCH

*

ŻÓŁW PRZYPOMNIANY

*

PARA W RUCH

*

FOLKLOR ŚWIATA DYSKU


Tytuł oryginału

THE SHEPHERD’S CROWN

Copyright © Terry and Lyn Pratchett 2015

First published as The Shepherd’s Crown by Random House Children’s Publishers UK a division of The Random House Group Limited

All rights reserved

Ilustracje w tekście i na okładce

© Paul Kidby, 2015

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wójcik

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja i korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-603-0

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Esmeraldzie Weatherwax

– uważaj na siebie.



Prolog

KORONA Z KREDY

Narodziła się w mrokach Okrągłego Morza; z początku była miękką, dryfującą istotą, niesioną tam i z powrotem przez kolejne fale. Wyrosła jej muszla, choć w tym falującym, wirującym świecie żyły wielkie stwory, które i tak w jednej chwili mogłyby ją zgnieść. Mimo to przetrwała. Jej delikatne życie mogłoby trwać tak w nieskończoność, póki by go nie przerwały niebezpieczeństwa przyboju lub inne pływające stwory – gdyby nie kałuża.

Kałuża była ciepła, położona wysoko na plaży, zasilana rzadkimi, nadlatującymi od Osi sztormami; istota żywiła się w niej stworzeniami jeszcze mniejszymi od siebie, i rosła, aż stała się królem. I pewnie stałaby się jeszcze większa, gdyby nie gorące lato, które sprawiło, że woda wyparowała.

I tak mała istota umarła, ale jej skorupka przetrwała, niosąc w sobie zalążek czegoś ostrego. Przy kolejnym przypływie fala zmyła ją w przybrzeżne wody, gdzie utknęła, przetaczając się tam i z powrotem wśród kamieni i innych pozostałości po sztormach.

Morze falowało przez wieki, aż wyschło i cofnęło się z lądu, a kolczasta muszla dawno martwej istoty zapadała się w warstwach muszli innych stworzonek, które nie przetrwały. I tam leżała, z powoli rosnącym wewnątrz ostrym jądrem, aż do dnia, kiedy znalazł ją pasterz, pilnujący swych stad na wzgórzach, które teraz nazywano Kredą.

Dziwny przedmiot przyciągnął jego wzrok, schylił się więc, uniósł go i obejrzał ze wszystkich stron. Był zaokrąglony, ale nie całkiem, i pasował do wnętrza dłoni. Kształt wydawał się zbyt regularny jak na krzemień, choć miał krzemień w sercu. Powierzchnia była szara jak w kamieniu, ale z sugestią złota pod szarością. Na powierzchni wyczuwał pięć wyraźnych grzbietów w równych odstępach, niemal jak paski, sięgających od płaskiej podstawy po wierzchołek. Widział już takie rzeczy, ale ta była jakaś inna – całkiem jakby sama wskoczyła mu do ręki.

Dziwne znalezisko przetoczyło się, kiedy pasterz próbował obrócić je w dłoni, i miał wrażenie, że chce coś mu powiedzieć. To głupi pomysł, sam o tym wiedział, a jeszcze nie był na piwie, lecz ten niezwykły obiekt zdawał się wypełniać cały jego świat. Po chwili pasterz przeklął własną głupotę – ale mimo to zachował kamyk i zabrał ze sobą, by pokazać kumplom w pubie.

– Patrzcie – powiedział. – Wygląda jak korona.

Tamci oczywiście wybuchnęli śmiechem.

– Korona? – zawołali. – A po co ci korona? Nie jesteś żadnym królem, Danielu Obolały.

Ale pasterz zabrał swą zdobycz do domu i ostrożnie ułożył na półce w kuchni, gdzie trzymał rzeczy, które lubił.

I tam, w końcu, została zapomniana i utracona dla historii.

Ale nie dla Obolałych, którzy przekazywali ją sobie z pokolenia na pokolenie.


Rozdział 1

GDZIE WIATR POWIEJE

To był jeden z tych dni, które człowiek długo zachowuje w pamięci. Wysoko na łąkach, powyżej farmy rodziców, Tiffany Obolała czuła się tak, jakby mogła sięgnąć wzrokiem na sam koniec świata. Powietrze było czyste jak kryształ, a w rześkim wietrze zeschłe jesienne liście wirowały wokół jesionów, gdy te klekotały gałęziami, by zrobić miejsce dla nowych wiosennych pąków.

Zawsze się zastanawiała, czemu rosną tu drzewa. Babcia Obolała powiedziała kiedyś, że prowadziły tędy dawne trakty, wytyczone w czasach, kiedy dolina poniżej była bagnem. Babcia mówiła, że właśnie dlatego ludzie stawiali swoje domy tutaj, na górze – dalej od mokradeł i od innych ludzi, którzy chcieliby uprowadzić ich stada.

Może czuli się bezpiecznie w pobliżu starych kamiennych kręgów, jakie tu znajdowali. A może to właśnie oni je wznieśli? Nikt nie wiedział na pewno, skąd się wzięły... ale chociaż tak naprawdę w to nie wierzyli, wszyscy byli przekonani, że takie rzeczy lepiej zostawić w spokoju, na wszelki wypadek. W końcu jeśli nawet taki krąg ukrywał jakieś sekrety czy skarby, to jaki z nich pożytek, gdy chodzi o owce? I chociaż wiele kamieni już upadło, może jednak osoba pod nimi pogrzebana nie chciałaby, żeby ktoś ją wykopał? Przecież to, że człowiek jest martwy, nie oznacza jeszcze, że nie może się rozgniewać. O nie...

Nawet Tiffany wykorzystała kiedyś pewne konkretne kamienie, żeby przejść przez bramę do Krainy Baśni – krainy całkiem innej niż opisywana w Xiędze Baśniowych Opowyeści dla Grzecznych Dzieci. Wiedziała więc, że niebezpieczeństwa są realne.

Dzisiaj, z jakiejś przyczyny, naszła ją ochota, by znowu pójść do tych kamieni. Jak każda rozsądna czarownica, nosiła mocne buty, które mogły przejść po wszystkim – dobre, praktyczne buty. Jednak nie przeszkadzały jej wyczuwać krainy, słyszeć, co do niej mówi. Zaczęło się od lekkiego łaskotania, swędzenia przenoszącego się na stopy i żądającego, by je usłyszeć, ponaglającego, by pomaszerować na hale, odwiedzić krąg – mimo że akurat wciskała rękę w owczy zadek, by wyleczyć paskudny przypadek kolki. Czemu miałaby iść do kamieni, Tiffany nie wiedziała, ale żadna czarownica nie ignorowała czegoś, co mogło być wezwaniem. Poza tym kręgi stały tam jako bariera. Chroniły jej krainę – chroniły przed tym, co mogło przez nie przejść...

Wyruszyła natychmiast, z nieco zmarszczonym czołem. Jednak na samym szczycie Kredy wszystko wyglądało jak należy. Zawsze tak było. Nawet dzisiaj.

Ale czy na pewno? Ku zaskoczeniu Tiffany nie była jedyną, którą tego dnia coś przyciągnęło do kręgu. Bo kiedy rozglądała się w tym rześkim, czystym powietrzu i słuchała wiatru, rozpoznała błysk rudych włosów, plamę tatuowanej niebieskiej skóry – i usłyszała mruknięcie „Łojzicku”, gdy jakiś szczególnie rozbawiony kłąb liści zaczepił się na hełmie z króliczej czaszki.

– Kelda sama mie tu psysłoła, cobym mioł te kamycki na łoku – oznajmił Rob Rozbój ze swego punktu obserwacyjnego na sterczącym z ziemi kawałku skały.

Czujnie omiatał wzrokiem okolicę, jakby wypatrywał rabusiów. Skądkolwiek by przychodzili. Zwłaszcza gdyby nadeszli przez krąg.

– I jakby który z tych paskudów chciał se wrócić i jesce roz próbować, będziemy gotowi, wis – dodał z nadzieją w głosie. – Psyjmiemy ich z nasom najlepsom feeglowom gościnnościom. – Wyprostował swoją chudą sylwetkę na pełne sześć cali i pogroził mieczem niewidzialnemu wrogowi.

Efekt, jak uznała Tiffany już nie po raz pierwszy, był dość imponujący.

– Ci starożytni rabusie od dawna są martwi – powiedziała, zanim zdążyła się powstrzymać, chociaż jej Drugie Myśli podpowiadały, by słuchała uważnie. Jeśli Jeannie, żona Roba i kelda klanu Feeglów, widziała, że nadchodzą kłopoty, to znaczy, że kłopoty są blisko.

 

– Martwi? Ano, takoz i my som – odparł Rob1.

– Niestety... – Tiffany westchnęła. – W tych dawnych czasach śmiertelnicy zwyczajnie umierali. Nie wracali, jak wam się to chyba udaje.

– By wracali, jakby mieli nasom broze.

– Co to takiego?

– No wis, broza to jakby tako łowsianka, ino ze syćkim w środku i jesce kapeckom brandy albo maści do łowiecek łod twojej starej babci.

Tiffany się roześmiała, ale niepokój jej nie opuszczał. Muszę porozmawiać z Jeannie, pomyślała. Muszę się dowiedzieć, czemu ona i moje buty czują to samo.

* * *

Kiedy dotarli do porośniętego trawą sporego kopca, kryjącego zawiły labirynt siedziby Feeglów, Tiffany i Rob skierowali się do maskującej główne wejście kępy głogu. Tam znaleźli Jeannie – siedziała na zewnątrz i jadła kanapkę.

Baranina, pomyślała Tiffany z odrobiną irytacji. Dobrze pamiętała o umowie z Feeglami, pozwalającej im porwać czasem jakąś starą owcę w zamian za zabawę przy odganianiu kruków, które w przeciwnym wypadku atakowały lotem nurkowym młode owce, a te z kolei robiły to, co owce potrafią najlepiej, to znaczy gubiły się i ginęły. Chociaż zagubione owce w Kredzie nauczyły się nowej sztuczki – często pędziły przez hale z wielką prędkością, czasami do tyłu, z Feeglem przy każdym kopytku, i w ten sposób powracały do swoich stad.

Keldzie niezbędny był wielki apetyt, ponieważ w klanie Nac Mac Feeglów była jedyną keldą i miała mnóstwo synów, plus wyskakującą z rzadka szczęśliwą córkę2. Za każdym razem, kiedy Tiffany ją widziała, Jeannie wydawała się trochę szersza i trochę bardziej okrągła. Jej biodra musiały pracować i Jeannie na pewno mocno się starała o ich powiększenie, atakując coś, co wyglądało na pół baraniego udźca między dwoma kromkami chleba – niezwykły wyczyn dla Feegla wzrostu sześciu cali. Kiedy Jeannie dojrzeje i stanie się starą i mądrą keldą, słowo „pas” nie będzie już określać czegoś, co podtrzymuje jej kilt, ale raczej coś, co wyznacza równik.

Młodzi Feeglowie paśli ślimaki i bawili się w zapasy. Odskakiwali od siebie nawzajem, od kamieni, a czasem i od własnych butów. Wobec Tiffany żywili nabożny lęk, uważając ją za kogoś w rodzaju keldy, kiedy więc się zbliżyła, porzucili swoje bójki i tylko spoglądali na nią nerwowo.

– No ustowcie sie, chłopcy. Pokozcie nosej wiedźmie, jako zeście cięzko pracowali – zawołała ich matka z odcieniem dumy w głosie. Starła z wargi kroplę smalcu.

Och, nie, jęknęła w duchu Tiffany. Co zaraz zobaczę? Mam nadzieję, że nie ma to związku ze ślimakami.

Ale Jeannie powiedziała:

– Niech nosa wiedźma posłucha nosego ABC. Ty zacynos, Trochę-Bardziej-Ciut-Niż-Ciut-Jock-Jocku.

Pierwszy Feegle w szeregu podrapał się po spogu i wygrzebał stamtąd jakiegoś chrząszcza. Tiffany wydawało się niezmienną regułą, że feeglowy spog zawsze musi świerzbieć, prawdopodobnie dlatego, że to, co Feegle w nim trzyma, może jeszcze być żywe.

Trochę-Bardziej-Ciut-Niż-Ciut-Jock-Jock przełknął ślinę.

– A jest jak... alabarda – zawołał. – Taki topór długi, coby łeb komu łobciąć – wyjaśnił z dumą.

– B jest jak buty! – wykrzyknął następny, wycierając o front kiltu dłoń umazaną czymś, co wyglądało na ślimaczy śluz. – Coby łeb komu psydeptać.

– A C jest jako ciachnięcie miecem... i łojzicku, jak nic cie skopie, jak jesce roz dźgnies mie tym miecykiem! – wrzasnął trzeci, odwrócił się i rzucił na jednego z braci.

Kiedy walczący odtoczyli się pod krzaki, na ziemię spadł pożółkły sierpowaty przedmiot. Rob porwał go i spróbował ukryć za plecami.

Tiffany zmrużyła oczy. To coś podejrzanie przypominało... tak jest, kawałek starego paznokcia u nogi!

– No... – Rob przestępował z nogi na nogę. – Ciągle łobcinas te kawałecki tym storsym panom, co ich prawie codziennie łodwiedzos. I łone wylatują bez okno i cekają ino, coby je kto podniósł. A twarde są jak te pazury...

– Bo to są... – zaczęła Tiffany, ale urwała. Może ktoś taki jak stary pan Nimlet ucieszyłby się, wiedząc, że niektóre części jego ciała mogą się jeszcze komuś przydać, chociaż on sam nie potrafi już bez pomocy wstać z fotela.

Kelda pociągnęła ją na bok.

– Sama wis, dziewusko, ze twoje imie jest w tej ziemi. Ona mówi do ciebie, Tir-fan-thóinn, Lądzie Pod Falami. Ty też do niej mówis?

– Tak – zapewniła Tiffany. – Tylko czasem, niestety. Ale słucham, Jeannie.

– Nie kazdego dnia? – domyśliła się kelda.

– Nie, każdego nie. Tyle do roboty, tyle pracy...

– To wim. A ty wis, ze ciebie pilnuje. Patse na ciebie w swojej głowie, ale patse tez, jako śmigas dookoła nad tą głową. Ino musis pamiętać, cobyś łod tego nie umarła.

Tiffany westchnęła, zmęczona do szpiku kości. Chodzenie po domach – to trzeba robić, jeśli jest się czarownicą współczującą. To właśnie robiła ona i inne, by wypełniać luki w świecie, wykonywać rzeczy, które wykonywać trzeba: nanieść drewna dla jakiejś staruszki, postawić na piecu garnek zupy na obiad, podać ziołowe lekarstwo na wrzody albo męczący ból, przynieść koszyk „zbędnych” jajek albo używanych ubranek dla dziecka w domu, gdzie się nie przelewa, i słuchać, o tak, wciąż słuchać o rozmaitych kłopotach i zmartwieniach. No i paznokcie... te paznokcie, które wydawały się twarde jak krzemień, a zdarzało się, że jakiemuś staruszkowi bez rodziny i przyjaciół zawijały się w butach.

A nagrodą za tyle pracy było tylko więcej pracy. Jeśli człowiek wykopie najgłębszy dół, dadzą mu większą łopatę...

– Dzisiaj, Jeannie – oświadczyła powoli. – Dzisiaj słuchałam krainy. Powiedziała mi, żeby iść do kręgu...?

Znak zapytania zawisł w powietrzu.

Kelda westchnęła.

– Jesce zem tego cysto nie widziała, ale... ale coś złego wisi w powietsu, Tiffan – powiedziała. – Zasłona między nosymi światami jest cienka i łatwo ją zerwać, jak wis. Kamienie stoją, więc brama nie jest łotwarto. A królowa elfów takos nie bedzie silna, odkąd ześ ją ostatnio psegnała z powrotem do Krainy Baśni. Nie bedzie sie spiesyła, coby znowu wyjść do ciebie. Ale... ciągle sie martwie. Cuje to teraz, jakby jakasik mgła płyneła w naso strone.

Tiffany przygryzła wargę. Wiedziała, że jeśli kelda się niepokoi, ona także powinna.

– Nie fesztuj się, dziewusko. – Kelda przyglądała się jej uważnie. – Kiedy bedzies Feeglów potsebować, bedziemy na miejscu. A na razie ino uwazamy na ciebie. – Zjadła ostatni kawałek kanapki i rzuciła Tiffany całkiem inne spojrzenie. – Mas tego swojego młodego cłeka... Prestona, tak go zwies chyba. Cęsto go widzis?

Wzrok keldy stał się nagle ostry jak topór.

– No wiesz... – Tiffany się zawahała. – Ciężko pracuje, tak jak ja. On w szpitalu, a ja w Kredzie.

Ze zgrozą spostrzegła, że zaczyna się rumienić – takim rumieńcem, który zaczyna się od palców u nóg, a potem przesuwa się w górę aż do twarzy i w końcu człowiek wygląda jak pomidor. Nie wolno jej przecież się rumienić! Jakby była wiejską dziewczyną z narzeczonym. A przecież jest czarownicą!

– Pisujemy do siebie – dodała niepewnie.

– I to wystarca? Pisanie?

Tiffany przełknęła ślinę. Kiedyś sądziła – wszyscy tak uważali – że między nią i Prestonem jest Porozumienie, bo przecież on jest wykształconym chłopakiem i prowadził nową szkołę w stodole na farmie Obolałych, aż zaoszczędził dość, by pojechać do wielkiego miasta i tam wyuczyć się na doktora. I teraz nadal wszyscy uważali, że mają Porozumienie, łącznie z Prestonem i Tiffany. Tylko że... czy naprawdę musi robić to, czego inni się po niej spodziewają?

– Jest bardzo miły, opowiada cudowne żarty i radzi sobie ze słowami... – próbowała tłumaczyć. – Ale... lubimy naszą pracę, on i ja, można nawet powiedzieć, że jesteśmy tą pracą. Preston bardzo się stara w Darmowym Szpitalu Lady Sybil. A ja ciągle pamiętam o babci Obolałej i jak kochała to życie na halach, tylko ona, owce i jej dwa psy, Grom i Piorun. I...

Zamilkła. Jeannie położyła jej na ręku swą małą dłoń, brązową jak orzech.

– I myślis, dziewusko, ze to dobre zycie?

– No... Lubię to, co robię. I pomagam ludziom.

– Ale kto tobie pomaga? Ta twoja miotła lata wsędy i casem se myślę, ze stanie w łogniu. Kazdego psypilnujes, ale ciebie ni ma kto pilnować. Skoro Preston daleko, jest jesce twój psyjaciel baron i jego nowa zona. Na pewno dbają o ludzi. Dość, coby pomagać.

– Dbają, to prawda.

Tiffany drgnęła na wspomnienie tych czasów, kiedy wszyscy uważali, że między nią i Rolandem jest Porozumienie. Dlaczego wszyscy koniecznie chcieli szukać dla niej męża? Czy mężowie są tak trudni do znalezienia, gdyby jej zależało?

– Roland jest porządnym człowiekiem, choć jeszcze nie takim, jakim stał się jego ojciec. A Letitia...

Letitia, pomyślała Tiffany. I ona, i Letitia wiedziały, że Letitia ma zdolności magiczne, ale w tej chwili grała rolę młodej baronowej. I dobrze jej to wychodziło – tak dobrze, że Tiffany zaczynała się zastanawiać, czy Bycie Baronową nie przeważy w końcu nad Byciem Czarownicą. Z pewnością wymaga mniej wysiłku.

– Juześ takie zecy robiła, ze inni by nie uwiezyli – mówiła dalej Jeannie.

– No wiesz... Ciągle tak dużo jest do zrobienia, a tak mało ludzi do tego.

Kelda rzuciła jej dziwny uśmiech.

– A dajes im popróbować? – spytała malutka kobieta. – Casem tsa poprosić o pomoc i ni ma sie co bać. Duma to pikna zec, dziewusko, ale moze cie zabić.

Tiffany zaśmiała się głośno.

– Zawsze masz rację, Jeannie. Ale jestem czarownicą i dumę mam w kościach.

Mówiąc to, przypomniała sobie babcię Weatherwax – czarownicę, którą inne czarownice uważały za najmądrzejszą i najważniejszą z nich wszystkich. Kiedy babcia Weatherwax coś mówiła, nie wydawała się dumna – ale nie musiała. Duma była tam, wbudowana w samą jej istotę. Zresztą cokolwiek czarownica powinna mieć w kościach, babcia Weatherwax miała tego pod dostatkiem. Tiffany żywiła nadzieję, że pewnego dnia sama zostanie tak potężną czarownicą.

– Wis, to i dobze, jasna sprawa – stwierdziła kelda. – Jest ześ nasą wiedźmą ze wzgóz i tseba, coby naso wiedźma miała trosecke dumy w sobie. Ale byśmy tes chcieli, coby naso wiedźma miała jakiesik zycie. – Z powagą przyjrzała się Tiffany. – Idźze teraz i podązaj tam, gdzie wiater powieje.

* * *

Wiatr we Włościach gniewał się, wiał we wszystkie strony i zawodził wokół kominów rezydencji lorda Swivela, która wznosiła się wśród rozległego parku. Prowadziła do niej długa aleja – co wykluczało odwiedziny kogokolwiek, kto nie posiadał przynajmniej porządnego konia.

Dotyczyło to większości zwykłych ludzi w okolicy – prostych rolników, którzy i tak mieli za dużo pracy, by myśleć o takich wizytach. Wszelkie konie, jakie posiadali, były na ogół wielkie i z kosmatymi nogami, a zwykle widziano je zaprzęgnięte do wozów. Te chude, na wpół szalone rumaki, które tańczyły na podjeździe albo ciągnęły karoce, sugerowały całkiem inną kategorię właścicieli: takich, którzy zawsze mieli ziemię i pieniądze, ale z reguły bardzo małe podbródki. I których żony często były podobne do ich koni.

Ojciec lorda Swivela odziedziczył tytuł i majątek po swoim ojcu, wielkim architekcie. Był jednak pijakiem i stracił prawie wszystko3. Młody Harold Swivel harował i handlował, owszem, także oszukiwał i kantował, aż odzyskał rodowe dobra i dodał dwa skrzydła do rodowej rezydencji. Wypełnił je obiektami kosztownie brzydkimi.

Miał trzech synów i odczuwał wielką satysfakcję z faktu, że jego żona urodziła jednego dodatkowego ponad tradycyjnego „dziedzica plus rezerwę”. Lubił być o krok dalej od innych, nawet jeśli ten krok miał formę syna, o którego specjalnie się nie troszczył.

Harry, najstarszy, nie uczęszczał już do szkół, ponieważ zajmował się teraz majątkiem, pomagał ojcu i uczył się, z kim warto rozmawiać, a z kim nie.

Numer drugi, Hugh, wyjawił ojcu, że myśli o karierze w kościele.

– Tylko jeśli będzie to Kościół Oma. Żaden inny. Mój syn nie będzie się bawił w kultystyczne rytuały4.

Om zwykle dogodnie milczał, pozwalając swym kapłanom, by jego życzenia interpretowali, jak zechcą. Co dziwne, życzenia Oma rzadko przekładały się na instrukcje w rodzaju „nakarm ubogich” albo „pomagaj starym i słabym”, a częściej na sugestie typu „potrzebna ci okazała rezydencja” albo „czemu nie podawać obiadu z siedmiu dań?”. Dlatego lord Swivel uznał, że ktoś z kleru w rodzinie może się okazać przydatny.

 

Trzecim synem był Geoffrey. I nikt właściwie nie wiedział, co o nim myśleć. Nie wyłączając samego Geoffreya.

Nauczyciel, którego zatrudnił lord Swivel, nazywał się Kretall. Starsi bracia Geoffreya nazywali go Krętalem, czy wręcz Kręciołem, niekiedy prosto w twarz. Ale dla Geoffreya pan Kretall był prawdziwym darem bogów. Przybył z wielką skrzynią własnych książek, aż nazbyt dobrze wiedząc, że w niektórych wspaniałych domach z trudem daje się znaleźć choć jedną – chyba że chodzi o dzieła poświęcone dawnym bitwom, w których jakiś przedstawiciel rodu wykazał się spektakularnym i głupim bohaterstwem. Pan Kretall z pomocą swych cudownych książek uczył Geoffreya o wielkich filozofach: Ly Tin Weedle’u, Oranjecratesie, Xenonie czy Ibidzie, o słynnych wynalazcach: Złotookim Srebrnorękim Dactylosie i Leonardzie z Quirmu. I Geoffrey zaczął odkrywać, kim mógłby się stać.

Kiedy nie czytali i się nie uczyli, pan Kretall zabierał Geoffreya, by w całych Włościach wyszukiwać różne rzeczy – stare kości i stare miejsca. Opowiadał mu o wszechświecie, o którym chłopiec wcześniej nie myślał. Im więcej się teraz dowiadywał, tym bardziej pragnął wiedzy; marzył, by dowiedzieć się wszystkiego o Wielkim A’Tuinie i o krainach poza Włościami.

– Przepraszam pana – zwrócił się kiedyś do Kretalla. – Jak pan został nauczycielem?

Kretall roześmiał się.

– Ktoś mnie uczył, jak to zwykle. I dał mi książkę. Potem czytałem już każdą, jaką znalazłem. Całkiem jak ty, młody paniczu. Widzę, że czytasz przez cały czas, nie tylko na lekcjach.

Geoffrey wiedział, że ojciec pogardza nauczycielem, ale interweniowała jego matka, tłumacząc, że syn trafił na prawdziwą perłę.

Ojciec zaśmiał się tylko.

– Jedyne, na co trafia, to błoto i kawałki martwych ludzi. A kogo obchodzi, gdzie leżą Czteriksy? Nikt nigdy tam nie jeździ5.

Matka wyglądała na znużoną, ale stanęła po stronie syna.

– Chłopiec bardzo dobrze czyta, a pan Kretall nauczył go trzech języków. Mówi nawet trochę po offleriańsku.

Ojciec znów odpowiedział drwiąco:

– Offleriański by mu się przydał tylko wtedy, gdyby chciał zostać dentystą! Po co w ogóle tracić czas na naukę języków? Przecież dzisiaj i tak wszyscy mówią po ankhmorporsku!

Ale matka zachęcała syna do nauki:

– Czytaj dalej, mój chłopcze. Czytanie to droga w górę. Wiedza jest kluczem do wszystkiego.

Wkrótce potem nauczyciel został odesłany przez lorda Swivela, który stwierdził:

– Dość już tych głupot. Z chłopaka i tak niewiele będzie pożytku. Nie to co z jego braci.

Ściany domu niosły głos bardzo daleko, więc Geoffrey usłyszał to i pomyślał: Kimkolwiek zechcę się stać, nie będę taki jak mój ojciec.

Po wyjeździe nauczyciela Geoffrey wciąż wędrował po okolicy i uczył się nowych rzeczy. Często przebywał w towarzystwie McTavisha, chłopca stajennego, który był stary jak same wzgórza, ale wciąż mówiono o nim „chłopiec”. McTavish znał wszystkie ptasie trele na świecie i potrafił je naśladować.

McTavish był przy Geoffreyu, kiedy chłopiec znalazł Mefistofelesa. Jedna ze starych kóz miała młode – dwa zdrowe koźlęta. Ale było też trzecie, ukryte w sianie – małe i cherlawe, odrzucone przez matkę.

– Spróbuję uratować tego malucha – oznajmił Geoffrey.

Przez długi czas starał się utrzymać noworodka przy życiu: doił mleko matki i pozwalał, by koziołek zlizywał mu je z palca, dopóki nie zasnął spokojnie w rozgrzebanej beli siana, dającej ciepło im obu.

Jest taki mały, myślał Geoffrey, patrząc w poziome źrenice koziołka. Muszę mu dać szansę.

Maluch odwdzięczył się, wyrastając na mocnego kozła z demonicznym kopnięciem. Chodził za Geoffreyem wszędzie; pochylał głowę, gotów atakować wszystko, co uznał za zagrożenie dla swego młodego pana. Ponieważ często oznaczało to każdego w zasięgu wzroku, wielu służących i gości odskakiwało szybko, widząc opuszczone koźle rogi.

– Dlaczego, paniczu, nazwałeś go Mefistofeles? – zapytał kiedyś McTavish.

– Znalazłem to imię w książce6 – odparł Geoffrey. – Od razu zrozumiałem, że będzie dobre dla kozła.

Pewnego dnia McTavish osiodłał Geoffreyowi konia i razem pojechali na pola przy granicy posiadłości Swivelów. Ostrożnie przekradli się w pobliże lisiej nory w lesie i tam, jak już tyle razy wcześniej, przyglądali się zabawie lisicy z młodymi.

– Miło tak se na nią popatrzyć – szepnął McTavish. – Taki lis to musi jeść i młodziaki wykarmić. Ale za bardzo lubi nasze kury jak na mój gust. Zabijają to, co dla nas ważne, to i my je zabijamy. Tak to jest na tym świecie.

– Nie powinno tak być – odparł Geoffrey ze smutkiem. Serce mu drżało, kiedy patrzył na lisią rodzinę.

– Ale trzeba nam kur, no to je chronimy. No to i polujemy na lisy – mówił McTavish. – Żem cię tu dziś sprowadził, paniczu Geoffreyu, bo czas już bliski, kiedy twój ojciec zechce, żebyś dołączył do polowania. Na tę tu lisicę, może.

– Rozumiem – odparł Geoffrey. Wiedział o polowaniu, oczywiście: od dzieciństwa co roku musiał się przyglądać wyjazdowi myśliwych. – Musimy bronić naszych kur, a świat bywa okrutny i bezlitosny. Ale nie można z tego robić rozrywki! To straszne! Jak egzekucja. Czy musimy wszystko mordować? Zabijać karmiącą matkę? Tak wiele bierzemy, niczego nie dając w zamian... – Podniósł się i ruszył z powrotem, do swojego konia. – Nie chcę polować, panie McTavish. Słowo daję, nie lubię nienawidzić, nawet do mojego ojca nie czuję nienawiści, ale polowania wolałbym zakończyć i zakopać w jakimś ciemnym miejscu.

McTavish wyraźnie się zmartwił.

– Musisz być ostrożny, młody paniczu. Sam wiesz, jaki jest twój ojciec. Trochę sztywny, jak kij wbity w muł.

– Ojciec nie jest jak kij w mule, jest jak muł – stwierdził z goryczą Geoffrey.

– No więc, kiedy z nim porozmawiasz... albo z matką... może zrozumie, żeś jeszcze niegotów do polowania?

– Nie warto – stwierdził Geoffrey. – Kiedy już się na coś uprze, nie da się go przekonać. Czasami słyszę, jak mama płacze... Nie chce, żeby ktoś ją widział, ale ja wiem, że płacze.

Wtedy właśnie, kiedy podniósł wzrok, by spojrzeć na szybującego jastrzębia, pomyślał: to jest wolność. Najbardziej pragnę wolności.

– Chciałbym umieć latać, McTavish – powiedział. – Jak ptaki. Jak Langas7.

I prawie w tej samej chwili zobaczył czarownicę, która na miotle podążała za jastrzębiem. Wskazał ją ręką.

– Chcę mieć taką – powiedział. – Chcę być czarownicem.

– To nie dla ciebie, chłopcze – odparł starzec. – Wszyscy wiedzą, że mężczyźni nie mogą być czarownicami.

– Czemu nie? – zdziwił się Geoffrey.

Stajenny wzruszył ramionami.

– Nikt nie wie.

A Geoffrey oświadczył:

– Ja chcę wiedzieć.

* * *

W dniu swego pierwszego polowania Geoffrey wyjechał kłusem wraz z całą resztą, blady, ale zdeterminowany. Dzisiaj, myślał, muszę postawić na swoim.

Już wkrótce miejscowe ziemiaństwo galopowało po okolicy. Niektórzy doprowadzali tę rozrywkę do granic, zwalając się do rowów, przez żywopłoty albo bramy, często bez wierzchowców. Tymczasem Geoffrey starannie utrzymywał swoją pozycję z tyłu, za grupą – do chwili, kiedy uznał, że może się wymknąć niezauważony. Okrążył las w przeciwnym kierunku niż myśliwi, choć serce go bolało, zwłaszcza kiedy szczekanie psów zmieniło się w radosny skowyt – znak, że udało im się dopaść ofiarę.

Potem nadszedł czas powrotu do domu. Zbliżał się ten przyjemny etap polowania, w którym słowo „jutro” ciągle jeszcze coś znaczy, a człowiek trzyma w dłoni kubek gorącego napitku, obficie zmieszany z czymś niewiele się różniącym od Specjalnej Maści dla Owiec babci Obolałej. Godna nagroda dla powracających herosów! Przeżyli łowy! Hurra! Popijali i żłopali, a napoje ściekały im po nieistniejących podbródkach.

Ale lord Swivel obejrzał konia Geoffreya – jedynego, który nie był spocony czy spieniony i nie miał nóg ubabranych błotem – i jego furia była nieokiełznana.

Bracia przytrzymali Geoffreya, a matka patrzyła błagalnie, ale bez skutku. Odwróciła głowę, kiedy lord Swivel wysmarował twarz syna krwią lisicy.

Wrzał przy tym ze złości.

– Gdzieś ty się chował? – krzyczał. – Powinieneś być z nami, przy lisicy. Zrobisz to, młodzieńcze, i polubisz! Ja musiałem, kiedy byłem młody, a przede mną mój ojciec! Ty też musisz! To tradycja. Rozumiesz? Każdy męski członek rodziny w twoim wieku się pokrwawił. Jakie masz prawo uważać, że to niesłuszne? Wstyd mi przynosisz!

A potem zabrzmiał świst opadającej na plecy chłopca szpicruty.

Geoffrey, z twarzą ociekającą krwią, spojrzał na matkę.

– Była pięknym stworzeniem. Czemu zabijać ją w taki sposób? Dla zabawy?

– Proszę cię, nie denerwuj ojca – poprosiła matka.

– Widzę je w lesie, a potem na nie polujecie. Zjecie je? Nie. My... to niewyobrażalne... ścigamy i zabijamy coś, czego nie chcemy jeść, tylko dla rozlewu krwi. Dla rozrywki.

Świst.

Zabolało. Ale Geoffreya wypełniło nagle... co? W jednej chwili doznał niezwykłego uczucia, że można pewne rzeczy naprawić. Mogę to zrobić, powiedział sobie; wiem, że mogę.

Wyprostował się na całą wysokość i wyrwał z uchwytu braci.

– Muszę ci podziękować, ojcze – rzekł z nagłą energią. – Nauczyłem się dzisiaj czegoś ważnego. Ale nie pozwolę ci już mnie uderzyć, nigdy. A ty nie zobaczysz mnie więcej, dopóki się nie zmienisz. Zrozumiałeś?