Nędznicy Tom 2

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


CZĘŚĆ TRZECIA. MARIUSZ

ROZDZIAŁ PIERWSZY

PARYŻ OGLĄDANY W SWOIM ATOMIE

PARVULUS 1

Paryż ma dziecko, a las ma ptaka; ptak się nazywa wróblem, dziecko – ulicznikiem.

Połączcie te dwie rzeczy, z których jedna zawiera obraz pieca ognistego, druga jutrzenki; zetknijcie te dwie iskry, Paryż i dzieciństwo, a powstanie z tego mała istota. Homuncio2, powiedziałby Plaut3.

Ten mały stwór jest wesoły. Nie codziennie jada, ale codziennie, jeśli ma ochotę, chodzi do teatru. Nie ma koszuli na grzbiecie, trzewików na nogach, dachu nad głową – obywa się bez tego jak muchy. Liczy sobie siedem do trzynastu lat; żyje gromadnie, obija bruki, mieszka pod gołym niebem, nosi stare spodnie po swoim ojcu, które spadają mu niżej pięt, stary kapelusz jakiegoś innego ojca, który spada mu niżej uszu, jedną szelkę z żółtej krajki, biega, tropi, żebrze, marnuje czas, pyka z fajeczki, klnie jak potępieniec, włóczy się po szynkach, zna się ze złodziejami, jest na ty z dziewczynami ulicznymi, mówi złodziejskim językiem, śpiewa sprośne piosenki i nic złego nie ma w sercu. Bo w duszy ma perłę, niewinność, a perły nie rozpuszczają się w błocie. Dopóki człowiek jest dzieckiem, Bóg chce, żeby był niewinny.

Gdyby zapytać olbrzymiego miasta: Co to takiego? – odpowiedziałoby: To mój mały.

PRZYSZŁOŚĆ UKRYTA W LUDZIE

Wśród ludu paryskiego nawet człowiek dorosły zawsze jest chłopcem z ulicy.

Rasa paryska, podkreślić to należy, występuje głównie na przedmieściach; tam krew jest czysta, tam oblicze jej jest prawdziwe; tam lud pracuje i cierpi, a cierpienie i praca są to dwa kształty człowieka. Tam są niezgłębione złoża istot nieznanych, pomiędzy którymi roją się najdziwniejsze typy, od tragarza z la Râpée do rakarza z Montfaucon. Fex urbis4 – woła Cyceron5; „mob” – dodaje oburzony Burke6; gawiedź, ciżba, pospólstwo. Jakże łatwo wymawiają się te słowa! Lecz niech i tak będzie. Cóż z tego? Cóż z tego, że chodzą boso? Nie umieją czytać? Tym gorzej. Czy dlatego opuścicie ich? Czy niedolę ich uczynicie przekleństwem? Czy światło nie może przeniknąć w te tłumy? Wróćmy do tego okrzyku: Światła! – i przy nim trwajmy niewzruszenie: Światła! Światła! Któż wie, czy te ciemności nie staną się przejrzyste? Czy rewolucje nie są przemianami? Idźcie, filozofowie, nauczajcie, oświecajcie, zapalajcie, myślcie głośno, mówcie głośno, biegnijcie radośnie w biały dzień, bratajcie się z ulicą, zwiastujcie dobre nowiny, rozdawajcie elementarze, ogłaszajcie prawa, śpiewajcie Marsylianki, szerzcie zapał, zrywajcie z dębów zielone gałązki. Uczyńcie z idei taneczne koło. Tłum ten można uszlachetnić. Umiejmy korzystać z tego pożaru zasad i cnót, który się iskrzy, wybucha i drga w pewnych godzinach. Te nogi bose, te ręce gołe, te łachmany, to nieuctwo, to upodlenie, ta ciemnota mogą być użyte dla zdobycia ideału. Wpatrzcie się w lud, a zobaczycie prawdę. Niech ten nędzny piasek, który depczecie nogami, wrzucony zostanie do pieca, niech się stopi i niech zakipi, a przekształci się w świetny kryształ, a za jego to pomocą Galileusz i Newton odkryją nowe gwiazdy.

MAŁY GAVROCHE

Jakieś osiem lub dziewięć lat po tym, cośmy opowiedzieli w pierwszej części tej książki, widywano na bulwarze Tempie i w okolicach wieży ciśnień małego chłopca, lat jedenastu, najwyżej dwunastu, który by dosyć dokładnie odpowiadał skreślonemu powyżej typowi ulicznika, gdyby z uśmiechem właściwym jego wiekowi nie łączyło się serce ponure i zupełnie puste. Dzieciak ten przyodziany był w męskie spodnie, lecz nie dostał ich od ojca, i w kaftan kobiecy, ale niebędący darem matki. Jacyś ludzie ubrali chłopca w owe łachmany przez miłosierdzie. A jednak miał i ojca, i matkę. Lecz ojciec nie myślał o nim, a matka nie kochała go wcale. Było to jedno z tych dzieci godnych litości, które mają i ojca, i matkę, a są sierotami.

Chłopiec ten nigdzie nie czuł się tak dobrze jak na ulicy. Bruk był dla niego mniej twardy aniżeli serce matki.

Rodzice kopnięciem pchnęli go w życie.

Całkiem po prostu poszedł więc przed siebie.

Był to chłopiec hałaśliwy, blady, zwinny, bystry, dowcipny, z wyglądu pełen życia i wątły zarazem. Chodził, biegał, śpiewał, grał na piszczałce, grzebał w rynsztokach, trochę kradł, ale na sposób kotów i wróbli, wesoło śmiał się, kiedy nazywano go wisusem, gniewał się, kiedy nazywano go włóczęgą. Nie miał schronienia ani chleba, ani ognia, ani miłości; był jednak wesoły, ponieważ był wolny.

Gdy podobne istotki stają się ludźmi, prawie zawsze koło porządku społecznego najeżdża na nie i miażdży, lecz dopóki są dziećmi, wymykają się mu. Są tak małe, że schronić się mogą w najmniejszej szparce.

Jednak, choć tak opuszczony przez rodziców, chłopiec co dwa lub trzy miesiące mówił sobie: No, pójdę zobaczyć mamę. Wówczas porzucał bulwar, cyrk, bramę Saint-Martin, szedł na wybrzeża, przechodził przez mosty, kierował się ku przedmieściom, dochodził do ulicy Salpêtrière i docierał – dokąd? Otóż do podwójnego numeru 50/52, znanego już czytelnikowi, do rudery Gorbeau.

W tym czasie rudera 50/52, zwykle pusta i wiecznie przyozdobiona napisem: „Pokoje do wynajęcia”, była – rzecz dla niej rzadka – zamieszkana przez kilka osób, które zresztą – jak to bywa zawsze w Paryżu – nie utrzymywały stosunków ani nie miały z sobą nic wspólnego. Należały one do tej ubogiej klasy, która rozpoczyna się od drobnego mieszczanina, będącego w ciągłych kłopotach pieniężnych, i ciągnie się z nędzy w nędzę, aż do najniższych dołów społecznych, aż do dwóch istot, na których się kończy cała materialna strona cywilizacji: do czyściciela rynsztoków, który zmiata błoto, i do gałganiarza, który zbiera szmaty.

„Główna lokatorka” z czasów Jeana Valjeana umarła i jej miejsce zajęła inna, zupełnie do niej podobna. Nie wiem, który filozof powiedział: „Nigdy nie brak starych kobiet”.

Ta nowa staruszka nazywała się pani Burgon i w jej życiu nie było nic szczególnego oprócz dynastii trzech papug, które kolejno panowały nad jej sercem.

Do najnędzniejszych mieszkańców domostwa należała rodzina złożona z czterech osób: ojca, matki i dwóch córek, już dość dużych; wszyscy czworo mieścili się w tej samej izbie, jednej z owych klitek, o których już mówiliśmy.

Rodzina ta na pierwszy rzut oka nie odznaczała się niczym, oprócz niezwykłego niedostatku. Ojciec, wynajmując pokój, oświadczył, że się nazywa Jondrette. Wkrótce po dokonaniu przeprowadzki, która dziwnie była podobna – żeby użyć wiekopomnego wyrażenia głównej lokatorki – do „przenosin, w których nic się nie niesie”, powiedział tej kobiecie, która tak jak jej poprzedniczka pełniła zarazem obowiązki odźwiernej i zamiatała schody: „Matko taka a taka, jeżeliby ktokolwiek przypadkiem przyszedł i pytał o Polaka lub Włocha, a może o Hiszpana, to jestem ja”.

Była to właśnie rodzina wesołego obszarpańca. Przychodził i znajdował nędzę, ale – co o wiele smutniejsze – żadnego uśmiechu: chłód w izbie i chłód w sercach. Kiedy się zjawiał, pytano go: Gdzie byłeś? Odpowiadał: Na ulicy. Kiedy wychodził, pytano go: Dokąd idziesz? Odpowiadał: Na ulicę. Matka mówiła mu: Czego tutaj szukasz?

To dziecko żyło bez miłości, jak owe blade rośliny w piwnicach. Nie cierpiał z tego powodu i do nikogo nie czuł żalu. Nie wiedział właściwie, jacy powinni być ojciec i matka.

Zresztą matka kochała jego siostry.

Zapomnieliśmy powiedzieć, że na bulwarze Tempie nazywano to dziecko małym Gavroche’em. Dlaczego nazywał się Gavroche? Prawdopodobnie dlatego, że ojciec jego nazywał się Jondrette.

Zacieranie śladów, zrywanie związków – to jakby instynkt w niektórych rodzinach nędzarzy.

Pokój, w którym mieszkali Jondrette’owie w ruderze Gorbeau, leżał na samym końcu korytarza. Sąsiednią izdebkę zajmował pewien młody człowiek, bardzo ubogi, którego nazywano panem Mariuszem.

Powiedzmy, kim był ten pan Mariusz.

1 malec (łac.)

2 człowieczek (łac.)

3 Plaut (Tytus Makcjusz) – komediopisarz rzymski z przełomu III i II wieku p.n.e.; wprowadzał do swych utworów postaci z ludu.

4 motłoch miejski (łac.)

5 Cyceron (Marek Tuliusz) – polityk, mówca i filozof rzymski z w. p.n.e.

6 Burke (Edmund) – reakcyjny polityk angielski z drugiej połowy XVIII w.; zajadły przeciwnik rewolucji francuskiej,

ROZDZIAŁ DRUGI

WIELKI MIESZCZANIN

DZIEWIĘĆDZIESIĄT LAT I TRZYDZIEŚCI DWA ZĘBY

 

Przy ulicy Boucherat, przy ulicy Normandzkiej i przy ulicy Saintonge żyją do dziś dawni mieszkańcy, którzy znali jeszcze człowieka zwanego panem Gillenormandem i chętnie go wspominają. Człowiek ten był starcem już za czasów ich młodości. Dla tych, którzy melancholijnie spoglądają w niewyraźne rojowisko cieni nazywane przeszłością, postać jego nie całkiem jeszcze znikła z labiryntu ulic sąsiadujących z Tempie, którym za Ludwika XIV nadano nazwy wszystkich prowincji Francji, zupełnie tak samo jak za naszych czasów ulice nowej dzielnicy Tivoli otrzymały nazwy wszystkich stolic europejskich. W tym postępowaniu, powiedzmy nawiasem, widać skutki postępu.

Pan Gillenormand, który w 1831 r. był jak najbardziej żywy, należał do rzędu tych ludzi, którzy wzbudzają chęć oglądania ich jedynie dlatego, że długo żyli, i którzy niezwykli są dlatego, że niegdyś podobni do wszystkich, stali się niepodobnymi do nikogo. Był to niezwykły starzec i prawdziwy przedstawiciel innego wieku, doskonały i nieco wyniosły mieszczanin z osiemnastego stulecia, dumny ze swego starego mieszczańskiego rodu jak markiz ze swego markizatu. Ukończywszy dziewięćdziesiąt lat, chodził prosto, mówił głośno, widział wyraźnie, pił do dna, jadł, spał i chrapał. Miał wszystkie trzydzieści dwa zęby. Okulary wkładał tylko do czytania. Był usposobienia koch­liwego, lecz twierdził, że od dziesięciu lat stanowczo i ostatecznie wyrzekł się kobiet. Powiadał, że nie może się już im podobać, ale nie dodawał: Jestem zbyt stary – lecz: Jestem zbyt ubogi. Mówił: Gdybym nie był zrujnowany... ho, ho! Istotnie, pozostał mu tylko dochód około piętnastu tysięcy liwrów7. Marzeniem jego było dostać spadek i mieć sto tysięcy franków renty, ażeby móc utrzymywać kochanki. Nie należał więc, jak widzimy, do rodzaju tych schorowanych osiemdziesięciolatków, którzy, jak Wolter, konają przez całe życie; nie była to długowieczność pękniętego garnka; ten chwacki starzec był zawsze zdrów. Powierzchowny, gwałtowny, łatwo wpadał w gniew. Burzył się z każdego powodu, najczęściej bez żadnej rozumnej przyczyny. Kiedy mu kto przeczył, podnosił laskę i bił jak za czasów wielkiego stulecia. Miał córkę przeszło pięćdziesięcioletnią, niezamężną, którą w gniewie tłukł mocno, a chętnie by ją nawet ćwiczył batem, jak gdyby miała osiem lat. Energicznie policzkował służbę, mówiąc: O, ty ścierwo! Pan Gillenormand uwielbiał Burbonów, a rok 1789 budził w nim wstręt i zgrozę; opowiadał nieustannie, w jaki sposób uratował się w czasie terroru i ile potrzebował wesołości i dowcipu, ażeby ocalić głowę. Kiedy kto z młodzieży odważył się pochwalić w jego obecności republikę, siniał i wpadał w gniew aż do utraty zmysłów. Czasami robił aluzję do swoich dziewięćdziesięciu lat i powiadał: Mam nadzieję, że nie będę oglądał dwa razy roku dziewięćdziesiątego trzeciego.

NA CHWILĘ ZJAWIA SIĘ MAGNON I JEJ DWAJ MALCY

Pan Gillenormand uzewnętrzniał ból w postaci złości; wściekał się na własną rozpacz. Miał on wszystkie możliwe przesądy i pozwalał sobie na wszelkie wybryki. Do cech, które składały się na jego zewnętrzny obraz i dostarczały mu wewnętrznej satysfakcji, należało przekonanie, że jest wciąż kobieciarzem, tudzież skłonność do uchodzenia za takiego w najwyższym stopniu. Mawiał, że to znaczy mieć „renomę królewską”. Ta królewska renoma robiła mu czasem osobliwe niespodzianki. Pewnego dnia przyniesiono mu w kobiałce, niczym dwa tuziny ostryg, okazowego noworodka, drącego się wniebogłosy i należycie opatulonego w powijaki, a którego ojcostwo przypisywała mu odprawiona przed pół rokiem służąca. Pan Gillenormand miał wtedy ni mniej, ni więcej tylko osiemdziesiąt cztery lata. W całym domu oburzenie i rwetes. Co ta bezwstydna łajdaczka sobie myśli? Co za bezczelność! Co za ohydne oszczerstwo! Pan Gillenormand natomiast wcale się nie zdenerwował. Popatrzył na powijaki z dobrotliwym uśmiechem człowieka, który w oszczerstwie odczuwa pochlebstwo, i powiedział do obecnych: – No i co? Co się stało? Co w tym jest nadzwyczajnego? Rozdziawiliście usta jak ludzie, którzy o niczym nie mają pojęcia. Książę d’Angoulême, bękart jego królewskiej mości Karola IX, ożenił się w osiemdziesiątym piątym roku życia z piętnastoletnią podfruwajką; markiz d’Alluye, brat kardynała de Sourdis, arcybiskupa Bordeaux, liczył sobie osiemdziesiąt trzy lata, kiedy miał z pokojówką pani Jacquin, żony prezesa trybunału, prawdziwe dziecko miłości, syna, który został później kawalerem maltańskim i radcą stanu. W takich wypadkach nie ma nic niezwykłego. A co się dzieje w Biblii? To rzekłszy, oświadczam, że ten mały jegomość nie jest moim dzieckiem, ale proszę zająć się nim, bo to nie jego wina. – Gest był pełen dobroduszności. Ta sama kreatura imieniem – Magnon – obdarzyła go po roku nową przesyłką. Był to znowu chłopiec. Tym razem pan Gillenormand skapitulował. Powierzył matce obu malców, zobowiązując się łożyć na ich utrzymanie osiemdziesiąt franków miesięcznie pod warunkiem, że wzmiankowana matka nie będzie już tego powtarzała. Dodał przy tym: – Życzę sobie, żeby matka dobrze traktowała chłopców. Od czasu do czasu będę ich odwiedzał. Tak też czynił.

Żonaty był dwukrotnie: z pierwszej żony miał córkę, która pozostała panną; z drugiej – również córkę, która umarła około trzydziestego roku życia. Ta, z miłości, przypadku czy też z innej przyczyny, poślubiła żołnierza, który służył w wojsku republiki i cesarstwa, pod Austerlitz dostał order, a pod Waterloo został pułkownikiem.

– To zakała rodziny – powiadał stary mieszczanin. Zażywał dużo tabaki i ze szczególnym wdziękiem strzepywał ręką swój koronkowy żabot. Bardzo mało wierzył w Boga.

DWIE OSOBY TO NIEKONIECZNIE PARA

Pan Gillenormand, jak powiedzieliśmy przed chwilą, miał dwie córki. Dzieląca je różnica wieku wynosiła dziesięć lat. W młodości niewiele były do siebie podobne i tak z charakteru, jak i z twarzy zgoła nie wyglądały na siostry. Młodsza była to urocza dusza, rwąca się do wszystkiego, co było światłem, zajęta kwiatami, wierszami i muzyką, ulatująca w świetlne przestworza, eteryczna entuzjastka, od lat dziecinnych zaręczona idealnie z jakąś mglistą postacią bohatera. Starsza miała także swoje marzenia, widziała w błękitach jakiegoś dostawcę, jakiegoś grubego i bogatego liweranta8, męża odpowiednio głupiego, milion w postaci mężczyzny, albo też prefekta; przyjęcia w prefekturze, woźny w przedpokoju z łańcuchem na szyi, oficjalne bale, przemowy w merostwie; zostać „panią prefektową”, oto, co wypełniało zgiełkiem jej wyobraźnię. Obie siostry, będąc dziewczętami, błąkały się w ten sposób, każda w swoim marzeniu. Obie miały skrzydła: jedna anioła, druga gęsi.

Żadna ambicja nie ziszcza się całkowicie, na tym padole przynajmniej. Żaden raj nie staje się ziemski w czasach, w których żyjemy. Młodsza zaślubiła człowieka ze swych snów, ale umarła. Starsza wcale nie wyszła za mąż.

W naszym opowiadaniu zjawia się już jako stara panna, ogniotrwale cnotliwa, obdarzona jednym z najostrzejszych nosów i jednym z najtępszych umysłów, jakie kiedykolwiek można było oglądać. Szczegół charakterystyczny: poza najbliższą rodziną nikt nie znał jej chrzestnego imienia. Nazywano ją: panna Gillenormand starsza.

Co do pruderii, panna Gillenormand starsza mogła wytrzymać porównanie z każdą angielską miss. Była to wstydliwość posunięta aż do obrzydliwości. Miała jedno straszne wspomnienie w swoim życiu: pewien mężczyzna ujrzał raz jej podwiązkę. Wiek powiększył jeszcze tę nielitościwą wstydliwość. Stanik jej nigdy nie był dość nieprzejrzysty i nigdy nie dochodził dosyć wysoko pod szyję. Zapinała się na liczne haftki i agrafki tam, gdzie nikomu nawet nie śniło się spojrzeć. Jest to właściwością pruderii, że tym więcej mnoży środków obrony, im mniejsze niebezpieczeństwo grozi fortecy.

Jednak (niech wytłumaczy, kto potrafi, te stare tajemnice dusz niewinnych) bez przykrości pozwalała całować się oficerowi ułanów, który był wnukiem jej stryjenki i nazywał się Teodul.

Zarządzała domem ojca. Pan Gillenormand miał przy sobie córkę, tak jak ksiądz Benvenuto miał przy sobie siostrę. Takie gospodarstwa, złożone ze starca i starej panny, nie są rzadkie i zawsze przedstawiają rozczulający widok dwóch słabości wspierających się nawzajem.

Oprócz tego zaś, pomiędzy starą panną i starcem, było jeszcze w tym domu dziecko, chłopczyk, zawsze drżący i milczący w obecności pana Gillenormanda. Pan Gillenormand nie mówił nigdy inaczej do tego dziecka jak głosem surowym, a często z podniesioną laską:

– Tu, paniczu! Chodź tu, hultaju, uliczniku, zbliż się! Odpowiadaj, nicponiu! Pokaż się, ty ladaco! – itp. itp. Jednocześnie ubóstwiał go.

Był to jego wnuk. Spotkamy się jeszcze z tym dzieckiem.

7 Liwr – pierwotnie funt srebra, później – w potocznym użyciu – tyle co frank.

8 Liwerant (fr.) – dostawca artykułów żywnościowych i wyposażenia technicznego dla wojska.

ROZDZIAŁ TRZECI

DZIADEK I WNUK

DAWNY SALON

Kiedy pan Gillenormand mieszkał na ulicy Servandoni, bywał w kilku bardzo wytwornych i bardzo arystokratycznych salonach. Przyjmowano tam pana Gillenormanda, choć był mieszczaninem. Ponieważ miał rozum podwójny: ten, który w istocie posiadał, i ten, który mu przypisywano, więc poszukiwano go i fetowano. Bywał tylko tam, gdzie wiedział, że jest pożądany i poważany. Są ludzie, którzy pragną za wszelką cenę mieć wpływy i zwracać na siebie uwagę; tam więc, gdzie nie mogą być wyrocznią, stają się błaznami. Pan Gillenormand nie był człowiekiem tego rodzaju; swych przewag w salonach rojalistycznych, do których uczęszczał, nie zdobywał kosztem szacunku dla samego siebie. Był wyrocznią wszędzie. Zdarzało mu się stawić czoło panu de Bonald, a nawet panu Bengy-Puy-Vallée9.

Około 1817 roku dwa popołudnia w tygodniu spędzał niezmiennie w jednym z sąsiednich domów, przy ulicy Férou, u pani baronowej de T., godnej i szanownej osoby, której mąż za Ludwika XVI był ambasadorem Francji w Berlinie. Baron de T., który za życia swego zajmował się namiętnie uniesieniami i wizjami magnetycznymi, zmarł zrujnowany na emigracji, pozostawiając za cały majątek dziesięć tomów rękopisu – oprawnych w czerwony safian ze złoconymi brzegami – bardzo ciekawych wspomnień o Mesmerze i jego misce10. Pani de T. przez poczucie godności nie ogłosiła tych pamiętników i utrzymywała się z małej renty, która nie wiedzieć jak ocalała. Pani de T. żyła z daleka od dworu, tego, jak powiadała, „bardzo mieszanego towarzystwa”, w odosobnieniu szlachetnym, dumnym i ubogim. Kilku przyjaciół zbierało się dwa razy na tydzień przy jej wdowim kominku i w ten sposób tworzył się salon czysto rojalistyczny. Piło się tam herbatę i – stosownie do elegijnego lub dytyrambicznego11 usposobienia – albo ubolewano, albo oburzano się na wiek, na kartę konstytucyjną, na bonapartystów, na prostytucję orderu św. Ducha, rozdawanego mieszczanom, na jakobinizm Ludwika XVIII i mówiono po cichu o nadziejach, które budził Monsieur, późniejszy Karol X12.

Pan Gillenormand przychodził zwykle w towarzystwie swojej córki, wysokiej, chudej panny, która skończyła już wówczas czterdzieści lat, a zdawała się mieć ich pięćdziesiąt, i ślicznego siedmioletniego chłopczyka, białego, różowego, świeżego, z oczami pełnymi szczęścia i ufności, który przy każdym pojawieniu się w tym salonie słyszał dookoła szept: Co za piękny chłopiec! Jaka szkoda! Biedne dziecko! O tym to właśnie chłopcu mówiliśmy przed chwilą. Nazywano go biednym dzieckiem, ponieważ miał ojca „zbója znad Loary”13.

Zbójem znad Loary był zięć pana Gillenormanda, o którym już wspominaliśmy, a którego pan Gillenormand nazywał „zakałą rodziny”.

JEDNO Z CZERWONYCH WIDM TEGO CZASU

Kto by przechodził w tej epoce przez miasteczko Vernon i zatrzymał się na pięknym, monumentalnym moście, na którego miejscu, jak należy się spodziewać, już wkrótce stanie jakiś okropny most żelazny, ten spoglądając w dół, mógł zobaczyć mężczyznę lat około pięćdziesięciu w skórzanym kaszkiecie, w spodniach i kurtce z grubego szarego sukna, przy której wisiało coś żółtego, co było niegdyś czerwoną wstążeczką; człowiek ten nosił drewniane trepy, był opalony od słońca, miał twarz prawie czarną, włosy prawie białe i szeroką bliznę sięgającą od czoła aż do policzka. Pochylony, zgarbiony, postarzały przedwcześnie, przechadzał się prawie codziennie z rydlem i nożem ogrodniczym w ręku po jednym z tych otoczonych murami skrawków gruntu, które leżą w pobliżu mostu i rozciągają się łańcuchem wzdłuż lewego brzegu Sekwany; te urocze placyki, pełne kwiatów, wyglądałyby na ogrody, gdyby były o wiele większe, a na bukiety, gdyby były jeszcze trochę mniejsze. Na jednym krańcu placyku stał domek, drugi kraniec przytykał do rzeki. Człowiek w kaftanie i w trepach, o którym mówimy, mieszkał około 1817 r. w najmniejszym z tych ogródków i w najskromniejszym z tych domków. Mieszkał samotnie, cicho i ubogo, z kobietą ani młodą, ani starą, ani ładną, ani brzydką, ani chłopką, ani mieszczką, która mu usługiwała. Kawałek ziemi, który on nazywał swoim ogrodem, słynął w mieście z pięknych kwiatów, które tam hodował. Zajmował się tylko tymi kwiatami.

 

Ktokolwiek czytywał w tym czasie pamiętniki wojenne, biografie, „Monitora” i biuletyny wielkiej armii, ten niechybnie zauważył tam nazwisko powtarzające się dosyć często, nazwisko Jerzego Pontmercy. Pod Waterloo dowodził on szwadronem kirasjerów w brygadzie Dubois. Zdobył też sztandar pułku luneburskiego. Złożył tę zdobycz u stóp cesarza. Był cały zakrwawiony, gdyż podczas walki o sztandar dostał cięcie szablą w głowę. Cesarz zadowolony, zawołał do niego:

– Jesteś od dziś pułkownikiem, baronem i oficerem Legii Honorowej!

Pontmercy odpowiedział:

– Najjaśniejszy panie, dziękuję w imieniu tej, która będzie wdową po mnie.

Po godzinie padł w wąwozie Ohain. A kim był teraz ten Jerzy Pontmercy. Właśnie „zbójem znad Loary”.

Znamy już pewien fakt z jego dziejów. Po bitwie pod Waterloo Pontmercy wyciągnięty – jak sobie przypominamy – z wąwozu Oham dogonił armię i przerzucany z ambulansu do ambulansu dotarł aż do obozu nad Loarą.

Restauracja wyznaczyła mu połowę żołdu, a następnie zesłała go na pobyt, to znaczy pod dozór, do miasteczka Vernon. Król Lud­wik XVIII, uważając za niebyłe to, co zaszło podczas Stu Dni, nie uznał ani jego godności oficera Legii Honorowej, ani jego stopnia pułkownika, ani jego tytułu barona. On zaś przy każdej sposobności podpisywał się: „Pułkownik baron Pontmercy”.

Nie miał nic prócz bardzo lichego półżołdu dowódcy szwadronu. Wynajął w Vernon najmniejszy domek, jaki mógł znaleźć. Żył tam samotny, widzieliśmy, w jaki sposób. Za cesarstwa, pomiędzy dwiema wojnami, znalazł czas, żeby poślubić pannę Gillenormand. Stary mieszczanin, oburzony do głębi, zgodził się, wzdychając i mówiąc:

– Największe rodziny bywają do tego zmuszone.

W roku 1815 pani Pontmercy, kobieta zresztą pod każdym względem zasługująca na uwielbienie, wykształcona i niepospolita, godna swego męża, umarła, pozostawiając dziecko. Dziecko to byłoby radością pułkownika w jego osamotnieniu, ale dziadek gwałtownie domagał się wnuka, oświadczając, że wydziedziczy chłopca, jeżeli mu go nie oddadzą. Ojciec ustąpił w interesie małego i nie mogąc mieć dziecka, pokochał kwiaty.

Wyrzekł się zresztą wszystkiego, nie ruszał się z wyznaczonego mu miejsca zamieszkania, nie spiskował. Dzielił swoje myśli pomiędzy niewinne czynności, które wypełniały mu teraźniejszość, i wielkie czyny, których dokonał w przeszłości. Spędzał czas, czekając na rozkwitnięcie goździka lub wspominając Austerlitz.

Pan Gillenormand nie utrzymywał żadnych stosunków ze swoim zięciem. Pułkownik był dla niego „bandytą”, a on był dla pułkownika „zakutym łbem”. Pan Gillenormand nigdy nie mówił o pułkowniku, czasem tylko robił szydercze aluzje do jego „baronostwa”. Dziadek zastrzegł sobie wyraźnie, że Pontmercy nie będzie się starał widywać syna ani z nim mówić, pod groźbą wydziedziczenia i odesłania mu chłopca. Dla Gillenormandów Pontmercy był trędowaty. Chcieli wychować dziecko po swojemu. Pułkownik może postąpił niesłusznie, przyjmując takie warunki, ale uległ im, sądząc, że dobrze robi i że poświęca tylko siebie. Spadek po panu Gillenormandzie był niewielki, lecz spadek po pannie Gillenormand był znaczny. Ciotka ta, która pozostała niezamężna, była bardzo bogata po matce i syn siostry był jej naturalnym spadkobiercą. Dziecko, które miało na imię Mariusz, wiedziało, że ma ojca, i tylko tyle. Nikt ani słówkiem nie odzywał się o nim w jego obecności. Jednakże szepty, półsłówka, mruganie osób z towarzystwa, do którego wprowadzał go dziadek, przeniknęły wreszcie do świadomości malca, a że w sposób naturalny coraz bardziej nasiąkał poglądami i przekonaniami, które go otaczały jak powietrze, zaczął myśleć o swoim ojcu ze wstydem i ze ściśniętym sercem.

Kiedy chłopiec rósł, pułkownik co drugi lub trzeci miesiąc znikał, aby po kryjomu, jak przestępca wydalający się spod dozoru policyjnego, pojechać do Paryża i pójść do kościoła św. Sulpicjusza w godzinach, kiedy ciotka Gillenormand przyprowadzała tam Mariusza na mszę. I drżąc, żeby ciotka się nie odwróciła, ukryty za filarem, bez ruchu, wstrzymując oddech, patrzył na swoje dziecko. Ten człowiek z blizną na czole bał się starej panny.

To dało początek jego znajomości z księdzem Mabeufem, proboszczem w Vernon.

Brat proboszcza był skarbnikiem u św. Sulpicjusza14 i często widział mężczyznę, który się wpatrywał w dziecko, widział szramę na jego twarzy i wielkie łzy w oczach. Pewnego dnia, przybywszy do Vernon, aby odwiedzić brata, minął na moście pułkownika Pontmercy i rozpoznał człowieka z kościoła św. Sulpicjusza. Powiedział o tym proboszczowi i obaj pod jakimś pretekstem złożyli pułkownikowi wizytę. Po pierwszej wizycie przyszły następne. Pułkownik, z początku bardzo zamknięty, zaczął się wreszcie zwierzać, dzięki czemu proboszcz i skarbnik poznali całą historię i dowiedzieli się, że Pontmercy poświęca swoje szczęście dla przyszłości dziecka. Proboszcz poczuł głęboki i tkliwy szacunek dla niego, a pułkownik ze swej strony polubił proboszcza.

Dwa razy na rok, pierwszego stycznia i na św. Jerzego, Mariusz pisał do swego ojca obowiązkowe listy, które mu dyktowała ciotka, i które były jakby skopiowane z podręcznika korespondencji: pan Gillenormand tolerował tylko tyle; ojciec odpowiadał listami pełnymi czułości, a dziadek bez czytania chował je do kieszeni.

KONIEC ZBÓJA

Mariusz Pontmercy, jak wszystkie małe dzieci, uczył się tego i owego. Kiedy wyszedł z rąk ciotki Gillenormand, dziadek powierzył go poważnemu pedagogowi, który był okazem nieskomplikowanej inteligencji klasyków.

Ta młoda, otwierająca się dusza przeszła z rąk pruderii w ręce pedanta. Mariusz chodził przez kilka lat do kolegium, później wstąpił na wydział prawa. Był rojalistą fanatycznym i surowym. Dziadka, który go raził swoim humorem i cynizmem, kochał mało; na temat ojca milczał posępnie. Był to zresztą chłopiec zapalczywy i opanowany, szlachetny, wspaniałomyślny, dumny, religijny, egzaltowany; prawy aż do surowości, czysty aż do dzikości.

Kiedy kończył naukę szkolną, pan Gillenormand pożegnał się z życiem towarzyskim. Starzec przestał bywać na przedmieściu Saint-Germain, w salonie pani de T., i osiadł we własnym domu przy ulicy Panien Kalwaryjskich. Służba jego składała się z pokojówki Nikoletty i dychawicznego Baskijczyka.

W roku 1827 Mariusz skończył lat siedemnaście. Pewnego wieczoru, wracając do domu, ujrzał, że dziadek jego trzyma w ręku list.

– Mariuszu – rzekł pan Gillenormand – jutro pojedziesz do Vernon.

– Po co? – zapytał Mariusz.

– Zobaczyć się z ojcem.

Mariusz zadrżał. Wszystko przypuszczał, z wyjątkiem tego, że mógłby kiedyś zobaczyć się z ojcem. Nic nie mogło być dla niego bardziej niespodziewane, bardziej zadziwiające i – powiedzmy od razu – bardziej nieprzyjemne. Już nawet nie zmartwienie, lecz po prostu pańszczyzna.

Mariusz miał nie tylko polityczne powody niechęci, ale był także przekonany, że ojciec jego, ten rębajło – jak go nazywał pan Gillenormand w chwilach dobrego usposobienia – nie kochał go; było to oczywiste, ponieważ porzucił syna i zostawił na łasce innych. Nie czując się kochanym, sam też nie kochał. To przecież całkiem proste – powiadał sobie.

Był tak zdumiony, że nawet o nic nie zapytał pana Gillenormanda. Dziadek odezwał się znowu:

– Zdaje się, że jest chory. Wzywa cię. – A po chwili milczenia dodał: – Jedź jutro z rana. Zdaje mi się, że z placu des Fontaines odchodzi powóz o szóstej, a przybywa na miejsce wieczorem. Pojedź nim. Twój ojciec pisze, że to pilne.

Po czym zmiął list i wsunął go do kieszeni.

Mariusz mógłby pojechać jeszcze tego samego wieczoru i być na drugi dzień rano u ojca. W tym czasie dyliżans z ulicy Bouloi wyruszał wieczorem do Rouen i przejeżdżał przez Vernon. Ani pan Gillenormand, ani Mariusz nie pomyśleli, żeby zasięgnąć wiadomości w tym względzie.

Nad wieczorem następnego dnia Mariusz przybył do Vernon. Zaczynano już zapalać świece. Pierwszego napotkanego przechodnia zapytało dom pana Pontmercy. Był bowiem tego samego zdania co Restauracja i również nie przyznawał ojcu ani baronostwa, ani stopnia pułkownika.

Wskazano mu, gdzie mieszka. Zadzwonił; otworzyła drzwi kobieta trzymająca w ręku małą lampkę.

– Czy zastałem pana Pontmercy? – zapytał Mariusz.

Kobieta nie poruszyła się.