Mgnienie ekranuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZWIĄZANIE

(SOLUTION)

„Technical Cygnet”, 1:10, czerwiec 1964

Naprawdę tego nie pamiętam. Był taki okres – bardzo dawno temu – kiedy wyrzucałem z siebie pomysły, koncepcje, niedopieczone skrawki dialogu, by sprawdzić, czy jakoś magicznie się rozpalą i zmienią w porządne opowiadanie lub powieść. Te, które się nie sprawdziły, lądowały w bitowym śmietniku, a jeśli pamiętacie, co to znaczy, to bawicie się z komputerami tak długo jak ja. Musiałem to kiedyś napisać, a potem odszedłem, żeby spróbować czegoś innego.

– Złoto? Czy może tym razem diamenty?

Pyecraft odwrócił się gwałtownie.

– Co u…

Inspektor przeszedł przez niewielki właz do kabiny pilota i skinął ręką w stronę małego tylnego przedziału.

– Z tyłu masz tam bardzo dużą szafkę na spadochrony. Musiałem jednak wyrzucić twój, więc we własnym interesie powinieneś uważać na przyrządy.

Pyecraft pociągnął drążek do siebie.

– Skórę z was za to zedrę – mruknął. – Po całym tym obrzydliwym przeszukaniu na Lemay, ukrywasz się w moim prywatnym samolocie…

– Może byś się zamknął? – zaproponował słodkim głosem inspektor. – Jesteśmy tu tylko my dwaj, więc możemy sobie darować spektakl oburzonego obywatela. Nie pasuje ci taka poza. – Zapalił papierosa i starannie powstrzymał się od poczęstowania Pyecrafta. – Johnie Pyecraft, aresztuję cię w imieniu…

– Za co? Niczego mi nie udowodnicie.

Za przemyt.

– Przemyt czego? – Pyecraft wolno sięgnął ręką między fotele, do małej mosiężnej gaśnicy.

– Jeszcze nie wiem. Ale w ciągu ostatnich trzech tygodni wykonałeś piętnaście przelotów nad górami, wszystkie w tych starych, odrapanych samolotach. Nagle masz dużo pieniędzy, a jesteś znanym przemytnikiem. Dlatego sam siebie zapytałem: pomyśl, Gustave, skąd on ma tyle pieniędzy? Po czym sobie odpowiedziałem: Gustave, mon ami, musiał wrócić do dawnego fachu.

– Niczego nie znaleźliście na Lemay. – Pyecraft ścisnął uchwyt gaśnicy.

– Otóż to. A zatem musiałeś to wnieść na pokład później. Zechcesz więc zawrócić maszynę i…

Odsunął się płynnie, kiedy ciężka gaśnica przefrunęła mu obok głowy. Pyecraft stracił równowagę i jego szeroki zamach zakończył się pośrodku deski rozdzielczej.

Wysoko na oszronionym zboczu dwie nieduże postacie kuliły się przy ledwie płonącym ognisku.

Inspektor obejrzał się na to, co zostało z samolotu.

– To było niezłe lądowanie.

– Równie dobrze mogliśmy się rozbić. Teraz, jeśli nie załatwi nas mróz, zajmą się tym wilki.

Przez chwilę obaj patrzyli na pierwszego.

– Bądźmy szczerzy – zachęcił inspektor. – Przecież teraz możesz mi powiedzieć. Co takiego przemycałeś?

Pyecraft spojrzał na niego ze smutkiem.

– Samoloty.

OBRAZ

(THE PICTURE)

„Technical Cygnet”, 1:11, maj 1965

Wielkie nieba! To było już tak dawno! Cieszę się, że nigdy nie próbowałem tego sprzedać, ale znowu: bawiłem się wtedy słowami, żeby zobaczyć, co z tego wyjdzie. Pisarze czasem tak robią.

Nie było to wybitne dzieło sztuki.

Artysta namalował niebo w niewłaściwym kolorze i pokrył je plamami, jakby usiłował zamaskować pomyłkę. Perspektywa, o ile ją stosował, była całkiem błędna, a takiej roślinności nie dałoby się pewnie zobaczyć nawet w najbardziej obłąkanym koszmarze. Całość wyglądała jak surrealistyczna wizja piekła.

Nawet rama ledwie się trzymała.

Jon zawiesił go na ścianie – jednej z wyściełanych ścian – swojej celi. Choć dziwaczny i przerażający, stanowił swego rodzaju połączenie z Zewnętrzem, swego rodzaju przypomnienie, że istniało coś jeszcze oprócz jedzenia, spania i niekiedy wizyt lekarzy.

Czasami obserwowali go przez kratkę w obitych drzwiach i kręcili głowami.

– Nie ma lekarstwa – mówił jeden z nich.

– Chyba że zabierzemy mu ten… ten obraz – uznał drugi.

– Zabijesz go, jeśli spróbujesz.

– On sam się zabije, jeśli tego nie zrobimy. Wiesz dobrze, że to obraz jest przyczyną jego… jego…

– Obłędu.

– Trudno to inaczej nazwać. Ten obraz stał się centralnym punktem jego życia. Uważam, że to jedyna rzecz, w którą nie wątpi. Wczoraj powiedział mi, że przedstawia jedyny prawdziwy świat i że ten nasz jest fałszywy. Nic nie poradzimy wobec takiego uporu.

– Więc albo go to wyleczy, albo zabije?

– Tak. Powiem mu o tym przy badaniu. Może uleczy go sam szok wiadomości, że jego świat zostanie mu odebrany.

Wydawało się, że nic z tego. Jon wciąż siedział skulony i zamyślony w kącie swojej celi, wpatrywał się w obraz i próbował pamiętać…

Usłyszał w korytarzu ciche kroki. Szli już, żeby odebrać mu obraz. Zostało tak mało czasu…

Dokonał jeszcze jednego, gigantycznego, rozpaczliwego wysiłku…

I cela była pusta.

Nigdy nie odkryli, dokąd odszedł i jak zdołał uciec. Tajemnica zajmowała wszystkich przez krótki czas, a potem została zapomniana.

Ale doktor zachował obraz i zawiesił go w swoim gabinecie. Wiedział, że jego podejrzenia są absurdalne, ale nie mógł się ich pozbyć.

Czasami patrzył na obraz wszystkimi trzema oczami, kiedy zielone słońce jaśniało poza horyzontem, i miał nadzieję, że się myli.

No bo jak ktokolwiek mógłby przeżyć w świecie z brązową ziemią i zielonymi liśćmi, z błękitnym niebem i tylko jednym słońcem?

KSIĄŻĘ I KUROPATWA

(THE PRINCE AND THE PARTRIDGE)

Dziecięcy krąg, Wujek Jim, „Bucks Free Press”,

6/13/20 grudnia 1968

Publikowane pod pseudonimem „Wujek Jim” teksty Dziecięcego kręgu to cykl siedemdziesięciu kilku opowieści, jakie pojawiały się w latach 1965–73 na łamach „Buck Free Press”. Dwa z nich trafiły do niniejszego zbioru: Książę i kuropatwa oraz Rincemangle, gnom z Suchych Mokradeł.

Dawno, dawno temu – to zawsze jest dobry początek – żył sobie młody książę, który władał Krainą Słońca – przyjemnym krajem, gdzie większość rzeczy była albo złota, albo żółta.

Domki budowano z piaskowca krytego złotymi płytkami, żonkile i jaskry rosły wśród pól dojrzałych zbóż, a złoto tak obficie leżało pod ziemią, że naprawdę brukowano nim ulice.

Natomiast po zachodniej stronie krainy wyrastał łańcuch wysokich gór, gdzie książę – wspomniałem już, że miał na imię Alfred? no więc miał – utrzymywał chatkę myśliwską.

Pewnego dnia, kiedy ze swymi rycerzami polował na jelenia, jego koń wystraszył się i poniósł go głęboko w sosnowy las. Odgłosy polowania cichły w oddali, a książę ciągnął tylko wodze i starał się uspokoić wierzchowca. Kiedy mu się udało, był już w nieznanej sobie części gór, na skraju rozległej polany. Odkrył, co dolegało koniowi: kolczasty rzep dostał się pod popręg siodła. Książę starał się go usunąć, gdy na polanę wpadł jeleń.

Był to właśnie ten, którego tropił. Nim jednak zdążył sięgnąć po łuk, spomiędzy drzew ze świstem wyfrunęła srebrna strzała i zabiła zwierzę.

Ojoj, pomyślał; kłusownicy w moich górach!

Spomiędzy drzew wyjechał hufiec rycerzy w srebrnych zbrojach, dosiadających białych koni. Na czele jechała księżniczka w srebrzystej sukni.

Miała białe włosy i nie muszę chyba dodawać, że Alfred uznał ją za najpiękniejszą, najśliczniejszą, najładniejszą itd. księżniczkę, na jaką w życiu wytrzeszczał oczy, mimo że jej długie włosy były bielsze, niż miała jego babcia.

Rycerze zabrali jelenia i wszyscy odjechali, Alfred zaś naturalnie podążył za nimi. Wkrótce zdał sobie sprawę, że zjeżdżają na drugą stronę gór.

Słońce zachodziło, a oto co zobaczył przed sobą: Po drugiej stronie gór wschodził ogromny srebrzysty księżyc. Cała kraina lśniła jak srebro, srebrne kwiaty rosły w trawie, a w oddali jechała konno jego księżniczka.

– Co to za miejsce? – zastanowił się na głos.

W gałęziach drzewa ponad nim ktoś odchrząknął.

– To Kraina Księżyca, oczywiście.

Książę uniósł głowę. Przekonał się, że stoi pod starą dziką gruszą z poskręcanymi konarami i pomarszczonymi owocami, prawie bezlistną. Na najniższej gałęzi siedział tłusty, brzydki, brązowy ptak z wielkimi brwiami.

– Co to za ptak, który mówi? – zdziwił się Alfred.


– Ja. Jestem kuropatwą. A właściwie, powinienem powiedzieć, Kuropatwą na Gruszy. A ty jesteś księciem Alfredem. Dziewczyna to księżniczka Selena, ale jeśli chcesz ją poślubić, musisz ją najpierw oczarować. Czekoladki, kwiaty i tak dalej.

– Wygląda, jakby miała już wszystko, czego pragnie – zauważył Alfred.

– Jak tam chcesz – burknął ptak. – Ja tylko próbuję pomóc, to przecież jasne. Powiem jedynie tyle, że obiecała wyjść za tego, kto podaruje jej świąteczny prezent, który tańczy, podskakuje, wygrywa melodie, wybija rytmy, nosi skopki, syczy, pływa, składa jaja, można go nosić na jednej ręce, śpiewa, gdacze, grucha, porusza brwiami i jest dobry do jedzenia. Wszystko naraz, muszę dodać.

– A po co?

– Jej ojciec, król Krainy Księżyca, uznał, że tylko człowiek, który potrafi wymyślić odpowiedni prezent, godny jest małżeństwa z jego córką. Nie ma synów, rozumiesz – dodał Kuropatwa – więc ktokolwiek będzie jej mężem, w odpowiednim czasie zostanie władcą kraju.

– Papuga… – stwierdził z namysłem książę. – Papuga mogłaby się nadać.

– Cesarz Krainy Tęczy już próbował – poinformował Kuropatwa. – Nie udało się.

Książę pożegnał więc starego mądrego Kuropatwę na jego gruszy i zamyślony wrócił do domu.

Wkrótce potem wezwał pałacowych magów, mędrców i myślicieli, po czym zapytał ich, co tańczy, podskakuje, wygrywa melodie, wybija rytmy, nosi skopki, syczy, pływa, składa jaja, można to nosić na jednej ręce, śpiewa, gdacze, grucha, porusza brwiami i jest dobre do jedzenia.

 

– Spróbujcie to odgadnąć, bo inaczej nie dostaniecie świątecznej premii!

– To trudna zagadka – przyznał któryś.

Bardzo się starali, lecz nie mogli znaleźć rozwiązania.

Książę ogłosił więc wielki konkurs i przeznaczył złoty puchar na nagrodę dla tego, kto odgadnie odpowiedź.

Ale choć główny hol zamku wypełnił się listonoszami dostarczającymi odpowiedzi, a ludzie stali w kolejce w nadziei na zdobycie pucharu, nikt nie zaproponował czegoś choćby zbliżonego do właściwego rozwiązania. A książę siedział na swym złotym tronie i wzdychał.


Na samym końcu kolejki zjawił się Kuropatwa – podszedł, gdyż był za gruby, żeby latać.

– Co ty tu robisz? – zdumiał się książę Alfred.

– Przybyłem po nagrodę – odparł Kuropatwa.

– Chcesz powiedzieć, że wiedziałeś od początku?

– Nie pytałeś przecież, prawda? Ale nie chcę pucharu. To, czego chcę, nic nie kosztuje, jest lekkie jak powietrze i nie powiem ci, co to takiego. W każdym razie jeszcze nie.

– No więc jaki prezent mam ofiarować księżniczce? – zapytał książę Alfred.

– Cierpliwości, cierpliwości – uspokoił go Kuropatwa. – Najpierw chciałbym się spotkać z kilkoma twoimi poddanymi. Zechciej łaskawie wezwać Opiekuna Królewskich Łabędzi, Strażnika Klejnotów Koronnych, Nadwornego Muzyka, najpotężniejszego z lordów tej ziemi, główną Damę Dworu i ze czterech farmerów. Będą mi potrzebni, żeby przygotować prezent. Potem pojedziesz z wizytą do księżniczki i jej ojca, i przyprowadzisz ich do mojej gruszy w górach.

Książę tak uczynił, choć zastanawiał się, co Kuropatwa planuje.

Udał się do Krainy Księżyca i przyprowadził pod gruszę króla i księżniczkę wraz z hufcem rycerzy.

– Cóż to ma być za prezent? – zapytał król. – Gruszki są dobre do jedzenia, ale nic więcej. Nie śpiewają.

– Zaczekajmy chwilę – poprosił książę, zerkając nerwowo na drogę.

– Nie będę tu tkwił przez cały dzień – odparł gniewnie król. – Pokaż mi prezent, jaki masz dla mojej córki, albo żegnam.

– Zaczekajmy trochę, ojcze – poprosiła księżniczka Selena. – Coś się zbliża.

Książę Alfred spojrzał na zbliżającą się drogą chmurę pyłu, a potem aż krzyknął z radości.

Zobaczył bowiem bardzo dziwną grupę.

Na czele szedł mały chłopiec imieniem Bert, syn Opiekuna Królewskich Łabędzi; niósł trzy ogromne klatki. W jednej siedziały dwie nadąsane gołębice, w drugiej trzy kury, a w największej, która obijała mu się o kolana, cztery małe żółte ptaki.

Za Bertem szedł sam Opiekun Królewskich Łabędzi, poganiający przed sobą siedem syczących łabędzi i sześć kołyszących się na boki gęsi, które plątały się pod nogami ośmiu zasapanych dójek.

Za nimi zbliżał się wielki bęben, toczący się po drodze przed doboszem, i ścigający go pozostali dobosze w liczbie ośmiu, a tuż za nimi dziesięciu grajków, którzy biegnąc, grali na piszczałkach. Jedenastu lordów podskakiwało za nimi w rozwianych szatach, a cały szyk zamykał powóz wiozący dwanaście dam dworu.

– Wiecie, co macie robić – rzekł Kuropatwa, kiedy wszyscy stanęli pod starą gruszą.

A gruszki posypały się na ziemię, gdy wszyscy wspinali się w górę, nadeptując innym na palce i łamiąc gałązki.

– Szybciej, szybciej! – wołał Kuropatwa. – Jesteśmy gotowi? A teraz powiedzcie księżniczce, co dostała w prezencie.

– Dwanaście dam tańczących – oznajmiły damy na najniższym konarze.

– Jedenastu lordów skaczących – zaśpiewali lordowie, kołysząc się w górę i w dół. Trzask! Skrzyp!

– Dziesięciu grajków grających… Raz, dwa, trzy, cztery… – zaśpiewali po nich grajkowie i zabrzmiała skoczna melodia.

– Dziewięciu doboszy bębniących. – Bum, bum!

– Osiem dójek dojących.

– Sssyk! Sssyk! – zasyczało siedem łabędzi, które nie mogły pływać na swojej gałęzi i bardzo je to złościło.

– Gę-gę! – odezwało się sześć gęsi jaja składających.

– Brzdęk! Dzyń! – zadzwoniło na wietrze pięć złotych pierścieni.

– Ćwierk! Ćwir! – zaćwierkały cztery kanarki.

– Ko, ko, ko – zagdakały trzy tłuste kury.

– Gruchu gru! – zagruchały gołębice dwie.

Nastąpiła chwila milczenia i wszyscy spojrzeli na Kuropatwę. Ten, gdy był już pewien, że na niego patrzą, nastroszył pióra, rozłożył skrzydła i zaśpiewał głosem szorstkim jak papier ścierny:

– I na grrrruszy kurrro… – Wyciągnął szyję i poczerwieniał. Zaczerpnął tchu. – …Paatwę!

Ciszę, jaka zapadła, przerwał śmiech króla, który siedział na swym koniu i łzy ciekły mu po policzkach.

– Od lat nie widziałem niczego śmieszniejszego – zapewnił. – I rzeczywiście, robi to wszystko, co powinno! Żeń się z moją córką, absolutnie!

– Myślę, że to śliczny prezent – orzekła księżniczka.

– Ehm, ehm – chrząknął delikatnie Kuropatwa ze swego miejsca na gruszy. – Moja nagroda jest taka, że chcę zaśpiewać piosenkę, którą ułożyłem o tym wszystkim. Na waszym weselu.

– Oczywiście – zgodził się książę. – Wszyscy musicie przyjść.

I tak – na Trzech Króli, dwunastego dnia świąt, bo tak się złożyło – wydali wspaniałe przyjęcie w ogromnym namiocie rozpiętym nad starą gruszą w górach, a Kuropatwa odśpiewał swoją piosenkę i od razu został przez księcia mianowany premierem.

Kilku mniejszych doboszy za dużo zjadło i trzeba było odwieźć ich do domu na taczkach, ale książę wszystkim przyznał medale i wszyscy byli bardzo szczęśliwi.

Kilka słów wyjaśnienia tłumacza.

Całe opowiadanie opiera się na piosence dziecięcej Dwanaście dni świąt, tradycyjnie śpiewanej w wigilię święta Trzech Króli. Znana jest (i popularna) w Anglii od ponad dwustu lat, a pochodzi prawdopodobnie z Francji. Należy do utworów „kumulatywnych” – w każdej kolejnej zwrotce powtarza się poprzednie elementy i dodaje kolejny (w Polsce taki jest na przykład wiersz Rzepka Juliana Tuwima). Istnieją liczne jej wersje, a ta, na której oparł się Terry Pratchett, mówi mniej więcej tyle:

Pierwszego dnia świąt luby mój podarował mi

Na gruszy kuropatwę.

Drugiego dnia świąt luby mój podarował mi

Gołębice dwie

I na gruszy kuropatwę.

I tak dalej, aż do:

Dwunastego dnia świąt luby mój podarował mi

Dwanaście dam tańczących,

Jedenastu lordów skaczących,

Dziesięciu grajków grających,

Dziewięciu doboszy bębniących,

Osiem dójek dojących,

Siedem łabędzi pływających,

Sześć gęsi jaja składających,

Pierścieni złotych pięć,

Kanarki cztery,

Kury tłuste trzy,

Gołębice dwie

I na gruszy kuropatwę.

Tak to zapewne odśpiewał Kuropatwa na książęcym weselu. Ale ponieważ piosenka całkiem jest u nas nieznana (prawie – trochę inną jej wersję można znaleźć w sieci, w wykonaniu przedszkolaków), potraktujmy opowiadanie jako historyjkę o dziwacznych (jak często bywa) wymaganiach króla, który jednak wykazał się poczuciem humoru i rozsądkiem, a także o sprytnym ptaku i miłości zakończonej małżeństwem.


RINCEMANGLE, GNOM Z SUCHYCH MOKRADEŁ

(RINCEMANGLE, THE GNOME OF EVEN MOOR)

Dziecięcy krąg, Wujek Jim, „Bucks Free Press”, 16 marca – 18 maja 1973

To jeden z tych tekstów, jakie pisywałem we wtorkowe wieczory: wcześ­niejsza i krótsza wersja Nomów księgi wyjścia. Imię głównego bohatera powróci echem w późniejszej kreacji maga Rincewinda, który pojawia się najpierw w Kolorze magii.

Bardzo dawno temu był sobie pewien gnom, który mieszkał w spróchniałym drzewie na Suchych Mokradłach, dziwnej i tajemniczej krainie na północ od Blackbury. Nazywał się Rincemangle i o ile się orientował, był jedynym gnomem, jaki pozostał na świecie.

Nie wyglądał zbyt gnomowato. Nosił szpiczasty kapelusz, oczywiście, ponieważ wszystkie gnomy je noszą. Poza tym jednak ubierał się w wytarte mysie skórki i dość brzydko pachnący płaszcz ze skóry kreta. Żywił się orzechami, jagodami, resztkami po piknikach i ptasimi jajami, jeśli udało mu się je zdobyć. Nie było to radosne życie.

Pewnego dnia siedział w swoim spróchniałym drzewie i gryzł orzecha. Deszcz lał strumieniami, a drzewo przeciekało. Rincemangle miał wrażenie, że nieprzyjemnie zaczynają go rwać stawy.

– Niech to licho porwie – powiedział. – Jestem cały przemoczony i mam tego dość.

Mieszkająca na sąsiednim drzewie sowa usłyszała go i podleciała bliżej.

– Powinieneś wyruszyć stąd, zobaczyć kawałek świata – poradziła. – Są inne miejsca niż Suche Mokradła.

A potem zaczęła mu opowiadać o ulicach w Blackbury i okolicach jeszcze dalszych, gdzie zawsze świeci słońce, a morze jest błękitne. Prawdę mówiąc, te opowieści nie były zbyt dokładne, gdyż sowa słyszała je od kosa, a ten od jaskółki, która poleciała tam na wakacje. Wystarczyły jednak, by Rincemangle’a ogarnął niepokój.

Szybciej, niż się o tym opowiada, spakował w chusteczkę do nosa cały swój majątek.

– Wyruszam! – zawołał. – Do miejsc, gdzie zawsze świeci słońce! Mówiłaś, że jak to daleko?

– Ehm… – mruknęła sowa, która nie miała pojęcia. – Myślę, że kilka mil. Może trochę dalej.

– No to bywaj! – rzucił Rincemangle. – Gdybyś umiała czytać, wysłałbym ci widokówkę, gdybym umiał pisać.

Zsunął się z drzewa i pomaszerował przed siebie.

Kiedy Rincemangle wyruszał drogą do Blackbury, naprawdę nie wiedział, jak to daleko. Padał deszcz i wkrótce gnom miał wszystkiego dosyć.

Po jakimś czasie dotarł do parkingu przy drodze. Stała tam ciężarówka, której kierowca pożywiał się kanapką. Rincemangle, który ze swego drzewa często widział przejeżdżające ciężarówki, wspiął się po oponie i poszukał pod plandeką jakiegoś ciepłego miejsca do snu.

Ciężarówka okazała się załadowana tekturowymi pudłami. Rincemangle wygryzł otwór w jednym z nich i odkrył, że jest pełne tych okropnych puszek. Nawet do spania były zbyt niewygodne. W końcu jednak zdrzemnął się, kiedy ciężarówka ruszyła dalej do Blackbury. Gdy się zbudził, w pudle było bardzo ciemno, a wkoło słyszał jakieś uderzenia. Po jakimś czasie ustały. Wyjrzał ostrożnie przez otwór.

Pierwszym, co zobaczył, był inny gnom.

– Hej – powiedział ów gnom. – Jest tam coś ciekawego? Jak dla mnie wygląda to na ładunek fasolki. Chodź, pomóż mi wyciąg­nąć puszkę.

Razem gryźli dno kartonu, aż wytoczyła się jedna. Pudło stało na wysokiej półce, ale drugi gnom dostał się na górę jak rasowy wspinacz. Spuścili puszkę w dół na sznurku.

– Nazywam się Featherhead – przedstawił się gnom. – Jesteś tu nowy, prawda? Dopiero co przyjechałeś ze wsi?

– Myślałem, że jestem jedynym gnomem na świecie – odpowiedział Rincemangle.

– Och, jest nas tu wielu. Kto by chciał mieszkać w spróchniałym drzewie, kiedy ma do dyspozycji taki supermarket jak ten?

Rozmawiając i tocząc przed sobą puszkę, wyśliznęli się z magazynu i ruszyli dalej. Sklep był oczywiście zamknięty na noc, ale paliło się kilka lamp. Przeżyli dość groźny moment, kiedy musieli się ukrywać przed kobietą myjącą podłogi, lecz w końcu – po długiej wspinaczce jakimiś schodami – dotarli do domu gnomów.

Gnomy mieszkały pod deskami podłogi, pomiędzy sklepem z zabawkami i działem dla majsterkowiczów. Dodatkowo, hm… pożyczyły spory kawał torów ze sklepu z zabawkami i zbudowały coś w rodzaju podziemnej kolei aż do restauracji. Miały nawet linię telefoniczną pociągniętą między główną kolonią i gnomami, które mieszkały w dziale garniturów męskich, dwa piętra niżej.

Oczywiście, wszystko to było dla Rincemangle’a prawdziwym szokiem. Kiedy przybył tam ze swym nowym przyjacielem Featherheadem, popychając przed sobą puszkę fasolki, czuł się zupełnie nie na miejscu. Gnomy żyły w kartonowych domkach pod podłogą, z dziurkami wywierconymi w suficie, żeby wpuszczać do wnętrza światło.

Featherhead wturlał puszkę do swojego domu i zamknął drzwi.

– Wiesz, to o wiele lepsze od starego spróchniałego drzewa – stwierdził Rincemangle, rozglądając się dookoła.

– Przypuszczam, że wszyscy poszli do Restauracji – uznał Featherhead. – Normalnie żyje tu około trzystu gnomów. Słowo daję, to strasznie dziwne, że tak sobie mieszkałeś na dworze, w każdą pogodę! Większość gnomów od lat żyje w budynkach!

 

Poprowadził Rincemangle’a po podłodze do otworu w ceglanej ścianie, a potem po bardzo wąskiej półce. To winda, wyjaśnił. Naturalnie gnomy nie potrafiły obsługiwać wielkiej windy, ale z boku szybu zamontowały mniejszą. Napędzała ją nakręcana sprężyna.

Po długim zjeździe przez ciemny szyb dotarli do Działu Garniturów Męskich. Był jasno oświetlony, a kilka gnomów pracowało przy wielkiej maszynie do szycia.

– Dobry wieczór. – Jeden z nich podszedł energicznym krokiem, zacierając ręce. – Witaj, Featherhead. Co mogę dla ciebie zrobić?

– Mój przyjaciel, ten tutaj, w spodniach ze skóry… – zaczął Featherhead. – Mógłbyś mu wyszykować coś eleganckiego z twee­du? Nie możemy mieć tu gnoma, który wygląda, jakby dopiero co wyszedł z grzyba!

Gnomowi krawcy pracowali szybko. Przygotowali Rincemangle’owi garnitur z kwadratu materiału z wzornika deseni i jeszcze zostało im dosyć na zapasową kamizelkę.

Featherhead poprowadził go pod podłogą z powrotem i razem poszli do Działu Zabawek, gdzie większość gnomów spędzała noce (spały, kiedy sklep był otwarty, w dzień). Paliły się tam wszystkie światła. Dwa gnomy ścigały się modelami samochodów pomiędzy regałami. Cała grupa otworzyła jedną z takich wielkich gier w piłkę i grała, a tłum widzów popiskiwał w podnieceniu.

– Czy ludzkie stworzenia nie przychodzą tutaj nocą? – zapytał Rincemangle, nieco zaszokowany. – Bo wiesz, nie macie straży ani nic…

– Nie, nikt nie przychodzi, kiedy sprzątaczki już pójdą – uspokoił go Featherhead. – Mamy cały sklep dla siebie.

Ale wcale nie mieli. Bo pracownicy zauważyli, że znika jedzenie, a różne rzeczy nocą zmieniają miejsce. Byli rozsądni i nie wierzyli w gnomy. Dlatego kupili kota.

Rincemangle zobaczył go pierwszy. Oderwał wzrok od gry w piłkę i zauważył wielkie zielone oko obserwujące ich przez uchylone drzwi. Nie wiedział, że to kot, ale podejrzewał, że lis, a dobrze znał lisy.

– Uciekać! – wrzasnął.

Wtedy wszyscy zobaczyli, jak kot pchnięciem otwiera drzwi. Wśród piskliwych krzyków strachu gnomy odwinęły dywan i otworzyły klapę do swoich podpodłogowych mieszkań. Jednak było już za późno. Kot wbiegł do środka i przyjrzał im się.

– Nie ruszajcie się – syknął Rincemangle. – Dorwie was, jeśli się ruszycie!

Na szczęście, być może z powodu tego, jak to mówił, gnomy stały w bezruchu. Rincemangle zastanowił się szybko i pobiegł do jednego z porzuconych przez nie zabawkowych samochodów. A kiedy kot skoczył za nim, odjechał.

Nie potrafił za dobrze kierować, ale zdążył wyjechać z Działu Zabawek, zanim wbił się samochodem w regał wystawowy. Wyskoczył i wspiął się na pień doniczkowej palmy – akurat w chwili, kiedy nadbiegł kot.

Przytruchtał bliżej, a Rincemangle wlazł na sam czubek. Z najwyższego liścia zdołał przeskoczyć na półkę, przebiegł nią kawałek i schował się za stosem porcelanowych talerzy – po drodze strącając ich sporo, co trzeba z ubolewaniem przyznać.

Po jakiejś półgodzinie kot znudził się i odszedł, a Rincemangle mógł wreszcie zejść na dół. Kiedy wrócił do domu gnomów pod podłogą, panowało tam zamieszanie. Niektóre rodziny wynosiły swoje rzeczy, trwały też hałaśliwe narady.

Featherhead pakował cały swój dobytek do starej puszki po herbacie.

– Och, jesteś – powiedział. – Muszę przyznać, że sprytnie postąpiłeś, odciągając tego zwierza.

– Co ty robisz?

– No wiesz, nie możemy tu przecież zostać, kiedy oni sprowadzili kota – wyjaśnił Featherhead. – Prawda?

Sytuacja była jeszcze gorsza, ponieważ wkrótce zjawił się nocny strażnik, który zwykle siedział na dole. Zobaczył wszystkie potłuczone towary na podłodze i wezwał policję.

Przez cały następny dzień gnomy usiłowały się zdrzemnąć, a kiedy sklep wieczorem opustoszał, przywódcy wezwali wszystkich do siebie. Postanowili, że jedynym wyjściem jest dla nich opuszczenie sklepu. Dokąd mogliby pójść?

Rincemangle wstał.

– A może wrócicie i zamieszkacie za miastem? – zaproponował. – Przecież kiedyś tam żyły gnomy.

Zaszokował tym wszystkich.

– Ale tutaj mamy takie świetne jedzenie! – zaprotestował gruby gnom. – Za miastem żyją dzikie zwierzęta, tak słyszałem, które są jeszcze gorsze od kotów!

– A poza tym – dodał inny – jak się tam dostaniemy? Całe trzy setki? To przecież wiele mil stąd.

Nagle wpadły dwa gnomy ciągnące za sobą talerzyk pełen niebieskiego proszku. Dziwnie pachniał, jak stwierdziły. Znalazły go w restauracji.

Rincemangle powąchał.

– To trucizna – oświadczył. – Biorą nas za myszy! Mówię wam, jeśli szybko się stąd nie wyniesiemy, zginiemy wszyscy!

– Uważam, że on ma rację – zgodził się Featherhead. – Ale jak możemy stąd odejść? Pomyślcie o samych drogach, które musimy przekroczyć!

Dni mijały, a sytuacja gnomów była coraz gorsza. Oprócz kota nocni strażnicy patrolowali teraz sklep, kiedy wszyscy poszli już do domów, więc gnomy rzadko ośmielały się wychylać nosy spod podłogi. Wciąż jednak nie wiedziały, jak się wyprowadzić. Żaden nie miał ochoty pieszo przemierzać miasta ze wszystkimi jego zagrożeniami. Ciężarówki codziennie dostarczały towary, lecz tylko nieliczne, najodważniejsze gnomy skłonne były ukryć się na nich – a poza tym nikt nie wiedział, gdzie się zatrzymają.

– Tak dużo musimy ze sobą zabrać! – martwił się Główny Gnom, siedzący na pustej szpulce. – Nici, materiał, różne rzeczy. Także żywność. Wielu młodych gnomów na wsi nie przetrwa bez niej nawet pięciu minut! A przecież tak wygodnie nam się tutaj żyło.

Rincemangle poskrobał się po głowie.

– Przypuszczam, że istotnie. Ale prędzej czy później i tak trzeba będzie z tego zrezygnować. Gdzie jest Featherhead?

Featherhead – gnom, u którego Rincemangle zamieszkał – poprowadził wyprawę do Działu Książek, by sprawdzić, czy gdzieś może już opisano życie poza miastem.

Przed świtem grupa zmęczonych gnomów wróciła, wlokąc za sobą dużą papierową torbę.

– O mało co nie zauważył nas strażnik – mruknął Featherhead. – Ale parę książek zdobyliśmy.

W torbie znalazła się jedna, która nie miała nic wspólnego z życiem na pustkowiu. Rincemangle przyglądał jej się przez długi czas.

– Jak nauczyć się jeździć – mamrotał. – Hmm…

Otworzył ją z niemałym trudem i zobaczył duży obrazek tablicy rozdzielczej samochodu. Przez długi czas nie odzywał się ani słowem.

Wreszcie zirytował się Główny Gnom.

– To bardzo ciekawe – przyznał. – Ale nie wydaje mi się, żebyś był odpowiednio duży, by czymkolwiek kierować.

– No nie – zgodził się Rincemangle. – Chociaż… Featherheadzie, możesz mi pokazać, gdzie na noc zostają ciężarówki? Mam pomysł…

Następnego wieczoru, dość wcześnie, oba gnomy dotarły do podziemnego garażu, gdzie parkowały samochody dostawcze. Sama droga trwała długo, ponieważ na zmianę ciągnęli za sobą książkę o kierowaniu. A całą noc zajęło im badanie ciężarówki. Kiedy wrócili do Działu Zabawek, byli zmęczeni i brudni od oleju.

Rincemangle zwołał wszystkie gnomy.

– Wydaje mi się, że możemy stąd odjechać i zabrać nasze rzeczy – oznajmił. – Ale sprawa nie będzie łatwa. Bo widzicie, musimy kierować ciężarówką.

Tłumaczył wszystko, rysując odpowiednie wykresy. Setka gnomów miała kręcić kierownicą, ciągnąc w tym celu za liny, a pięćdziesiątka zająć się dźwignią zmiany biegów. Inne grupy będą w miarę potrzeby naciskać na pedały. Jeden gnom, ustawiony pod lusterkiem wstecznym, powinien wydawać komendy przez megafon.

– Wszystko to wydaje się całkiem łatwe – tłumaczył Rincemangle. – Jak dla mnie kierowanie polega tylko na naciskaniu albo pociąganiu różnych rzeczy w odpowiednich momentach.

Jakiś starszy gnom wstał niepewnie.

– Nie jestem przekonany – powiedział z wahaniem. – Kierowanie samochodem na pewno jest bardziej skomplikowane.

Ale wielu młodych gnomów przyjęło pomysł z entuzjazmem, więc przystąpiono do jego realizacji.

Do końca tygodnia wszyscy pilnie pracowali. Z działu narzędzi wykradli sznurek, a nocami kilka razy odwiedzili ciężarówki, żeby dokonać pomiarów i spróbować zrozumieć, jak działają. Tymczasem starsi przenosili bagaże przez cały sklep, aż zgromadzili wszystko na suficie garażu.

Specjalnie dobrana grupa śmiałych i chętnych do wspinaczki gnomów odkryła, gdzie trzymane są klucze do ciężarówek (na haczykach wbitych wysoko na ścianie w małym gabinecie). Tymczasem Rincemangle studiował mapy i próbował zrozumieć, co to jest Kodeks Drogowy.

Aż w końcu nadszedł dzień wyjazdu.

– Musimy działać szybko – oświadczył Rincemangle, kiedy usłyszeli, że ze sklepu wyszedł ostatni sprzedawca. – Ruszamy… już.

Kiedy gnomy opuszczały swoje rzeczy przez sufit garażu na skrzynię ciężarówki, Rincemangle i grupa młodszych przecisnęli się do kabiny kierowcy przez dziurę obok pedału hamulca.