ValisTekst

Z serii: s-f
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Valis
Valis
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 153,73  122,98 
Valis
Valis
Audiobook
Czyta Phil Gigante
115,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Po spektakularnej próbie samobójstwa za pomocą pigułek, żyletki i silnika samochodu – a wszystko dlatego, że Beth opuściła go, zabierając ich syna Christophera – Grubas wylądował w szpitalu psychiatrycznym hrabstwa Orange. Uzbrojony policjant przewiózł go na wózku inwalidzkim z oddziału intensywnej terapii podziemnym korytarzem na oddział psychiatryczny.

Grubas nigdy dotąd nie był zamknięty. Po czterdziestu dziewięciu tabletkach wyciągu z naparstnicy przeszedł kilkudniowy atak arytmii, ponieważ jego organizm wymagał maksimum walki z zatruciem oznaczonym na skali jako stopień trzeci. Naparstnica została mu przepisana jako środek na wrodzoną arytmię. Było ironią losu, że przedawkowanie naparstnicy wywołuje tę samą arytmię, której ma przeciwdziałać. W pewnym momencie, kiedy Grubas leżał na wznak, wpatrując się w ekran monitora nad głową, zobaczył prostą linię: jego serce przestało bić. Nadal patrzył i po chwili kropka na ekranie wznowiła ruch falowy. Nieskończone jest miłosierdzie Boże.

Tak więc osłabiony, pod eskortą uzbrojonego strażnika, został doprowadzony na oddział psychiatryczny. Wkrótce siedział na korytarzu, wdychając wielkie ilości dymu papierosowego oraz trzęsąc się ze strachu i wyczerpania. Tej nocy spał na pryczy, sześć prycz w jednej sali, i odkrył, że jego prycza wyposażona jest w rzemienie do krępowania rąk. Drzwi na korytarz nie zamykano, żeby pielęgniarze mogli nadzorować pacjentów. Grubas widział ekran telewizora, który był przez cały czas włączony. Jako gość w programie Johnny’ego Carsona występował Sammy Davis junior. Grubas leżał, patrzył i zastanawiał się, jak to jest, kiedy się ma jedno oko szklane. W tym czasie nie rozumiał swojej sytuacji. Wiedział, że przeżył zatrucie wyciągiem z naparstnicy, wiedział, że praktycznie rzecz biorąc, jest aresztowany za próbę samobójstwa. Nie miał pojęcia, co robiła Beth w czasie, kiedy on leżał na oddziale intensywnej terapii. Nie odwiedziła go i nie zatelefonowała. Przyszła najpierw Sherri, potem David. Nikt inny nie wiedział. Grubas szczególnie nie chciał, żeby się Kevin o nim dowiedział, bo przyszedłby i pozwalał sobie na cyniczne uwagi, oczywiście jego, Grubasa, kosztem. Nie czuł się na siłach, żeby znosić cynizm, nawet wypowiadany w dobrej wierze.

Główny kardiolog demonstrował Grubasa całej grupie studentów medycyny. Ośrodek Medyczny Hrabstwa Orange był szpitalem klinicznym. Wszyscy chcieli posłuchać, jak bije serce po czterdziestu dziewięciu tabletkach skoncentrowanego wyciągu z naparstnicy.

Stracił też sporo krwi z przeciętej na przegubie żyły. Życie uratował mu początkowo defekt gaźnika w jego samochodzie. Kiedy silnik się rozgrzał, przepustnica nie otworzyła się należycie i silnik zgasł. Grubas doczołgał się do mieszkania i padł na łóżko, żeby umrzeć. Rano ocknął się wciąż jeszcze żywy i zaczął wymiotować naparstnicą. To była druga rzecz, która go uratowała. Trzecia przybrała formę silnej grupy paramedyków włamujących się do domu Grubasa od tyłu, przez szklano-aluminiowe drzwi. Gdzieś w tym wszystkim Grubas zatelefonował do apteki, żeby mu przysłali nową porcję librium. Przed zażyciem wyciągu z naparstnicy połknął trzydzieści pastylek librium. Aptekarz zawiadomił paramedyków. Wiele można powiedzieć o nieskończonym miłosierdziu Boga, ale jak przyjdzie co do czego, to przytomny aptekarz jest więcej wart.

Po pierwszej nocy spędzonej w izbie przyjęć oddziału psychiatrycznego Grubas został poddany rutynowym badaniom. Musiał stawić czoło całemu orszakowi eleganckich mężczyzn i kobiet, z których każde trzymało wielki notatnik i przyglądało mu się przenikliwie.

Grubas odgrywał rolę człowieka normalnego najlepiej jak umiał. Robił wszystko, żeby ich przekonać, że odzyskał zmysły. Mówiąc, zrozumiał, że nikt mu nie wierzy. Równie dobrze mógł swój monolog wygłaszać w języku suahili, efekt byłby taki sam. Osiągnął tylko tyle, że poniżył się w ich oczach i tym samym pozbawił resztek godności. Dzięki własnym szczerym wysiłkom pozbawił się szacunku dla samego siebie. Jeszcze jedna chińska pułapka na palec.

Mam to w dupie, pomyślał w pewnym momencie Grubas i przestał gadać.

– Proszę teraz wyjść – powiedział jeden z psychologów. – Zawiadomimy pana o naszej decyzji.

– Zrozumiałem już swój błąd – powiedział Grubas, wstając. – Samobójstwo to skierowana do wewnątrz agresja, która powinna być skierowana na osobę wywołującą moją frustrację. Miałem dość czasu na myślenie, przebywając na oddziale intensywnej terapii oraz tutaj, i uświadomiłem sobie, że mój atak samozniszczenia był skutkiem lat samoabnegacji i odrzucenia samego siebie. Ale najbardziej zdumiała mnie mądrość mojego ciała, które nie tylko umiało się obronić przed moim umysłem, ale jeszcze wiedziało, co należy robić. Rozumiem teraz, że stwierdzenie Yeatsa: „Jestem duszą nieśmiertelną uwięzioną w ciele zdychającego zwierzęcia” jest diametralnie sprzeczne ze stanem faktycznym, vis-à-vis kondycji ludzkiej.

– Porozmawiamy z panem na korytarzu, kiedy podejmiemy decyzję – powiedział psycholog.

– Tęsknię za synem – powiedział Grubas.

Nikt nawet na niego nie spojrzał.

– Bałem się, że Beth może zrobić krzywdę Christopherowi – powiedział Grubas. Było to pierwsze prawdziwe zdanie wypowiedziane przez niego, odkąd wszedł do tego pokoju. Usiłował się zabić nie tyle dlatego, że opuściła go Beth, ile dlatego, że po jej wyjeździe nie mógłby opiekować się synkiem.

Po chwili siedział na korytarzu na metalowo-plastikowej kanapce i słuchał starej grubej kobiety, która opowiadała, jak to jej mąż chciał ją zamordować, pompując pod drzwiami gaz trujący do jej sypialni. Grubas rozpamiętywał swoje życie. Nie myślał o Bogu, którego ujrzał. Nie mówił sobie: „Jestem jednym z niewielu ludzi, którzy rzeczywiście widzieli Boga”. Wracał natomiast myślą do Stephanie i jej glinianego wazonika, który nazywał Oh Ho, ponieważ przypominał mu chińską ceramikę. Zastanawiał się, czy Stephanie uzależniła się od heroiny albo czy siedzi w więzieniu, zamknięta tak jak on teraz, albo czy nie żyje, albo czy wyszła za mąż, albo czy mieszka w śnieżnym stanie Waszyngton, o którym tyle mówiła, o którym marzyła, ale nigdy w nim nie była. Może zdarzyły się jej te wszystkie rzeczy, a może żadna z nich. Może jest kaleką po wypadku samochodowym. Zastanawiał się, co powiedziałaby Stephanie, gdyby go zobaczyła teraz – zamkniętego, bez żony i dziecka, z niesprawnym gaźnikiem w samochodzie, ze zlasowanym mózgiem.

Gdyby nie zlasowany mózg, pewnie by myślał, ile miał szczęścia, że żyje – szczęścia nie w sensie filozoficznym, ale statystycznym. Nikt nie ma prawa przeżyć czterdziestu dziewięciu tabletek czystego wyciągu z naparstnicy. Zasadniczo dwukrotne przekroczenie przepisanej dawki załatwia człowieka. Grubas miał przepisane cztery tabletki dziennie. Przekroczył swoją dawkę 12,25 razy i przeżył. Nieskończone miłosierdzie Boże nie wykazuje żadnej logiki w kontekście rozważań praktycznych. Na dodatek Grubas wpakował w siebie cały swój zapas librium, dwadzieścia pastylek quide i sześćdziesiąt apresoliny oraz pół butelki wina. Z całej jego apteczki domowej pozostała tylko buteleczka nerviny. Technicznie rzecz biorąc, Grubas był trupem. Duchowo też był trupem.

Albo spotkał się z Bogiem za wcześnie, albo za późno. W każdym razie nie wyszło mu to na dobre, biorąc pod uwagę szanse na przeżycie. Kontakt z żywym Bogiem nie wzmocnił go w walce o przetrwanie, z którą zwykli ludzie, nie wyróżnieni tak jak on, dają sobie jakoś radę.

Można jednak wykazać – i Kevin to zrobił – że Grubas nie tylko zobaczył Boga, ale dokonał czegoś więcej. Kevin zadzwonił kiedyś do niego podniecony po przeczytaniu nowej książki Mircei Eliadego.

– Posłuchaj! – mówi Kevin. – Czy wiesz, co Eliade mówi o czasie-śnie australijskich buszmenów? Mówi, że antropologowie mylą się, uważając, że jest to czas przeszły. Eliade mówi, że to jest inny rodzaj czasu biegnący obecnie, do którego przedostają się buszmeni, wiek bohaterów i wielkich czynów. Zaczekaj, przeczytam ci kawałek. – Chwila milczenia. – Cholera – odezwał się znów Kevin. – Nie mogę znaleźć. Ale przygotowując się na to, znoszą okropny ból, jest to ich rytuał inicjacji. Ty też doznałeś wielkiego cierpienia przed tym swoim przeżyciem, bolał cię ząb mądrości i byłeś… – Kevin zniżył głos, do tego momentu krzyczał. – Pamiętasz, bałeś się, że władze się do ciebie dobierają.

– Byłem szalony – odpowiedział Grubas. – Wcale się do mnie nie dobierały.

– Ale ty tak myślałeś i tak się bałeś, że nie mogłeś spać nocami. I przeszedłeś deprywację sensoryczną.

– Po prostu leżałem w łóżku i nie mogłem zasnąć.

– Zacząłeś widzieć kolory. Falujące kolory. – Kevin w podnieceniu znów przeszedł na krzyk; kiedy przestawał być cynikiem, stawał się maniakiem. – To jest opisane w Tybetańskiej księdze umarłych, to jest przejście do innego świata. Ty umierałeś psychicznie. Ze strachu i przemęczenia! Tak się to właśnie robi, to przejście do innej rzeczywistości! Czasu-snu!

Grubas siedział teraz na metalowo-plastikowej kanapie i psychicznie umierał. W gruncie rzeczy już był psychicznym trupem, w pokoju zaś, z którego wyszedł, specjaliści decydowali o jego losie, wydając wyrok na to, co z niego zostało. To słuszne, że technicznie wykwalifikowani niewariaci osądzają wariatów. Jak mogłoby być inaczej?

– Gdyby tylko mogli dostać się do czasu-snu! – krzyknął Kevin. – To jest jedyny czas realny, wszystkie prawdziwe zdarzenia zachodzą w czasie-śnie! Działania bogów!

Otyła stara kobieta siedząca obok Grubasa trzymała plastikowe naczynie. Od paru godzin usiłowała zwymiotować thorazynę, którą ją nakarmiono. Wierzyła, jak wychrypiała do Grubasa, że thorazyna zawiera truciznę, za pomocą której jej mąż, kontrolujący pod różnymi przybranymi nazwiskami kierownictwo szpitala, zamierzał domordować ją do końca.

 

– Znalazłeś drogę do górnego królestwa – oznajmił Kevin. – Czy tak to nazwałeś w swoim dzienniku?

49. Istnieją dwa królestwa, górne i dolne. Górne, pochodzące z hiperwszechświata I, czyli yang, Forma I u Parmenidesa, jest obdarzone świadomością i wolą. Dolne królestwo, czyli yin, Forma II u Parmenidesa, jest instynktowne, kierowane ślepą siłą, deterministyczne i bezrozumne, ponieważ pochodzi z martwego źródła. W czasach starożytnych nazywano to astralnym determinizmem. Jesteśmy wprawdzie uwięzieni w dolnym królestwie, ale przez sakramenty, mocą plazmatu, możemy być z niego wyzwoleni. Dopóki astralny determinizm działa, nie zdajemy sobie nawet z niego sprawy, tak jesteśmy zaślepieni. „Imperium wcale się nie rozpadło”.

Obok Grubasa przeszła mała, ładna, ciemnowłosa dziewczynka, a za nią wielka stara kobieta niosąca jej buciki. Przy śniadaniu dziewczynka próbowała tymi bucikami wybić szybę, a kiedy jej się nie udało, powaliła na ziemię wielkiego czarnoskórego pielęgniarza. Teraz była wzorem absolutnego spokoju.

„Imperium wcale się nie rozpadło”, zacytował w myśli Grubas. To jedno zdanie powracało stale w jego egzegezie, stało się jego obsesją. Po raz pierwszy zdanie to zostało mu objawione w wielkim śnie. W tym śnie był na powrót dzieckiem myszkującym po zakurzonych antykwariatach w poszukiwaniu rzadkich starych czasopism science fiction, zwłaszcza „Astounding”. W tym śnie przeglądał niezliczone postrzępione egzemplarze, stos za stosem, szukając bezcennej serii „Imperium wcale się nie rozpadło”. Gdyby ją znalazł i przeczytał, wiedziałby wszystko – to była istota tego snu.

Wcześniej, kiedy doznał nałożenia się dwóch światów, kiedy widział nie tylko Kalifornię w roku 1974, ale i starożytny Rzym, dostrzegł w tym podwójnym obrazie jakąś Gestalt występującą w obu kontinuach czasoprzestrzennych, ich wspólny element – Czarne Żelazne Więzienie. We śnie to właśnie było nazwane „Imperium”. Wiedział, bo ujrzawszy Czarne Żelazne Więzienie, rozpoznał je. Wszyscy w nim przebywali, nie zdając sobie z tego sprawy. Czarne Żelazne Więzienie było ich światem.

Grubas nie miał pojęcia, kto zbudował to więzienie i po co, ale dowiedział się jednej dobrej rzeczy – więzienie było oblegane. Szturm prowadziła, i to z powodzeniem, organizacja chrześcijan, nie tych zwykłych, którzy chodzą w niedzielę do kościoła, ale tajnych pierwszych chrześcijan ubranych w jasnoszare szaty. Ludzie ci promienieli radością.

Grubas w swoim szaleństwie rozumiał przyczynę tej radości. Tym razem pierwsi, tajni, szaro odziani chrześcijanie zdobędą więzienie, które dotąd tryumfowało. Czyny bohaterów w świętym czasie-śnie… jedynym prawdziwym czasie.

Kiedyś w tandetnej powieści science fiction Grubas znalazł doskonały opis Czarnego Żelaznego Więzienia, tylko przeniesionego w odległą przyszłość. Jeżeli się więc nałoży przeszłość (starożytny Rzym) na teraźniejszość (współczesna Kalifornia dwudziestego wieku) i na odległą przyszłość z powieści Android napłakał mi rzekę, otrzymuje się Imperium, Czarne Żelazne Więzienie jako poza- albo ponadczasowy element stały. Każdy, kto kiedykolwiek żył, był dosłownie otoczony żelaznymi ścianami tego więzienia. Wszyscy żyli w jego wnętrzu i nikt tego nie wiedział, poza tajnymi chrześcijanami w szarych szatach.

Znaczyło to, że pierwsi, tajni chrześcijanie też byli ponad- albo pozaczasowi, czyli obecni we wszystkich czasach – coś, czego Grubas nie potrafił zgłębić. Jak mogli być starożytni, a jednocześnie teraźniejsi i przyszli? A jeżeli istnieli w teraźniejszości, to dlaczego nikt ich nie widział? Z drugiej strony, dlaczego nikt nie widział ścian Czarnego Żelaznego Więzienia, które otaczały wszystkich, z nim włącznie? Dlaczego te przeciwstawne siły ujawniały się naszym zmysłom tylko wtedy, kiedy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość w nieznany sposób i z nieznanego powodu nakładały się na siebie?

Może w czasie-śnie buszmenów czas nie istnieje. Tylko jeżeli czas nie istnieje, to jak mogą pierwsi, tajni chrześcijanie wybiegać radośnie z Czarnego Żelaznego Więzienia, które właśnie udało im się wysadzić w powietrze? I jak mogli wysadzić je w Rzymie około roku 70 po Chrystusie, skoro wówczas nie znano materiałów wybuchowych? Poza tym, jeżeli w czasie-śnie nie było upływu czasu, to jak więzienie mogło się rozpaść? Przypominało to Grubasowi pewne zdanie z Parsifala: „Widzisz, mój synu, tutaj czas zmienia się w przestrzeń”. W czasie swojego mistycznego doświadczenia w marcu 1974 roku Grubas widział przedłużenie przestrzeni – kilometry i kilometry przestrzeni rozciągającej się aż do gwiazd. Przestrzeń otworzyła się wokół niego, jakby usunięto ograniczające go pudło. Czuł się jak kocur, którego wieziono samochodem w pudle, a potem po przyjeździe na miejsce wypuszczono na wolność. A w nocy śniła mu się niezmierzona pustka, ale była to pustka żywa. Pustka rozciągała się, płynęła i wydawała się doskonale pusta, a jednak miała osobowość. Pustka wyraziła zadowolenie ze spotkania z Grubasem, który w tych snach był bezcielesny i, podobnie jak bezgraniczna pustka, bujał w nieważkości. Oprócz tego słyszał lekkie buczenie, jak przyciszoną muzykę. Widocznie pustka porozumiewała się za pośrednictwem tego echa, tego buczenia.

– Ciebie ze wszystkich ludzi – oświadczyła pustka – ciebie kocham najbardziej.

Pustka czekała na połączenie z Koniolubem Grubasem, właśnie z nim ze wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek istnieli. Podobnie jak jej kontynuacja w przestrzeni, miłość w tej pustce nie miała końca, pustka i miłość trwały wiecznie. Grubas nigdy w życiu nie zaznał takiego szczęścia.

Podszedł do niego pielęgniarz.

– Zatrzymujemy pana na czternaście dni – powiedział.

– Nie mogę iść do domu? – spytał Grubas.

– Nie, uważamy, że potrzebna jest panu kuracja. Nie może pan jeszcze wyjść.

– Niech mnie pan zapozna z moimi prawami – powiedział Grubas, czując lęk i odrętwienie.

– Możemy pana zatrzymać na czternaście dni bez decyzji sądu. Potem, za pańską zgodą, możemy, jeżeli uznamy, że to konieczne, zatrzymać pana jeszcze na dziewięćdziesiąt dni.

Grubas wiedział, że jeżeli cokolwiek powie, jeżeli w ogóle się odezwie, zatrzymają go na dziewięćdziesiąt dni! Nie powiedział więc nic. Kiedy się jest wariatem, człowiek uczy się trzymać język za zębami.

Kiedy człowiek jest wariatem i daje się na tym przyłapać, to ląduje w zamknięciu. Teraz Grubas już wiedział. Hrabstwo Orange miało nie tylko izbę wytrzeźwień, miało też swój dom wariatów. Grubas w nim siedział i mógł posiedzieć jeszcze długo. Tymczasem w domu Beth niewątpliwie zabierała sobie wszystko co chciała do swojego nowego wynajętego mieszkania. Nie chciała mu podać adresu, nie powiedziała mu nawet, w jakim to jest mieście.

W rzeczywistości, chociaż Grubas wtedy tego nie wiedział, przez własną głupotę nie zapłacił rat za dom i za samochód, nie płacił też za elektryczność i za telefon. Trudno było oczekiwać, żeby Beth, przygnębiona fizycznym i umysłowym stanem Grubasa, stawiła czoło stworzonym przez niego problemom. Kiedy więc Grubas wyszedł ze szpitala i wrócił do domu, zastał tam zawiadomienie o zajęciu domu, samochodu nie było, z lodówki lała się woda, a kiedy spróbował zadzwonić po pomoc, odpowiedziała mu w telefonie przerażająca cisza. W rezultacie stracił resztki chęci do życia, wiedząc, że wszystko to jego własna wina. Jego karma.

Teraz jednak Grubas tego nie wiedział. Wiedział tylko, że został wtrącony za kraty co najmniej na dwa tygodnie. Od współpacjentów dowiedział się jeszcze jednego – że hrabstwo Orange wystawi mu rachunek za pobyt w szpitalu. Nawiasem mówiąc, wszystkie koszta, łącznie z opłatą za pobyt na oddziale intensywnej terapii, miały wynieść prawie dwa tysiące dolarów. Grubas znalazł się w szpitalu hrabstwa głównie dlatego, że nie miał pieniędzy na szpital prywatny. Teraz więc dowiedział się czegoś jeszcze na temat bycia wariatem: człowiek nie tylko ląduje za kratkami, ale jeszcze musi za to słono zapłacić. Można mu wystawić rachunek za to, że jest wariatem, a jeżeli nie zapłaci albo nie będzie w stanie zapłacić, można go podać do sądu, a jeżeli sąd wyda wyrok przeciwko niemu i on się nie podporządkuje orzeczeniu, można go znów zamknąć za obrazę sądu.

Kiedy się pomyśli, że Grubas usiłował popełnić samobójstwo z głębokiej rozpaczy, cały urok jego obecnej sytuacji, cały jej blask ulatnia się bez śladu. Na metalowo-plastikowej kanapce obok niego wielka, stara kobieta zwracała lekarstwa do plastikowego naczynia przewidzianego przez szpital do takich celów. Psychotechnik wziął Grubasa za ramię, żeby go zaprowadzić na oddział, gdzie miał być zamknięty przez następne dwa tygodnie. Nazywali to Oddziałem Północnym. Bez protestów Grubas poszedł z psychotechnikiem z izby przyjęć przez hall na Oddział Północny, gdzie jeszcze raz zatrzasnęły się za nim drzwi.

O w dupę, pomyślał Grubas.

Psychotechnik odprowadził Grubasa do jego pokoju, w którym stały dwa łóżka, zamiast sześciu prycz, a potem do pokoju, w którym należało wypełnić kwestionariusz. Stała tam dziewczyna, grubokoścista Meksykanka z szorstką ciemną skórą i wielkimi oczami, ciemnymi i płonącymi jak dwa źródła ognia. Grubas stanął jak wryty, ujrzawszy te płonące, spokojne wielkie oczy. Dziewczyna trzymała na telewizorze czasopismo, które otwarte było na stronie z prymitywnym malunkiem przedstawiającym Raj Zwierząt. Grubas poznał czasopismo – była to „Strażnica”. Uśmiechająca się do niego dziewczyna należała do świadków Jehowy.

Dziewczyna odezwała się łagodnym, modulowanym głosem, ale nie do psychotechnika, lecz do Grubasa:

– Nasz Pan Bóg przygotował dla nas miejsce na mieszkanie, gdzie nie będzie bólu ani lęku. Widzisz, zwierzęta leżą szczęśliwie obok siebie, lew obok jagnięcia, i tak będzie z nami, przyjaciółmi, którzy się kochają, bez cierpienia i śmierci, na zawsze z naszym Panem Jehową, który nas kocha i nigdy nas nie opuści, gdziekolwiek będziemy.

– Debbie, proszę stąd wyjść – powiedział psychotechnik.

Nie przestając uśmiechać się do Grubasa, dziewczyna wskazała na obrazku krowę i baranka.

– Wszystkie zwierzęta, wszyscy ludzie, wszystkie żywe istoty duże i małe, będą się pławić w blasku miłości Jehowy, kiedy nadejdzie Królestwo. Myślisz, że to będzie w odległej przyszłości, ale Jezus Chrystus jest z nami dzisiaj! – Po tych słowach zamknęła pismo i choć nadal uśmiechnięta, ale już w milczeniu wyszła z pokoju.

– Przepraszam za to – powiedział psychotechnik do Grubasa.

– O rany – jęknął zdumiony Grubas.

– Czy ona pana zdenerwowała? Bardzo mi przykro. Nie wolno jej czytać tej literatury, ktoś musiał to dla niej przemycić.

– Nic mi nie będzie – powiedział Grubas. Zdawał sobie sprawę, co się działo. Był olśniony.

– Zanotujemy kilka informacji – powiedział psychotechnik, biorąc notatnik i pióro. – Data urodzenia?

Ty baranie, pomyślał Grubas. Ty pieprzony baranie. W waszym cholernym domu wariatów jest Bóg, a wy tego nie wiecie. Patrzycie, a nie widzicie. Macie tu desant, a nawet tego nie wiecie.

Przepełniała go radość.

Przypomniał sobie zapis 9 ze swojej egzegezy. Żył dawno temu, ale jest wciąż żywy. Nadal żyję, myślał Grubas. Po tym wszystkim, co się zdarzyło. Po pigułkach, podciętych żyłach, po spalinach samochodowych. Mimo zamknięcia. Nadal żyję.

Po kilku dniach najbardziej spośród pacjentów polubił Douga, dużego, młodego, upośledzonego umysłowo hebefrenika, który nigdy nie wkładał ubrania, tylko chodził w otwartym z tyłu szpitalnym kitlu. Kobiety z oddziału myły, strzygły i czesały Douga, bo sam tego nie potrafił. Doug nie traktował swojej sytuacji poważnie, poza chwilą, kiedy budzono ich na śniadanie. Codziennie rano Doug witał Grubasa przestraszony.

– W pokoju telewizyjnym są diabły – mówił co dzień. – Boję się tam iść. Czy ty to czujesz? Ja to czuję nawet na korytarzu.

Kiedy zbierano zamówienia na lunch, Doug napisał:

POMYJE

– Ja zamawiam pomyje – powiedział do Grubasa.

– Ja zamawiam błoto – powiedział Grubas.

W dyżurce, która miała szklane ściany i zamykane od środka drzwi, pracownicy obserwowali pacjentów i robili notatki. Na temat Grubasa zanotowali, że nigdy nie gra z innymi pacjentami w karty (co zajmowało im połowę czasu, gdyż żadnej terapii nie prowadzono). Pozostali pacjenci grali w pokera i w oko, a Grubas siedział samotnie i czytał.

– Dlaczego pan nie gra w karty? – spytała go psychotechnik Penny.

– Poker i oko to nie są gry w karty, tylko gry w pieniądze – odparł Grubas, opuszczając książkę. – Ponieważ nie wolno nam tu mieć pieniędzy, gra nie ma sensu.

 

– Myślę, że powinien pan grać w karty – powiedziała Penny.

Grubas zrozumiał, że kazano mu grać w karty, grał więc z Debbie w różne dziecinne gry. Grali tak godzinami. Personel obserwował ich ze swojej szklanej dyżurki i robił notatki.

Jednej z kobiet udało się zachować Biblię. Była to jedyna Biblia na trzydzieścioro pięcioro pacjentów. Debbie nie miała prawa jej czytać, jednak za jednym zakrętem korytarza (za dnia pokoje zamykano, żeby pacjenci nie mogli leżeć i spać) było miejsce niewidoczne dla personelu. Grubas czasem dawał ten ich wspólny egzemplarz Biblii Debbie, żeby mogła szybko zerknąć na któryś z psalmów. Personel wiedział, co się tam dzieje, i złościł się na nich, ale zanim technik zdążył wyjść z dyżurki, Debbie już szła dalej, jakby nigdy nic.

Pacjenci zakładów psychiatrycznych poruszają się zawsze z tą samą prędkością, ale jedni zawsze chodzą powoli, a inni zawsze biegną. Masywna Debbie płynęła dostojnie, podobnie jak Doug. Grubas, który zawsze przechadzał się z Dougiem, dostosowywał się do jego kroku. Krążyli razem po korytarzach i rozmawiali. Rozmowy w szpitalach psychiatrycznych przypominają rozmowy na dworcach autobusowych, bo na dworcach autobusowych Greyhounda wszyscy czekają i w szpitalu psychiatrycznym, zwłaszcza w takim komunalnym, też wszyscy czekają. Czekają, żeby stąd wyjść.

Na oddziale psychiatrycznym niewiele się dzieje, wbrew temu, co wypisują w słynnych powieściach. W rzeczywistości pacjenci nie obezwładniają personelu, a personel w rzeczywistości nie morduje pacjentów. Ludzie przeważnie czytają albo oglądają telewizję, albo zwyczajnie siedzą i palą, albo próbują ułożyć się na kanapie i zdrzemnąć, albo piją kawę lub grają w karty, albo spacerują, a trzy razy dziennie rozdawane są tace z posiłkiem. Upływ czasu odmierzają przybycia wózków z jedzeniem. Wieczorem pojawiają się goście, zawsze uśmiechnięci. Pacjenci nie potrafią odgadnąć, dlaczego ludzie z zewnątrz zawsze są uśmiechnięci. Dla mnie jest to zagadką do dzisiaj.

Leki są wydawane w nieregularnych odstępach czasu w małych papierowych kubeczkach. Wszyscy dostają thorazynę plus coś jeszcze. Personel nie mówi, co kto dostaje, i pilnuje, żeby połknąć pigułki. Czasami pielęgniarkom się popieprzy i przynoszą te same lekarstwa po raz drugi. Pacjenci zawsze twierdzą, że już przyjęli lekarstwa przed dziesięcioma minutami, a pielęgniarki mimo to każą im pigułki połknąć. Pomyłka zostaje odkryta dopiero na zakończenie dnia, a personel nie chce rozmawiać na ten temat z pacjentami, którzy mają teraz w organizmach dwukrotnie więcej thorazyny, niż powinni.

Nie spotkałem ani jednego pacjenta psychiatrycznego, nawet pośród paranoików, który by wierzył, że stosowanie podwójnych dawek to rozmyślne działanie w celu otępienia oddziału. Jest całkowicie oczywiste, że to skutek głupoty pielęgniarek. Pielęgniarki z trudem rozróżniają pacjentów i odnajdują ich kubeczki. Dzieje się tak dlatego, że pacjenci stale się zmieniają: starzy odchodzą, nowi przybywają. Prawdziwym niebezpieczeństwem na oddziale psychiatrycznym jest to, że mogą przez pomyłkę przyjąć kogoś, kto ześwirował po PCP (znanym też jako „anielski pył”). Wiele szpitali psychiatrycznych odmawia przyjmowania takich osobników i przekazuje sprawę uzbrojonej policji. Policja z kolei stale usiłuje podrzucić użytkowników PCP bezbronnym pacjentom i personelowi szpitali. Nie bez powodu nikt nie chce mieć z nimi do czynienia. Gazety stale piszą o tym, jak jakiś miłośnik PCP odgryzł komuś w szpitalu nos albo wydłubał sobie oczy.

Grubasowi zostało to oszczędzone. Nawet nie wiedział o podobnych okropnościach. Wynikało to z mądrej polityki szpitala hrabstwa Orange, który dbał o to, żeby żadna ofiara PCP nie trafiła na Oddział Północny. Faktycznie winien był szpitalowi, oprócz dwóch tysięcy dolarów, także życie, ale jego mózg był jeszcze tak zlasowany, że nie potrafił tego docenić.

Kiedy Beth przeczytała rozbity na pozycje rachunek ze szpitala, nie mogła uwierzyć, ile rzeczy zrobiono, żeby utrzymać jej męża przy życiu. Lista zajmowała pięć stron i obejmowała nawet podawanie tlenu. Grubas tego nie wiedział, ale pielęgniarki z oddziału intensywnej terapii były przekonane, że umrze. Śledziły jego stan bez przerwy. Co jakiś czas na oddziale intensywnej terapii odzywała się syrena ostrzegawcza. Znaczyło to, że ktoś przestał dawać oznaki życia. Grubas leżał podłączony do monitora i czuł się jak na stacji kolejowej, bo aparaty podtrzymujące życie stale wydawały różne odgłosy.

Dla chorych umysłowo charakterystyczne jest to, że nienawidzą tych, którzy im pomagają, i kochają tych, którzy im szkodzą. Grubas wciąż kochał Beth i nienawidził szpitala. To był najlepszy dowód, że jego miejsce jest na Oddziale Północnym, nie mam co do tego wątpliwości. Zabierając Christophera i wyjeżdżając w nieznane, Beth wiedziała, że Grubas będzie próbował popełnić samobójstwo, tak jak w Kanadzie. Prawdę mówiąc, Beth planowała powrót do domu, jak tylko Grubas się wykończy. Sama mu to później powiedziała. Jak mu również obwieściła, była wściekła, że jego próba samobójcza się nie powiodła. Kiedy spytał, dlaczego ją to tak rozzłościło, Beth odpowiedziała:

– Jeszcze raz dowiodłeś, że nie potrafisz nic zrobić porządnie.

Różnica między zdrowiem psychicznym a chorobą jest węższa niż ostrze brzytwy, ostrzejsza niż ząb wilka, trudniej uchwytna niż gazela. Jest bardziej ulotna niż przywidzenie. Może zresztą nie ma jej wcale, może ta różnica jest przywidzeniem.

Jak na ironię, Grubasa zamknięto nie dlatego, że był szalony (chociaż był). Przyczyną, technicznie rzecz biorąc, było prawo „o zagrożeniu dla samego siebie”. Grubas stanowił zagrożenie dla samego siebie – zarzut, jaki można postawić wielu ludziom. Podczas gdy przebywał na Oddziale Północnym, poddano go licznym testom psychologicznym. Przeszedł je, może dlatego, że przytomnie nie wspominał o Bogu. Przeszedł wprawdzie wszystkie testy, ale oszukiwał. Dla zabicia czasu Grubas rysował w kółko Krzyżaków, których Aleksander Newski zwabił na lód, wciągając w śmiertelną pułapkę. Grubas utożsamiał się z ciężkozbrojnymi rycerzami teutońskimi w przyłbicach i rogatych hełmach. Rysował każdego rycerza z wielką tarczą i obnażonym mieczem, na tarczach Grubas pisał: In hoc signo vinces, co wziął z paczki papierosów. Znaczy to „Pod tym znakiem zwyciężysz”. Znak przybrał formę żelaznego krzyża. Jego miłość do Boga zmieniła się w gniew, w niejasny gniew. Miał wizje Christophera biegnącego po łące w rozwiewającej się granatowej marynareczce, Christopher biegł i biegł. Niewątpliwie był to sam Grubas, w każdym razie jego dziecięca natura. Uciekający przed czymś równie niejasnym jak jego gniew.

Kilka razy zanotował:

Dico per Spiritum Sanctum. Haec veritas est. Mihi crede et mecum in aeternitate vive. Zapis 28.

Co znaczy: „Mówię za pośrednictwem Ducha Świętego. To jest prawda. Uwierz mi, a będziesz żył ze mną na wieki”.

Któregoś dnia na wiszącej na korytarzu instrukcji dopisał: Ex Deo nascimur, in Jesu mortimur, per Spiritum Sanctum reviviscimus.

Doug spytał go, co to znaczy.

– „Z Boga się rodzimy – przetłumaczył Grubas – w Jezusie umieramy, przez Ducha Świętego się odradzamy”.

– Zatrzymają cię tu na dziewięćdziesiąt dni – zawyrokował Doug.

Kiedy indziej Grubas znalazł na tablicy ogłoszenie, które go zafascynowało. Ogłoszenie wyliczało, czego nie należy robić w zstępującym porządku co do ważności. Blisko początku listy wszyscy zainteresowani mogli przeczytać:

ZABRANIA SIĘ

WYNOSZENIA POPIELNICZEK Z ODDZIAŁU.

Niżej na liście stwierdzano:

NIE WOLNO PRZEPROWADZAĆ LOBOTOMII

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?