Dobry omenTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie miał nic przeciwko radosnym wspólnym doznaniom. Radosne wspólne doznania bardzo mu odpowiadały. Świat, zdaje się, potrzebował coraz więcej radosnych wspólnych doznań. W krytycznej chwili wygłosił porywającą orację, która chyba przekonała Deirdre, że akurat tego radosnego wspólnego doznania powinna doświadczyć bez towarzystwa męża.

Zakonnice poparły go całkowicie. Ich zdaniem nie było absolutnie żadnej potrzeby angażowania przyszłego ojca w charakterze dodatkowej akuszerki. Sposób, w jaki to wyraziły, niedwuznacznie sugerował, że ojcowie w ogóle nie powinni się angażować w te ani inne sprawy.

Ubił kciukiem namiastkę tytoniu w cybuchu i tupnął groźnie na wiszącą w poczekalni tabliczkę informującą go, że dla swej własnej wygody nie powinien palić. Wobec tego i dla własnej wygody wstał i ruszył na ganek. Gdybyż jeszcze okazało się, że w pobliżu wyrosły krzaki albo miękki trawnik, gdzie mógłby wygodnie poleniuchować.

Idąc pustym korytarzem, dotarł do drzwi prowadzących na podwórze. Rzęsisty deszcz dudnił miarowo o dostojne kosze na śmieci.

Wzdrygnął się i osłonił cybuch, by przypalić fajkę.

Na każdą żonę przychodzi ta chwila. Po dwudziestu pięciu nienagannie przeżytych latach nagle coś im strzela do głowy, zakładają różowe skarpetki, wbijają się w dżinsy i zaczynają wypominać człowiekowi, że nigdy w życiu nic nie zrobił dla domu. Pewnie to przez te hormony.

Wielki czarny samochód z piskiem opon zatrzymał się przy koszach. Młody mężczyzna w ciemnych okularach zgrabnie wyśliznął się z wnętrza wprost w strugi deszczu, trzymając w ręku przedmiot podobny do przenośnego wózka dla niemowląt i kocim krokiem skierował się do wejścia.

Mr Young wyjął fajkę z ust.

– Nie zapomniał pan o światłach? – powiedział uprzejmie.

Mężczyzna spojrzał na niego pustym wzrokiem człowieka, dla którego nie zgaszone światła są ostatnim powodem zmartwienia i niedbale machnął ręką w stronę bentleya. Światła zgasły.

– Zmyślne – powiedział Mr Young. – Na pewno podczerwień.

Był nieco zaskoczony, że tamten wcale nie zmókł, a także tym, że nosidełko nie było puste.

– Zaczęło się? – zapytał mężczyzna.

Nie bez dumy Mr Young stwierdził, że już na pierwszy rzut oka rozpoznano w nim przyszłego ojca.

– Tak. Kazali mi wyjść – dodał z wdzięcznością w głosie.

– Już? A ile mamy do końca?

My – pomyślał Mr Young. Pewnie znowu jakiś doktorek-propagator koncepcji wspólnych porodów.

– Chyba już niedługo. Idzie dobrze – odpowiedział Mr Young.

– W którym pokoju? – pośpiesznie zapytał tamten.

– Numer 3 – odparł i pogładził ręką kieszeń, w której w pogniecionym pudełku, zgodnie z tradycją, spoczywały cygara.

– A może doznamy wspólnie radosnego uczucia zaciągnięcia się cygarem urodzinowym?

Mężczyzna zniknął.

Mr Young wsunął pudełko z powrotem do kieszeni. Ach, ci lekarze. Stale zapędzeni. Każdą chwilę daną od Najwyższego wypełniają pracą.


Jest taka stara sztuczka z trzema kubkami i ziarenkiem piachu. Ziarenko wędruje z jednego do drugiego tak szybko, że nawet najbystrzejsze oko nie dostrzega kiedy i którędy.

Podobna sztuczka z nieoczekiwaną zamianą miejsc zostanie przedstawiona za chwilę, z tym, że przemieszczający się obiekt jest znacznie większy od ziarenka grochu.

Teraz zwolnimy nieco tempo narracji, by wreszcie choć raz przyjrzeć się dokładnie rzekomej sztuczce.

Pani Deirdre Young właśnie rodzi w sali porodowej nr 3. Na świat przychodzi złotowłose niemowlę płci męskiej, które oznaczymy: Niemowlę A.

Małżonka attaché kulturalnego ambasady USA, pani Hariet Dowling, rodzi w sali nr 4. Także złotowłose niemowlę płci męskiej, które oznaczymy: Niemowlę B.

Siostra Mary Złotousta wiernie służy Szatanowi od urodzenia. W szkółce sabatowej wyróżniała się w kaligrafii i przyrządzaniu wątróbki na gorąco. Kiedy nakazano jej wstąpić do zakonu trajkoczącego, uczyniła to posłusznie, w pełni świadoma swoich przyrodzonych zdolności w tej materii, jak też i tego, że nareszcie trafi do swoich. Być może w sprzyjających okolicznościach odkryłaby także inne funkcje mózgu, na przykład zdolność myślenia i logicznego wnioskowania, ale już dawno temu przekonała się, że ptasim móżdżkom tudzież trzpiotkom, jak sama się określała, wiedzie się znacznie lepiej. W tej chwili siostra Mary odbiera świeżo dostarczone złotowłose niemowlę płci męskiej, które nazwiemy Wielkim Adwersarzem, Pogromcą Królów, Aniołem Bezdennej Otchłani, Bestią zwaną Smokiem, Panem Tego Świata, Szatańskim Pomiotem i Księciem Ciemności.

Proszę o skupienie. Zaczynamy pokaz.

– Czy to on? Myślałam, że będzie miał jakieś śmieszne oczy. Czerwone albo zielone kopyciąteczka. I ogonek – mówiąc to, siostra Mary oglądała niemowlę ze wszystkich stron. Rogów też nie znalazła. Potomek Szatana wyglądał zadziwiająco normalnie.

– Tak, to on – odparł Crowley.

– Proszę, proszę. Patrzcie państwo. Oto mam w rękach samego Antychrysta – trajkotała. – A zaraz wykąpiemy Antychryściątko. I policzymy paluszki.

Wpatrywała się w niemowlę i trajkotała, tak jakby była gdzie indziej i przemawiała do sobie tylko znanej istoty. Crowley przesunął ręką przed jej oczami.

– Siostro? Halo, siostro Mary! Siostro?!

– Najmocniej przepraszam. Jest taki słodki. Ciekawe, czy podobny do tatusia? Ależ na pewno. Jesteś podobny do swojego dziubdziusia-tatusia, prawda?

– Nie – powiedział stanowczo Crowley. – A na miejscu siostry byłbym już dawno na porodówce.

– Jak pan myśli, czy będzie mnie pamiętał, gdy dorośnie? – zapytała tęsknym głosem i odpłynęła korytarzem.

– Módl się, żeby nie – odparł Crowley i zniknął.

Siostra Mary z dumą niosła Wielkiego Adwersarza, Pogromcę Królów, Anioła Bezdennej Otchłani, Księcia Ciemności, Ojca Kłamstwa, Szatański Pomiot i Bestię zwaną Smokiem przez szpitalne korytarze, po czym położyła go w pierwszym wolnym wózku.

Zaczął gaworzyć. Połaskotała go delikatnie.

W uchylonych drzwiach pojawiła się głowa przełożonej i przemówiła:

– Co tu robisz, siostro Mary? Dzisiaj masz dyżur w sali numer 4.

– Pan Crowley powiedział…

– Zmykaj na miejsce, siostrzyczko. Nie widziałaś po drodze męża rodzącej? Nie ma go w poczekalni.

– Widziałam tylko pana Crowleya i powiedział mi, że…

– No pewno, że ci powiedział – odparła stanowczo siostra Grace Złotousta. – Chyba najlepiej będzie, jak sama odszukam niegrzecznego tatuśka. Wejdź tutaj i pilnuj jej. Jest trochę rozkojarzona, ale z dzieckiem wszystko w porządku. – Zrobiła znaczącą pauzę. – Dlaczego puszczasz do mnie oczka? Co to ma znaczyć? Jakiś tik?

– Przecież wiesz, matko przełożona – syknęła siostra Mary. – Niemowlęta. Zamiana…

– Ależ naturalnie. Wszystko w swoim czasie. Niech tylko ten tatuś sobie pójdzie. On nam raczej nie pomoże, a mógłby coś niechcący zobaczyć. Na razie siedź tu i pilnuj dziecka, złociutka.

To powiedziawszy, siostra Grace odpłynęła lśniącym korytarzem. Siostra Mary weszła do sali porodowej, popychając przed sobą wózek.

Pani Young była nie tylko rozkojarzona, ale spała w najlepsze jak ktoś, kto zrobił co do niego należało, a teraz uprzejmie zezwala pozostałym domownikom pilnować interesu. Zważone i wykąpane Niemowlę A spało obok. Sprawująca opiekę siostra Mary zdjęła niemowlęciu identyfikator i zręcznie sporządziła duplikat, który natychmiast założyła niemowlęciu oddanemu jej pod opiekę.

Bobasy były bardzo podobne do siebie. Oba małe, pulchne, obsypane potówkami, o buziach Winstona Churchilla.

Siostra Mary pomyślała, że przydałaby się jej teraz filiżanka gorącej herbaty.

Większość zakonnic była satanistkami w starym stylu, tak jak ich ojcowie, dziadkowie i pradziadkowie. Wychowano ich na satanistów, ale gdyby przyjrzeć się im dokładnie, to wcale nie byli aż tacy źli. Ludzie przeważnie nie są źli. Po prostu czasem dają się porwać jakiejś idei. Wtedy przebierają się w mundury i strzelają do siebie. Albo zakładają białe habity, białe kaptury z wycięciem na oczy, zapalają krzyż i idą kogoś zlinczować. Bywa, że wkładają sprane dżinsy w kolorze indygo i katują innych heavymetalową kakofonią. Wystarczy podsunąć im nowe wyznanie w atrakcyjnej postaci, a pójdą jak w dym, oddadzą duszę nawet diabłu. Wychowanie w duchu satanizmu immanentnie łagodziło efekty powyższych zjawisk, w wyniku czego satanista wiódł błogi i szczęśliwy żywot jak każdy przeciętny zjadacz frytek i smakosz herbaty serwowanej o siedemnastej. Należy ponadto jasno powiedzieć, że siostra Mary była pielęgniarką, a pielęgniarki, jak wiadomo, są przede wszystkim pielęgniarkami. W ich naturze leży noszenie zegarka do góry nogami, zachowanie kamiennego spokoju w krytycznych sytuacjach i odwieczna tęsknota za filiżanką herbaty. Siostra Mary miała nadzieję, że ktoś wreszcie ją zmieni. Solidnie wykonała bardzo ważną część planu i bardzo chciało jej się pić.

Tym, co być może pozwoli lepiej zrozumieć istotę poczynań ludzkości sensu largo niech będzie fakt, że wszystkie triumfy i katastrofy tego świata ludzie powodują nie dlatego, że są z gruntu źli albo z gruntu dobrzy, lecz dlatego, że są z gruntu ludźmi.

Rozległo się pukanie do drzwi. Siostra Mary otworzyła i ujrzała Mr Younga, który zapytał:

– Czy już? Jestem ojcem. To znaczy, chciałem powiedzieć, mężem. Zresztą, wszystko jedno. I ojcem, i mężem.

Siostra Mary oczekiwała, że amerykański attaché kulturalny będzie wyglądał co najmniej jak Blake Carrington albo J. R. Ewing. Mr Young nie był ani trochę podobny do Amerykanów, których widziała w telewizji (no, może z wyjątkiem tego szeryfa z twarzą dobrego wujaszka z kiepskiego kryminału5). Mąż i ojciec w jednej osobie rozczarował ją. W dodatku pulower zupełnie nie pasował do krawata.

 

Przełknęła ślinę; rozczarowanie nie ustępowało.

– Tak, naturalnie. Proszę przyjąć moje gratulacje. Małżonka szanownego pana właśnie zasnęła.

Mr Young spojrzał przez ramię pielęgniarki.

– Bliźniaki? – Sięgnął do kieszeni po fajkę. Zatrzymał rękę w pół drogi i po chwili dokończył wymowny gest. – Bliźniaki? Nie było mowy o bliźniakach.

– Ależ skądże! – pospieszyła z wyjaśnieniem siostra Mary. – To jest pana potomek. Ten drugi jest… kogoś innego. Ja tylko trzymam dozór, dopóki nie wróci siostra Grace. To jest syn szanownego pana – dodała defensywnie, wskazując na Adwersarza, Pogromcę Królów, Anioła Bezdennej Otchłani, Bestię zwaną Smokiem, Księcia Tego Świata, Ojca Kłamstwa, Pomiot Szatana i Władcę Ciemności w jednej osobie. – Ten obok, tak. Z całą pewnością. Od stóp aż do różków… których nie ma – zakończyła pospiesznie i trochę nerwowo.

Mr Young przenikliwie spojrzał w dół.

– No, tak. – W jego głosie zabrzmiały nutki wątpliwości. – Widzę znaczne podobieństwo rysów do rodziny z mojej strony. Rozumiem, że wszystko… ma… hm, na swoim miejscu?

– Oczywiście. To normalne zdrowe niemowlę. Bardzo normalne.

Przez chwilę milczeli, wpatrując się w śpiącego noworodka.

– Łaskawy pan ma zupełnie normalną wymowę. Bez naleciałości i akcentu – stwierdziła siostra Mary. – Czy przebywa pan tu od dawna?

– Od dziesięciu lat – odparł z lekka zaintrygowany Mr Young. – Firma zmieniła adres, a ja, z konieczności, razem z nią.

– Ma pan bardzo ciekawą pracę – powiedziała siostra Mary.

Mr Young obdarzył ją spojrzeniem wyrażającym niezwykłą wdzięczność. W końcu niewielu spotkanych dotychczas ludzi odniosło się z niekłamanym podziwem i szacunkiem do jakże, jego zdaniem, twórczego potencjału rachmistrza-kosztorysanta.

– Poprzednie miejsce było zupełnie inne niż obecne – kontynuowała pielęgniarka.

– Tak sądzę – odpowiedział Mr Young, który na dobrą sprawę nigdy się nad tym nie zastanawiał. W Luton było prawie tak samo jak w Tadfield. Tak samo przycięte żywopłoty między domem a stacją kolejową. Ludzie też tacy sami.

– Po pierwsze, o wiele wyższe zabudowania – siostra Mary, bliska załamania, spróbowała pociągnąć rozmowę. Mr Young spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami. Jeśli dobrze pamiętał, to jedynym budynkiem wyższym niż pozostałe był biurowiec Alliance of Leicester.

– Domyślam się, że często bywa pan na garden party.

Nareszcie. Poczuł pewniejszy grunt. Deirdre była wielką amatorką rozrywek tego typu.

– Bardzo często – odparł z uczuciem. – Moja Deirdre robi świetne konfitury. A ja białego słonia6.

Siostra Mary nigdy nie słyszała o tym punkcie programu przyjęć dla socjety z pałacu Buckingham. Mimo to natychmiast przyznała w myślach, że chociaż zwierzę jest gruboskórne, to znakomicie pasuje do surowej etykiety dworskiej.

– Czytałam, że właśnie do niego zagraniczni potentaci składają ofiary dla niej.

– Pardon?

– Widzi pan, jestem wielką miłośniczką rodziny królewskiej.

– Ja także – stwierdził Mr Young, przeskakując z wdzięcznością na nieco większą i wygodniejszą krę unoszoną przez zatrważający strumień świadomości. Był nieźle zorientowany w galerii arystokratów. Przynajmniej tych normalnych, którzy nie oszczędzali się, powiewając do upadłego chusteczkami na wzruszających otwarciach kolejnych mostów i sierocińców. Nie interesowali go odmieńcy szalejący w nocnych lokalach i dyskotekach, a potem uzewnętrzniający treści żołądkowe po paparazzi.7

– Miło mi to usłyszeć – powiedziała siostra Mary. Sądziłam bowiem, że za oceanem nie kochacie ich zbytnio, bowiem wywołaliście rewolucję i wrzuciliście cały transport herbaty wprost do rzeki.

Trajkotała bez przerwy, skutecznie zachęcana regułą zakonu, by mówić o wszystkim, co przyjdzie do głowy, a łaskawa ślina przyniesie na język. Mr Young poczuł się zbity z tropu, ale był zbyt wyczerpany, by się przejmować takim drobiazgiem. Zapewne życie w ścisłej regule zakonnej sprawiło, że ludzie dziwaczeli. Pragnął, by jego żona obudziła się. Po chwili w monotonnym potoku słów płynących z ust siostry Mary zabrzmiała nutka nadziei.

– Czy byłoby dużym nietaktem z mojej strony, gdybym zapytał o istnienie możliwości wypicia filiżanki herbaty? – odważył się.

– Och, mój… – pielęgniarka zakryła usta dłonią. A o czymże innym myślała w tej chwili?

Mr Young nie skomentował.

– Zaraz się tym zajmę – dodała. – A może jednak życzy pan sobie kawy? Piętro wyżej mamy maszynkę do parzenia.

– Proszę o herbatę.

– Słowo daję, pan się całkiem znaturalizował, nieprawdaż? – powiedziała radośnie i wybiegła, szeleszcząc fartuszkiem.

Pozostawiony sam ze śpiącą żoną i dwójką noworodków Mr Young opadł ciężko na krzesło. No tak. Długie godziny na klęczniku i pobudki skoro świt robią swoje. Miłe są te siostry, ale chyba nie całkiem compost mentis. Jak w tym filmie Kena Russela. Zakonnice też tam były, ale w ich zachowaniu trudno było dostrzec choćby najmniejsze podobieństwo do tego, co działo się w tym szpitalu. Mówią, że nie ma dymu bez ognia, cóż.

Westchnął.

W tej chwili Niemowlę A obudziło się i rozpoczęło ryczytal co się zowie.

Mr Young od wielu lat nie uspokajał płaczącego noworodka. Zacznijmy od tego, że w ogóle nie umiał sobie z tym poradzić, a pieczętowanie różowej pupy ulubionym gestem sir Winstona Churchilla nie było godne polecenia.

– Witamy na ziemskim padole – powiedział znużonym głosem. – Wkrótce przywykniesz.

Niemowlę zamilkło i wpatrzyło się w Mr Younga jak w krnąbrnego generała.

Siostra Mary wybrała właśnie ów moment, by wkroczyć z herbatą. Nie bacząc, iż jest satanistką, przyniosła talerz lukrowanych ciasteczek zwykle podawanych do herbaty tylko specjalnym gościom. Mr Young wziął ciastko w polewie o takim samym odcieniu różu jak niektóre narzędzia chirurgiczne po operacji. Z polewy wystawał lukrowy bałwanek.

– Są inne niż te podawane u was – powiedziała siostra Mary. – U was nazywa się je kruchymi ciasteczkami. U nas to biszkopty.

Mr Young już otwierał usta do potwierdzenia, że owszem, tak nazywał je on, a nawet jego sąsiedzi w Luton, gdy do pokoju wbiegła druga zakonnica, z trudem łapiąc powietrze.

Spojrzała na siostrę Mary, zorientowała się, że Mr Young w życiu nie miał do czynienia z wnętrzem pentagramu i ograniczyła wypowiedzi do wskazania na Niemowlę A i puszczenia „oczka”.

Siostra Mary skinęła głową i odpowiedziała mrugnięciem.

Przybyła zabrała wózek z Niemowlęciem A.

Mruganie i puszczanie oczek są jednym z wielu sposobów porozumiewania. Jedno mrugnięcie potrafi czasem dużo powiedzieć. Na przykład w mrugnięciu nowo przybyłej zawarte było, co następuje:

Gdzie się podziewałaś, do diabła? Urodziło się Niemowlę B, jesteśmy gotowi do zamiany, a ty gaworzysz sobie jak gdyby nigdy nic w obecności Wielkiego Adwersarza, Pogromcy Królów, Anioła Bezdennej Otchłani, Bestii zwanej Smokiem, Księcia Tego Świata, Ojca Kłamstwa, Szatańskiego Pomiotu i Władcy Ciemności przy herbatce? Czy zdajesz sobie sprawę, że omal nie zostałam zastrzelona?

Mrugnięcie siostry Mary w odpowiedzi na powyższe pytania znaczyło mniej więcej tyle:

Oto Wielki Adwersarz, Pogromca Królów, Anioł Bezdennej Otchłani, Bestia zwana Smokiem, Książę Tego Świata, Ojciec Kłamstwa, Pomiot Szatana i Władca Ciemności. Nie mogę teraz mówić, bo wśród nas jest obcy.

Aliści siostra Mary zrozumiała mrugnięcie przełożonej tak:

Dobrze się sprawiłaś, siostro Mary. Sama zamieniłaś noworodki – to doskonale. Wskaż mi teraz nadprogramowego noworodka. Ja zabiorę go stąd, a ty będziesz mogła dopić herbatę w towarzystwie Jego Ekscelencji Kultury Amerykańskiej.

Wobec czego jej mrugająca odpowiedź brzmiała:

Oto Niemowlę B, kochaniutka. Weź je teraz sobie i nie przeszkadzaj w herbacie z Jego Ekscelencją. Zawsze chciałam zapytać, po co stawiają te wysokie budynki wykładane na zewnątrz lustrami.

Powyższe niuanse i subtelności dialogu mruganego zupełnie nie mieściły się w zakresie rozumnego postrzegania Mr Younga, tak że obserwując wymianę konspiracyjnych uprzejmości, poczuł się bardzo zakłopotany i pomyślał, co następuje: Ten Russel… on to wiedział, co mówi. Bez dwu zdań.

Pomyłka siostry Mary mogłaby zostać dostrzeżona w porę przez nowo przybyłą zakonnicę, gdyby nie fakt, że tę ostatnią w pokoju bacznie obserwował facet z Secret Service, Mr Dowling, i nie próbował nawet ukryć wzbierającego w nim niepokoju. Ów rosnący niepokój był pośrednim skutkiem ćwiczenia określonych reakcji na widok ludzi w długich, luźnych szatach, a zwłaszcza w czepcach oraz stanów, gdy – jak w tej chwili – do zmysłów przedmiotu treningu docierały sprzeczne sygnały. Osobnicy cierpiący na niedowład zdolności kategoryzowania bodźców zewnętrznych nie powinni nosić broni palnej, zwłaszcza gdy polecono im asystować przy naturalnym porodzie, który był najwyższą ilustracją tego, jak bardzo nieamerykański jest sposób przychodzenia nowych obywateli na świat. Ponadto wiadomo, że w zakonnych szpitalach są brewiarze.

Mr Young wzdrygnął się.

– Czy wybrał pan już imię? – zapytała figlarnie siostra Mary.

– Hę? Nie, jeszcze nie. Dziewczynce dalibyśmy imię po mojej matce. Lucinda. Albo Germaine. Tak chciała Deirdre.

– Asmodeusz brzmi bardzo ładnie – powiedziała siostra Mary, przypomniawszy sobie o powołaniu. – Albo Damien. Damien jest ostatnio bardzo popularny.



Anathema Device miała osiem i pół roku. Imię wybrała dla niej matka, kobieta słabo zorientowana w zawiłościach teologicznych. Pewnego dnia gdzieś przeczytała słowo, które przypadło jej do gustu tak bardzo, że postanowiła ochrzcić córkę takim imieniem. Córka zaś wykazywała wielkie zainteresowanie Księgą. Pochłaniała ją w tajemnicy przed matką nocą, pod kołdrą i przy latarce.

Rówieśnicy Anathemy uczyli się ze zwykłych elementarzy bogato ilustrowanych jabłuszkami, piłeczkami, karaluszkami itd. Rodzina Device całkowicie odrzucała takie metody. Ich córka ćwiczyła czytanie z Księgi.

W Księdze nie było żadnych jabłuszek ani piłeczek, za to poczesne miejsce zajmował osiemnastowieczny drzeworyt przedstawiający spalenie na stosie niejakiej Agnes Nutter, która sprawiała wrażenie zadowolonej ze swego losu.

Pierwszym słowem, które Anathema samodzielnie przeczytała było słowo „przistoyny”. Niewielu spośród nas w wieku ośmiu lat zdawało sobie sprawę z tego, że przistoyny czasem znaczy akuratny, lecz Anathema wiedziała to od początku.

Drugim słowem było właśnie „akuratny”.

Pierwsze samodzielnie przeczytane zdanie brzmiało:

Oto mówię do ciebie, a zważ Słowa moje. Nadjedzie Czterech, a Czterech Nadjedzie, a Trzech Nadjedzie z Niebios, a Jeden Nadjedzie w płomieniach i nikt, i nic ich nie zatrzymie – ani ryby, ani dżdża, ani bicz, ani Anioł, ani Diabeł. I ty będziesz z niemi, Anathemo.

Anathema lubiła czytać o sobie.

(Ostatnio troskliwi rodzice czytający tygodniki w niedzielne popołudnia, mogli nabyć książeczki, gdzie bohaterowie nosili imiona ich dzieci. W zamyśle autorów miało to wzbudzić większe zainteresowanie książką u dzieci. W przypadku Anathemy zaś, w jej ukochanej Księdze występowała nie tylko ona sama, lecz także jej rodzice, dziadkowie i pradziadkowie aż do siedemnastego wieku. Ona sama była wciąż małym wielkim egocentrykiem i nie przejmowała się nazbyt, że w Księdze nie wspomniano o jej dzieciach, zaś fabuła wybiegała naprzód tylko jedenaście lat. Kiedy ma się osiem i pół roku, jedenaście lat to prawie wieczność, a jeśli wierzyć Księdze, to rzeczywiście cała wieczność).

 

Była bardzo inteligentnym dzieckiem o bladawej cerze, czarnych oczach i takichże włosach. Sprawiała, że wszyscy czuli się skrępowani w jej towarzystwie – zdolność tę, jak również szkodliwy dla zdrowia nadmiar cech metapsychicznych odziedziczyła po swej prapraprapraprababce.

Była nad wiek rozwinięta i opanowana. Jedynie nauczyciele kaligrafii strofowali ją. Nic w tym dziwnego, gdyż pismo ośmioletniej dziewczynki na pewno nie rzucałoby się w oczy trzysta lat temu.



Ani ochrona, ani nawet małżonka attaché nie zorientowali się, że Niemowlę A, które wyjechało z sali poporodowej (och, to tylko chwila, zważymy, zmierzymy – takie są przepisy, kochani państwo), gdy niedługo później wróciło, było już Niemowlęciem B.

Mr Thaddeus J. Dowling, attaché kulturalny i szczęśliwy ojciec w jednej osobie, został pilnie wezwany do Waszyngtonu kilka dni wcześniej, lecz pozostał w stałym kontakcie telefonicznym z rodzącą, ze swojego gabinetu pomagając jej przeć i dyktując tempo oddechów między skurczami.

Nie przeszkadzało mu to wcale w rozmowie, którą równocześnie z innego aparatu prowadził z doradcą do spraw inwestycji. Raz, co prawda, zmuszony był zrobić dwudziestominutową przerwę między wdechem a wydechem żony, ale to przecież nic ważnego.

Narodziny dziecka to jedyne w swoim rodzaju wspólne doznania dwojga ludzi. Nic dziwnego, że nie chciał opuścić nawet ułamka sekundy z tego wydarzenia.

Jeden z ochroniarzy zarejestrował cały poród na taśmie video.



Powszechnie wiadomo, że licho nie śpi, wobec czego nie rozumie, dlaczego inni muszą sypiać. Crowley jednak lubił spać. Sen był jedną z niewielu przyjemności tego świata, której oddawał się z rozkoszą, zwłaszcza po sutym obiedzie. Przespał prawie całe dziewiętnaste stulecie, nie dlatego, że potrzebował snu, lecz dlatego, że po prostu – sprawiło mu to autentyczną przyjemność8.

Przyjemności tego świata. Cóż, będzie lepiej, jeśli zacznie się im oddawać teraz, kiedy ma jeszcze trochę czasu.

Bentley pędził przez noc z rykiem silnika, kierując się na wschód.

Trzeba przyznać, że Crowley popierał Armageddon. Na pytanie, dlaczego od tysięcy lat próbował coś zmajstrować w ludzkich poczynaniach, odpowiadał odruchowo: Ależ tylko po to, by nastał Armageddon, a Piekło zatriumfowało. Ale co innego majstrować przy bombie, a co innego być świadkiem wybuchu. Wiedział od dawna, że nie ominie go widok końca świata. Był przecież nieśmiertelny, nie miał zatem wyboru. Jednak cały czas miał nadzieję, że do tego jeszcze bardzo daleko.

Bo zdążył polubić ludzi. A to poważnie osłabiało diabelską naturę.

Rzecz jasna, robił co w jego mocy dla uprzykrzenia życia wszystkim ludziom – w końcu było to jego powołanie, ale nawet największa podłość z jego strony wydawała się dziecinnym psikusem wobec tego, co ludzie wyczyniali ze sobą. Mieli prawdziwy talent do czynienia zła, jakby zaprojektowano w nich wadę fabryczną. Przychodzili na świat, który od początku był im na tysiące sposobów nieprzyjazny, a potem usilnie starali się, by stał się ich wrogiem. Coraz trudniej było wymyślić coś tak diabelskiego, co by przyćmiło powszechną i wrodzoną złośliwość ludzi. W zeszłym tysiącleciu Crowley kilka razy miał ochotę powiedzieć tym na Dole: Słuchajcie, możemy sobie odpuścić już teraz, zamknąć kramik z Dis i Pandemonium i przenieść się tutaj. Skończyło się zapotrzebowanie na nasze usługi. Sami wymyślili rzeczy, o których się nawet w Piekle nie śniło, a nawet używają elektrowstrząsów. Mają to, czego u nas brakuje. Mają wyobraźnię. No i elektryczność.

Jeden z nich napisał, że… zaraz… Piekło opustoszało, wszystkie diabły są tutaj, na ziemi.

Swego czasu Crowley chwalił sobie świętą inkwizycję w Hiszpanii. Był tam osobiście, spędzając miłe chwile w tawernach i domach rozrywki w błogiej nieświadomości tego, co się dzieje w lochach. Ze stosownymi listami polecającymi poszedł się rozejrzeć tu i tam, wrócił i przez tydzień pił na umór.

Ależ dziwak z tego Hieronima Boscha.

A kiedy dochodził do wniosku, że nawet w Piekle nie ma tyle zajadłości co w ludziach, spotykał się, co prawda rzadko, z dobrocią, o jakiej Niebo może tylko śnić. Często u tego samego osobnika. To zdaje się sprawa tej… wolnej woli. Co kto woli.

Azirafal próbował mu to kiedyś wyjaśnić. Było to około 1020, kiedy strony zawarły tak zwany Mały Układ. Rzecz w tym, mówił, że osobnik ludzki jest dobry lub zły dlatego, że taki chce być. Za to ty, Crowley, no i ja, zaczynamy według ustalonego schematu. Człowiek nie może zostać prawdziwym świętym, jeśli równoważnie nie stwarza się okazji, by stał się wcielonym diabłem.

Crowley rozważył to dokładnie i około roku 1023 powiedział Azirafalowi: Momencik, kolego. Tak jest, to by się zgadzało, ale tylko przy równych szansach na starcie, nie? A gdzie masz na starcie równe szanse? Ktoś zaczyna na strychu chlewu, w samym środku wojennej pożogi, a ty spodziewasz się, że pójdzie mu tak dobrze jak temu, co się urodził na zamku w piernatach?

Azirafal odparł, że to właśnie zaleta w danej sytuacji, bo im niżej zaczynasz, tym większy wybór przed tobą.

Crowley stwierdził, że to po prostu obłęd.

Azirafal, że nie ma sposobu, by to wyjaśnić dokładniej.

Azirafal to wróg. Ale wróg po sześciu tysiącach lat staje się kimś w rodzaju przyjaciela.

Crowley sięgnął do telefonu.

Diabły z natury nie dysponują wolną wolą, lecz przez sześć tysięcy lat obcowania z ludźmi nie sposób nie nauczyć się tego i owego.



Imiona Damien i Wormwood nie zachwyciły Mr Younga. Nie przypadły mu też do gustu inne proponowane przez siostrę Mary. W połowie przypominały spis alfabetyczny dyspozycyjnych diabłów, a reszta najdziksze wymysły ze złotych lat Hollywoodu.

– Nie widzę nic zdrożnego w imieniu Errol – powiedziała wreszcie dotknięta do żywego pielęgniarka. – A może Cary? To bardzo ładne imię. I takie amerykańskie.

– Wolałbym coś bardziej, hm, tradycyjnego – stwierdził Mr Young. – W naszej rodzinie kultywujemy tradycję skromnych, prostych imion.

– O, jaka to godna tradycja – rozpromieniła się siostra Mary. – Moim zdaniem najlepiej brzmią tradycyjne, proste imiona.

– Dobre chrześcijańskie imię jak z Biblii. Na przykład Mateusz, Marek, Łukasz albo Jan… – powiedział z filozoficzną zadumą, zaś siostra Mary zadrżała – nie przekonują mnie. Brzmią jak imiona kowbojów albo piłkarzy.

– Saul brzmi pięknie, prawda? – zaproponowała szybko siostra Mary, korzystając z chwili wahania rozmówcy.

– Nazbyt tradycyjne.

– Zatem Kain. Brzmi ładnie nawet dzisiaj – nie rezygnowała zakonnica.

Mr Young mruknął powątpiewająco.

– Przecież zawsze jest… no więc, zawsze jest Adam – powiedziała, myśląc, że tak będzie najbezpieczniej.

– Adam?



Czyż nie byłoby miło pomyśleć, że zręczne zakonnice satanistki postarały się dyskretnie o adopcję nadwyżki niemowląt w postaci Niemowlęcia B oraz że stało się ono normalnym szczęśliwym dzieckiem, ruchliwym i tryskającym zdrowiem ku radości rodziców, po czym wyrosło na standardowego obywatela, przeciętnie zadowolonego z życia.

Być może tak się właśnie stało.

Wyobraźcie sobie, jak zdobywa laury w szkolnym konkursie ortograficznym, rozwija swoje zainteresowania w klubie „Wiewiórka”, bez większych kłopotów, ale też bez wybitnych osiągnięć kończy studia, podejmuje pracę w dziale rachuby spółki budowlanej Tadfield i Norton i żeni się ze śliczną dziewczyną. Może nawet radzi bylibyście ujrzeć go wśród gromadki dzieci albo gdy oddaje się jakiemuś hobby, na przykład składaniu wiekowych pompek do rowerów lub hodowli tropikalnych rybek akwariowych.

Tyle że wcale nie jesteście ciekawi, jak mogłyby się potoczyć losy Niemowlęcia B.

Popieramy wasze stanowisko.

Prawdopodobnie wygrywa konkursy akwarystyczne.



W pokoju dziecinnym skromnego domku w Dorkling, okręg Surrey, paliło się światło.

Chudy okularnik, Newton Pulsifer, lat dwanaście, powinien spać od kilku godzin.

Jednak mama, która głęboko wierzyła w geniusz syna, pozwalała mu eksperymentować w swoim pokoju do późna.

Obecnie eksperymentował na starym radiu, które dostał do zabawy, a w którym postanowił wymienić wtyczkę. Siedział przy warsztacie składającym się z rozchwianego stołu, kłębków drutu, baterii, żarówek oraz detektora kryształkowego, który nigdy nie działał. Nie udało mu się zreperować radia i nic nie wskazywało, że kiedykolwiek uda mu się ta sztuka.

Na sznurkach pod sufitem wisiały trzy osobliwe modele samolotów. Od razu rzucało się w oczy, że zostały złożone skrupulatnie i pedantycznie przez osobę nie mającą zielonego pojęcia o modelarstwie, a o modelarstwie lotniczym w szczególności. Newton był z nich bardzo dumny, nawet ze Spitfire’a, w którym pozamieniał miejscami skrzydła i stateczniki poziome.

Poprawił okulary, spojrzał na wtyczkę i odłożył śrubokręt.

Tym razem miał prawie stuprocentową pewność, że się uda. Wykonał wszystko według instrukcji wymiany wtyczek ze strony piątej samouczka „Mały elektryk, czyli 10l bezpiecznych i kształcących zabaw z prądem”. Podłączył przewody do zacisków o tym samym kolorze, sprawdził bezpiecznik, przeliczył natężenia i skręcił wtyczkę. Jak na razie szło nieźle.

Wetknął wtyczkę do gniazda i przekręcił wyłącznik.

W całym domu zgasło światło.

Newton pokraśniał z dumy. Jest coraz lepiej. Podczas poprzedniego eksperymentu całe Dorkling pogrążyło się w ciemnościach, a rano mama miała bardzo niemiłą rozmowę z elektrownią.

Uwielbiał wszystko związane z elektrycznością, ale ta ostatnia nie odwzajemniała jego uczuć. W szkole był komputer. Sześciu kolegów Newtona bawiło się kartami perforowanymi na zajęciach pozalekcyjnych. Kiedy po wielodniowych błaganiach opiekun grupy pozwolił Newtonowi uczestniczyć w zajęciach, ten zdołał przygotować tylko jedną kartę, a gdy wsunął ją do czytnika, maszyna wydała z siebie dźwięk podobny do kaszlu, z trudem wypluła przeżuty kartonik i zamilkła na amen.

5Występowała tam również leciwa niewiasta jako synogarlica, a pościgi samochodów przypominały końcówkę maratonu zaspanych żółwi.
6Koktajl – czasem mleczny.
7Tu chyba warto wspomnieć, że Mr Young wciąż był przekonany, iż paparazzi [Fotoreporterzy (szalejący) (przyp. tłum.)] to jedna z kolejnych odmian włoskiego linoleum.
8Raz tylko musiał wstać, w 1832, i pójść do toalety.