Panowie i damyTekst

Z serii: Świat dysku #14
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Tytuł oryginału:

LORD AND LADIES

Copyright © Terry and Lyn Pratchett 1992

First published by Victor Gollancz Ltd,

an imprint of the Orion Publishing Group Ltd, London

Projekt graficzny serii

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce

© Josh Kirby/via Thomas Schlück GmbH

Redakcja

Łucja Grudzińska

Redakcja techniczna

Elżbieta Babińska

Korekta

Wiesława Partyka

ISBN 978-83-7648-878-3FantastykaWarszawa 2013WydawcaPr02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28www.proszynski.pl

Tego samego autora polecamy:

KOLOR MAGII

*

BLASK FANTASTYCZNY

*

RÓWNOUMAGICZNIENIE

*

MORT

*

CZARODZICIELSTWO

*

ERYK

*

TRZY WIEDŹMY

*

PIRAMIDY

*

STRAŻ! STRAŻ!

*

RUCHOME OBRAZKI

*

NAUKA ŚWIATA DYSKU

I, II I III

*

KOSIARZ

*

WYPRAWA CZAROWNIC

*

POMNIEJSZE BÓSTWA

*

PANOWIE I DAMY

*

ZBROJNI

*

MUZYKA DUSZY

*

CIEKAWE CZASY

*

MASKARADA

*

OSTATNI BOHATER

*

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY

I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

*

NA GLINIANYCH NOGACH

*

WIEDŹMIKOŁAJ

*

WOLNI CIUTLUDZIE

*

BOGOWIE, HONOR,

ANKH-MORPORK

*

OSTATNI KONTYNENT

*

CARPE JUGULUM

*

PIĄTY ELEFANT

*

PRAWDA

*

ZŁODZIEJ CZASU

*

ZIMISTRZ

*

STRAŻ NOCNA

*

POTWORNY REGIMENT

*

PIEKŁO POCZTOWE

*

ŁUPS!

*

ŚWIAT FINANSJERY

*

HUMOR I MĄDROŚĆ

ŚWIATA DYSKU

*

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

*

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

*

NIUCH


NOTA OD AUTORA

Ogólnie rzecz biorąc, większość książek ze świata Dysku tworzy zwartą całość i jest kompletnymi opowieściami. Czytanie ich w pewnym określonym porządku pomaga, ale nie jest kluczowe.

Ta jest inna. Nie mogłem zignorować tego, co zdarzyło się wcześniej. Babcia Weatherwax pojawiła się po raz pierwszy w Równoumagicznieniu. W Trzech wiedźmach została nieoficjalną przewodniczącą maleńkiego sabatu, złożonego z pogodnej i wielokrotnie zamężnej niani Ogg oraz młodej Magrat, tej z cieknącym nosem i rozczochranymi włosami, która ma skłonność do roztkliwiania się nad kroplami deszczu, różami i wąsikami kociąt.

A to, co się zdarzyło, to intryga nie całkiem niepodobna do tej ze sztuki o sławnym szkockim królu. W rezultacie Verence II został władcą dość górzystej, porośniętej lasami krainy Lancre.

Właściwie coś takiego nie powinno się zdarzyć, ponieważ formalnie wcale nie był następcą tronu, ale czarownicom wydał się najlepszym człowiekiem na to stanowisko, a – jak to mówią – wszystko dobre, co się dobrze kończy. Skończyło się też tym, że Magrat osiągnęła bardzo niepewne porozumienie z Verence’em... Rzeczywiście bardzo niepewne, gdyż oboje byli tak wstydliwi, że gdy tylko spotkali się razem, natychmiast zapominali, co mieli sobie powiedzieć. A kiedy któreś z nich zdołało jednak coś wymamrotać, to drugie nie rozumiało i obrażało się, i oboje długo się zastanawiali, co kto miał na myśli. Może to była miłość lub coś bardzo zbliżonego.

W Wyprawie czarownic wszystkie trzy musiały wyruszyć przez pół kontynentu, żeby stawić czoło matce chrzestnej (która złożyła Przeznaczeniu propozycję nie do odrzucenia).

To jest historia o tym, co się działo, kiedy wróciły do domu.

A TERAZ CZYTAJCIE DALEJ...


Teraz czytajcie dalej...

Kiedy to się zaczyna?

Jest bardzo niewiele początków. Oczywiście, czasem wydaje się, że coś się zaczyna właśnie w tej chwili: kurtyna idzie w górę, przesuwa się pierwszy pionek, pada pierwszy strzał1 – ale to nie są początki. Przedstawienie, gra czy wojna to tylko niewielka dziurka w taśmie wydarzeń, która może sięgać tysiące lat w przeszłość. Chodzi o to, że zawsze coś było „przedtem”. I zawsze występuje jakieś „Teraz czytajcie dalej”.

Wiele ludzkiej pomysłowości i energii poświęcono na poszukiwanie ostatecznego Przedtem.

Obecny stan wiedzy można podsumować następująco:

Na początku było nic, które wybuchło.

Inne teorie ostatecznego początku mówią o bogach stwarzających wszechświat z żeber, wnętrzności i jąder swego ojca2. Tych teorii jest sporo. Są interesujące nie z powodu tego, co mówią o kosmologii, ale tego, co mówią o ludziach. Jak myślicie, z której części ciała zrobili wasze miasto?

Ale ta opowieść zaczyna się na świecie Dysku, który sunie przez kosmos na grzbietach olbrzymich słoni stojących na skorupie gigantycznego żółwia. I nie jest zbudowany z żadnych kawałków niczyjego ciała.

Ale od czego zacząć?

Tysiące lat temu? Kiedy wielka kaskada gorących kamieni z hukiem runęła z nieba, wybiła dziurę w górze Miedziance i powaliła las na dziesięć mil dookoła?

Krasnoludy odkopały te kamienie, ponieważ były zbudowane z jakiegoś rodzaju żelaza, a krasnoludy – wbrew powszechnej opinii – kochają żelazo bardziej od złota. Tyle że żelaza jest więcej niż złota, więc trudniej śpiewać o nim pieśni. Ale krasnoludy kochają żelazo.

I to właśnie zawierały kamienie: miłość żelaza. Miłość tak silną, że przyciągała do siebie wszystko co żelazne. Trzy krasnoludy, które znalazły pierwszy kamień, uwolniły się dopiero wtedy, kiedy zdołały jakoś zdjąć kolczugowe portki.

Wiele światów – a przynajmniej ich jąder – zbudowanych jest z żelaza. Ale Dysk, niczym naleśnik, jest pozbawiony jądra.

Na Dysku, jeśli zaczarować igłę, będzie wskazywała Oś, gdzie pole magiczne jest najsilniejsze. To oczywiste.

Gdzie indziej, na światach budowanych z mniej bujną wyobraźnią, igła obraca się z powodu miłości żelaza.

W owym czasie krasnoludy i ludzie odczuwali bardzo naglącą potrzebę miłości żelaza.

A teraz przesuńmy czas naprzód o tysiąclecia, do punktu o jakieś pięćdziesiąt lat wyprzedzającego wiecznie ruchome „teraz”, na wzgórze, do młodej kobiety, która biegnie. Nie biegnie uciekając przed czymś, ściśle mówiąc, ani nie biegnie dokładnie ku czemuś, ale biegnie akurat tak prędko, żeby utrzymać dystans od młodego mężczyzny – choć oczywiście dystans nie tak wielki, żeby zrezygnował z pogoni. Spomiędzy drzew... w porośniętą wrzosem kotlinkę... gdzie na niewielkim wzniesieniu stoją kamienie.

Są mniej więcej wysokości człowieka i niewiele grubsze niż gruby człowiek.

Jakoś nie wydają się warte zachodu. Jeżeli jest gdzieś kamienny krąg, do którego nie należy się zbliżać, powinny się tam wznosić wielkie, posępne trylity i pradawne kamienne ołtarze, krzyczące mrocznymi wspomnieniami krwawych ofiar, a nie te nieciekawe, grube bryły.

Okaże się potem, że tym razem biegła jednak trochę za szybko, przez co młody człowiek w żartobliwym pościgu zgubi się, zrezygnuje i w końcu powlecze się sam do miasteczka. W tej chwili ona jeszcze o tym nie wie. Stoi więc i z roztargnieniem poprawia kwiaty wplecione we włosy – to był ten rodzaj popołudnia.

Oczywiście wie o kamieniach. Nikomu nigdy się o nich nie mówi. I nikomu nie zakazuje się tu przychodzić, bo ci, którzy powstrzymują się od opowiadania, wiedzą też, jak potężna jest kusicielska siła zakazu. Po prostu chodzenie do kamieni to... to coś, czego się nie robi. Zwłaszcza jeśli jest się miłą dziewczyną.

Ale osoba, którą tutaj widzimy, nie jest miłą dziewczyną w powszechnie przyjętym sensie tego słowa. Przede wszystkim nie jest piękna. Pewien układ szczęki czy łuk nosa mogłyby – przy sprzyjającym wietrze i odpowiednim oświetleniu – być nazwane ładnymi przez uprzejmego kłamcę. Ma też pewien błysk w oczach, zwykle spotykany u osób, które odkryły, że są bardziej inteligentne niż większość ludzi. Choć nie odkryły jeszcze, że jedną z bardziej inteligentnych rzeczy, jakie mogą zrobić, to nie dopuścić, by wzmiankowani ludzie się o tym dowiedzieli. W połączeniu z nosem, nadaje to jej twarzy wyraz koncentracji, silnie wprawiający w zakłopotanie. To nie jest twarz osoby, z którą można by pogadać. Wystarczy otworzyć usta, by znaleźć się w ognisku przenikliwego spojrzenia, które zdaje się mówić: cokolwiek masz do powiedzenia, lepiej, żeby to było interesujące.

W tej chwili owo przenikliwe spojrzenie pada na osiem niedużych głazów na małym wzgórku.

Hmm...

Po chwili dziewczyna zbliża się ostrożnie. Ale nie jest to ostrożność królika gotowego do ucieczki. Tak porusza się łowca.

 

Dziewczyna opiera ręce na biodrach – nieważne, czy krągłych.

Skowronek śpiewa na gorącym letnim niebie; poza tym nie dobiega tu żaden dźwięk. Kawałek dalej w dolince i wyżej w górach ćwierkają koniki polne, brzęczą pszczoły, a trawa cała żyje mikroszumem. Ale wokół kamieni zawsze panuje cisza.

– Jestem – mówi dziewczyna. – Pokaż mi.

Wewnątrz kręgu pojawia się postać ciemnowłosej kobiety w czerwonej sukni. Krąg można przerzucić kamieniem, ale postaci udaje się jakoś zbliżać z wielkiej odległości.

Inni pewnie próbowaliby uciec. Ale dziewczyna nie ucieka, co natychmiast budzi zainteresowanie kobiety w kręgu.

– A więc jesteś prawdziwa?

– Oczywiście. Jak ci na imię, dziewczyno?

– Esmeralda.

– A czego chcesz?

– Niczego nie chcę.

– Każdy czegoś chce. W przeciwnym razie po co byś tu przyszła?

– Chciałam się tylko przekonać, czy jesteś prawdziwa.

– Dla ciebie z pewnością. Masz dobry wzrok.

Dziewczyna prostuje się. Jej dumą można by kruszyć kamienie.

– A teraz, kiedy się już się przekonałaś – mówi dalej kobieta w kręgu – czego tak naprawdę chcesz?

– Niczego.

– Doprawdy? W zeszłym tygodniu poszłaś wysoko w góry, wyżej jeszcze niż Miedzianka, żeby rozmawiać z trollami. Czego od nich chciałaś?

Dziewczyna przechyla głowę.

– Skąd wiesz, że tam byłam?

– Masz to na samym wierzchu umysłu, dziewczyno. Każdy może zobaczyć. Każdy, kto ma... dobry wzrok.

– Ja też kiedyś będę to umiała – oświadcza dumnie dziewczyna.

– Kto wie? Możliwe. Czego chciałaś od trolli?

– Ja... Chciałam tylko z nimi porozmawiać. Wiesz, one myślą, że czas płynie do tyłu. Bo przecież widzi się przeszłość, mówią, a...

Kobieta w kręgu parska śmiechem.

– Ale one są głupie jak krasnoludy! Interesują je tylko kamyki. W kamykach nie ma nic ciekawego.

Dziewczyna wykonuje nieokreślony gest, jakby wzruszała jednym ramieniem – może sugeruje, że kamyki też mogą budzić rodzaj zaciekawienia.

– Dlaczego nie możesz wyjść poza krąg głazów? – pyta.

Odnosi silne wrażenie, że nie jest to właściwe pytanie. Kobieta starannie je ignoruje.

– Mogę ci pomóc odkryć o wiele więcej niż tylko kamyki – mówi.

– Nie możesz wyjść z kręgu, prawda?

– Pozwól mi dać sobie to, czego pragniesz.

– Ja mogę chodzić, gdzie zechcę, ale ty jesteś uwięziona w kręgu.

– Możesz chodzić, gdzie zechcesz?

– Kiedy zostanę czarownicą, będę mogła. Wszędzie.

– Ale nigdy nie zostaniesz czarownicą.

– Co?

– Mówią, że nie chcesz słuchać. Mówią, że nie potrafisz nad sobą panować. Mówią, że nie masz samodyscypliny.

Dziewczyna potrząsa włosami.

– Czyli o tym też wiesz? Pewnie, że mówią takie rzeczy. A ja i tak zostanę czarownicą, choćby nie wiem co. Zawsze można samemu się czegoś dowiedzieć. Nie trzeba słuchać całymi dniami niemądrych staruszek, który nie wiedzą, co to życie. I wiedz, damo z kręgu, że będę najlepszą czarownicą, jaka kiedykolwiek istniała.

– Z moją pomocą może ci się udać – przyznaje kobieta w kręgu. – Ten młody człowiek chyba cię szuka – dodaje łagodnie.

Kolejne jednostronne wzruszenie ramieniem sugeruje, że młody człowiek może sobie szukać przez cały dzień.

– Uda mi się, prawda?

– Możesz być wielką czarownicą. Możesz zostać, kim tylko zechcesz. Czym tylko zechcesz. Wejdź do kręgu. Pokażę ci.

Dziewczyna robi pół kroku w stronę głazów, się ale waha. W tej kobiecie jest coś dziwnego. Uśmiech ma miły i przyjazny, ale głos... zbyt rozpaczliwy, zbyt naglący, zbyt zachłanny.

– Ja i tak dużo się uczę.

– Przejdź do środka. Już!

Dziewczyna wciąż się waha.

– Skąd mogę wiedzieć...

– Czas kręgu dobiega końca! Pomyśl, czego możesz się nauczyć! Już!

– Ale...

– Przejdź!

To było wiele lat temu, w przeszłości3. A poza tym dziewczyna... jest starsza.


Kraina lodu...

Nie zima, ponieważ zima sugeruje jesień, a może nawet jeden dzień wiosny. To jest kraina lodu, a nie po prostu czas lodu.

I trzy postacie na koniach spoglądające nad pokrytym śniegiem zboczem ku kręgowi ośmiu głazów. Z tej strony wydają się o wiele większe.

Trzeba przyglądać się jeźdźcom przez dłuższą chwilę, by zrozumieć, co takiego jest w nich niezwykłego – to znaczy bardziej niezwykłego niż ich ubrania. Gorący oddech wierzchowców wisi w lodowatym powietrzu obłokami pary. Ale oddechy jeźdźców nie.

– Teraz nie będzie porażki – mówi postać w środku, kobieta w czerwonej sukni. – Po takim czasie kraina powita nas z radością. Musi już nienawidzić ludzi.

– Ale tam były czarownice – wtrąca jeden z jej towarzyszy. – Pamiętam czarownice.

– Kiedyś tak – zgadza się kobieta. – Ale teraz... biedactwa, prawdziwe biedactwa. Prawie nie mają już mocy. I ulegają sugestiom. Podatne umysły. Zakradałam się nocami. Wiem, jakie dzisiaj mają czarownice. Zostawcie je mnie.

Królowa uśmiecha się życzliwie w stronę kamiennego kręgu.

– A potem możecie je sobie wziąć – mówi. – Co do mnie, mam ochotę na śmiertelnego małżonka. Na jakiegoś wyjątkowego śmiertelnika. Unia światów... To im pokaże, że tym razem zamierzamy tam zostać.

– Królowi się to nie spodoba.

– A czy kiedykolwiek miało to jakieś znaczenie?

– Nigdy, pani.

– Czas jest właściwy, Lankin. Kręgi się otwierają. Wkrótce zdołamy powrócić.

Drugi jeździec pochyla się nad końskim grzbietem.

– I będę mógł znowu polować? – pyta. – Kiedy? Kiedy?!

– Wkrótce – odpowiada Królowa. – Już wkrótce.


Noc była ciemna tą ciemnością, której nie da się wytłumaczyć zwykłą nieobecnością księżyca i gwiazd, ale ciemnością, która zdaje się napływać skądinąd – tak gęstą i dotykalną, że dałoby się niemal chwycić w rękę garść powietrza i wycisnąć z niego noc.

Taka ciemność skłania owce do przeskakiwania ogrodzeń, a psy do chowania się w budach.

Mimo to wiatr dmuchał ciepły, nie tyle silny, ile raczej głośny – wył po lasach i jęczał w kominach.

W taką noc zwykli ludzie naciągają kołdry na głowę, wyczuwając, że zdarzają się chwile, kiedy świat należy do kogoś innego. Rankiem znowu będzie ludzki. Owszem, zostaną połamane gałęzie, parę zerwanych dachówek... Ale ludzki. A teraz... lepiej się opatulić.

Jeden człowiek nie spał.

Jason Ogg, mistrz kowalski, raz czy dwa wcisnął miechy przy palenisku, raczej dla zasady niż z potrzeby, i usiadł na kowadle. W kuźni zawsze było ciepło, nawet jeśli wiatr świszczał pod okapami.

Jason Ogg potrafił podkuć wszystko. Kiedyś dla żartu przynieśli mu mrówkę, a on całą noc ze szkem powiększającym przesiedział nad kowadłem zrobionym z główki szpilki. Mrówka wciąż gdzieś tu była – słyszał ją czasem, jak z tupotem przebiega po podłodze.

Ale dzisiaj... Dzisiaj miał w jakiś sposób zapłacić czynsz. Oczywiście, był właścicielem kuźni – przechodziła z ojca na syna od pokoleń. Ale kuźnia to coś więcej niż tylko cegły, zaprawa i żelazo. Nie wiedział, jak to nazwać, ale to istniało. Było jak różnica między mistrzem kowalskim a kimś, kto po prostu zarabia na życie, wyginając w skomplikowany sposób żelazo. I miało wiele wspólnego właśnie z żelazem. I jeszcze z tym, że ktoś może być bardzo dobry w swoim fachu. Tak jakby opłata.

Kiedyś, dawno temu, ojciec wziął go na stronę i wytłumaczył, co powinien robić w podobne noce.

Zdarzą się takie chwile, powiedział, takie chwile – a będziesz wiedział, kiedy się zdarzą, choć nikt cię nie uprzedzi – no więc zdarzą się takie chwile, kiedy ktoś przyjdzie podkuć konia. Przyjmij go uprzejmie. Podkuj konia. Nie pozwól myślom błądzić. I nawet nie próbuj myśleć o niczym oprócz podków.

Przez te lata Jason zdążył się przyzwyczaić.

Wiatr wzmógł się i gdzieś z zewnątrz dobiegł trzask przewracanego drzewa.

Zagrzechotał skobel.

Ktoś zapukał do drzwi – raz, drugi.

Jason Ogg sięgnął po opaskę i zawiązał sobie oczy. To bardzo ważne, tłumaczył mu ojciec. Pomaga się skupić.

Otworzył drzwi.

– Dobry wieczór szanownemu panu – powiedział.

BURZLIWA NOC.

Zapach wilgotnej końskiej sierści. Stukot kopyta o kamienie.

– Herbata parzy się na palenisku, a nasza Dreen upiekła ciasteczka. Są w puszce z napisem „Pamiontka z Ankh-Morpork”.

DZIĘKUJĘ. U PANA, MAM NADZIEJĘ, WSZYSTKO DOBRZE, PANIE OGG?

– Tak, proszę szanownego pana. Przygotowałem już podkowy. Nie zatrzymam szanownego pana długo. Wiem, że szanowny pan jest... no, zajęty.

Usłyszał kroki zmierzające do starego kuchennego stołka zarezerwowanego dla klientów, a raczej dla właścicieli klientów.

Podkowy, narzędzia i hufnale ułożył na ławie przy kowadle. Wytarł ręce o fartuch. Nie lubił podkuwać na zimno, ale zajmował się kowalstwem, odkąd skończył dziesięć lat. Mógł to robić na ślepo. Sięgnął po raszplę i zabrał się do roboty.

Musiał zresztą przyznać, że był to najposłuszniejszy ze wszystkich koni, jakie w życiu spotkał. Szkoda, że nie mógł go obejrzeć. To na pewno piękny koń, taki koń...

Ojciec uprzedzał go: nie próbuj nawet rzucić okiem.

Usłyszał bulgotanie czajniczka, potem ciche stuknięcia przy mieszaniu i brzęk odkładanej łyżeczki.

Żadnego dźwięku, powiedział tato. Oprócz tych chwil, kiedy chodzi albo mówi, nie usłyszysz od niego żadnego dźwięku. Żadnego cmokania wargami ani niczego w tym rodzaju.

Ani oddechu.

Aha, i jeszcze jedno. Kiedy zdejmiesz stare podkowy, nie rzucaj ich w kąt, żeby potem przetopić z innymi resztkami. Przechowuj je osobno. Roztapiaj osobno. Trzymaj dla nich osobny tygiel i nowe podkowy wykuwaj z tego metalu. Cokolwiek zrobisz, nigdy nie kładź tego żelaza na innej żywej istocie.

Prawdę mówiąc, Jason zachował jeden komplet starych podków na zawody w rzucaniu do celu na różnych wiejskich jarmarkach. Nigdy nie przegrywał, kiedy nimi rzucał. Zwyciężał tak często, że aż się trochę wystraszył i teraz podkowy zwykle wisiały na gwoździu za drzwiami.

Czasami wiatr zaklekotał okiennicą albo trzaskały węgle. Seria uderzeń i pisków niedaleko sugerowała, że kurnik na końcu podwórza właśnie rozstał się z gruntem.

Właściciel klienta nalał sobie jeszcze herbaty.

Jason skończył z kolejną podkową i wypuścił końską nogę. Potem wyciągnął rękę. Koń przesunął ciężar ciała i podniósł ostatnie kopyto.

Jeden taki koń na milion. Albo i tego nie...

Wreszcie skończył. Zabawne, lecz nigdy jakoś nie trwało to długo. Jason nie potrzebował zegara, ale podejrzewał, że praca, zajmujące prawie godzinę, była wykonana po paru minutach.

– No już – powiedział. – Gotowe.

DZIĘKUJĘ. MUSZĘ PRZYZNAĆ, ŻE TO DOSKONAŁE CIASTECZKA. JAK WSADZAJĄ DO ŚRODKA TE KAWAŁKI CZEKOLADY?

– Nie wiem, szanowny panie. – Jason wpatrywał się nieruchomo w wewnętrzną stronę swojej opaski.

PRZECIEŻ CZEKOLADA POWINNA SIĘ ROZPUŚCIĆ PRZY PIECZENIU. JAK TO ROBIĄ, JAK PAN MYŚLI?

– To pewno sekret fachu – odparł Jason. – Nigdy nie pytam o takie rzeczy.

BARDZO SŁUSZNIE. BARDZO ROZSĄDNIE. TERAZ...

Musiał zapytać, choćby po to, by potem zawsze pamiętać, że zapytał.

– Szanowny panie...

SŁUCHAM, PANIE OGG.

– Mam jedno pytanie...

TAK, PANIE OGG?

Jason przesunął językiem po wargach.

– Gdybym tak... Gdybym zdjął opaskę, co bym zobaczył?

Już. Stało się.

Coś zastukało po kamieniach podłogi, nastąpiło lekkie zawirowanie w ruchu powietrza – co podpowiedziało Jasonowi, że mówiący stoi teraz przed nim.

CZY JEST PAN CZŁOWIEKIEM WIERZĄCYM, PANIE OGG?

Jason zastanowił się szybko. Lancre nie było państwem religijnym. Zdarzali się Zdziwieni Dnia Dziewątego i Ściśli Offlianie, ołtarze licznych pomniejszych bóstw stały w okolicy na tej czy innej polance. Jednak on sam nigdy nie odczuwał potrzeby wiary – całkiem jak krasnoludy. Żelazo to żelazo, a ogień to ogień. Jak człowiek zacznie kombinować o problemach metafizycznych, ani się obejrzy, a będzie musiał zeskrobywać z młota własny kciuk.

 

A W TEJ CHWILI W CO PAN TAK NAPRAWDĘ SZCZERZE WIERZY?

Stoi o parę cali ode mnie, myślał Jason. Mógłbym wyciągnąć rękę i dotknąć...

Poczuł zapach – wcale nie przykry. Właściwie to ledwie go wyczuwał. To był zapach powietrza w starych, zapomnianych pokojach. Gdyby stulecia pachniały, te najstarsze pachniałyby właśnie tak.

PANIE OGG?

Jason przełknął ślinę.

– No więc, szanowny panie... W tej chwili... Tak naprawdę to wierzę w swoją opaskę.

BARDZO DOBRZE. ROZSĄDNY CZŁOWIEK. A TERAZ... MUSZĘ JUŻ IŚĆ.

Jason usłyszał, jak podnosi się skobel. Pchnięte wiatrem drzwi odsunęły się ze zgrzytem, potem zastukały na kamieniach nowe podkowy.

JAK ZAWSZE WYKONAŁ PAN DOSKONAŁĄ ROBOTĘ.

– Dziękuję szanownemu panu.

MÓWIĘ TO JAK JEDEN FACHOWIEC DRUGIEMU.

– Dziękuję szanownemu panu.

SPOTKAMY SIĘ ZNOWU.

– Tak, szanowny panie.

KIEDY MÓJ KOŃ ZNÓW BĘDZIE POTRZEBOWAŁ NOWYCH PODKÓW.

– Tak, szanowny panie.

Jason zamknął drzwi i zasunął sztabę, chociaż kiedy się nad tym zastanowić, prawdopodobnie nie miało to znaczenia.

Ale taki był układ – podkuwał wszystko, co mu sprowadzili, wszystko, a w zamian za to mógł podkuć wszystko. W Lancre zawsze żył kowal i wszyscy wiedzieli, że kowal z Lancre to kowal bardzo potężny.

To starożytny układ i miał coś wspólnego z żelazem.


Wiatr osłabł. Teraz szeptał tylko gdzieś na horyzoncie. Wschodziło słońce.

To była kraina oktarynowych traw. Dobra, rolnicza ziemia – zwłaszcza dla kukurydzy.

A tutaj rozciągało się pole kukurydzy, falującej delikatnie za żywopłotem. Niezbyt duże pole. Właściwie całkiem zwyczajne. Zwykłe pole z kukurydzą, oczywiście jeśli nie panowała zima, kiedy było na nim widać tylko gołębie i wrony.

Wiatr zamarł.

Kukurydza wciąż falowała. Nie były to zwykłe fale – rozbiegały się od środka pola, jak gdyby ktoś wrzucił kamień do stawu. Powietrze zaskwierczało i wypełniło się głośnym brzęczeniem.

Potem, w samym środku pola, szeleszcząc głośno, młoda kukurydza przygięła się i legła na ziemi.

W kręgu.

A na niebie roiły się brzęczące gniewnie pszczoły.


Zostało jeszcze kilka tygodni do pełni lata. Królestwo Lancre drzemało w upale, nagrzane powietrze falowało nad lasami i polami.

Trzy punkty pojawiły się na niebie.

Po chwili dało się już w nich rozpoznać trzy kobiety na miotłach. Leciały w sposób, który przywodził na myśl słynne trzy lecące gipsowe kaczki.

Przyjrzyjmy się im uważnie.

Ta pierwsza – nazwijmy ją prowadzącą – siedzi sztywno wyprostowana, nie zważając na opór powietrza, z którym chyba wygrywa. Jej twarz można ogólnie opisać jako uderzającą, nawet przystojną, choć nikt nie nazwałby jej piękną – chyba że chciałby, żeby nos urósł mu na trzy stopy.

Druga jest pulchna, krzywonoga, z twarzą podobną do jabłka, które leżało zbyt długo, promieniejąca niemal nieuleczalnym dobrym humorem. Gra na banjo i – póki nie przyjdzie komuś do głowy lepsze określenie – śpiewa. Piosenka mówi o jeżu.

W przeciwieństwie do miotły pierwszej z kobiet – praktycznie pustej, jeśli nie liczyć tej czy innej sakwy – miotła drugiej wyładowana jest fioletowymi pluszowymi osiołkami, korkociągami w kształcie siusiających chłopców, butelkami wina w słomianych koszach i innymi międzynarodowymi obiektami kulturowymi. Wśród nich leży najbardziej cuchnący i najbardziej złośliwy kot na świecie, w tej chwili uśpiony.

Trzecia i zdecydowanie ostatnia lecąca na miotle jest najmłodsza. Inaczej niż dwie pozostałe, które ubierają się jak kruki, ta ma na sobie jaskrawą, wesołą suknię, która do niej nie pasuje i prawdopodobnie nie pasowałaby już dziesięć lat temu. Leci w nastroju niejasnej, łagodnej nadziei. Ma we włosach kwiaty, ale więdną powoli – tak jak ona.

Trzy czarownice przelatują nad granicami królestwa Lancre, a po chwili także nad miastem Lancre. Zniżają lot nad mokradłami i w końcu lądują w pobliżu stojącego głazu, który przypadkiem wyznacza granice ich terytoriów.

Wróciły.

I wszystko znów jest jak należy.

Przez jakieś pięć minut.


W wygódce zamieszkał borsuk.

Babcia Weatherwax szturchała go miotłą, dopóki nie zrozumiał aluzji i sobie nie poszedł. Potem zdjęła klucz wiszący na gwoździu obok zeszłorocznego egzemplarza Almanachu i Xięgi Dni, i ruszyła ścieżką w stronę chatki.

Nie było jej całą zimę. Miała mnóstwo pracy. Trzeba odebrać kozy od pana Skindle, przepędzić z komina pająki, wyłowić żaby ze studni i ogólnie wrócić do interesu pilnowania cudzych interesów, bo aż strach pomyśleć, do czego mogliby dojść ludzie interesu, gdyby nie mieli w pobliżu czarownicy...

Ale przecież mogła najpierw wyciągnąć się na godzinkę.

W czajniku uwił sobie gniazdo drozd – dostał się do kuchni przez wybitą szybę w oknie. Babcia ostrożnie wyniosła czajnik przed dom i wcisnęła go mocno pod okap nad drzwiami, żeby nie dostały się tam łasice. Wodę zagotowała w rondelku.

Potem nakręciła zegar. Czarownice nie korzystają z zegarów, ale trzymała go dla tykania... No, przede wszystkim dla tykania. Dzięki temu dom wydawał się zamieszkany. Zegar należał do jej matki, która nakręcała go codziennie.

Śmierć matki wcale jej nie zaskoczyła. Po pierwsze dlatego, że Esme Weatherwax była czarownicą, a czarownice potrafią zajrzeć w przyszłość. Po drugie, znała się już nieźle na medycynie i umiała rozpoznać objawy. Dlatego mogła się przygotować i wcale nie płakała. Dopiero na drugi dzień, kiedy zegar stanął nagle w samym środku stypy. Upuściła wtedy tacę z kanapkami, a potem musiała wyjść i siedzieć długo sama w wygódce, żeby nikt nie widział.

Akurat znalazła sobie czas, żeby o tym myśleć. Po co wracać do przeszłości?

Zegar tykał. Woda zaczęła bulgotać. Babcia Weatherwax ze skromnego bagażu na miotle wyjęła torbę herbaty i wypłukała imbryk.

Ogień nieco przygasł. Stopniowo ustępowała lepka wilgoć pokoju, w którym od miesięcy nikt nie mieszkał. Wydłużały się cienie.

Nie pora myśleć o przeszłości. Czarownice umieją zajrzeć w przyszłość. Babcia wiedziała, że już niedługo będzie musiała przypilnować własnych spraw...

I wtedy wyjrzała przez okno.


Niania Ogg ostrożnie stanęła na stołku i przejechała palcem nad szafą. Potem obejrzała palec – był nieskazitelnie czysty.

– Hmm – mruknęła. – Wydaje się, że jest w miarę czysto.

Synowe aż zadrżały z ulgi.

– Jak dotąd – dodała niania.

Trzy młode kobiety skuliły się w milczącej grozie.

Jej stosunki z synowymi były jedyną skazą na przyjaznym poza tym charakterze niani. Zięciowie to co innego – pamiętała ich imiona, a nawet dni urodzin. Dołączali do rodziny niczym przerośnięte kurczaki wciskające się pod skrzydła starej kwoki. A wnuki były prawdziwym skarbem, co do jednego. Ale każda kobieta tak nieostrożna, by poślubić Ogga, mogła od razu pogodzić się z życiem pełnym psychicznych tortur i nieskończonej domowej służby.

Niania Ogg nigdy sama nie wykonywała robót domowych, ale była źródłem robót domowych dla innych.

Zeszła ze stołka i uśmiechnęła się promiennie.

– Utrzymałyście dom w przyzwoitym porządku – pochwaliła. – Dobra robota.

I nagle jej uśmiech przybladł.

– Pod łóżkiem w gościnnej sypialni – powiedziała. – Tam chyba jeszcze nie sprawdzałam.

Inkwizytorzy usunęliby nianię Ogg ze swych szeregów za nadmierną złośliwość.

Odwróciła się, gdyż do domu weszli inni członkowie rodziny. Jej twarz wykrzywiła się we łzawym uśmiechu, jakim zawsze witała ukochane wnuki.

Jason Ogg wypchnął do przodu swego najmłodszego syna. Był nim Pewsey Ogg, lat cztery. Trzymał coś w rączkach.

– No, co tam masz? – zapytała niania Ogg. – Pokaż nianiusi.

Pewsey wyciągnął ręce.

– Słowo daję, jesteś bardzo...

To zdarzyło się właśnie tam, właśnie wtedy, przed samym jej nosem.


No i jeszcze Magrat.

Nie było jej w domu od ośmiu miesięcy.

Teraz ogarniała ją panika. Formalnie rzecz biorąc, była zaręczona z królem, z Verence’em II. Chociaż... właściwie nie zaręczona w ścisłym sensie. Nastąpiło, była tego pewna, ogólne i niewypowiedziane porozumienie, że zaręczyny są określoną możliwością. Fakt, powtarzała mu stale, że jest swobodnym duchem, że absolutnie nie chce się w żaden sposób wiązać, i rzeczywiście tak było, ale... ale...

Ale... jak by to... osiem miesięcy. W ciągu ośmiu miesięcy może się wiele zdarzyć. Powinna wracać tu wprost z Genoi, ale tamte dwie wyraźnie dobrze się bawiły.

Starła kurz z lustra i przyjrzała się sobie krytycznie. Krytycyzm nie wymagał zresztą specjalnego wysiłku. Nieważne, co robiła z włosami, po trzech minutach znowu były splątane, jak ten gumowy wąż ogrodowy zostawiony w szopie4. Kupiła sobie nową zieloną suknię, ale to, co tak ładnie wyglądało na gipsowym manekinie, na niej przypominało złożony parasol.

Tymczasem Verence panował już od ośmiu miesięcy. Owszem, Lancre jest małym królestwem i trudno się choćby przeciągnąć bez paszportu, ale Verence był prawdziwym królem. A prawdziwi królowie mają tendencję do budzenia zainteresowania młodych kobiet planujących karierę w zawodzie królowej.

Zrobiła z suknią, co mogła, i ze złością przesunęła po włosach szczotką.

Po czym ruszyła do zamku.

Służbę wartowniczą na zamku w Lancre obejmował zwykle ten, kto akurat nie miał nic innego do roboty. Dzisiaj pełnił ją najmłodszy syn niani Ogg, Shawn w niedopasowanej kolczudze. Kiedy Magrat go mijała, przyjął postawę, którą zapewne uważał za zasadniczą, po czym odrzucił pikę i pobiegł za nią.

– Może panienka trochę zwolnić? Proszę!

Wyprzedził ją, wbiegł po stopniach do drzwi, chwycił trąbkę wiszącą tam na gwoździu i zatrąbił amatorską fanfarę. Potem zrobił przerażoną minę.

– Proszę tu zaczekać, panienko, o tutaj... Policzyć do pięciu i zapukać – rzucił, wskoczył do środka i zatrzasnął za sobą drzwi.