Wbrew wskazówkom zegaraTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożył

Maciej Szymański


Dom Wydawniczy REBIS

Poznań 2013

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Świat do góry nogami

Jest co najmniej sześć rodzajów twórczego myślenia: abstrahowanie, tworzenie skojarzeń, dedukcja, indukcja, metaforyzowanie oraz transformowanie. Wszystkie je można ćwiczyć i w ten sposób uelastyczniać umysł. Jeśli chodzi o ostatni rodzaj, czyli transformowanie, można to robić na wiele sposobów, a jednym z moich ulubionych jest zabawa w „Operatora WCK”: gdy mamy jakiś problem, na przykład zlecono nam budowę hali produkcyjnej i nie bardzo wiemy, jak się do tego zabrać – napotykamy bowiem wiele problemów prawnych, finansowych czy technicznych – możemy w wyobraźni odkształcić czekające nas wyzwania: zmienić ich rozmiary (od zera do nieskończoności), rozciągnąć bądź skrócić czas niezbędny do ich wykonania (także od zera do wieczności) oraz ograniczyć bądź zwiększyć dostępne zasoby finansowe (choć na pierwszy rzut oka wydaje się to niedorzeczne, warto czasami pomyśleć, co by było, gdybyśmy nie mieli żadnych pieniędzy do zagospodarowania, albo odwrotnie – gdybyśmy dysponowali nieograniczoną ilością zer na koncie). Takie transformacje nierzadko pomagają dostrzec niewidzialne dotąd cechy problemu: zmiany wymiarów bądź ograniczeń czasowych mogą otworzyć furtkę dla nowych rozwiązań, przekształcenia kosztów ułatwiają zrozumienie kluczowych kwestii, a wszystko razem stanowi myślową dźwignię, dzięki której prace ruszają we właściwym kierunku. Widziałem niejednokrotnie pozytywne rezultaty takich ćwiczeń i nie mam wątpliwości, że są skuteczne.

Po lekturze Wbrew wskazówkom zegara jestem przekonany, że Philip K. Dick zaproszony do takiej twórczej gry stwierdziłby, że zwykłe minimalizowanie bądź maksymalizowanie wymiaru czasowego to za mało, i zaproponowałby odwrócenie temporalnego wektora, z pewnością wprowadzając innych uczestników ćwiczenia w zdumienie: „Jak to? Czas ma się… cofać?!”.

Z jakimi zagadnieniami autor Ubika miał nieustający problem? Względem czego wysilał swój umysł, na czym ćwiczył myślenie? Wydaje się, że nurtowały go dwa pytania: o naturę człowieka i rzeczywistości. W wypadku Wbrew wskazówkom zegara zajmuje się głównie tą drugą kwestią. Pyta o kształt rzeczy, jej prawdziwość, fenomen istnienia, i to nie tylko tu i teraz, ale także wszędzie i zawsze, czyli w domenie absolutu. Starając się w różnych tekstach pojąć rzeczywistość, imał się wielu formalnych sztuczek, które kwestionowały status quo, podważały oczywistości, wyważały najbardziej podstawowe aksjomaty, co w konsekwencji pozwalało ujrzeć tworzącą nasz wszechświat materię inaczej, pod innym kątem, a więc umożliwiało zbliżenie się do prawdy, czymkolwiek ona jest. W powieści Wbrew wskazówkom zegara autor prowadzi z czytelnikiem filozoficzną grę, odwracając bieg czasu. Wykorzystując ten zabieg, zadaje pytania, prowokuje, poddaje tropy. Mam wrażenie, że sam nie zna odpowiedzi, ale gdyby było inaczej, byłby dzisiaj czczony na świecie nie tylko jako znakomity pisarz i wizjoner, ale także jako mesjasz, twórca nowej religii.

Mówi się czasem, że wielka twórczość rodzi się z bólu. Tego z pewnością w życiu Dicka nie brakowało. Sprawiali mu go ludzie, ale i własne ciało. Po pierwsze był niedoceniony, gdy tego zapewne najbardziej potrzebował (choć został wyniesiony po śmierci, za co z pewnością jest ogromnie wdzięczny). Zwróćmy uwagę, że często w takich wypadkach mówi się eufemistycznie, że „miał ciężkie życie” albo że „życie go nie oszczędzało”, tymczasem chwila refleksji skłania ku konkluzji, że nie antropomorfizacja życia jest z reguły za taki, a nie inny los twórcy odpowiedzialna, lecz raczej współcześni mu krytycy, odbiorcy dzieł i, last but not least, koledzy zajmujący się tym samym rodzajem twórczości, ewidentnie bardziej dbający o własny interes niż docenienie zdolnego przyjaciela. Czasem katalizatorem bywają niekorzystne zbiegi okoliczności, przypadek, ogólnie ślepy los, zbyt często jednak obarczamy za tragiczny życiorys jakiegoś śmiertelnika niedookreślone okoliczności przyrody, a zbyt rzadko uświadamiamy sobie, że głównym środowiskiem człowieka są inni ludzie i to nie mokra fala rzuca nim najczęściej o skały, ale bliżsi tudzież dalsi towarzysze rejsu po tym łez padole.

Po drugie Dick nadużywał alkoholu i narkotyków. O takim zachowaniu często się mówi, że jest wynikiem słabego charakteru, złego wychowania, paskudnego dzieciństwa, niekorzystnego środowiska, wreszcie genów. Wszystko to z pewnością prawda, mnie jednak zawsze ciągnęło do nie mniej rzadkich tez, że substancje psychoaktywne stanowią swoiste wsparcie psyche: tak jak osoba ze złamaną nogą nie poradzi sobie bez kuli, a czasami wręcz wózka inwalidzkiego, tak nieszczęśnikowi o osłabionej psychice może być trudno żyć bez preparatów, które zrównoważą to, co w jego duszy, mimo wysiłków terapeutów i psychiatrów, chyli się w przepaść. Dick, jak można domniemywać, odbierał rzeczywistość – jedną z głównych zagadek jego dzieł – jako nadmiernie agresywną, wdzierającą się do głowy tak głośnym, natarczywym sygnałem, skrzeczącą na tak wielu zakresach, ogłuszającą i nieznośną, że trzeba było jej głos chemicznie osłabić (albo odkształcić), a potem zakląć w tekst i w ten sposób okiełznać. Niektórzy sugerują, że Dick cierpiał na schizofrenię, jednak nawet jeśli tak było, w jego dziełach tego nie widać, bo charakterystyczna dla tej choroby jest skrajna niespójność, tymczasem powieści autora Ubika są dość syntetyczne. Jeśli zaś był schizofrenikiem, mógł tę koherencję uzyskiwać wyłącznie dzięki geniuszowi (ale w takim razem choroba, która go trawiła, nie była już typową schizofrenią – nie jestem w stanie tego dociec), tak czy owak „normalnym” człowiekiem w statystycznym tego słowa rozumieniu Dick z pewnością nie był. Specyficzna konfiguracja psychiki twórcy oraz zażywane przez niego specyfiki odkształcające rzeczywistość niczym „Operator WCK”, wydały liczne owoce, w typowy dla Dicka sposób stawiające świat do góry nogami.

Oto tajemnicę wam objawiam: Nie wszyscy zaśniemy, ale wszyscy będziemy przemienieni. W jednej chwili, w oka mgnieniu, na odgłos trąby ostatecznej; bo trąba zabrzmi i umarli wzbudzeni zostaną jako nie skażeni, a my zostaniemy przemienieni.

Taki oto fragment Biblii autor serwuje nam na początku powieści i jest on dla jego twórczości szalenie charakterystyczny. Tekst jawi się po pierwszym czytaniu jako nie do końca zrozumiały, pobrzmiewa w nim sprzeczność, niezupełność – „nie wszyscy, ale wszyscy”, niektórzy będą nie skażeni, ale wszyscy będą przemienieni. Można tu wyczuć jakieś rozdarcie, szczelinę niekonsekwencji, chociaż de facto z logicznego punktu widzenia przytoczony fragment niekonsekwentny nie jest, tylko sama jego struktura powoduje, że na pierwszy rzut oka taki się wydaje. Jest to niejako uwertura dla następnych wydarzeń, kontekst, w którym można (chociaż nie trzeba, mam wrażenie, że autor daje tu wolność) je umieścić. Można więc już się domyślić, że treścią tej powieści są wydarzenia z gruntu nietypowe. Przypomina się notka, którą czyta na początku powieści bohater Ubika: „Wskoczcie do klozetu i stańcie na głowie. Ja żyję, a wyście pomarli, panowie”. Bohater, któremu się wydaje, że wiedzie normalne życie, dowiaduje się, że jest wręcz przeciwnie – i tak wstępuje na drogę do prawdy. Takie koany powodują, że czytelnik, jątrzony zagadką, zaczyna wchodzić w narrację Dicka niczym w silny, pełen zakrętów podwodny prąd i razem z nim zagłębia się coraz dalej, by w końcu zajrzeć w mrok.

W tajemnicę.

A pomagają mu w tym kapitalnie dobrane fragmenty filozoficznych rozważań Boecjusza, świętego Tomasza z Akwinu, Aureliusza Augustyna z Hippony, świętego Bonawentury… Czy też Jana Szkota Eriugeny: „Bóg nie zna rzeczy dlatego, że istnieją. Rzeczy istnieją dlatego, że On je zna, a Jego wiedza o nich jest ich esencją”.

Ten fragment autorstwa Eriugeny czytamy na początku rozdziału dziewiątego i nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nie tylko filozof w cudownym przebłysku geniuszu przewidział dziwy mechaniki kwantowej, ale i sam Dick wyczuwał jej niepokojące niedorzeczności.

Kilka następnych akapitów cząstkowo zdradza treść tej książki, sądzę jednak, że zapoznanie się z nimi nie popsuje przyjemności lektury, przeciwnie, w pewien sposób pomoże złamać jej niełatwy szyfr.

W opisywanym przez Dicka świecie uaktywniła się jakiś czas temu tak zwana Faza Hobarta, osobliwe zjawisko fizyczne, które spowodowało, że niektóre zdarzenia dzieją się wspak: palenie papierosów polega na wdmuchiwaniu w nie dymu (białe bibułki wydłużają się, wypełniają tytoniem, a na końcu bohaterowie powieści pakują je nietknięte do paczek po papierosach), jedzenie jest zwracane (wymiotowane) na talerze, potem wkładane do lodówek, a w końcu oddawane do sklepów, pocenie się polega na wychwytywaniu przez skórę drobin wilgoci z powietrza, które gruczoły skórne muszą potem wchłonąć, na dzień dobry mówi się „do widzenia”, a zamiast „żegnaj”, bohaterowie książki mówią „witam”. To jednak tylko zabawy autora, w pewien sposób symboliczne, trudno bowiem przy takim pomyśle utrzymać spójność wizji: nikt nie mówi do tyłu, większość wydarzeń ma swoje przyczyny w przeszłości, ludzie chodzą do przodu, podobnie jak w przód poruszają się pojazdy. Prawdziwie jednak kluczowym fenomenem jest jeszcze jeden efekt Fazy Hobarta: cząstki, które stanowiły niegdyś ciała osób pochowanych na cmentarzach, zaczynają wracać do mogił i w trumnach tworzą na powrót organizmy, które, gdy nadchodzi ich czas, ożywają: mózgi zaczynają funkcjonować, serca bić, a „staronarodzony” wszczyna w trumnie raban. Takich jak on wydostają z ziemi instytucje zwane vitariami, które zawodowo (i zarobkowo, co jest kolejnym interesującym pomysłem autora, bo stworzył dość zawiłe prawo mówiące o tym, komu i jak vitaria mogą staronarodzonego sprzedać) zajmują się wydobywaniem spod ziemi niedawnych nieboszczyków. Autor dość drobiazgowo opisał, jak z technicznego punktu widzenia może wyglądać taka akcja, przez co nadał dość kuriozalnemu zjawisku bardzo namacalną, pomysłową formę. Główny bohater powieści, Sebastian Hermes, także jakiś czas temu „staronarodzony”, jest szefem jednej z takich instytucji.

 

Kolejnym efektem Fazy Hobarta jest specyficzne „starzenie się” staronarodzonych, czyli… ubywanie biologicznych lat aż do okresu, gdy człowiek maleje, staje się dzieckiem, a potem zostaje przyjęty przez macicę wolontariuszki i tam wchłonięty przez jej ciało. Jeden z bohaterów powieści, policjant Joseph Tinbane, zastanawia się, jak to będzie, gdy zejdzie z tego świata w taki właśnie, odwrócony sposób. Dick tą refleksją uświadamia czytelnikowi prosty fakt: z punktu widzenia osi czasu narodziny niewiele różnią się od śmierci: po odejściu z tego świata (przy normalnym wektorze czasu) nie będzie nas dokładnie tak samo, jak nas nie było przed narodzinami. Zwróćmy jednak uwagę, że nikogo nie przeraża stan niebycia przed zapłodnieniem, za to z niechęcią myślimy o niebyciu ponownym – po zgonie. Staronarodzeni zaczynają istnieć w momencie śmierci, a umierają w akcie narodzin i jest to jeden z wielu cudownych momentów, dzięki którym Dick pomaga nam lepiej zrozumieć rzeczywistość, a jeśli nawet nie zrozumieć, to spojrzeć na nią… ze zdziwieniem (które, jak mi się wydaje, jest pierwszym etapem głębszego poznania).

Gdy w powieści fantastycznej wydarzenia obracają się wokół jednego, głównego pomysłu, część autorów za punkt honoru obiera sobie dokładne jego wytłumaczenie – wyjaśnienie mechanizmów, wszystkich konsekwencji tudzież efektów ubocznych – i w ten sposób powstaje opowieść będąca w sumie zakamuflowanym wykładem na temat jakiejś idei (tak można interpretować choćby Pierścień Larry’ego Nivena). Bywa też odwrotnie – autor bawi się wynikającymi z pomysłu konsekwencjami, wychwytuje tylko niektóre zależności, ale nie stara się go ani uspójnić, ani wyjaśnić, sedno historii zaś tkwi poza mechaniczną ideą wprawiającą ją w ruch. To właśnie dzieje się we Wbrew wskazówkom zegara. Oczekujących na szczegółowe wyjaśnienia, czym jest Faza Hobarta, dlaczego jej oddziaływanie na Marsie jest dużo słabsze niż na Ziemi, kiedy i dlaczego powstała oraz co dalej będzie z opisywaną rzeczywistością, od razu uspokoję – nie doczekacie się ich. Cóż, wypada to zaakceptować, bo po pierwsze autor nie przejmie się naszymi skargami (podobnie jak nie obchodzi go zasłużona sława), a po drugie nie jest to w powieści najważniejsze, za co po raz kolejny składam podziękowania nieżyjącemu, ale oby wkrótce staronarodzonemu Filipowi K. Dickowi. U niego najważniejszy nie jest pseudofizyczny pomysł, ale coś o wiele istotniejszego.

Autor wykorzystuje inny sposób twórczego myślenia, mianowicie dedukcję, i słusznie dostrzega, że wstający z grobu mogliby zachować wspomnienia z zaświatów. Wprawdzie staronarodzeni mają wielkie kłopoty z przypomnieniem sobie, jak „tam” było, lecz jeden z wkrótce zmartwychwstałych, niejaki Thomas Peak, może mieć do powiedzenia coś niebagatelnego, powszechnie się bowiem domniemywa, że skoro za życia był duchowym geniuszem, to po ożywieniu będzie pamiętał, co działo się między jego śmiercią a powrotem do żywych. Jednym słowem, może posiadać wiedzę o absolucie, bogu, bytowaniu poza czasem i przestrzenią, a to przecież Dicka interesuje najbardziej i chyba nie tylko jego. Czy właśnie nie tej wiedzy człowiek poszukuje od tysiącleci? I czy odpowiedź właśnie na to pytanie nie byłaby ostateczną prawdą o istnieniu? Warto tu zauważyć, że odwrócenie wektora czasu spowodowało, iż wiedza związana z przebywaniem naszej duszy w innej rzeczywistości stała się w ogóle dostępna. Staronarodzony już kiedyś żył, wiadomo, kim był, czym się zajmował, jakie miał osiągnięcia. Jego przebywanie w grobie jest tymczasowe, a po odrodzeniu będzie miał wszystkie wspomnienia z poprzedniego życia i – w wypadku Thomasa Peaka – być może nie tylko z niego. W naszej, nieliterackiej rzeczywistości rodzimy się jako nieświadome dzieci, jak więc mamy pamiętać, co było wtedy, gdy nas nie było? Z tego punktu widzenia pomysł Fazy Hobarta jest kapitalnym rozwiązaniem pytania „Co zrobić, by wreszcie zapamiętać, jak wygląda świat poza światem?”. No cóż, wystarczy, że narodzimy się ponownie jako dojrzali ludzie, a nie wyprane z myśli różowe bobaski.

Autor umiejętnie tworzy aurę tajemniczości, ale jak zwykle stawia więcej pytań, niż daje odpowiedzi, lub, by ująć to inaczej – odpowiedzi są ukryte między słowami, w surrealistycznej przestrzeni, nie zaś w jednoznacznie brzmiących doktrynach. Sama kompozycja książki jest, niczym film Quentina Tarantino, historią nie dającą się przewidzieć. Chociaż w wielu miejscach mamy do czynienia z powieścią niemal sensacyjną i akcja nierzadko przyspiesza w sposób wręcz filmowy, nie ma tu standardowych hollywoodzkich rozwiązań ani schematów fabuły dyktowanych wytartym wzorem walki dobra ze złem czy toposem nagrody i kary. Za każdym zakrętem akcji nas i bohaterów spotkać mogą zdarzenia i rozwiązania, które zmienią nurt opowieści. Deklaracje przestają obowiązywać, zamiary usychają, to, co wydawało się pewne, przestaje takie być, zrozumiały jeszcze kilka stron wcześniej kurs działań staje się nieaktualny, bo zmienił się układ sił. W ten sposób Sebastian Hermes, jego żona Lotta oraz funkcjonariusz Tinbane niczego nie mogą być pewni, a brak pewności wyzwala zarówno w nich, jak i w czytelniku metafizyczny niepokój. Dick zdaje się komunikować: „tylko w niepewności tkwi rozpadlina poznania, tylko dzięki labilności można dostrzec kształt rzeczy; nie oczekuj stabilności, nie szukaj oparcia, bo to wszystko ułudy, protezy, iluzje, prawdziwość istnienia odnajdziesz wyłącznie w rozdarciu”. Niby mamy potężne organizacje, takie jak złowieszcza Ludowa Biblioteka Miejska (tak, tak, rzeczywistą władzę w tym dziwnym świecie ma przerażająca biblioteka), zagadkowa Gmina Wolnych Murzynów (to nazwa niemal schizofreniczna, trzeba przyznać) czy tajemniczy kult uditów. Przy pewnym wysiłku intelektualnym możemy zrozumieć ich motywy (w wypadku biblioteki nie jest to takie łatwe), jeśli czytamy tekst uważnie, mamy szansę pojąć, dlaczego splot wydarzeń układa się tak, a nie inaczej, lecz to i tak nie wystarcza. Ze strony na stronę rysuje się coraz większe zagubienie bohaterów i ich bezsilność wobec bezwzględnych dziejowych wydarzeń, wobec czasu, który trochę płynie w „naszą”, a trochę we wsteczną stronę. Nawet miłość przestaje być u Dicka stałym kompasem: można się zakochać w kimś nagle i niespodziewanie, można kogoś zdradzić równie szybko, a przyczyny takich działań nie są zrozumiałe nawet dla samych zainteresowanych.

Gdy brakuje drogowskazów, wytycznych, cennych rad czy jakichkolwiek stałych, pozostaje instynktowne podejmowanie decyzji, pęd na ślepo, liczenie na traf, cud, rozwiązanie symboliczne. I oczywiście na to, jak zwykle u Dicka, możemy liczyć. I na wiele, wiele przemyśleń w związku z jego dziwną, odwróconą wizją. Życzę Wam miłej lektury, odkrywania metafizycznych tropów i radości ze znajdowania odpowiedzi, lub chociaż zadawania celnych pytań. Jeśli zaś odkryjecie coś ostatecznego… uważajcie.

Po prostu uważajcie.

Marcin Przybyłek


1

Miejsce nie istnieje; poruszamy się wstecz i w przód, a miejsca nie ma.

święty Augustyn

Późną nocą, szybując aerowozem patrolowym opodal wyjątkowo małego, leżącego na uboczu cmentarzyka, funkcjonariusz Joseph Tinbane usłyszał żałosne znajome dźwięki. Wołanie. Natychmiast skierował pojazd nad ostre żelazne pręty fatalnie utrzymanego ogrodzenia, wylądował po drugiej stronie i zaczął nasłuchiwać.

Stłumiony i słaby głos rozległ się ponownie:

– Nazywam się Tilly M. Benton i chciałabym stąd wyjść. Czy ktoś mnie słyszy?

Funkcjonariusz Tinbane włączył reflektor. Głos dobiegał spod trawy. Było tak, jak się spodziewał: pani Tilly M. Benton znajdowała się w grobie.

Pstryknąwszy włącznikiem mikrofonu pokładowej radiostacji, Tinbane zaczął meldować:

– Jestem na cmentarzu Forest Knolls… tak mi się przynajmniej wydaje… i mam tu 1206. Lepiej przyślijcie ambulans i ekipę techniczną. Sądząc po głosie tej kobiety, sprawa jest raczej pilna.

– Klik – odezwał się w odpowiedzi radiowy głośnik. – Do rana nie mamy kontaktu z kopaczami. Mógłbyś zrobić szyb awaryjny i dostarczyć jej powietrza? Przynajmniej dopóki nie zjawi się nasza ekipa… powiedzmy do dziewiątej–dziesiątej rano.

– Zrobię co się da – odparł Tinbane i westchnął ciężko. Taka odpowiedź z centrali oznaczała dla niego całonocne czuwanie przy grobie. Tymczasem zduszony, dobiegający spod ziemi coraz słabszy starczy głos domagał się pośpiechu. Był błagalny i nieustępliwy.

Tę część swojej pracy lubił najmniej. Krzyki umarłych… nienawidził ich, ale słyszał, słyszał je wyraźnie i coraz częściej. Krzyki mężczyzn i kobiet, w większości starych, choć nie zawsze – czasem także dzieci. I za każdym razem ekipa kopaczy leciała na miejsce całą wieczność.

Funkcjonariusz Tinbane ponownie pstryknął włącznikiem mikrofonu.

– Mam tego dość. Chcę dostać przeniesienie. Mówię poważnie, tym razem to oficjalna prośba.

Znów usłyszał dalekie, niecierpliwe, dobiegające spod ziemi wołanie leciwej damy:

– Proszę mi pomóc…! Chcę wyjść! Słyszycie mnie?! Wiem, że tu jesteście: słyszę, jak rozmawiacie.

Wystawiwszy głowę przez okno wozu patrolowego, funkcjonariusz Tinbane zawołał:

– Cierpliwości, łaskawa pani! Wkrótce panią wydobędziemy!

– A który mamy teraz rok?! – odkrzyknęła staruszka. – Ile czasu minęło?! Czy wciąż jest 1974? Muszę to wiedzieć; proszę, niech pan mi powie…

– Jest rok 1998 – odparł Tinbane.

– Mój Boże – jęknęła rozczarowana. – No cóż, chyba jakoś będę musiała się do tego przyzwyczaić.

– Rzeczywiście – zgodził się Tinbane. – Będzie pani musiała. – Policjant wydobył z chowanej popielniczki niedopałek papierosa, zapalił go i popadł w zadumę. Po chwili po raz trzeci włączył mikrofon. – Proszę o zgodę na kontakt z prywatnym vitarium.

– Odmawiam zgody – odpowiedziało radio. – Zbyt późna pora.

– A może – nie ustępował Tinbane – znajdzie się w okolicy choć jedno czynne? Wiem, że co większe na całą noc wypuszczają w trasę ambulanse zwiadowcze. – Tak naprawdę miał na myśli konkretne vitarium, nieduże i pracujące w nieco staroświeckim stylu. W każdym razie uczciwe, jeśli chodzi o metody sprzedaży.

– Jest środek nocy i nie wydaje mi się, żeby…

– Temu człowiekowi przydałby się ruch w interesie. – Tinbane podniósł słuchawkę umocowanego na desce rozdzielczej wideofonu. – Chciałbym rozmawiać z panem Sebastianem Hermesem – odezwał się do operatorki. – Proszę go znaleźć, zaczekam. Najpierw proszę spróbować w firmie, w Vitarium „Flaszka Hermesa”. Podejrzewam jednak, że na noc rozmowy są przełączane do jego rezydencji. – O ile biedaczysko może sobie jeszcze na nią pozwolić, dodał w myślach. – Proszę do mnie oddzwonić, gdy tylko będzie połączenie z panem Hermesem. – Odłożywszy słuchawkę, usiadł wygodniej, by wypalić papierosa.

Założycielem i opoką Vitarium „Flaszka Hermesa” był Sebastian Hermes, któremu pomagała skromna grupa pięciorga współpracowników. Nikogo nowego w tej firmie nie zatrudniono i nikt jeszcze nie został z niej wyrzucony. Sebastian uważał swoich podwładnych za członków rodziny – zresztą innej nie miał. Był stary, dobrze zbudowany i niespecjalnie przyjacielski. Ludzie z innego vitarium wykopali go zaledwie dziesięć lat wcześniej i wciąż jeszcze czuł, budząc się czasem w środku nocy, przenikliwy chłód grobu. Być może właśnie dlatego potrafił się zdobyć na współczucie wobec niedoli staronarodzonych.

Firma mieściła się w małym, drewnianym, wynajętym budynku, który przetrwał trzecią wojnę światową, a nawet początek czwartej. Teraz jednak, o tak późnej porze, Sebastian spał spokojnie we własnym mieszkaniu, w łóżku i w ramionach żony, Lotty. Owe pociągające, zawsze nagie, zawsze młode ramiona obejmowały go mocno. Lotta była znacznie młodsza od męża: miała dwadzieścia dwa lata wedle rachuby sprzed Fazy Hobarta, a tę właśnie rachubę należało stosować wobec osób, które jeszcze nie zmarły i nie zmartwychwstały, jak stary Sebastian.

 

Gdy cicho zabrzęczał stojący przy jego łóżku wideofon, w zawodowym odruchu sięgnął po słuchawkę.

– Dzwoni funkcjonariusz Tinbane, panie Hermes – odezwała się pogodnie operatorka.

– Tak – odpowiedział, nasłuchując w ciemności i wpatrując się w ledwie widoczny mały szary ekran.

Po chwili ukazała się na nim znajoma twarz młodego, opanowanego człowieka.

– Panie Hermes, mam żywą kobietę w cholernej dziurze zwanej Forest Knolls. Woła, żeby ją wypuścić. Mógłby pan przyjechać natychmiast czy sam mam zacząć wiercić szyb wentylacyjny? Oczywiście trzymam w wozie cały sprzęt.

– Zbiorę ekipę i zaraz będziemy na miejscu – odparł Sebastian. – Daj nam pół godziny. Sądzisz, że ona wytrzyma tak długo? – Hermes włączył lampkę nocną i wyjął przybory do pisania, zastanawiając się usilnie, czy kiedykolwiek słyszał o Forest Knolls. – Nazwisko?

– Pani Tilly M. Benton; tak przynajmniej twierdzi.

– W porządku – zakończył Sebastian i odłożył słuchawkę.

Lotta poruszyła się za jego plecami.

– Sprawy zawodowe? – spytała sennie.

– Tak – odpowiedział, wybierając numer Boba Lindy’ego, inżyniera vitarium.

– Chcesz, żebym przygotowała gorący sogum? – zapytała Lotta. Zdążyła już wygrzebać się z łóżka i teraz toczyła się, na poły śpiąca, w stronę kuchni.

– Chcę – odrzekł. – Dzięki. – Ekran rozjarzył się ponownie i pojawiła się na nim ponura, chuda i wymięta twarz zrzędliwego technika, jedynego w firmie. – Spotkasz się ze mną w miejscu zwanym Forest Knolls – oznajmił Sebastian. – I to tak szybko, jak tylko możesz. Będziesz musiał zajrzeć do warsztatu po sprzęt czy…?

– Mam wszystko ze sobą – wymamrotał zirytowany Lindy. – W wozie. Klik. – Zaspany mężczyzna skinął głową i przerwał połączenie.

Lotta zdążyła już wrócić z kuchni.

– Nastawiłam sogum. Mogę lecieć z wami? – Odnalazłszy szczotkę, poczęła wprawnie czesać grzywę ciężkich ciemnobrązowych włosów. Sięgały jej niemal do pasa, a ich intensywny odcień doskonale pasował do koloru jej oczu. – Lubię patrzeć, jak wyjmuje się ich z grobów. Prawdziwy cud. To jeden z najwspanialszych widoków, jakie zdarzyło mi się oglądać; całkiem jakby potwierdzały się słowa świętego Pawła: „Gdzież jest, o śmierci, twoje zwycięstwo?”1 – Przez chwilę czekała z nadzieją, po czym dokończyła czesanie i zaczęła szukać w szufladach biało-niebieskiego narciarskiego swetra, który najczęściej nosiła.

– Zobaczymy – odrzekł Sebastian. – Jeśli nie uda mi się skompletować całej ekipy, w ogóle nie weźmiemy tej sprawy. Trzeba będzie zostawić ją w rękach policji albo zaczekać do rana… i mieć nadzieję, że będziemy pierwsi – zakończył, wybierając numer doktora Signa.

– Rezydencja Signów – odezwał się znajomy głos lekko podpitej kobiety w średnim wieku. – O, pan Hermes. Nowa robota? Tak szybko? Może dałoby się poczekać do rana?

– Stracimy ją, jeśli będziemy czekać – odparł Sebastian. – Przykro mi, że wyciągam go z łóżka, ale naprawdę potrzebujemy tego zlecenia. – Zanim odłożył słuchawkę, podał kobiecie nazwę cmentarza i nazwisko staronarodzonej.

– Przyniosłam ci sogum – powiedziała Lotta, wychodząc z kuchni z ceramicznym naczyniem i ozdobną rurką w dłoni. Bluzę jej piżamy zakrywał wielki narciarski sweter.

Hermes musiał nawiązać kontakt z jeszcze jedną osobą: pastorem firmy, wielebnym Jeramym Faine’em. Przysiadł niepewnie na brzegu łóżka i jedną ręką wybrał numer na klawiaturze wideofonu, drugą starając się utrzymać w należytym położeniu naczynie z sogumem.

– Możesz ze mną polecieć – zwrócił się do Lotty. – W obecności innej kobiety nasza starsza pani… zakładam, że jest starsza… może poczuć się pewniej.

Ekran urządzenia błysnął, a świetlne punkty ułożyły się w portret niemłodego już mężczyzny nikczemnej postury, wielebnego Faine’a, który niczym sowa zamrugał nerwowo powiekami, jakby dał się przyłapać na nocnej rozpuście.

– Tak, Sebastianie? – rzekł, a jego głos jak zwykle był najzupełniej trzeźwy. Spośród pięciorga pracowników vitarium tylko wielebny Faine sprawiał wrażenie zawsze gotowego na wezwanie. – Czy wiemy, jakiego wyznania jest staronarodzona?

– Gliniarz o tym nie wspomniał – odparł Sebastian. Dla niego nie miało to większego znaczenia, firmowy pastor znał się bowiem na wszystkich religiach, nie wyłączając judaizmu i udi, choć powracający do życia udici nieczęsto podzielali ten pogląd. Jednak bez względu na to, czy im się to podobało, czy nie, „Flaszka Hermesa” oferowała im usługi wielebnego Faine’a.

– Więc to już postanowione? – upewniła się Lotta. – Lecimy?

– Tak. Mamy już wszystkich, których potrzebujemy. – Mieli Boba Lindy’ego do założenia szybu wentylacyjnego i obsługi maszyn kopiących, doktora Signa do udzielenia natychmiastowej, prawie zawsze koniecznej, pomocy medycznej oraz ojca Faine’a do odprawienia Sakramentu Cudownego Odrodzenia… A następnego dnia, w godzinach pracy, mogli powierzyć Cheryl Vale wykonanie skomplikowanej papierkowej roboty, R.C. Buckleyowi zaś – przygotowanie oferty i znalezienie odpowiedniego nabywcy.

Ta część interesu – związana ze sprzedażą – nieszczególnie odpowiada moim poglądom, myślał Hermes, wkładając obszerny garnitur, który nosił zwykle w chłodne noce. Za to R.C. po prostu przepadał za tą robotą. Swoją koncepcję sprzedaży nazywał pozycjonowaniem lokacyjnym – był to elegancki termin oznaczający ni mniej, ni więcej tylko wciśnięcie komuś staronarodzonego osobnika. To właśnie Buckley zajmował się lokowaniem starców w „specjalnie wybranym ożywczym środowisku o sprawdzonych referencjach”, ale w rzeczywistości sprzedawał ich komu popadło, o ile tylko cena była wystarczająco wygórowana, by zapewnić jego pięcioprocentowej prowizji odpowiednią wysokość.

Lotta podeszła za Sebastianem do szafy, z której wyciągnął płaszcz.

– Czytałeś kiedyś tę część pierwszego listu do Koryntian w wersji NEB? Wiem, że ten przekład się starzeje, ale zawsze go lubiłam.

– Lepiej skończ się ubierać – poprosił łagodnie.

– Dobrze. – Dziewczyna posłusznie kiwnęła głową i ruszyła na poszukiwanie spodni oraz wysokich butów z miękkiej skóry, które uwielbiała. – Właśnie próbuję nauczyć się tego kawałka na pamięć; w końcu jestem twoją żoną, a te słowa odnoszą się bezpośrednio do pracy, którą my… to znaczy ty wykonujesz. Posłuchaj. Tak to się zaczyna… to znaczy… cytuję: „Oto tajemnicę wam objawiam: Nie wszyscy zaśniemy, ale wszyscy będziemy przemienieni. W jednej chwili, w oka mgnieniu, na odgłos trąby ostatecznej; bo trąba zabrzmi i umarli wzbudzeni zostaną jako nie skażeni, a my zostaniemy przemienieni”2.

– „Trąba zabrzmiała” – rzekł w zamyśleniu Sebastian, czekając cierpliwie, aż jego żona skompletuje garderobę. – Zabrzmiała pewnego czerwcowego dnia w roku 1986. – Ku zaskoczeniu wszystkich, pomyślał, oczywiście z wyjątkiem samego Aleksa Hobarta, który przewidział to zjawisko. To jego nazwiskiem opatrzono dziwny efekt cofania się czasu.

– Jestem gotowa – oświadczyła z dumą Lotta. Miała na sobie buty, ogrodniczki i sweter, a pod tym wszystkim piżamę, o czym Hermes doskonale wiedział. Uśmiechnął się na myśl, że dziewczyna zrobiła wszystko, by nie zmarnować jego czasu.

Razem wyszli z apartamentu i windą ekspresową wjechali na dach budynku, gdzie parkował ich aerowóz.

– Ja wolę stary przekład z Biblii króla Jakuba – odezwał się po chwili, wycierając nocną wilgoć z okien pojazdu.

– Nigdy go nie czytałam – przyznała z dziecinną szczerością, jakby chciała dopowiedzieć: „Ale zrobię to, obiecuję”.

– Jeśli dobrze pamiętam, ten fragment brzmiał mniej więcej tak: „Spójrzcie! Zdradzę wam tajemnicę. Nie wszyscy zaśniemy; będziemy przemienieni…”. I tak dalej. Mniej więcej tak to szło. Pamiętam to „spójrzcie!”, bo zawsze podobało mi się bardziej niż „oto”. – Sebastian uruchomił silnik i wóz uniósł się w powietrze.