Wariant drugi

Tekst
Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożył

Janusz Szczepański


Dom Wydawniczy REBIS

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Niefilmowy pisarz filmowców

1.

Opowiadania fantastyczne z lat 1952–1953 pisze młody geniusz, który nie ma pewności, że nim jest, i nie do końca akceptuje swą koronną konwencję. Science fiction w jego ówczesnym kręgu towarzyskim z Berkeley traktowano z lekceważeniem, sam Dick też niezbyt ją cenił i ponawiał próby akcesu do głównego nurtu. Oglądał więc ambitne kino europejskie, z uwagą czytał filozofów (Hume, Berkeley, Jung, Majmonides), a także literaturę wysoką (Joyce, Dostojewski, Flaubert, Balzac, Turgieniew, William Styron, Nathanael West)1.

Jego wczesne utwory są nierówne, młody autor szuka własnego tonu. W pisanych po latach komentarzach jednak sam dostrzega, jak wiele realnych zagadnień weszło do opowiadanek skazanych na osobliwą egzystencję w czasopismach pulpowych. Także problemy z kobietami, których Dick najpierw się boi, a potem z żonami i kochankami prowadzi gry miłosne i neurotyczne. Najważniejsze są dlań kwestie publiczne. W Stanach wykonano wyrok na małżeństwie Rosenbergów. Za oceanem Stalin nakazał sądowy mord na kremlowskich lekarzach, potem sam odszedł w szemranych okolicznościach, za nim Ławrientij Beria. Na świecie eksperymentowano z bronią atomową, która zdążyła pokazać swą straszliwą moc w Hiroszimie i Nagasaki. W cieniu zimnej wojny systemów i gorącej wojny w Korei, w atmosferze psychozy „polowań na czarownice” senatora McCarthy’ego2 młody geniusz odkrywał swe tematy, obsesje.

Miał ówczesny świat stronę inną, bardziej młodego pisarza pociągającą. Coś z atmosfery tamtego czasu znajdziemy w filmach Miasteczko Pleasantville Gary’ego Rossa, Powrót do przyszłości Roberta Zemeckisa lub Atomowy amant Hugh Wilsona. Może – w Odmiennych stanach świadomości Kena Russella. Ruszyła rewolucja naukowo-techniczna, nakręcona wojną i konsumpcyjną gorączką społeczeństwa gotowego kupować telewizory, pralki i domowe schrony oraz zaspokajać pożądania wydumane bądź odkryte przez Alfreda Kinseya. „Playboy”, pismo dla mężczyzn, trafia do powszechnej sprzedaży, a domagająca się modnych strojów lalka Barbie – w ręce dziewczynek. W kinie, radiu i telewizji pojawiają się nowe formy, nowe jakości, atakują reklamy – ciekawie analizuje to Marshall McLuhan. Wojenne technologie rakietowe otwierają przed ludzkością kosmiczne perspektywy. W takim kręgu marzeń i lęków, podejrzliwości i nadziei uciera się kanon nowoczesnej science fiction, dla niektórych obowiązujący do dziś. Forma wczesnych utworów jest jeszcze chropawa, wymiar kameralny, fabuły i sytuacje rozpisane na średniaków. Akurat temu Dick pozostanie wierny, stawia na zwykłych ludzi o wielkich sercach.

Patrząc przez pryzmat doświadczeń popkultury sześciu następnych dekad, już we wczesnych tekstach widać szczyptę szaleństwa i odważne wizjonerstwo, dlatego niedziwne, że niektóre z nich przeniesiono na ekran. Filmowcy czytają Dicka, choć nie każdy obraz, który pisarz zainspirował, sygnowano jego nazwiskiem. Nawet o sfilmowanych opowiadaniach nie da się powiedzieć, że powstały z myślą o filmie, że są w oczywisty sposób kinogeniczne. Już częściej – publicystyczne. Ale mamy w nich oryginalną wrażliwość i dzikie „dickowskie sytuacje”, mimo że chodzi o teksty powstałe przed apogeum jego wizji religijnych i narkotykowych odlotów. Widać zarysy twarzy niepokojącego artysty, którym płodny twórca pulpy stanie się za lat dziesięć.

2.

Młody Dick chce redaktora, a potem czytelników urzec, zaskoczyć, dostarczyć im rozrywki, to znaczy także katharsis. Jak sam zauważa, opowiadanie przedstawia akcję, powieść – świat, toteż upłynie trochę czasu, nim w dłuższych formach pokaże pogłębionych bohaterów, zdolnych upomnieć się u pisarza o swoje. W tekstach z lat 1952–1953 podziwiamy konstrukcję, niezwykłe sytuacje i ciekawe fabuły, za których sprawą Dick testuje paranoiczne konsekwencje banalnych zdarzeń.

Wszystkie dzieją się w zaawansowanej technologicznie przyszłości. Na Ziemi, zwanej tu Terrą, istnieją Stany i imperium sowieckie, a bolszewików ceni autor równie nisko jak jakobinów, nazistów i… jajogłowych, co otwarcie deklaruje w opowiadaniu Kapturnik. Nasz glob stoi w obliczu wewnętrznej wojny, obcoplanetarnej inwazji lub – stało się – oglądamy ruiny i jest już po wszystkim. Człowiek otoczony przez roboty (nic się nie równa z problemami psychicznymi robotów – wyzna mechaniczny taksówkarz w opowiadaniu Prezent dla Pat), ogarnięty paranoiczną podejrzliwością zachował złe cechy: wojowniczość, zaborczość, pożądanie władzy. Światem rządzą spiski, penetrują go służby własne, wrogie i obce; pojawiają się w nim też metafizyczne szczeliny. To ostatnie jako efekt uboczny podróży w czasie, w wyniku działań niesamowitej grupy „regulatorów”, demona lub ekscentrycznego bóstwa bądź w wyniku kaprysu autora. Rzecz w tym, że Dick napuszonym twórcą science fiction w rodzaju Asimova nie był, lubił fantasy, a wzorem van Voghta gatunkowych chwytów SF używał do intelektualnych i literackich gier. Zamiast socjologicznych modeli, których użyteczność po latach okazuje się wątpliwa, budował alegorie trwalsze, bo artystyczne.

Opowiadaniom najwcześniejszym – umownie sklasyfikowałem je jako standardy – brak jeszcze znamion geniuszu. Ciasteczka pani Drew to łagodny horror leżący obok staroświeckiego Awatara Teofila Gautiera. Za drzwiami, opowiadanie o kukułce z zegara, która objawi hipnotyczny i morderczy potencjał, jest odbiciem tego, czego dokonał Ambros Bierce ze szmacianym wężem. Podobną grozę mamy w noweli Ze zwiędłego jabłka. Natomiast opowiadanie Marsjanie przybywają chmarami poczęto w tych samych humanistycznych (a nie stricte fantastycznych) klimatach co Jestem niewinny, film Fritza Langa ze Spencerem Tracym. Tam histeryczny tłum podpala dom niewinnego człowieka, a u Dicka płoną bezbronni obcy, których zakapował zakompleksiony szczeniak.

Jest jeszcze w tej grupie Stacja podmiejska, oniryczna historia o nieistniejącym mieście, no i Fałszywy człowiek – zdawkowy dreszczowiec science fiction, który mógłby być rozdziałem powieści o człowieku zainfekowanym obcą istotą i bombą. Niepotrzebnie przeniesiono go na ekran, film Impostor w reżyserii Gary’ego Fledera mimo inscenizacyjnej wystawności okazał się klapą, jego suspens jest zbyt płaski. Gra o przeżycie, o tożsamość, którą na wielu poziomach toczyły świadome swej pozycji androidy w filmie Łowca androidów Scotta (i powieści Czy androidy marzą o elektrycznych owcach), miała wymiar sensacyjny, tragiczny i metafizyczny; opowiadała o godności, buncie, problematyzowała płynną granicę między sztucznym i człowieczym. Suspensu Impostora – „jestem bombą czy nie?” – wystarcza na nowelkę.

3.

Ale nawet w tych utworach widać skłonność Dicka do udzielania głosu spierającym się stronom oraz przyjmowania różnych punktów widzenia. Lepiej wychodzi to w grupie opowiadań ukazujących niepewny status rzeczywistości, co Dicka przecież pasjonowało. Wystarczy przypomnieć jego nowelę o przybyszu z Marsa, któremu skasowano wspomnienia, brawurowo sfilmowaną przez Verhoevena ze Schwarzeneggerem3 w roli głównej.

W opowiadaniu Jej świat lądujemy w płynnej rzeczywistości o niepewnym statusie. Pojawia się tu piękna kobieta, która próbuje modelować bohatera na kształt swoich marzeń, wmawia mu, że jest jego przeznaczeniem, wspiera korzystniejsze warianty jego losu cudownymi sztuczkami, ale on woli niezależność i odrzuca jej awanse. Ta historia, w której zalążkowo pojawiają się elementy alternatywnego świata bez ekspansji Hitlera, służy Dickowi do podobnego sporu z rozwydrzoną kobiecością jak Puszkinowi Bajka o rybaku i złotej rybce. Andrzej Wajda z Januszem Głowackim zrobili w tym celu film Polowanie na muchy, przy czym polski mężczyzna sam nie rezygnował, tylko tracił szanse na awans, jaki wymyśliły mu kobiety.

Świat psychopatycznych męskich marzeń znajdziemy w Miasteczku. Mściwy niedojda konstruuje w piwnicy makietę/świat i złapie w tę pułapkę nielubianych sąsiadów oraz niewierną żonę z kochankiem, by stworzyć im opresyjną rzeczywistość. Podobnym potworem, ale wyniesionym na wyższy poziom literacki i psychologiczny, będzie Jory, zdegenerowany półumarły chłopak/umysł z powieści Dicka Ubik. On też deformuje cudzą rzeczywistość i żywi się duszami ofiar wypadku zamrożonych razem z nim w moratorium.

W Regulatorach, ostatnim w tej grupie tekście, ekipa specjalistów kieruje losami obywateli i wprowadza kolejne wersje rzeczywistości, popieląc poprzednie. Tak funkcjonujący świat musi być dziełem ułomnego boga, którego fuszerki trzeba poprawiać – ten gnostyczny motyw pisarz mocno potem rozwinie. W opowiadaniu, jak to u niego, przeciętniak, everyman, dostrzeże rzecz przypadkiem, wygada się żonie, poskarży szefowi, a system przyciśnie go do muru. W dokonanej przez George’a Nolfiego adaptacji tego opowiadania, pt. Władcy umysłów, z Emily Blunt i Mattem Damonem, chodzi już o senatora, którego trzeba wykreować na prezydenta, przemocą oddzielając go od kobiety, którą pokochał. Opowiadanie jest znakomite, choć skromne, Dick wolał grać kłótniami małżonków i podchodami z szefem – film skupiony na obcych interwencjach w wielką politykę wyszedł trochę nadęty, ale dzięki aktorom wypada sympatycznie. Niesamowity pomysł na przestrajanie rzeczywistości lepiej udał się w Mrocznym mieście w reżyserii Alexa Proyasa, gdzie pod dyktando obcych zasypiają mieszkańcy, przekształcają się zaś budynki i ulice. Ten obraz jest bardzo dickowski, choć pisarza na liście płac nie znajdziemy.

 

4.

W najliczniejszej grupie opowiadań wieszczy Dick swoisty katastrofizm ery kosmicznej, to znaczy igra ostrzegawczymi wizjami. W Świecie Jona, Kosmicznych szabrownikach, Progeniturze, Pewnych formach życia, Wypadzie na górę, Śniadaniu o zmierzchu, Mitycznej planecie, w Jamesie P. Crow, Planecie nie dla ludzi i Grupie zwiadowczej – mamy lęki związane z podbojem kosmosu, utratą prerogatyw na rzecz maszyn, wyczerpywaniem się ziemskich zasobów. Do dziś sprawiają wrażenie prekursorskich wobec tego, co się u nas czytało i oglądało długo potem.

Wypaloną ziemską kolebkę nie nadającą się do życia bądź zasiedloną przez mutantów, przed którymi należy ustąpić, znajdziemy w Pewnych formach życia, Mitycznej planecie, Planecie nie dla ludzi, Grupie zwiadowczej. Człowiek niszczy planety/kolebki, to samo czynią inne rasy. Kosmiczne wycieczki w czasie i przestrzeni kończą się odkryciem cmentarzy cywilizacji. Zupełnie jak w nakręconej dziesięć lat później Milczącej gwieździe Kurta Maetziga – socjalistycznej koprodukcji luźno opartej na Astronautach Stanisława Lema.

Groźna okaże się ewolucja technologiczna wspierana ludzkim szaleństwem. Podróżnicy w czasie w Świecie Jona, Progeniturze, Wypadzie na górę odnajdą się w przestrzeni tak zniszczonej i zawojowanej przez roboty jak ta z filmu Terminator Camerona. Ćwierć wieku przed filmowcami Dick wpada na pomysł z podróżnikami w czasie, którzy skorygują bieg dziejów, to znaczy zabiją kogo trzeba. Każda z tych trzech wizji przyszłości nawiązuje do podziału na Morloków i Elojów z Wehikułu czasu H.G. Wellsa. W jednej narratorzy uważający się za ludzi odkryją, że sami są robotami (Goblinami). W innej ludzie oddadzą dzieci na wychowanie maszynom, po czym stracą z nimi więź duchową.

Dick zachowuje rezerwę wobec robotów i faworyzujących je systemów, nie poddaje się ekstazie, w jaką wpadał Asimov, pisząc Pozytonowego detektywa. Ale u Dicka także ludzie prowadzą z robotami filozoficzne dysputy. Albo ogrywają je – jak w najciekawszym tekście tej katastroficznej grupy: James P. Crow. Dick każe człowiekowi uciec się do oszustwa i prawnych tricków, by przegnać roboty z Ziemi, nad którą udało się im zapanować. Zabawne, że myślące maszyny głoszą tu, iż były przed nami i to one stworzyły cywilizację. Zupełnie jak szympansy z filmu Planeta małp Franklina J. Schaffnera, luźnej adaptacji francuskiej powieści Pierre’a Boulle’a. A więc Dick i tu byłby pierwszy?

Ciekawi są Kosmiczni szabrownicy – prosty, ładnie spuentowany tekst z pazernymi ziemskimi eksploratorami. Ludzie nie przypuszczają, że kradnąc obcym śliczne artefakty, podbierają ich jaja, z których wylęgną się im groźne owadopodobne potwory. Ten krótki tekst leży u początku cyklu artystycznych przemian, od prozy do kina, a ukończony w 1979 roku Obcy Ridleya Scotta, według scenariusza Dana O’Bannona, wiele mu zawdzięcza. Potem cykl ten zaowocuje czterema jeszcze filmami, w reżyserii Jamesa Camerona, Davida Finchera, Jeana Pierre’a Jeuneta i Marca Caro, oraz znowu Scotta, który w 2012 roku pokaże światu różnie przyjmowanego, choć wystawnego i jednak oryginalnego Prometeusza.

5.

Jako polityczne alegorie można kwalifikować cztery teksty: Kapturnik, Pamiątka, Ludzka rzecz, Śniadanie o zmierzchu. Wszystkie one ewokują aurę politycznej czujności i podejrzliwości – dużo intensywniej niż omówione już opowiadanie Fałszywy człowiek, więc niezaliczone do grupy.

W Kapturniku trwa polowanie na ludzi ukrywających zakazane myśli pod nakryciem głowy ekranizującym fale mózgowe. Ale kaptur maskuje i zarazem wyróżnia, stygmatyzuje buntownika. To obrasta subkulturą, społecznymi przebierankami, prowokacjami i mistyfikacjami. A także udręką skołowanych jednostek.

W sarkastycznym opowiadaniu Ludzka rzecz ta sama piekielna wątpliwość – kim jest drugi, czy nie zagraża mojej cywilizacji i mnie osobiście? – zostaje rozszerzona na wszechświat. Wredny mąż, którego żona chciała porzucić, wraca z kosmosu odmieniony. Stał się serdecznym, otwartym osobnikiem, wcale nie pragnie jej zdominować – widomy znak, że został zarażony, zainfekowany obcym. Ale kobieta, której służby zlecą wykonanie testu jego człowieczeństwa, nie musi ujawniać tej maskarady. Motyw ten powróci już na poważnie pół wieku później, w filmie Żona astronauty Randa Ravicha, z Charlize Theron i Johnnym Deppem, i na wesoło w multiplikowanych bez umiaru aktorskich i animowanych wersjach Facetów w czerni.

Jak widać Dick, który rewelacji senatora McCarthy’ego nie lekceważył, oglądał w telewizji posiedzenia jego komisji, a sam poznał agentów FBI, a nawet identyfikował w otoczeniu komunistów, akurat w opowiadaniu Ludzka rzecz daje wyraz postawie otwartej. Może buntowniczej? W każdym razie z dobrym artystycznie skutkiem komplikuje sprawę, pytając przewrotnie: A może lepszy ludzki obcy niż nieludzki człowiek? Powieść Czy androidy marzą o elektrycznych owcach i oparty na niej film Łowca androidów Ridleya Scotta przypomną to pytanie, a obcego zastąpi android.

Jeśli nawet Dick miał tu kłopoty z lojalnością, to w jednej z wcześniejszych powieści, Oku na niebie, bezbłędnie demaskuje zakonspirowanego komunistę, wroga „American way of life”; najwyraźniej, jak inni fantaści, uprawiał krytykę społeczną i sprawdzał warianty. Problemem nadmiernej jakoby czujności politycznej zajmował się też w tym czasie Arthur Miller, pisząc Czarownice z Salem, dramat teoretycznie poświęcony inkwizycji. O przemianie pozbawiającej ludzi tożsamości i czyniącej ich wrogami samych siebie traktował w Europie Nosorożec, sztuka Eugène’a Ionesco (1959), której nie nazwano wówczas fantastyczną, bo startowała w kategorii „teatr absurdu” . Najbardziej systematycznie i dramatycznie kwestię obcego (przeciwnika, dywersanta) badała popkultura fantastyczna. Myślę o Inwazji porywaczy ciał Jacka Finneya oraz filmowej wersji tej książeczki wyreżyserowanej przez Dona Siegela. Były ekranizacje następne, Philipa Kaufmana i potem Abla Ferrary, lecz mniej wstrząsające i nie tak magiczne. Problemem uzasadnionej społecznej podejrzliwości dotyczącej wszystkich dziedzin życia społecznego zajął się też John Carpenter we wstrząsającym obrazie Oni żyją, kręconym w dzisiejszych realiach4. Wszystko oczywiście po Dicku i zapewne pod wpływem Dicka.

Natomiast na zdecydowaną już krytykę „American way of life” i amerykańskiej polityki kanonierek wygląda opowiadanie Pamiątka. Jest gdzieś w kosmosie cywilizacja odszczepieńców, dobrowolnie wyrzekających się obyczajowych brewerii i technicznych szaleństw, którą postępowe siły zjednoczonego, doskonałego świata próbują zmusić do zawrócenia z archaicznej ścieżki bytowania. Rozmowa dumnych obywateli wolnej planety z uzbrojonymi po zęby wysłannikami cywilizacyjnej misji przypomina słynny „dialog melijski” (Ateńczycy kontra mieszkańcy wyspy Melos) spisany przez Tukidydesa w Wojnie peloponeskiej. Ten język dyktatu – musicie ustąpić dla dobra naszej stabilności, którą zakłóca istnienie waszej odmienności – zachowuje niezmienną aktualność, jako podstawowy instrument polityki.

Konsekwencje takiej strategii oglądamy w opowiadaniu Śniadanie o zmierzchu. Za sprawą wiru czasowego spokojna rodzina traci dach nad głową; w kurzu rozpadających się ścian słychać wrzaski i trzask drzwi wejściowych wyważanych przez żołdaków z karabinami. Problem, jak uciec do poprzedniego, przyjaznego świata, no i czy istnieje sposób, by ten straszny przed kataklizmem ocalić?

6.

Religia, temat u schyłku życia dla Dicka najważniejszy, pociąga go i w młodzieńczych, mniej wyrafinowanych tekstach. Ale w latach pięćdziesiątych są to religijne igraszki, Dick nie ogląda tu maski diabła na niebie, nie tropi zakamuflowanego w świecie boga-zebry, nie staje twarzą w twarz ze Stwórcą i Zbawicielem, lecz z pomniejszymi bogami. Na razie nie ma wobec nich żadnych życzeń, o nic ich nie oskarża, raczej ironizuje na ich temat bądź się nimi bawi.

W żartobliwym Wybitnym autorze Dick dokonuje inwersji i zmiany skali. Bogiem dla lilipuciej społeczności, żyjącej w szczelinie windy czasu, będzie podróżujący tym wehikułem urzędnik. Jego spisane na maleńkich karteluszkach instrukcje i odpowiedzi, o które proszą liliputy, staną się w ich świecie zalążkiem świętej księgi. W finale następuje jeszcze jedna, przewrotna, trochę solipsystyczna zmiana perspektywy.

W opowiadaniach Projekt Ziemia oraz Kłopot z bańkami ludzie też są bogami, ale tym razem również stwórcami światów i zamieszkujących je istot. W pierwszym podejrzany staruch trzyma w pudełkach kolejne udoskonalone generacje ludzików, które wykrada mu krnąbrny chłopak. W drugim nieokreślona społeczność posiadła umiejętność produkowania całych kosmosów, które są wystawiane na konkurs, a następnie niszczone. Ten proceder ustanie, kiedy społeczność znudzonych twórców i niszczycieli napotka w kosmosie wypatrywaną z utęsknieniem prawdziwą rozumną cywilizację.

Podobne figury (alegorie?) znajdziemy w tym czasie w Dziennikach gwiazdowych Lema, w opowiadaniu o myślących skrzyniach profesora Corcorana. Ćwierć wieku później u Janusza A. Zajdla w zainspirowanym Ewangeliami i cybernetyką opowiadaniu Relacja z pierwszej ręki. Mamy tam suwerenne wirtualne istoty żyjące we wnętrzu komputera, za które ich twórca w realu oddaje życie.

Najlepsze z tej kategorii jest tylko pretekstowo religijne opowiadanie Prezent dla Pat5, bodaj najzręczniejszy tekst w tomie. Mąż przywozi żonie z kosmosu humorystycznie wyglądającą figurkę bożka, dowcipnego, choć małostkowego cudotwórcę i filozofa. Ów bóg, któremu jedzenie wkłada się na wysuwaną z brzucha rynienkę, zaraz na wstępie urażony niemądrymi uwagami obdarowanej obraża ją, a potem zamienia w kamień, później zaś przyjaciela bohatera – w żabę. Sprowokuje jeszcze konflikt bohatera z szefem, zakończony atakiem sił specjalnych. Sytuacja jest egzotyczna, bożek, cudowny twór literacki, rozmawia z ludźmi ze swadą, jaką w światach Dicka demonstrują lodówki, roboty bądź windy6.

Przełożenia na film ta historia na razie nie miała, ale jej echa odnajduję w animacji Lilo i Stich Chrisa Sandersa i Deana DeBlois, w której zesłany na Ziemię zamaskowany potwór z kosmosu zaprzyjaźnia się z małą dziewczynką. A w finale odsłania drapieżne możliwości, tak samo zaskakujące jak bohater Prezentu… i w dodatku z tego samego powodu.

7.

Dotychczasowe uwagi o filmach podług Dicka bądź podchwytujących jego idee miały charakter wyprzedzający. Opowiadania z tego tomu powstały trzydzieści lat przed pierwszą adaptacją. Zaczął Scott Łowcą androidów (1982) z Harrisonem Fordem, ekranizacją Czy androidy marzą… podobno idealną, choć nie tak wierną, jak się wydaje. Osiem lat po tym filmie i śmierci pisarza była Pamięć absolutna.

Ale Dicka jako potencjalnego autora filmowców odkryto wcześniej. Według Sutina to John Lennon, najbliższy Dickowi duchowo, bo najbardziej psychodeliczny z czwórki Beatlesów, marzył o sfilmowaniu Trzech stygmatów Palmera Eldritcha. Ta ekranizacja musi dojść kiedyś do skutku, a i po 1990 roku filmów według Dicka zaczęło przybywać, bo wyprzedzający charakter miała też jego proza. Wnosił do przewidywalnej konwencji niespokojny umysł i wizję rzeczywistości jako niespodzianki, paradoksu, imitacji, cudu. Albo pola wojny demiurgicznych sił. Przygoda z kinem mogła się zacząć, kiedy kino do Dicka dorosło – technicznie i duchowo – a jego obsesje mogło wpisać na artystyczne sztandary.

Oto bowiem odmieniający oblicze filmowej fantastyki Łowca androidów Scotta, tak jak wcześniej Obcy, był częścią większej przemiany. Zwiastowały ją Odyseja kosmiczna, Gwiezdne wojny, Bliskie spotkania trzeciego stopnia, Lśnienie, Czas apokalipsy, Chinatown. W rok po premierze Łowcy androidów papieżyca polskiej krytyki Maria Kornatowska opublikowała w miesięczniku „Kino” pionierski esej o fali filmów wprowadzających widzów w rodzaj hipnozy synergicznym montażem wyrafinowanych obrazów z muzyką transową. Intelektualna sytuacja tego kina też rysowała się w szkicu przełomowo: „Splątały się osobliwe ścieżki w ogrodzie, w którym, jak się zdawało, wprowadzono już ład i prządek. Metafizyka i światopogląd naukowy zbliżają się ku sobie. Nauka znajduje dowody na potwierdzenie kosmologicznych paraboli. Platon patronuje nowoczesnej myśli. Nastąpiło coś na kształt wielkiego odkupienia tradycji, sacrum, mitu, obrzędowości; powrót do korzeni, do tego, co było illo tempore. Homo ritualis usiłuje ocalić homo faber od pustki wewnętrznej i martwoty duchowej. Freud ustępuje pola Jungowi. Topnieją resztki pozytywistycznego, ewolucjonistycznego widzenia rzeczy. Jałowa sztuczność stworzonego ręką ludzką środowiska wzbudziła rozpaczliwą nostalgię za nieskażoną naturą. Doświadczenie halucynogenów pozostawiło dojmującą potrzebę intensywnych doznań zmysłowych, rozszerzyło sferę wrażliwości. Oczy wielu zwracają się ku Wschodowi w poszukiwaniu remediów na niedomogi i zwyrodnienia zachodniej cywilizacji. Łączą się przeciwieństwa, mieszają sprzeczności we wrzącym kotle alchemicznej przemiany (Alchemia obrazu, „Kino” 7/193/1983).

 

Odpowiadało to niemal dokładnie temu, co wnosił do literatury Dick. Dlatego kino sięgało po jego teksty. Te dłuższe upraszczano, eliminując z nich postaci i wątki czasem dość istotne. Do krótszych dodawano różne ingrediencje, z reguły w hałaśliwym, widowiskowym duchu Kina Nowej Przygody. I często zamieniano jego średniaków o złotych sercach na cwaniaków z high life’u, a małych drani na politycznych bądź korporacyjnych demonów. Modyfikacje nie były wynikiem złej woli, kino jest sztuką prostszą, nie tylko i nie przede wszystkim intelektualną, zawsze coś musi zgubić z każdej prozy, w której się zakocha. W dodatku Dick nie pisał filmowo, eksperymentował z narratorem, z punktami widzenia, z wieloznacznymi zakończeniami, co się na ekranie nie sprawdza. Ale tworzył pełne emocji, inspirujące historie niosące nową filozofię, nową podejrzliwość, nową magiczność i nowych bohaterów zaplątanych w niesamowite światy.

Pamięć absolutna Verhoevena, Zapłata Johna Woo z Benem Affleckiem, nawet Next7 Lee Tamahoriego z Nicolasem Cage’em i Władcy umysłów George’a Nolfiego przyzwoicie znosiły te zabiegi, Raport mniejszości Spielberga – znakomicie. Film ociera się o wybitność, choć też zmienia i poprawia Dicka. Pisarz eksponował paradoksy prognozowania w ogóle8, kompromitował totalitarne roszczenia inwigilacji obejmującej również przyszłość, Spielberg zaś sięgnął po bardziej ograny motyw spisku ukrytego w systemie prewencji policjanta-kryminalisty.

Niektóre opowiadania, jak wspomniany Fałszywy człowiek (Impostor w reżyserii Gary’ego Fledera) czy Wariant drugi (Tajemnica Syriusza w reżyserii Christiana Duguaya) okazywały się na filmowe nicowanie zbyt krótkie. W dodatku dopisywaczom zabrakło inwencji i wyobraźni. Ogólnie rzecz biorąc, udanym adaptacjom także można postawić zarzut, że są uboższe od prozy. Nawet najlepsze filmy według Dicka to zawsze bryki, choć czasem przyzwoite, dlatego warto najpierw oglądać filmy, a potem czytać prozę, która oferuje większe komplikacje, zaskakujące emocje, bardziej wielopiętrowe przesłania. Kto zacznie od prozy, w kinie może nie poczuć się dobrze.

Nawet wielki Łowca androidów, literalnie rzecz biorąc, rozmija się z Dickiem w kwestii podstawowej, bo nadmiernie humanizuje roboty, którym Dick nie ufał. Scott wyrzucił też z filmu fundamentalną dla książki kwestię religii Wilbura Mercera i skrzynki empatycznej, w której bohaterowie doświadczają kontaktu z męką swoistej drogi krzyżowej proroka. Groźne, podchwytliwe rozmowy zwodzących się nawzajem androidów i ludzi z powieści w kinie zastępują półsłowa, gesty, język ciała i akcja. Brak świetnego fortelu androidów, którym udaje się przeniknąć do centrali policji; znika finałowa scena ze sztuczną ropuchą. Nie ma zmiennych nastrojów histerycznej żony Decarda. Nawiasem mówiąc, w wytrwałości, z jaką kino eliminuje żony z jego opowieści bądź je dezawuuje, jest coś intrygującego9. Czyżby kino, samo z natury rzeczy niezbyt moralne, postanowiło kontestować wielożeństwo pisarza? Rachel nie jest tak słodka jak w filmie, prowadzi z Deckardem dwuznaczną grę, przecież to ona instrumentalnie uwodzi łapacza, nie on ją. Ale rzeczywiście Rachel (Sean Young) tak jak w książce wkracza u Scotta na scenę w obcisłym kostiumie z rękami w kieszeniach, co obserwuje niesamowita sowa. A finałowe ewangeliczne wyznanie i dobrowolna ofiara blondwłosego androida (Rutger Hauer), choć nie są wzięte z tej akurat powieści, to pozostają bardzo dickowskie.

No i podziwiamy tu doskonałe zdjęcia Douglasa Trumbulla, może największego operatora w dziejach kina science fiction, synergicznie podkręcone muzyką Vangelisa. Twórca cudzych iluzji, autor zdjęć do 2001: Odysei kosmicznej Kubricka, do Bliskich spotkań trzeciego stopnia Spielberga, rejestrator światów wewnętrznych we własnym filmie Burza mózgów, nie kopiował w Łowcy androidów siebie. Niesamowita wizja tonącego w deszczu mrocznego i przeludnionego Los Angeles, pełnego zrujnowanych domów i zagraconych pakamer, nad którym szybują powietrzne pojazdy i królują natarczywe reklamy – jest oryginalna i nie do zapomnienia. Mimo że zabrakło w niej miejsca na przedstawienie kultu zwierząt (owiec, kóz, kotów), który w powieści znaczy tak wiele.

8.

Jedyna naprawdę wielka i wierna zarazem ekranizacja to animowane Przez ciemne zwierciadło Richarda Linklatera, film u nas niedoceniony, bo pokazany tylko na płytkach i w kablówkach. Tej historii o zaćpanym i rozdwojonym hamletycznie agencie oraz zakochanym, szpiegującym siebie kapusiu podporządkował reżyser plastyczny język opowieści. Zastosowana w filmie rotoskopia (animacja nałożona na twarze aktorów) wizualnie łączy realność Kalifornii lat sześćdziesiątych z narkotyczną halucynacją, wizerunek twarzy z kamuflażami pulsującymi na powierzchni kombinezonu maskującego. Ostały się nawet fantastyczne dialogi naćpanych dziwaków i kanciarzy, takoż mroczny klimat i jednak dające nadzieję zakończenie powieści. Linklater miał zadawnioną skłonność do takiego gadanego obrazu. Dowodem są jego wcześniejsze i późniejsze filmy: Przed wschodem słońca, Życie świadome (też animacja), Przed zachodem słońca, Przed północą. Dlatego wydaje się doskonałym kandydatem na adaptatora trudniejszej książki Dicka. Chodzi o filozoficzne, teologiczne i autobiograficzne wyznanie/badanie, jakim jest Valis10. W animacji mogłoby wybrzmieć i to, co jest w tej książce udręką, autoironią, szyderstwem, i to, co kostiumem science fiction oraz pełnym powagi poszukiwaniem absolutu.

Właściwie takiej samej rekomendacji należałoby udzielić Ariemu Folmanowi, izraelskiemu twórcy Walca z Baszirem, przejmującego wojennego rachunku sumienia i analizy żołnierskich koszmarów. Niestety jego filmowa wersja Kongresu futurologicznego, najbardziej dickowskiego dzieła w dorobku Stanisława Lema, nie była już udana.

I tak doszliśmy do nieśmiałych filmowych prognoz. Jak wszyscy czekam na zapowiadaną przez Scotta ekranizację Człowieka z Wysokiego Zamku, ale nie w postaci singlowego filmu, lecz niespiesznie snującego dłuższą historię serialu. Chodzi o ukazanie przemian bohaterów, o pełniejszą wizję świata, o splecenie wielu wątków i motywu drogi. Pan Tagomi intensywnie przeżywa swoje ostatnie dni w drodze do finałowej strzelaniny i wielkości, faszyści knują, Frank Frink pucuje srebrne precjoza i psim swędem wymyka się Szwabom, Juliana zaś przemierza podbite przez Japończyków Stany, wspólnie z udającym Włocha zamachowcem… Ileż tu rzeczy można pokazać na drugim planie, zasygnalizować rekwizytem, klimatem, lunatycznymi przebitkami na inną rzeczywistość z powieści Abendsena. Pewnie równie dobrym reżyserem jak Scott byłby w wypadku takiego filmu David Lynch, pod warunkiem że zachował formę sprzed dwudziestu lat, gdy kręcił Twin Peaks. Według Jacka Dukaja serial w ogóle lepiej nadaje się do filmowania powieści, odpowiednikiem singlowego filmu jest w literaturze opowiadanie. Patrząc z takiego punktu widzenia, powtarzam, że kino wbrew purystom sprostało jednak Zapłacie i Złotemu człowiekowi.

A sam Dick? Jak to pisarz, chodził do kina, dyskutował o nim. Na przykład o filmie Człowiek, który spadł na Ziemię, mówił z entuzjazmem. Nicolas Roeg też oferował nową jakość, bo kino oniryczne; nie pozwolił, by ograniczyła go konwencja science fiction, przeciwnie, umożliwiała dzikie szarżowanie – nie dziwota, że się estetycznie spotkali. Nie znalazłem uwag Dicka o innym obrazie Roega, Nie oglądaj się teraz, ale ten horror rozegrany w czasowej pętli Moebiusa, gdzie bohater ogląda własny pogrzeb, musiałby mu się spodobać.