Mgnienie ekranuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wnętrze wyglądało – dla nich – jak ogromna pusta hala. Kierownica wydawała się bardzo duża i zawieszona o wiele za wysoko.

Gnomy ustawiły się w piramidę, a z barków tego najwyżej stojącego Rincemangle zdołał zarzucić linę na kierownicę. Po chwili zainstalowały na niej kilka sznurowych drabinek i wzięły się do pracy.

Rincemangle planował, by prowadzić za pomocą dwóch linek przywiązanych do kierownicy, przy czym każdą z nich miało trzymać pięćdziesiąt gnomów. Kiedy już to rozwiązano, inne gnomy zbudowały rodzaj drewnianej platformy opartej o przednią szybę – akurat tak dużej, by mógł na niej stanąć Rincemangle z megafonem.

Wchodziły kolejne gnomy, a Featherhead rozsyłał je na stanowiska. Wkrótce cała szoferka była obwieszona drabinkami, wielokrążkami i delikatnymi drewnianymi platformami, które z kolei pokrywały gęsto gnomy wiszące na dźwigniach i linach.

Wielka chwila nadeszła, kiedy dwa muskularne gnomy wciąg­nęły i wetknęły do dziurki kluczyk. Przekręciły go i zapaliły się jakieś światełka.

– Uwaga! – zawołał Rincemangle, spoglądając z góry na czekające grupy. – To nie będzie łatwe, więc lepiej zacznijmy od razu.

Featherhead dołączył do niego na platformie i razem wciągnęli na górę Jak nauczyć się jeździć oraz plan Blackbury.

– Kiedy powiem „już”, zespół Przycisku Startera mocno go wdusi, a… no… zespół Pedału Akceleratora wciśnie go na chwilę. – Rincemangle mówił niezbyt pewnym tonem. – Gnomy obsługujące sprzęgło i dźwignię zmiany biegów niech się przygotują. Już!

Oczywiście, nie było to takie łatwe. Minęło sporo czasu, nim gnomy zdołały uruchomić silnik, w końcu jednak zaskoczył i zadźwięczał w szoferce jak dzwon.

– Włączyć światła! Wcisnąć sprzęgło! Pierwszy bieg! – Rincemangle przekrzykiwał łoskot.

Zabrzmiało kilka przerażających zgrzytów i ciężarówka potoczyła się naprzód.

– Zaraz, a co z drzwiami garażu?! – zawołał Featherhead.

Ciężarówka toczyła się dalej. Coś trzasnęło głośno i byli już na ulicy.

– Skręt w lewo! – krzyczał chrapliwie Rincemangle. – Teraz wyprostować!

Przez kilka minut w szoferce rozlegały się bezustanne krzyki i stuki, gdy gnomy szarpały liny i naciskały dźwignie. Ciężarówka zygzakowała z boku na bok i kilka razy wjechała na chodnik, ale przynajmniej jechali wciąż naprzód. Rincemangle poczuł się na tyle pewny, że zarządził zmianę biegu.

Po ciemnych ulicach Blackbury ciężarówka zataczała się i warczała, niekiedy obijając się o latarnie. Od czasu do czasu coś przeraźliwie zgrzytało, kiedy gnomy zmieniały biegi.

Kierowanie okazało się bardzo kłopotliwe. Zanim gnomy w dole usłyszały polecenia Rincemangle’a, było już zwykle za późno. Na szczęście w nocy na drodze nie było innych pojazdów, inaczej mogłoby dojść do poważnego wypadku.

Przedarli się przez światła na skrzyżowaniu i wtoczyli na główną ulicę Blackbury, po drodze przewracając słupek ze skrzynką na listy. Featherhead obserwował wielkie lustro wysoko nad nimi, ukazujące ruch na drodze z tyłu.

– Za nami jedzie samochód z takim niebieskim migającym światłem na dachu – powiedział swobodnym tonem. – Słuchaj, wyje jak syrena!

– Bardzo widowiskowe, nie wątpię – odparł Rincemangle, który wcale nie słuchał. – Z życiem tam na dole! Jesteśmy na prostej drodze poza miasto, więc zmieniamy bieg na najwyższy!

Rozległ się trzask i zgrzyt, ale gnomy nabrały już doświadczenia, więc ciężarówka pomknęła szybciej, wciąż zygzakując.

– Ten samochód z mrugającymi światłami ciągle próbuje nas wyprzedzić – powiedział Featherhead. – O rany! O mało co go nie trafiliśmy.

Wyciągnął szyję i spojrzał z uwagą.

– W środku jadą dwa ludzkie stworzenia w wysokich czapkach – dodał. – Ojoj, wyglądają na wściekłe!

– Przypuszczałem, że ktoś się rozgniewa z powodu tych wszystkich latarni, które po drodze przewróciliśmy – uznał Rincemangle. – Mam wrażenie, że nie powinniśmy…

Na nieszczęście, kiedy to mówił, nie patrzył, dokąd jadą.

Ciężarówka zjechała z drogi i przebiła się przez żywopłot. Za nim leżało zaorane pole i gnomy musiały mocno się trzymać w trzęsącej się przerażająco szoferce.

Radiowóz zahamował z piskiem opon i dwaj policjanci rzucili się za nimi biegiem, krzycząc głośno. Ciężarówka przetoczyła się przez następny żywopłot i przeraziła stadko krów.

Rincemangle wyjrzał przez szybę. Przed nimi wyrastał lasek, a dalej wspinały się ku niebu porośnięte wrzosem zbocza Suchych Mokradeł.

– Przygotować się do opuszczenia ciężarówki! – krzyknął.

Gnomy skakały na boki. Wóz znieruchomiał pośrodku kępy jeżyn i nagle zrobiło się bardzo cicho.

Potem nastąpiło pięć minut krzątaniny, kiedy gnomy zrzucały ze skrzyni swoje bagaże. Zanim dotarli policjanci, nie pozostał już nikt. Rincemangle i Featherhead siedzieli na gałęzi jeżynowego krzaka i obserwowali, jak ludzkie stworzenia krążą wokół porzuconej ciężarówki i skrobią się po głowach. Zajrzały też do szoferki i znalazły małe drabinki i liny. Po chwili odeszły, kłócąc się głośno.

Kiedy zniknęły, gnomy wyszły z kryjówek i zebrały się wokół Rincemangle’a.

– Suche Mokradła są o kilkaset stóp stąd – powiedział. – Dzień spędzimy tutaj, a wieczorem będziemy na miejscu!

Gnomy rozpaliły ogniska i zaczęły szykować śniadanie. Wiele się zastanawiało, jak będzie się im żyło na otwartym terenie po tylu latach w mieście. Oczywiście, wiele tych małych – to znaczy jeszcze mniejszych od przeciętnego gnoma – cieszyło się tą perspektywą. Wszystkie jednak wiedziały, że czeka je dużo ciężkiej pracy.

Następnego ranka, o brzasku, wracający do domu kłusownik powiedział żonie, że widział dużo małych światełek sunących w górę po zboczach na mokradłach. Nie uwierzyła mu, ale może wy uwierzycie.

PROSIMY O ODDYCHANIE KRÓTKIMI, MOCNYMI SAPNIĘCIAMI

(KINDLY BREATHE IN SHORT, THICK PANTS)

„Bath and West Evening Chronicle”, 9 października 1976

Upływ czasu zatarł powody, dla których napisałem ten tekst, ale prawdopodobnie usłyszałem o jeden niedowarzony pomysł za dużo od jednego niedowarzonego polityka za dużo. Ci zawsze wypadają najgorzej, kiedy próbują być ważni, ale zawsze coś delikatnie pomylą. Wciąż się tak zachowują.

Wystąpienie szacownego posła Duncana Niedbałego, nowego ministra ds. Świeżego Powietrza

Dobry wieczór państwu [bierze głęboki oddech].

Jak z pewnością jest wam wiadomo, Wielka Brytania stanęła wobec kryzysu powietrznego o przerażającej skali. W niektórych regionach rezerwy świeżego powietrza osiągnęły przerażająco… a nie, to już mówiłem… osiągnęły krytyczny poziom. Dlaczego tak się dzieje, spytają państwo.

[Przechodzi do wiszącego za krzesłem wykresu.]

Przez całe lata zapewniano nas o regularnych dostawach świeżego powietrza napływającego znad Atlantyku. Niestety, popyt obecnie przewyższa podaż. Więcej ludzi [stuka w małe czarne figurki na wykresie] upiera się przy oddychaniu, co oznacza mniej powietrza dla pozostałych.

[Energicznie stuka w wykres wskaźnikiem.]

Wasz rząd jest w pełni świadom tego problemu przynajmniej od przerwy śniadaniowej, w rezultacie czego przemawiam teraz do was jako nowy minister Świeżego Powietrza, zamiast przewodniczyć podkomitetowi Izby Gmin ds. podawania herbaty. Nawet my, politycy, musimy przecież oddychać… hahaha… ale oczywiście niektórzy z nas oddychają wolniej, inni zaś szybciej.

Chociaż prawdą jest stwierdzenie, że ludzie w południowej Walii i przemysłowych regionach centralnej Anglii mogą oddychać jedynie osiem godzin na dobę, podczas gdy Szkocja i południe mają aż nadto wystarczające rezerwy świeżego powietrza, jednak koszt redystrybucji wciąż wydaje się zaporowo wysoki. Zespół roboczy jednak, w ścisłej zgodności z polityką rządu, rozważa legislację nakazującą osobom żyjącym w rejonach dysponujących nadwyżkami świeżego powietrza noszenie masek gazowych podłączonych do butli ze smogiem. Tego wymagają zasady demokracji.

Meteorolodzy zapewniają, że wiatr musiałby wiać z prędkością stu mil na godzinę przez najbliższe trzy miesiące, by wyrównać poziom świeżego powietrza w kraju. Co możemy zrobić do tego czasu?

Oto jak możecie pomóc:

– Oddychajcie bardzo powoli. Instruktorzy z ministerstwa będą was odwiedzać w celu demonstracji.

– Pod karą wysokości 400 funtów zakazuje się używania wszelkich pomp, wachlarzy i wiatraków, aby rezerwy świeżego powietrza można było skierować do kluczowych gałęzi przemysłu. Pamiętajcie: konieczne są cztery miliony stóp sześciennych powietrza, by wyprodukować oponę samochodową, a dwa tysiące malutkich pęcherzyków na każdy cal sześcienny podkładu wykładziny dywanowej.

– Unikajcie ciężkich oddechów. Zamiast tego spróbujcie zimnej kąpieli… przepraszam, dobrego nacierania śliną. Koty z ministerstwa będą was odwiedzać w celu demonstracji.

– Wciśnijcie sobie cegłę do nosa.

– Powietrze, jakie wydychacie, nadal może być przydatne do pompowania balonów czy opon, do rozgrzewania dłoni albo studzenia owsianki.

Jeśli wszyscy dostosujemy się do tych kilku prostych reguł, będziemy mogli dumnie wypiąć pierś i powiedzieć, że raz jeszcze zwyciężyły brytyjskie ssanie i pomysłowość. Bardzo dziękuję. [Powoli wypuszcza oddech.]

OPOWIEŚCI GLASTONBURYJSKIE

(GLASTONBURY TALES)

„Bath and West Evening Chronicle”, 16 czerwca 1977

Prawdę mówiąc, jestem raczej dumny z tego kawałka, który przekazuje czytelnikom pewną prawdę. Dokładnie pamiętam, jak zabrałem pierwszych autostopowiczów, kiedy pewnego letniego popołudnia wracałem z Bath do domu. Zresztą bardzo ich wielu zmierzało wtedy do Glastonbury. Kiedy wspominam całą tę sytuację, widzę, że prawie wszystkie elementy mają jakieś rzeczywiste podstawy, chociaż – jak mawiał Mark Twain – tu i tam dodałem nieco połysku. Tyle że on to mówił po amerykańsku. Z pewnością pamiętam dym płynący z tyłu furgonetki i to, że pospiesznie opuszczałem szybę okna, równocześnie pilnując, czy nie stoi gdzieś Pan Policjant. Kiedy dotarliśmy do Glastonbury i otworzyłem drzwi z tyłu, wewnątrz unosił się przyjemny dymek, chociaż nie sądzę, żeby ktokolwiek to zauważył. To były lepsze i jakby sympatyczniejsze czasy. Gdyby znalazł się ktoś, kto potrafi udowodnić, że jechał wtedy moją furgonetką, chętnie nawiązałbym kontakt – chociaż podejrzewam, że wszyscy są obecnie premierami albo kimś podobnym.

 

Jechał gość furgonetką, powiedzmy, że to ja,

Zwykły urzędas, do domu jak każdego dnia

Wracał, gdy tuż za Bath swym zawsze czujnym okiem

Dostrzegł hipisa, który szedł zmęczonym krokiem

Obok rozgrzanej drogi. Chciał zatrzymać stopa.

Nogą powłóczył, lśniła potem włosów szopa

I nie był wcale cool w tym mocno upalnym dniu.

Zjechałem na pobocze, gotowy pomóc mu.

„Do Glastonbury trafić chcę”. „Wskakuj, kolego”.

Tak mu rzekłem. On uśmiech mi rzucił. „Dlatego,

Że długo czekam, przysługę tę zapamiętam”.

A potem zwinął sobie jakiś rodzaj skręta

I mówi, że następnego dnia – jutro, znaczy –

Nadkosmiczna wibracja nas przeniknąć raczy.

Festiwal Siedmiu, przyszłość, a los dla nas chowa,

Że na Wzgórze popłynie mądrość wszechświatowa.

Parę mil dalej drogą stanęliśmy znowu

I kolejna czwórka się wygrzebała z rowu

Koło szosy. Naprawdę znużeni nomadzi,

Szybko się więc zebrali, z mej pomocy radzi,

I nim wsiedli, na tył rzucili dwie gitary,

Trzy plecaki i chyba jeszcze namiot stary.

Jeden z nich wierzył w UFO, drugi zaś, że geo-

mantyczne linie wiodą do Glaston’, i wzięło

Trzecią na astrologię. „Nigdy się nie mylę”,

Mówi. „Jesteś Wagą”. „Nie”. Pomyślała chwilę.

„Więc Baranem? A może Panną?”. „Nie, to też nie”.

„Przecież ja zawsze trafiam. Bliźnięta? Ryby dwie?”.

Spokojnie kręcę głową. „Musisz być Wodnikiem

Albo Koziorożcem. A jeśli nie, to Bykiem”.

„Zgadza się”, przyznałem. „Aha, znowu trafiłam!”.

Zaśmiała się i bransoletki zadzwoniły,

Kiedy z wielkiej radości aż klasnęła w ręce.

Zaraz się okazało, że wóz zmieści więcej

Pasażerek, bo wsiadła kolejna. Blade lico,

Cała w czerni. Powiada „Jestem czarownicą”.

„Świetnie” rzekł Geomanta, przed duszy oczyma

Widząc pewnie, jak tańczy, nic na sobie nie ma.

Ja zaś tak pomyślałem: Ha, panno, znam takie,

Na imprezach zawsze znajdują linie jakieś

Na dłoniach różnych gości. Okropnie się puszą

Aż wyjdą, bo na schodach zwymiotować muszą.

Siódemka w wozie, bagaż – a więc na kamieniach

Cichuteńko jęczało moje zawieszenie.

I opony brzęczały doprawdy mistycznie,

Kiedy na każdym łuku rwały wprost po stycznej.

Opowiem więc, historii wiatr chwytając w żagle,

Jak to niebezpieczeństwo spadło na nas nagle:

„Jadę tak, panie władzo, nic nie mam na głowie,

Luźno słucham, co mówią mi pasażerowie.

Ci o reinkarnacji gadają, o cudach.

Dla mnie bzdura, bo przecież jeżeli się uda

Umrzeć i jakoś wrócić, to tylko jako trup.

Lecz cicho siedzę. Po co na darmo strzępić dziób.

To tak na marginesie. A teraz opowiem,

Jak to było, że prawie trafiliśmy krowę.

Całe stadko skoczyło mi nagle na drogę.

Hamuję, ale z takim ładunkiem nie mogę;

Asfalt był mocno ciepły, gorące opony,

Wóz wpadł w poślizg. Kawałek jechał przechylony,

A potem jakby zgrzytnął zębami i skoczył.

Tamci ze strachu pobledli i zamknęli oczy,

I zwalili się na mnie, ich dzwonki, paciorki

Sznurki, dżinsy, sandały i namiotów worki.

Wóz ciągle sunął naprzód i miałem nadzieję,

Że siedem nie wypadnie i że ocaleję.

Czarownica krzyknęła »Jezu!«, co dowodzi

Że na dwie strony uczą się grać nawet młodzi.

Potem znów nas szarpnęło mocno w jedną stronę

I stanęliśmy siedem cali przed ogonem”.

Muszę tu przyznać, że to całe Glastonbury

Na ogół nastrój we mnie rozbudza ponury.

Brzydkie małe miasteczko smętnych sklepikarzy,

Lecz czasem się inwazja hipisów przydarzy.

Moi pod Wzgórzem wyszli. Dobrze ich pamiętam.

Nie wiem, co tam znaleźli. Może miejsca święte?

Lecz komu poświęcone? Drzewa druidyczne?

Glastonburyjskie lśnienie tajemno-mistyczne?

Lecz jako ateista problem mam nienowy

Co tam mnie ominęło, prócz tej jednej krowy.

NIE MA WIĘKSZEGO DURNIA NIŻ STARY DUREŃ STOJĄCY W ANGIELSKIEJ KOLEJCE

(THERE’S NO FOOL LIKE AN OLD FOOL FOUND IN AN ENGLISH QUEUE)

„Bath and West Evening Chronicle”, 14 stycznia 1978

To była jedna z tych rzeczy, które pozwalały się wyładować. Człowiek ulegał temu, co zmarły Patrick Campbell zwykł nazywać rygorami życia, a potem, zamiast się na kimś odegrać, zapisywał to w czasie przerwy i zapominał, dopóki nie ukazało się tutaj.

Wystąpienie określające politykę partii rządzącej, zaprezentowane przez posła Maurice’a Oberka, nowo mianowanego ministra kolejek

Dobry wieczór państwu. Zauważyliście pewnie, jak energicznie to powiedziałem. To znaczy, niczego nie przeciągałem, wyrzuciłem to z siebie od razu. Dobry wieczór.

Wielu z was zastanawia się pewnie, po co nam potrzebny minister kolejek. No cóż, to oczywiste. Mamy w końcu [zerka na tablicę za kamerą] rok 1978, epokę odrzutowców. Musimy wszyscy, hahaha [uśmiecha się], za nią nadążyć, choć oczywiście nie wolno nam zaszarżować. To znaczy przeszarżować. Stracić głowy.

Wasz zawsze czujny rząd zwrócił uwagę na fakt, że w obecnych czasach wielu ludzi w naszym kraju jest zbyt powolnych w kolejkach. Możecie być pewni, że my, z komisji Równych Prędkości, podejmiemy działania w tej kwestii.

Weźmy takie urzędy pocztowe. Kiedy wy czy ja tam wchodzimy, chcemy tylko zakupić znaczek za dziesięć i pół pensa, za który to znaczek chcemy wręczyć odliczoną kwotę. To oczywiste. Ale przed nami zawsze stoi jakiś bałwan, który koniecznie chce wysłać paczkę żywych mrówek do Boliwii i odnowić licencję na kosiarkę do trawy. I niech mnie diabli, jeśli nie zaczyna wypełniać takiego wielkiego formularza tam na miejscu!

Oczywiście, cała kolejka za nami sprytnie przeskakuje do trzech innych pustych okienek, a wtedy ten samolubny ćwok wyciąga portmonetkę i zaczyna płacić za to wszystko jednopensówkami! A jeszcze do tego wygląda na bardzo zadowolonego z siebie! [Uświadamia sobie, że stoi, odchrząkuje, poprawia krawat, siada, z powrotem przygładza włosy.]

Przepraszam, trochę mnie poniosło. Weźmy teraz banki. Idziecie do okienka szybkiej obsługi, żeby wypłacić gotówkę, powiedzmy, z czeku na 10 funtów. A starsza pani przed wami, okazuje się, chce przeprowadzić skomplikowaną transakcję wymagającą kilku rozmów telefonicznych oraz przeglądania wielkich oficjalnych ksiąg.

Pędzicie więc do sąsiedniego okienka, ale tam stojący w kolejce mężczyzna nagle otwiera teczkę i wyciąga dziesiątki małych woreczków z monetami, które wszystkie należy zważyć i przeliczyć!

Ile razy docieraliście na stację kolejową, pozostawiając sobie rozsądnie dużo czasu do odjazdu pociągu, a wtedy akurat jakaś beztroska osoba przy okienku właśnie zaczyna negocjacje w sprawie podróży tam i z powrotem do Władywostoku? I oczywiście urzędnik, zamiast odesłać typa na koniec kolejki, jeszcze go podpuszcza, bo to zawsze ciekawa odmiana od tych zwykłych powrotnych do Londynu.

O tak! Mam na oku takich jak on! To oni właśnie wciskają mi się przed zderzak i podjeżdżają na stację, a potem tankują bardzo powoli z jedynego czynnego dystrybutora. Wiecie przecież, że te samoobsługowe pompy mogą wylewać benzynę w tempie galonu co dziesięć sekund, ale nie dla tego gościa, o nie, on bawi się spustem, jakby się bał, że mu się wyrwie, a kiedy czekacie przy kasie, on barrrdzo powoli wyciąga książeczkę czekową, pyta o datę, a potem mówi: „A tak przy okazji, macie może pasek klinowy do austina trundlera z 1954?”.

I ten gość jest jeszcze tak bezczelny, żeby uśmiechać się z zadowoleniem. O tak, myśli sobie, jestem pierwszy w kolejce, tak jest, i mogę tu stać nawet cały dzień, jeśli zechcę, mogę, a jeśli znowu zgrzytniesz zębami, kolego, to kupię jeszcze olej, pelerynę, jeden z tych małych i paskudnych odświeżaczy powietrza, a także atlas drogowy Angoli.

Wyroby żelazne! Te szkodniki mnożą się tam jak muchy! Czekacie ze swoją paczuszką całkiem zwyczajnych gwoździ, a ten mówi do sprzedawcy: „Przepraszam za kłopot, ale chciałbym kupić zamek”. A kiedy już pokażą mu wszystkie zamki w sklepie, uznaje, że jednak najpierw wróci do domu i dokładnie wymierzy drzwi, ale póki tu jest, czy mógłby obejrzeć zawiasy?

W przeszłości, gdybyście porwali z lady kawał – powiedzmy – 22-milimetrowej rurki miedzianej i spuścili mu nią lanie, przestarzały system prawny potraktowałby was surowo. Ale już nie! Od tej chwili, jeśli tylko tamten nie jest zarejestrowanym emerytem lub rencistą, możecie dać takiemu to, na co sobie uczciwie zasłużył, i lepiej niech nie biega nigdzie, żeby się skarżyć! To go nauczy!

Zawsze powtarzam: po co komu władza, jeśli z niej nie korzysta? Boże, jak ja nienawidzę tych ludzi, ile godzin przestałem za jakimiś babami, które otwierają torbę na zakupy, wyjmują z niej drugą torbę, z niej torebkę, a w niej szukają portmonetki, żeby poszukać pieniędzy i zapłacić… [Głos spoza ekranu: Będzie pan tak gadał przez całą noc? Mam tylko skrót wiadomości do przeczytania, a pan od dwudziestu minut już nadaje!]

Dziękuję państwu za uwagę i dobranoc.

GRRU, DALI MI PTAKA

(COO, THEY’VE GIVEN ME THE BIRD)

„Bath and West Evening Chronicle”, 8 kwietnia 1978

Słowo daję, wracają wspomnienia. Kiedy pracowałem dla „Bath Evening Chronicle”, za miłych i wesołych dni dawno temu, moim miejscem pracy była szopa – taka normalna ogrodowa szopa, ustawiona na płaskim dachu, naprzeciwko – o ile dobrze pamiętam – pokoju dziewcząt z działu reklam telewizyjnych. Muszę niestety przyznać, że one nie pracowały w szopie, a zwłaszcza w mojej szopie, która była w tak opłakanym stanie, że gdy odsunąłem poręczną deskę w kącie, miałem bezpośredni widok na młode gołębie w gnieździe. Czasami je dokarmiałem. W owym czasie pisywałem reportaże i wszystkie inne zlecone prace. Dziwne, ale było to dobre życie – o ile komuś nie przeszkadzało, że cały czas otaczają go gołębie. I chociaż niewiele więcej zapamiętałem, muszę założyć, że to właśnie dawni bliscy sąsiedzi stali się inspiracją dla tego tekstu.

Według „Radio Times” (a zatem to musi być prawda) Rosjanie eksperymentowali z wykorzystaniem gołębi do wykonywania prostych prac przy taśmach produkcyjnych w fabrykach…

DROGI TOWARZYSZU PRZEWODNICZĄCY!

Chciałbym na początku zaznaczyć, że od dwunastu lat jestem zatrudniony w naszej Narzędziowo-Maszynowej Spółdzielni Produkcyjnej w Dugwilasgiwiszkach i nigdy nie było na mnie żadnych skarg. Nigdy nie składałem podania o wizę do Izraela, nie jestem i nigdy nie byłem intelektualistą, a miejsce pracy utrzymywałem w idealnej czystości, tak że można by jeść z podłogi. Nie ma tu innego człowieka, który mógłby to o sobie powiedzieć, zresztą – jeśli wolno mi wyrazić to bez ogródek – prawdę mówiąc, w ogóle nie ma tu innego człowieka1.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jako skromny Pracownik Higieny Fabrycznej III stopnia nie powinienem krytykować decyzji podjętych w wyższych gremiach partyjnych, w każdym razie jeśli nie chcę skończyć po złej stronie muru Instytutu Zdrowia Psychicznego w Dugwilasgiwiszkach, jednak nie mogę nie wspominać dawnych dni, kiedy było tutaj tysiąc trzystu towarzyszy współpracowników, to znaczy istot ludzkich, chociaż nie chcę, by zostało to zrozumiane jako krytyka jakości pracy moich obecnych upierzonych towarzyszy jako takich.

Znaczy się, w hali fabrycznej słychać tylko tysiące stukających dziobków i jeszcze szelest piór, a to w niektóre dni doprowadza mnie do rozpaczy. Rozważcie też wycieczki pracownicze. Kiedyś były prawdziwą okazją do robotniczej rozrywki. Jechaliśmy wszyscy do Nodynowerogrodu-na-Morie z paroma skrzynkami wódki w tyle autobusu. Teraz trudno się dobrze bawić, kiedy jest się jedynym chłopem w trzynastu autobusach, a cała reszta towarzyszy współpracowników jedzie w wiklinowych koszach. Na miejscu muszę ich wypuścić, a wtedy wszyscy lecą do domu, zostawiając tylko nieszczęsnego Iwana Iwanowicza Prostaczkowa w śmiesznej czapce i z workiem małży, z długą drogą do domu całkiem samotnie. Aż tak by mi to nie przeszkadzało, ale kiedy poskarżyłem się Naczelnikowi Higieny Fabrycznej, on zwyczajnie odfrunął.

 

W stołówce też nie wygląda już jak dawniej. Bo przecież nie będą szykować tysiąca trzystu posiłków regeneracyjnych z mieszanego ziarna i jednego z kawioru i smażonych ziemniaków, prawda? Więc mam do wyboru albo kanapki z domu, albo grzędę i karmienie razem z resztą. I żadnego narzekania, bo podziobią mi palce.

Pomijam już coraz słabsze wyniki naszej drużyny w strzałki, hańbiące porażki w lidze bilardowej, nieprzyjemne spotkanie z drużyną gwiazd KGB na boisku piłkarskim czy też kłopotliwe zajście podczas międzynarodowych mistrzostw szachowych – choć uprzedzałem delegata bratnich Chin, żeby nie zdejmował kapelusza, ale nikt mnie nie słuchał, oczywiście.

Szanuję to, co pisze „Prawda”, że nie powinniśmy kapitalistycznie traktować naszych współistot, albo o tym, że łączenie się razem w jednym społeczeństwie wszystkich istot ciepłokrwistych to prawdziwie marksistowskie podejście, jak również stwierdzenie, że każdy gołąb w fabryce oznacza kolejnego człowieka wolnego, by budować okręty podwodne. Jednak w efekcie wychodzi na to, że jestem tu zatrudniony, bo żaden z moich nowych towarzyszy nie jest dość duży, by machać miotłą.

Chcę także złożyć protest, ponieważ papuga, która obsługuje centralę, nie pozwala mi na prywatne rozmowy, a co do flaminga w bufecie, no cóż… Jak chcielibyście dostać pomieszaną herbatę?

Mam nadzieję, że list ten dotrze do was, przywiążę go bowiem do nogi jednego z moich współtowarzyszy pracy, który leci spotkać się z rodziną. Mówi, że mają takie nieduże gniazdko tuż za oknem waszego gabinetu.

Z góry dziękując, towarzyszu, za waszą uwagę

Łączę bratnie pozdrowienie

TERRY TERRANOWICZ PRATCHETT

PS Przepraszam, że list jest trochę poszarpany u góry, ale kierownik zmiany wyszedł się przelecieć, a wiecie, jakie są te papugi – małe łobuzy.

1 Powinienem chyba napisać: towarzysza (przyp. autora).