ErykTekst

Z serii: Świat dysku #9
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Eryk
Eryk
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,60  31,68 
Eryk
Eryk
Eryk
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
22 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Terry Pratchett
Eryk
Świat Dysku

Przełożył Piotr W. Cholewa


Wydawnictwo Prószyński i S-ka


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Eryk


Pszczoły Śmierci są wielkie i czarne; brzęczą nisko i posępnie, a miód przechowują w plastrach z gromnicznie białego wosku.

Miód jest czarny jak noc, gęsty jak grzech i słodki jak melasa.

Powszechnie wiadomo, że osiem kolorów wspólnie tworzy biel. Ale istnieje też osiem barw czerni dla tych, co potrafią je zobaczyć; ule Śmierci stoją na czarnej trawie w czarnym sadzie, pod obsypanymi czarnym kwieciem gałęziami starych drzew, które kiedyś wydadzą jabłka, a te... ujmijmy to w ten sposób... zapewne nie będą czerwone.

Trawa została krótko przystrzyżona. Kosa, która dokonała tego dzieła, stała teraz oparta o pień gruszy. Śmierć zaglądał do uli i swoimi kościstymi palcami delikatnie podnosił plastry.

Kilka pszczół fruwało dookoła. Jak wszyscy pszczelarze, Śmierć nosił siatkę. Nie dlatego, że miałby coś nadającego się do użądlenia, ale czasem pszczoła wlatywała mu do czaszki i brzęczała głośno, a od tego dostawał migreny.

Uniósł właśnie woskowy plaster do szarego światła, gdy nagle najlżejszy dreszcz przeszył jego niewielki świat pomiędzy rzeczywistościami. Zaszumiało w ulu... opadł liść. Strzęp wiatru dmuchnął przez sad, co było rzeczą niezwykłą, ponieważ nad ziemią Śmierci powietrze zawsze jest ciepłe i nieruchome.

Śmierci zdawało się, że słyszy, przez moment tylko, odgłos biegnących stóp i głos mówiący... nie, głos myślący dolichadolichadolicha, zginę tu, zginę tu ZGINĘ!

Śmierć jest prawie najstarszą istotą we wszechświecie; jego torów myślenia i przyzwyczajeń człowiek śmiertelny nie zdoła nawet zacząć pojmować. Ale że jest także dobrym pszczelarzem, starannie umieścił plaster w ramie i zasunął pokrywę ula. Dopiero wtedy zareagował.

Ruszył przez mroczny ogród do domu, zdjął siatkę ochronną, starannie usunął kilka pszczół, które zbłądziły w głębinach mózgoczaszki, a następnie udał się do gabinetu.

Kiedy siadał za biurkiem, znowu dmuchnął wiatr. Zagrzechotały klepsydry na półkach, a w korytarzu wielki zegar z wahadłem przerwał na krótką chwilę swoje nieskończone dzieło rozcinania czasu na fragmenty rozsądnej wielkości.

Śmierć westchnął i skupił wzrok.

Nie ma takiego miejsca, do którego Śmierć nie mógłby się udać; nieważne, jak jest dalekie czy niebezpieczne. A nawet, im bardziej jest niebezpieczne, tym bardziej prawdopodobne, że Śmierć już tam jest.

Teraz spoglądał przez opary czasu i przestrzeni.

AHA, rzekł. TO ON.


Trwało gorące popołudnie późnego lata w Ankh-Morpork, zwykle najbardziej ruchliwym, najbardziej gwarnym, a przede wszystkim najbardziej zatłoczonym mieście na Dysku. Włócznie słonecznych promieni osiągnęły to, co nie udało się niezliczonym najeźdźcom, kilku wojnom domowym i godzinie milicyjnej. Spacyfikowały teren.

Psy dyszały ciężko w parzącym cieniu. Rzeka Ankh, która nigdy się, jak to mówią, nie skrzyła, teraz ciekła między nabrzeżami, jakby żar wyssał z niej wszelki zapał. Ulice były puste i rozpalone jak piec.

Żadni wrogowie nie zdobyli jeszcze Ankh-Morpork. To znaczy owszem, formalnie tak, nawet dość często. Miasto chętnie witało szastających pieniędzmi barbarzyńskich najeźdźców, a ci po kilku dniach odkrywali ze zdumieniem, że ich własne konie już do nich nie należą, a po paru miesiącach stawali się kolejną mniejszością etniczną, charakteryzującą się własnym stylem graffiti i własnymi sklepami spożywczymi.

Ale upał obległ miasto i zdobył mury. Leżał na drżących ulicach jak całun. Pod słonecznym płomieniem skrytobójcy byli zbyt zmęczeni, by zabijać. Gorąco zmieniło złodziei w uczciwych obywateli. W porośniętych bluszczem ścianach Niewidocznego Uniwersytetu, głównej uczelni magicznej, mieszkańcy drzemali, ocieniając twarze szpiczastymi kapeluszami. Nawet muchy były tak wyczerpane, że zrezygnowały z obijania się o szyby. Miasto leżało w sjeście, oczekując zachodu słońca i krótkiej, gorącej, aksamitnej ulgi nocy.

Jedynie bibliotekarz zachował chłodny umysł. Ponadto bujał się i zwisał.

To dlatego, że w jednej z piwnic uniwersyteckiej Biblioteki umocował kilka lin i obręczy – w pomieszczeniu, gdzie trzymano książki, hm... erotyczne[1]. W kadziach kruszonego lodu. A on sennie kołysał się nad nimi w chłodnych oparach.

Wszystkie księgi magiczne żyją własnym życiem. Niektórym co bardziej energicznym nie wystarcza przykucie łańcuchem do półki: trzeba je przybijać albo zamykać między stalowymi płytami. Czy też, w przypadku tomów poświęconych seksowi tantrycznemu dla poważnych koneserów, trzymać w lodowatej wodzie, by nie wybuchły płomieniem i nie przypaliły szarych, gładkich okładek.

Bibliotekarz huśtał się wolno tam i z powrotem nad kipiącymi kadziami. Drzemał.

Nagle jak znikąd rozległy się kroki, z dźwiękiem drapiącym nagą powierzchnię duszy przebiegły po podłodze i zniknęły za ścianą.

Zabrzmiał cichy, daleki wrzask, który brzmiał jako bogowieobogowie, to JUŻ, zginę.

Bibliotekarz obudził się, rozluźnił chwyt i runął w kilka cali letniej wody – jedynej tarczy, jaka broniła „Rozkosze tantrycznego seksu dla zaawansowanych z ilustracjami” autorstwa Damy od samozapłonu.

Gdyby był istotą ludzką, źle by się to dla niego skończyło. Na szczęście obecnie był orangutanem. Wobec ilości magii przelewającej się wokół Biblioteki, dziwne by było, gdyby od czasu do czasu nie zdarzały się wypadki. Jeden szczególnie spektakularny zmienił go w małpę. Niewielu ludzi ma szansę opuścić ludzką rasę i żyć nadal, więc od tej pory opierał się stanowczo wszelkim próbom przemiany powrotnej. A ponieważ żaden inny bibliotekarz nie potrafił zdejmować książek stopami, władze uczelni nie naciskały.

Oznaczało to również, że jego wizja atrakcyjnego żeńskiego towarzystwa przypominała worek masła przeciągnięty przez kłąb starych dętek. Miał więc szczęście i wykpił się jedynie lekkimi poparzeniami, bólem głowy i dość ambiwalentnymi uczuciami wobec ogórków, co jednak przeszło mu do podwieczorku.

W Bibliotece na górze grimoire’y[2] trzeszczały lekko i szeleściły w zdumieniu stronicami, gdy niewidzialny biegacz przenikał przez regały, aż zniknął, a raczej zniknął jeszcze bardziej...


Ankh-Morpork z wolna budziło się z drzemki. Coś niewidzialnego i wrzeszczącego ile tchu w piersi przebiegało przez kolejne dzielnice miasta, pozostawiając za sobą pasmo zniszczenia. Gdziekolwiek przeszło, rzeczy się zmieniały.

Przy ulicy Chytrych Rzemieślników wróżka usłyszała kroki na podłodze swej sypialni i odkryła, że jej kryształowa kula zmieniła się w szklaną sferę z domkiem we wnętrzu. I płatkami śniegu.

W spokojnym kąciku tawerny Pod Załatanym Bębnem, gdzie poszukiwaczki przygód Herrena Hennowłosa Herridan, Ruda Scharron i Diome, Wiedźma Nocy, spotkały się na ploteczki i partyjkę kanasty, wszystkie drinki zmieniły się w małe żółte słoniki.

– To przez tych magów z Uniwersytetu – stwierdził barman, pospiesznie zmieniając kielichy. – Powinno się im zabronić.


Północ spłynęła z zegara.

Magowie z Rady przetarli oczy i popatrzyli sennie po sobie. Oni też uważali, że powinno to być zabronione, zwłaszcza że nie oni na to pozwolili.

Wreszcie nowy nadrektor, Ezrolith Churn, stłumił ziewnięcie, wyprostował się w fotelu i spróbował przyjąć odpowiednio godny wygląd. Wiedział, że właściwie nie nadaje się na nadrektora. Nie chciał nim zostać. Miał dziewięćdziesiąt osiem lat i osiągnął ten szacowny wiek konsekwentnie nie sprawiając nikomu kłopotów i nie będąc dla nikogo zagrożeniem. Miał nadzieję, że swe ostatnie lata poświęci na dokończenie siedmiotomowego traktatu o „Pewnych mało znanych aspektach kuiańskich rytuałów przyzywania deszczu”. W jego opinii był to temat idealny dla akademickich badań, jako że rytuały te działały jedynie na Ku, który to kontynent kilka tysięcy lat temu został pochłonięty przez ocean[3]. Problem w tym, że ostatnio średnia długość życia nadrektora uległa pewnemu skróceniu. W rezultacie naturalna u magów ambicja zdobycia tego stanowiska ustąpiła dziwnej skromności i uprzejmości. Pewnego dnia Ezrolith Churn zszedł na dół i zauważył, że wszyscy zwracają się do niego „sir”. Dopiero po kilku dniach zorientował się dlaczego.

 

Głowa go bolała. Miał uczucie, że od tygodni nie kładł się do łóżka. Ale coś musiał przecież powiedzieć.

– Panowie... – zaczął.

– Uuk.

– Przepraszam. I małpy...

– Uuk!

– Znaczy: człekokształtne, ma się rozumieć...

– Uuk.

Nadrektor w milczeniu kilkakroć otworzył i zamknął usta, próbując rozplątać wątek swych myśli. Bibliotekarz był z urzędu członkiem rady naukowej. Nikt nie znalazł prawa wykluczającego orangutany z udziału w posiedzeniach, choć po kryjomu wszyscy pilnie go szukali.

– To nawiedzenie – wysunął hipotezę nadrektor. – Może jakiś typ ducha. Wymaga dzwonu, świecy i księgi.

– Próbowaliśmy tego, sir – westchnął kwestor.

Nadrektor pochylił się ku niemu.

– Co?

– Mówiłem, że już próbowaliśmy! – powtórzył głośniej kwestor, prosto w nadrektorskie ucho. – Po kolacji. Pamiętasz? Użyliśmy „Imion mrówek” Humptempera i zadzwoniliśmy Starym Tomem[4].

– Tak było? Rzeczywiście? I podziałało, co?

– Nie, nadrektorze.

– Co?

– Zresztą nigdy wcześniej nie mieliśmy kłopotów z duchami – wtrącił najstarszy wykładowca. – Magowie po prostu nie nawiedzają swojej uczelni.

Nadrektor szukał choćby strzępka otuchy.

– A może to całkiem naturalne zjawisko? Może szum podziemnego źródła? Ruchy ziemi? Coś w rurach kanalizacyjnych? Czasem wydają takie dziwne odgłosy, zwłaszcza kiedy wiatr wieje w odpowiednią stronę.

Rozpromieniony, oparł się wygodnie.

Pozostali członkowie rady porozumieli się wzrokiem.

– Rury nie brzmią jak biegnące stopy – wyjaśnił znużony kwestor.

– Chyba że ktoś nie dokręcił kranu – zauważył najstarszy wykładowca.

Kwestor zmarszczył groźnie brwi. Siedział akurat w wannie, kiedy przez pokój przebiegło to niewidzialne i krzyczące zjawisko. Było to doświadczenie, jakiego wolałby nie przeżywać ponownie.

Nadrektor pokiwał głową.

– A zatem mamy rozwiązanie – rzekł i usnął.

Kwestor przyglądał mu się przez chwilę. Potem zdjął mu kapelusz i delikatnie podłożył pod głowę.

– No tak... – mruknął. – Czy ktoś ma jakieś propozycje?

Bibliotekarz podniósł rękę.

– Uuk – powiedział.

– Brawo, świetna myśl – pochwalił szybko kwestor. – Czy jeszcze ktoś?

Orangutan spojrzał na niego z niechęcią, a pozostali magowie zgodnie pokręcili głowami.

– To drżenie osnowy rzeczywistości – stwierdził najstarszy wykładowca.

– A co powinniśmy z tym zrobić?

– Nie mam pojęcia. Chyba że spróbujemy pradawnego...

– Nie – przerwał mu kwestor. – Nie mów tego. Proszę, jest zbyt niebezpieczny...

Słowa przeciął krzyk, który zaczął się w kącie pokoju i z dopplerowskim przeskokiem wysokości przesunął się wzdłuż stołu. Towarzyszył mu odgłos wielu biegnących nóżek. Magowie rozpierzchli się wśród trzasku wywracanych krzeseł.

Płomyki świec wyciągnęły się w długie, wąskie języki oktarynowego światła, po czym zgasły.

Potem zapadła cisza – szczególna cisza, z tych, które następują po naprawdę drażniącym dźwięku.

– No dobrze – zdecydował kwestor. – Poddaję się. Spróbujemy Rytuału AshkEnte.


To najpoważniejszy rytuał, jaki może odprawić ośmiu magów. Przyzywa Śmierć, który oczywiście wie o wszystkim, co się dzieje wszędzie.

I oczywiście wykonuje się go z oporami, ponieważ starsi magowie są zwykle bardzo starzy i raczej wolą nie zwracać na siebie uwagi Śmierci.

Rytuał miał zostać odprawiony nocą, w Głównym Holu Uniwersytetu, wśród obłoków kadzidła, świec, runicznych inskrypcji i magicznych kręgów. Nie były one niezbędne, ale magowie lepiej się z nimi czuli. Jaśniała magia, zaklinano zaklęciami i stanowczo inwokowano inwokacje.

Magowie spoglądali wyczekująco we wciąż pusty czarnoksięski oktogram. Po chwili stojące kręgiem postacie w długich szatach zaczęły mruczeć coś między sobą.

– Musieliśmy coś pomylić.

– Uuk.

– Może gdzieś wyszedł?

– Albo jest zajęty...

– Może lepiej to przerwać i iść do łóżka?

[1] Tylko erotyczne. Żadnych dewiacji. Różnica jest taka jak między użyciem piórka a użyciem kurczaka.

[2] Księgi z czarami do wywoływania duchów.

[3] Potrzebował trzydziestu lat, by zatonąć. Mieszkańcy przez długi czas brodzili w wodzie. Sprawa ta przeszła do historii jako najbardziej krępująca katastrofa kontynentalna multiversum.

[4] Stary Tom był pękniętym spiżowym dzwonem, jedynym na uniwersyteckiej dzwonnicy. Serce wypadło mu wkrótce po odlaniu, ale nadal co godzinę wybijał wspaniale dźwięczne milczenia.

A NA KOGO WŁAŚCIWIE CZEKACIE?

Kwestor obejrzał się wolno na swego sąsiada.

Szatę maga zawsze łatwo rozpoznać. Jest obszyta cekinami, klejnotami, futrem i koronką, a wewnątrz ma zwykle sporą ilość maga. Jednak ta szata była całkowicie czarna. Materiał wyglądał, jakby wybrano go ze względu na wytrzymałość. Podobnie jego właściciel. Gdyby napisał książkę o dietach, stałaby się bestsellerem.

Śmierć obserwował oktogram z wyrazem uprzejmego zainteresowania.

– Ehm... – wyjąkał kwestor. – Rzecz w tym, że tak naprawdę, tego, powinieneś być wewnątrz...

BARDZO PRZEPRASZAM.

Śmierć przeszedł z godnością na środek i spojrzał pytająco na kwestora.

MAM NADZIEJĘ, ŻE NIE BĘDZIEMY JUŻ WRACAĆ DO TEGO „OHYDNEGO CIENIA”, rzekł.

– Nie przerwaliśmy ci chyba żadnego ważnego zajęcia? – spytał grzecznie kwestor.

MOJA PRACA ZAWSZE JEST WAŻNA.

– Naturalnie.

DLA KOGOŚ.

– Ehm... ehm... Przyczyna, ohyd... sir, dla której cię tu wezwaliśmy, to jest...

TO RINCEWIND.

– Co?

PRZYCZYNA, DLA KTÓREJ MNIE WEZWALIŚCIE. ODPOWIEDè BRZMI: TO RINCEWIND.

– Przecież nie zadaliśmy jeszcze pytania!

NIE SZKODZI. ODPOWIEDè BRZMI: TO RINCEWIND.

– Posłuchaj, chcemy się dowiedzieć, co powoduje te dziwne... aha.

Śmierć z godnością strzepnął niewidoczny pyłek z ostrza kosy.

Nadrektor przyłożył do ucha pomarszczoną dłoń.

– Co on powiedział? Kto to jest ten z kijem?

– To Śmierć, nadrektorze – wyjaśnił cierpliwie kwestor.

– Co?

– Śmierć, sir. Wiesz przecież.

– Powiedz mu, że niczego nie chcemy – odparł starzec, machając laską.

Kwestor westchnął.

– Ale my go tu wezwaliśmy, nadrektorze.

– Tak? A po cóż mielibyśmy to robić? Bardzo nierozsądne posunięcie.

Kwestor spojrzał na Śmierć i uśmiechnął się z zakłopotaniem. Niewiele brakowało, a przeprosiłby za zachowanie nadrektora, tłumacząc je podeszłym wiekiem. Uświadomił sobie jednak, że w danej sytuacji jest to całkiem zbędne.

– Czy mówimy o magu Rincewindzie? Tym, co miał... – Kwestor zadrżał. – Miał ten okropny Bagaż na nóżkach? Ale przecież wyleciał w powietrze podczas tej historii z czarodzicielem...[5]

WYLECIAŁ DO PIEKIELNYCH WYMIARÓW. A TERAZ PRÓBUJE WRÓCIĆ DO DOMU.

– Czy to możliwe?

TYLKO PRZY NIEZWYKŁEJ KONIUNKCJI OKOLICZNOŚCI. RZECZYWISTOŚĆ MUSIAŁABY ZOSTAĆ OSŁABIONA NA KILKA NIEOCZEKIWANYCH SPOSOBÓW.

– Mała szansa, żeby się to zdarzyło, prawda? – spytał nerwowo kwestor.

Ludzie twierdzący, że przez dwa miesiące przebywali z wizytą u ciotki, zawsze się denerwują na myśl o ludziach, którzy mogą się zjawić i omyłkowo uznać, że tamci wcale u niej nie przebywali. A w wyniku złudzenia optycznego może im się nawet wydawać, że widzieli, jak ci pierwsi robią pewne rzeczy, których w żaden sposób robić nie mogli, ponieważ właśnie byli wtedy u ciotki.

SZANSA JEDNA NA MILION, stwierdził Śmierć. DOKŁADNIE JEDNA NA MILION.

– Och – westchnął z ogromną ulgą kwestor. – Ojej... Co za pech... – Poweselał wyraźnie. – Oczywiście, ten hałas trochę przeszkadza. Ale, na nieszczęście, nie pożyje on tam chyba za długo.

TO ISTOTNIE MOŻLIWE, odparł uprzejmie Śmierć. JESTEM JEDNAK PEWIEN, ŻE NIE CHCIELIBYŚCIE, BYM ZBYT CZĘSTO WYGŁASZAŁ STANOWCZE OPINIE W TAKICH KWESTIACH.

– Nie! Oczywiście, że nie – zapewnił szybko kwestor. – No dobrze. Cóż, wielkie dzięki. Biedny chłopak. Co za szkoda. Ale nie ma rady. Powinniśmy podejść do tego filozoficznie.

MOŻE POWINNIŚCIE.

– Nie będziemy cię dłużej zatrzymywać.

DZIĘKUJĘ.

– Żegnaj.

DO ZOBACZENIA.

Hałasy ustały tuż przed śniadaniem. Jedynie bibliotekarz zasmucił się z tego powodu. Rincewind był jego asystentem i przyjacielem, a także niezastąpionym pomocnikiem przy obieraniu bananów. Poza tym miał wyjątkowe zdolności do ucieczek przed wszelkimi zagrożeniami. Zdaniem bibliotekarza nie należał do typów, które łatwo dają się złapać.

Zapewne nastąpiła niezwykła koniunkcja okoliczności.

Było to o wiele bardziej prawdopodobne wyjaśnienie.


Rzeczywiście nastąpiła niezwykła koniunkcja okoliczności.

Szansa jedna na milion sprawiła, że ktoś właśnie obserwował, studiował i szukał właściwych narzędzi do szczególnego zadania.

I natrafił na Rincewinda.

To było niemal zbyt proste...


I tak Rincewind otworzył oczy. Nad sobą zobaczył sufit. Gdyby to była podłoga, miałby kłopoty.

Na razie dobrze.

Ostrożnie obmacał powierzchnię wokół siebie. Była nierówna, drzewna, z jakąś samotną dziurą po gwoździu. Ludzki typ powierzchni.

Uszy wychwyciły trzask ognia i jakiś bulgot, źródło nieokreślone.

Nos, czując się pozostawiony nieco z boku, pospiesznie zameldował o zapachu siarki.

W porządku. Co z tego wynikało? Że leży na szorstkiej, drewnianej podłodze w pokoju oświetlonym blaskiem ognia, gdzie coś bulgocze i wydziela zapach siarki. W swym nierzeczywistym, sennym stanie Rincewind był całkiem zadowolony z tego procesu dedukcyjnego.

Co jeszcze?

A tak.

Otworzył usta i wrzeszczał, i wrzeszczał, i wrzeszczał.

Poczuł się trochę lepiej.

Poleżał jeszcze chwilę. Przez splątany kłąb wspomnień przebiła się pamięć o porankach w łóżku, kiedy był małym chłopcem i rozpaczliwie dzielił mijający czas na coraz mniejsze fragmenty, by jak najdalej odsunąć straszną chwilę, gdy będzie musiał wstać i zmierzyć się z problemami życia. Takimi jak – w danej sytuacji – kim jest, gdzie jest i dlaczego jest.

– Czym jesteś? – zapytał głos z samej granicy świadomości.

– Właśnie do tego dochodziłem – wymruczał Rincewind.

Pokój falował przez chwilę, nim znieruchomiał, a Rincewind uniósł się na łokciach.

– Ostrzegam – zawołał głos, dochodzący chyba od stołu. – Chronią mnie liczne i potężne amulety.

– To świetnie – pochwalił Rincewind. – Żałuję, że mnie nie chronią.

Z mgły zaczęły się destylować szczegóły. Znalazł się w długim, niskim pomieszczeniu, którego jeden koniec całkowicie zajmował ogromny kominek. Na biegnącej wzdłuż całej ściany ławie stała kolekcja szkła, wyraźnie stworzona przez dręczonego czkawką pijanego dmuchacza. Wewnątrz splątanych zwojów kipiały i bulgotały barwne płyny. Na haku w swobodnej pozie wisiał szkielet. A na drążku obok niego ktoś przybił wypchanego ptaka. Jakiekolwiek grzechy popełniło w życiu nieszczęsne zwierzę, nie zasłużyło na to, co uczynił z nim dermoplasta.

Wzrok Rincewinda omiótł podłogę. Było jasne, że od dawna nie zaznała innego omiatania. Tylko wokół niego usunięto odłamki szkła i retort, robiąc miejsce dla...

Magicznego kręgu.

Wyglądał bardzo solidnie. Ktokolwiek go wykreślił, musiał dokładnie zdawać sobie sprawę, że celem kręgu jest podział universum na dwie części, zewnętrzną i wewnętrzną.

Rincewind, oczywiście, znalazł się w wewnętrznej.

– Aha – powiedział.

Ogarnęło go doskonale znane i niemal pocieszające uczucie bezradności i zgrozy.

– Zaklinam i zakazuję ci wszelkich wrogich aktów, demonie z otchłani – zabrzmiał głos dobiegający, jak uświadomił sobie Rincewind, zza stołu.

 

– Dobrze, dobrze – rzucił szybko. – Jeśli o mnie chodzi, nie mam nic przeciw temu. Tego... Czy jest możliwe, że nastąpił maluteńki błąd?

– Precz!

– Zgoda! – Rincewind rozejrzał się nerwowo. – Jak?

– Nie myśl, że zdołasz zwabić mnie i doprowadzić do zguby swym kłamliwym językiem, potworze Shamharotha – oznajmił stół. – Jestem oświecony w sprawach demonów. Wykonuj moje rozkazy, bo odeślę cię do wrzących piekieł, skąd przychodzisz. Z których przychodzisz, przepraszam. Właściwie: z których przybywasz. I nie żartuję.

Zza stołu wysunęła się postać. Była dość niska, a większą jej część skrywały najrozmaitsze znaki, amulety i talizmany, które – choć niezbyt skuteczne przeciw magii – z pewnością stanowiłyby dostateczną ochronę przed średniej mocy pchnięciem miecza. Postać nosiła okulary i miała kapelusz z długimi klapkami po bokach; nadawały jej wygląd krótkowzrocznego spaniela.

W drżącej dłoni ściskała miecz, tak głęboko rzeźbiony w magiczne symbole, że zaczynał się krzywić.

– Wrzących piekieł, mówiłeś? – upewnił się Rincewind.

– Właśnie. Gdzie krzyki przerażenia dręczonych, torturowanych...

– Tak, tak. Zrozumiałem. Ale, widzisz, rzecz w tym, że tak naprawdę wcale nie jestem demonem. Wobec tego, czy mógłbyś mnie wypuścić?

– Nie oszuka mnie twój wygląd, demonie – oznajmiła postać. I bardziej normalnym głosem dodała: – Zresztą demony zawsze kłamią. To ogólnie znany fakt.

– Doprawdy? – Rincewind chwycił się ostatniej deski ratunku. – W takim razie... jestem demonem.

– Aha! Zdradzony przez własne usta!

– Słuchaj! Nie mam zamiaru tego znosić – stwierdził Rincewind. – Nie wiem, kim jesteś ani co się tu dzieje, ale mam zamiar się czegoś napić. Zgoda?

[5] Kwestor napomknął tu o ponurym okresie, kiedy to z winy Uniwersytetu niemalże nastąpił koniec świata, a nastąpiłby z pewnością, gdyby nie ciąg wydarzeń, w których uczestniczyli Rincewind, latający dywan i połówka cegły w skarpecie (por. „Czarodzicielstwo”). Cała ta sprawa była dość krępująca dla magów, jak zwykle dla ludzi, tórzy po fakcie odkrywają, że przez cały czas stali po niewłaściwej stronie*. Zadziwiające, jak wielu starszych pracowników Uniwersytetu twierdziło teraz stanowczo, że w owym czasie chorowali, byli z wizytą u ciotki albo prowadzili badania za zamkniętymi drzwiami, nucąc przy tym głośno, w wyniku czego nie mieli pojęcia, co dzieje się na zewnątrz. Prowadzono potem luźne rozmowy o wystawieniu Rincewindowi pomnika; jednak w wyniku działania niezwykłej alchemii umysłu, jaka uaktywnia się w takich drażliwych sytuacjach, posąg szybko zmienił się w tablicę pamiątkową, potem we wpis do Listy Zasłużonych, wreszcie w naganę za niewłaściwy ubiór.

* To znaczy po tej, która przegrała.